Wigilia. Chyba mój najbardziej nie lubiany dzień roku. Szlag mnie zaczyna trafiać już na jakieś trzy tygodnie przed nim. Po pierwsze chordy mikołajów i histeria zakupów. Kiczowate dekoracje i natrętne promocje. Obłęd. Potem dochodzi histeria rodziny „A co kupić na prezenty? A co zrobić do żarcia?” Nie ma tak fajnie, żebyśmy mogli z kocurem mieć Święta razem. Za dobrze by było, niemożliwie i już. Spęczamy więc z całą zgrają mojej; moi rodzice, ciotka, teściowe i siostra męża ( którą akurat nawet lubię). Zasadniczo już jakiś tydzień przed świętami chodzę podminowana, na przemian smutna i zła. W zeszłym roku pisałam w tym czasie Ćmę – kto czytał ten zna moje nastroje. A czemu to mnie tak wkurzają?
Po pierwsze to nie bardzo się dogaduję ze swoją rodziną i teściem. ( Eufemizm taki w zasadzie to się w ogóle nie dogaduję). I raz w roku muszę z nimi ( wszystkimi na raz!) siadać razem i udawać jak jest fajnie. I nie mam słodkiej alternatywy, że jak coś, to się pożrę, trzasnę drzwiami i wyjdę. No, no, jak to – toć wigilia.
Dwa, prezenty. Chyba najbardziej nie lubiana część świąt. Trzeba ( podkreślam trzeba a nie można) je wymyślać i za nimi latać. A i tak najczęściej nie trafiają. W tym roku obarczono mnie wybraniem ( ba nawet i kupieniem) prezentu dla siebie. Bo by nie mamy czasu. A jak mówię ze nic nie chce, że sobie po świętach kupię, to nie, bo tradycja i prezenty muszą być.
Trzy, wymiar religijny. To nie jest pieprzona gwiazdka. To jest Boże Narodzenie. I jak siadam do stołu z osobami, które w większości nie wierzą, to ja się pytam po co. Na pamiątkę czego? Ostatnio za granicą grzmiano, że powinno się zlikwidować religijny charakter świąt. To ja powiem, przewrotnie ( mam nadzieję, że nikogo z czytelników za bardzo nie obrażę), że nie mnie drażni jak osoby dla których to święto nie ma wymiaru religijnego je świętują. To może zaczniemy od przyszłego roku ramadan, co? A najgorsze to, że przez te całe przepychanki i awantury sama mam nieuporządkowane stosunki z Górą. Jeżeli w jakąś części roku jestem najdalej od Boga to w Święta. Bo przeważnie jestem zła i zmierzła.
Cztery. Karpie. Ja ryby jem, ale tego co się wyprawia z tymi stworzeniami w imię tradycji to pojąć nie mogę. I robi mi się niedobrze, bo oczywiście u moich rodziców karp musi być „tradycyjny”
Z tego wszystkiego rozpaczliwie w jakiś sposób tęsknie za miłymi rzeczami na święta. Po pierwsze to mamy z kocurem „glejt na choinkę” – czyli układ, że cała jazda i perturbacje związane ze świętami nie dotyczą choinki. Ubieramy nasza z przyjemnością i wkładamy w to całkiem sporo serca. Dwa lubię robić uszka. Trzy dostawać życzenia – Nawe te p[rzez gg i hurtowo wysyłane maile. Niby nic ale troszkę cieszy.
Zatem kończąc temat Świąt: Życzę wam spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. I żebyście się wzajemnie kochali i byli blisko. Mry. I pomyziajcie koty na Święta.
A z inszych newsów ze świata labrujów to
- kończę pisać pojedynek i nawet to jakoś idzie, acz pewnie będę musiała Sem prosić o dwa dni więcej
- byłam na spotkaniu ŚKF-u ( Śląskiego Klubu Fantastyki) sekcji pisaniowej io strasznie mi się podobało. Pewnikiem będę się tam pojawiać co miesiąc pisząc tekty do pastwienia się.
- dzisiaj znowu mnie dorwała tęsknota Afrykańska. Nie lubię zimy. A pewne rzeczy w duszy siedzą. Kocham Natalia i cieszę się, że jest, ale jakby go nie było….to by mnie tu gdzie jestem pewnie też.
- strasznie żałuję, że mnie nie było na wigilii Tn-owej. Ale bywa konieczność wyższa. Nie wiem czy tam w Wawie to czuli, ale intensywnie o nich myślałam
To tyle. Jutro wigilia. Łatwo nie będzie, więc trzymajcie kciuki. Mry.
ps. a po świętach zrobię sobie prezent. Zabiorę się wreszcie za nowy szblon na bloga. A co.
niedziela, 24 grudnia 2006
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Rodzina,
Święta
środa, 13 grudnia 2006
Chodzi za mną cały dzień. Niejaka Natti powinna wiedzieć czemu.
Oh why was I born with a different face
Why was I not born like the rest of my race
When I look each one starts
When I speak, I offend
Then I'm silent and passive and lose every friend
Improvement makes straight roads
But the crooked roads without improvement
Are roads of genius
Poza tym Czytam:
Arturo Perez Reverte, A w Madrycie nadal znakomicie
Leonie Swann, Sprawiedliwość Owiec
Słucham:
Nic nie słucham, bo jestem zła na muzykę. Dziś we Wrocławiu koncert Habakuka wykonującego Kaczmarskiego a mnie tam nie ma. Bu.
Oh why was I born with a different face
Why was I not born like the rest of my race
When I look each one starts
When I speak, I offend
Then I'm silent and passive and lose every friend
Improvement makes straight roads
But the crooked roads without improvement
Are roads of genius
Poza tym Czytam:
Arturo Perez Reverte, A w Madrycie nadal znakomicie
Leonie Swann, Sprawiedliwość Owiec
Słucham:
Nic nie słucham, bo jestem zła na muzykę. Dziś we Wrocławiu koncert Habakuka wykonującego Kaczmarskiego a mnie tam nie ma. Bu.
środa, 6 grudnia 2006
Czy pani wierzy w Mikołaja?
I tu następuje jedyna słuszna odpowiedz: tak wierzę.
A ja kurna nie wierzę. Wierzę w Świętego i żal mi go jak jest profanowany. I nie tylko chodzi mi o te stada obleśnych dziadów w czerwonych płaszczach i seksi laseczek z czerwonymi biustonoszami. Chodzi mi o to, że zrobili z Mikołaja patrona Komercji. Ha, to dziś najważniejsze święto. Dzieciom się Należy prezent. I słyszę cięgle w głowie, daj, kup, daj, kup. A nie pomyślał, ktoś że to święto Dawania Komuś? Dawania, ale nie takich wymuszonych i nietrafionych prezentów, ale czegoś co komuś z otoczenia może być potrzebne? Może komuś wcale nie bliskiemu, komu nie musimy dawać, brakuje czegoś materialnego? Albo komuś brakuje czegoś zwykłego, rozmowy, ciepła? Wiem, że będę ostrożna z uczeniem Natalia Mikołajek. Że chciałabym jej pokazać przygodę z Dawaniem i co poprzedza danie, rozejrzenie się komu czego naprawdę brakuje. A nie odbieranie należnych giftów jak zasiłku z mopsu. Bo tak, bo się należy. Mikołaj w końcu kurna jest.
Dlatego nie wierzę w Mikołaja co daje Prezenty. Nie wierzę w mikołajki i szczerze nie cierpię tego święta. A temu prawdziwemu Świętemu w dniu jego imienin życzę cierpliwości. I proszę go ładnie, żeby mimo wszystko nie rzucił tego w cholerę i nie przestał nam Dawać –Wzajemnej Miłości.
PS. Dziś nikomu niczego nie dałam. Wydaje mi się że zazwyczaj umiem się dzielić tym co ważne a dziś ochoty nie miałam. Zjechałam tylko z błotem Młodego Głupiego Azula. Może coś w nim zostanie z tego co mówiłam, acz miłe to nie było.
I tu następuje jedyna słuszna odpowiedz: tak wierzę.
A ja kurna nie wierzę. Wierzę w Świętego i żal mi go jak jest profanowany. I nie tylko chodzi mi o te stada obleśnych dziadów w czerwonych płaszczach i seksi laseczek z czerwonymi biustonoszami. Chodzi mi o to, że zrobili z Mikołaja patrona Komercji. Ha, to dziś najważniejsze święto. Dzieciom się Należy prezent. I słyszę cięgle w głowie, daj, kup, daj, kup. A nie pomyślał, ktoś że to święto Dawania Komuś? Dawania, ale nie takich wymuszonych i nietrafionych prezentów, ale czegoś co komuś z otoczenia może być potrzebne? Może komuś wcale nie bliskiemu, komu nie musimy dawać, brakuje czegoś materialnego? Albo komuś brakuje czegoś zwykłego, rozmowy, ciepła? Wiem, że będę ostrożna z uczeniem Natalia Mikołajek. Że chciałabym jej pokazać przygodę z Dawaniem i co poprzedza danie, rozejrzenie się komu czego naprawdę brakuje. A nie odbieranie należnych giftów jak zasiłku z mopsu. Bo tak, bo się należy. Mikołaj w końcu kurna jest.
Dlatego nie wierzę w Mikołaja co daje Prezenty. Nie wierzę w mikołajki i szczerze nie cierpię tego święta. A temu prawdziwemu Świętemu w dniu jego imienin życzę cierpliwości. I proszę go ładnie, żeby mimo wszystko nie rzucił tego w cholerę i nie przestał nam Dawać –Wzajemnej Miłości.
PS. Dziś nikomu niczego nie dałam. Wydaje mi się że zazwyczaj umiem się dzielić tym co ważne a dziś ochoty nie miałam. Zjechałam tylko z błotem Młodego Głupiego Azula. Może coś w nim zostanie z tego co mówiłam, acz miłe to nie było.
wtorek, 5 grudnia 2006
I kolejny wpis zaczynam od „jak dawno nie nie było”. A co ja poradzę, ze jeżeli chodzi o wykonywane czynności to dni mam dość podobne do siebie? Wszystko co się naprawdę dzieje, co jest dla mnie ważne i rozwijające to przeżywam w środku, w emocjach, między mną a Natalsem. Ćwiczę się w kochaniu i cieszeniu się życiem. Czyli w sumie jak zawsze. A poza tym:
Deklaruje nie pisać o Świętach. Nie lubię, nie polubię, proszę mnie nie przekonywać. Jestem w tym podobna do Scrooga i Snapa. Miałam małą nadzieję że je odwołają, albo przynajmniej przeniosą do wiosny, ale widzę że nici z tego. Rozważam zamknięcie się w łazience w dniach 23-25 grudnia.
Sporo mam ostatnio pomysłów pisaniowych. I może w tym zaczyna się problem. Bo mam ochotę pisać inaczej. Jakoś bokiem mi już wychodzą „mroczne intelektualne narracje pierwszoosobowe z klimatem”. Sęk w tym że dałam moje kawałki bajek do przeczytania dwóm osobom i usłyszałam: Od osoby numer jeden „ za sucho, za szybko, daj więcej opisów” a od drugiej” za wolno, za dużo opisów”. Normalnie się sfrustrować można. Czasu mam jak na lekarstwo, a na pulpicie czekają cztery zaczęte teksty. Czasami brakuje mi mobilizacji. I kogoś kto mnie poprowadzi, może czegoś nauczy, o ile pisania można się uczyć inaczej niż przez czytanie. Aniołak wyciąga mnie do ŚKF'u i chyba to nie jest zły pomysł, taki skok na głęboką wodę. A paskuda namawia na pojedynek. Ona pisze lepiej, dużo lepiej. I jak mnie zje to kosteczki nie zostaną. Ale jest szansa ze dam sie naciągnąć. W końcu Gryffindor, nieprawdaż?
Słuchając Lekcji Tanga wznoszę kubkiem kawy z cynamonem toast za ostanie dni jesieni. Oby jak najdłużej, nawet bez słońca, z deszczem i wiatrem. Byle nie marznąć. I tego wam życzę. Mry
Deklaruje nie pisać o Świętach. Nie lubię, nie polubię, proszę mnie nie przekonywać. Jestem w tym podobna do Scrooga i Snapa. Miałam małą nadzieję że je odwołają, albo przynajmniej przeniosą do wiosny, ale widzę że nici z tego. Rozważam zamknięcie się w łazience w dniach 23-25 grudnia.
Sporo mam ostatnio pomysłów pisaniowych. I może w tym zaczyna się problem. Bo mam ochotę pisać inaczej. Jakoś bokiem mi już wychodzą „mroczne intelektualne narracje pierwszoosobowe z klimatem”. Sęk w tym że dałam moje kawałki bajek do przeczytania dwóm osobom i usłyszałam: Od osoby numer jeden „ za sucho, za szybko, daj więcej opisów” a od drugiej” za wolno, za dużo opisów”. Normalnie się sfrustrować można. Czasu mam jak na lekarstwo, a na pulpicie czekają cztery zaczęte teksty. Czasami brakuje mi mobilizacji. I kogoś kto mnie poprowadzi, może czegoś nauczy, o ile pisania można się uczyć inaczej niż przez czytanie. Aniołak wyciąga mnie do ŚKF'u i chyba to nie jest zły pomysł, taki skok na głęboką wodę. A paskuda namawia na pojedynek. Ona pisze lepiej, dużo lepiej. I jak mnie zje to kosteczki nie zostaną. Ale jest szansa ze dam sie naciągnąć. W końcu Gryffindor, nieprawdaż?
Słuchając Lekcji Tanga wznoszę kubkiem kawy z cynamonem toast za ostanie dni jesieni. Oby jak najdłużej, nawet bez słońca, z deszczem i wiatrem. Byle nie marznąć. I tego wam życzę. Mry
środa, 1 listopada 2006
Dzień Wszystkich Świętach to mnie naszło na rozważania tematyczne. Czyli tak zwana notka okolicznościowa.
Kiedyś Święta tego nie cierpiałam. Było dla mnie nie małym koszmarem łażenie w zimnie i wietrze na cmentarz, stanie chwilę w absolutnie sztucznej i krępującej ciszy ( podczas której każdy myślał jak to go obciera but, zimno mu w nogi, albo coś tam w nagrobka obłazi). A potem do domu. Chyba momentu tak sztucznego i dla wszystkich niezręcznego nie było w całym roku.
Trochę się to zmieniło od kiedy chodzę na cmentarz bez rodziny a z Panem Kocurem. Jesteśmy zazwyczaj tylko chwilkę, zapalamy świeczkę i a ja opowiadam różne wesołe rzeczy z życia danego zmarłego. Co lubił. Co go śmieszyło. Co czytał. Co mi kiedyś fajnego opowiadał. I zero zadumy i patosu. W końcu zmarli których znałam za życia byli wesołymi ludźmi i im by się to spodobało. A jak się żywym ponurakom nie podoba to trudno. Nie ich święto. W ogóle to strasznie mi się podoba meksykańskie świętowanie z jedzeniem, piciem i muzyką na grobach.
Zastanawiam się czemu w ogóle tak koszmarnie to święto przeżywałam dotychczas. Chyba po troszku przez to że jest u nas makabrycznie wielkie tabu śmierci. Rozmawiali ze mną w domu o seksie, antykoncepcji a o umieraniu niet. Jakby nie wypadało. Po pierwsze to obiecuj z Natalisem ( jak się zagada o to albo okazja będzie) o śmierci gadać. Że się składa z duszy i ciała – i jak się ciało zepsuje to dusza idzie do Boga a ciało trza zakopać żeby się nie psuło na oczach.
W ogóle nie wiem czy to do końca zdrowe, ale uważam śmierć za jak najbardziej właściwą i konieczną rzecz. Takie przejście. A że jestem z natury ciekawska i zawsze bardziej byłam wszystkiego ciekwa niż się bałam, to i ta perspektywa mnie nie przeraża. Inna rzecz że tak jak nigdy absolutnie nie zgadzam się na zejście teraz. Oj nie. I to nie z egoizmu, bo myślę, że tam też nie jest źle, ale z powodu tego, że jak rzadko kiedy czuję się tu potrzebna i nie wyobrażam sobie że kto inny był by przy moim małym bububie. Zdecydowanie matki głupieją. Zmienia im się absolutnie cały światopogląd po urodzeniu. Nawet kwestie życia i śmierci rozpatrują w kategorii rodzicielstwa.
Ale zaraz, zaraz, ja tu o śmierci, a miało być o Wszystkich Świętych. Zastanawiałam się dziś czy mam ulubionego świętego. W zasadzie nie mam, ale jest kilku którzy są Bardziejści. To po pierwsze Św. Jan Bosko. Za Afrykę, za otwartość na młodych za wszystko. Czasem łapię za połę Św. Krzysztofa – zwłaszcza jak Kocur gdzieś dalej jedzie. Ale to przyznaję bardzo instrumentalne traktowanie Jego Świętości. Koniecznie Św. Franciszek i Roch za zwierza wszelakie tak przeze mnie kochane. I Augustyna co szalał za młodu a potem rzucił wszystko dla Największej z Miłości. I Św. Mikołaja z łemkowskich kapliczek. Zasadniczo daleko mi do Świętych Uczonych, Papieży i Myślicieli. Kocham za to tych szaleńców pana boga, bez grosza w kieszeni, otwartych na świat i wielkim worem miłości i kijem sękatym na drogę. ( Do podpieranie się ten kij nie do tłucznia współpodróżnych). Ci i wielu wielu innych. W dniu waszego święta życzę wam zatem, tak sztampowo, wszystkiego najlepszego. Ale czego właściwie mogę wam życzyć, skoro już wszystko zdobyliście?
Kiedyś Święta tego nie cierpiałam. Było dla mnie nie małym koszmarem łażenie w zimnie i wietrze na cmentarz, stanie chwilę w absolutnie sztucznej i krępującej ciszy ( podczas której każdy myślał jak to go obciera but, zimno mu w nogi, albo coś tam w nagrobka obłazi). A potem do domu. Chyba momentu tak sztucznego i dla wszystkich niezręcznego nie było w całym roku.
Trochę się to zmieniło od kiedy chodzę na cmentarz bez rodziny a z Panem Kocurem. Jesteśmy zazwyczaj tylko chwilkę, zapalamy świeczkę i a ja opowiadam różne wesołe rzeczy z życia danego zmarłego. Co lubił. Co go śmieszyło. Co czytał. Co mi kiedyś fajnego opowiadał. I zero zadumy i patosu. W końcu zmarli których znałam za życia byli wesołymi ludźmi i im by się to spodobało. A jak się żywym ponurakom nie podoba to trudno. Nie ich święto. W ogóle to strasznie mi się podoba meksykańskie świętowanie z jedzeniem, piciem i muzyką na grobach.
Zastanawiam się czemu w ogóle tak koszmarnie to święto przeżywałam dotychczas. Chyba po troszku przez to że jest u nas makabrycznie wielkie tabu śmierci. Rozmawiali ze mną w domu o seksie, antykoncepcji a o umieraniu niet. Jakby nie wypadało. Po pierwsze to obiecuj z Natalisem ( jak się zagada o to albo okazja będzie) o śmierci gadać. Że się składa z duszy i ciała – i jak się ciało zepsuje to dusza idzie do Boga a ciało trza zakopać żeby się nie psuło na oczach.
W ogóle nie wiem czy to do końca zdrowe, ale uważam śmierć za jak najbardziej właściwą i konieczną rzecz. Takie przejście. A że jestem z natury ciekawska i zawsze bardziej byłam wszystkiego ciekwa niż się bałam, to i ta perspektywa mnie nie przeraża. Inna rzecz że tak jak nigdy absolutnie nie zgadzam się na zejście teraz. Oj nie. I to nie z egoizmu, bo myślę, że tam też nie jest źle, ale z powodu tego, że jak rzadko kiedy czuję się tu potrzebna i nie wyobrażam sobie że kto inny był by przy moim małym bububie. Zdecydowanie matki głupieją. Zmienia im się absolutnie cały światopogląd po urodzeniu. Nawet kwestie życia i śmierci rozpatrują w kategorii rodzicielstwa.
Ale zaraz, zaraz, ja tu o śmierci, a miało być o Wszystkich Świętych. Zastanawiałam się dziś czy mam ulubionego świętego. W zasadzie nie mam, ale jest kilku którzy są Bardziejści. To po pierwsze Św. Jan Bosko. Za Afrykę, za otwartość na młodych za wszystko. Czasem łapię za połę Św. Krzysztofa – zwłaszcza jak Kocur gdzieś dalej jedzie. Ale to przyznaję bardzo instrumentalne traktowanie Jego Świętości. Koniecznie Św. Franciszek i Roch za zwierza wszelakie tak przeze mnie kochane. I Augustyna co szalał za młodu a potem rzucił wszystko dla Największej z Miłości. I Św. Mikołaja z łemkowskich kapliczek. Zasadniczo daleko mi do Świętych Uczonych, Papieży i Myślicieli. Kocham za to tych szaleńców pana boga, bez grosza w kieszeni, otwartych na świat i wielkim worem miłości i kijem sękatym na drogę. ( Do podpieranie się ten kij nie do tłucznia współpodróżnych). Ci i wielu wielu innych. W dniu waszego święta życzę wam zatem, tak sztampowo, wszystkiego najlepszego. Ale czego właściwie mogę wam życzyć, skoro już wszystko zdobyliście?
środa, 25 października 2006
Uporałam się wreszcie z tekstem pojedynkowym. Wiem, ze niektórym może się on nie podobać, ale ja jestem nawet zadowolona. Jest mroczny, przygnębiający, ciężki. Wiem, ale właśnie cos takiego miałam ochotę napisać. Myślę, że coś nim zamknęłam. Jakiś rozdział pisania. Poczułam ulgę i mogę spokojnie zasiąść do bajek. Pewnie ku radości moich bet.
W ogóle ta jesień jakaś duchowo jasna jest. Jest żółto-pomarańczowa. Taka w kolorze dyni i rozświetlonych przedpołudniowym słońcem liści. Taka w atmosferze filmów Kolskiego. Notabene oglądałam wczoraj Jasminum i się zachwyciłam. Ten film trafił w jakąś moją magiczną i troszkę zapomnianą część duszy, że sama zadziwiałam się jak bardzo się potrafię wzruszyć. W ogóle strasznie podziwiam tego reżysera; w kinie jakieś tam trendy, mody, kino akcji, kino „intelektualne” i jakieśtam, a on sobie robi swoje kino – pokazuje inny zupełnie świat Jańcia Wodnika i Jasminum. A ja siedzę i się zauraczam. (-;
Skoro tak dawno nie nie było, to pozwolę sobie jeszcze o czymś opowiedzieć. Jak wiecie ja bojąca się nie jestem, ale od jakiegoś czasu jest coś po czym przechodzą mnie dreszcze. Mianowicie spaceruję często z wózkiem trasą przy cmentarzu. Stoją tam prawie zawsze budy ze zniczami i chryzantemami, Nic dziwnego. Kłopot w tym, że w jednej z nich sprzedaje para staruszków o tak żółtej ziemistej cerze i tak dziwnym spojrzeniu że ma się nieodparte wrażenie, że właśnie wstali z któregoś z grobów i z nudów zajęli się interesem zniczowym. Ile razy tam przechodzę ( prawie codziennie znaczy się) wpadam w nastrój rodem z meksykańskiego święta zmarłych, albo leśmianowskich tekstów „W zakątku cmentarza”. Na początku było to nawet zabawne, szeptem opowiadałam Natalisowi do ucha historię o panu co mu się w ciemnym garniturze znudziło siedzieć pod ziemią i teraz chryzantemy sprzedaje. Tylko teraz kiedy on ( ten pan od zniczy) na mnie patrzy to mam wrażenie, że on wie, że ja wiem. Oj ale się nakręciłam. Chyba słuchając muzyki z Fridy pójdę coś piec. Nie, nie ciasteczka w kształcie kościotrupów. Aż tak źle nie jest ze mną. Jeszcze.
A na koniec ów wiersz Leśmianowski:
Mają zmarli w niedzielę ten pośmiertny kłopot,
Że w obczyźnie cmentarza czują się - bezdomnie -
A lubią noc tę spędzać popod mgłą lub popod
Wiecznością, co się w jarach gęstwi nieprzytomnie.
Maria z Bzówka - wygody wspomina izdebne,
Słońce - w łóżku, wiatr - w sieni - i ogród macierzyn,
Gdzie było tyle w radość uchodzących ścieżyn,
A wszystkie takie - trafne i drzewom - potrzebne!...
Żebrak, co się zadławił na śmierć krztyną chleba -
Kijem niegdyś wędrownym obłędnie się babrze
W nieodgadle błękitnym - pełnym Boga - chabrze,
By zeń dla snu wiecznego wydłubać - źdźbło nieba.
Mnich, co po to byt ziemski tłumił bez szemrania,
By pędzić żywot wieczny w sposób nienaganny -
Kreśli palcem na próchnie list do panny Anny
Z życzeniami rychłego w kwiatach -zmartwychwstania.
Panna Anna udaje, że jest - w bezżałobie
I biorąc na kolana młodą mgłę - pieszczochę -
Ukradkiem z pajęczyny tka zwiewną pończochę
Dla brzozy, co tkwi boso na kochanka grobie.
A opodal - mniej więcej naprzeciw rozstaju,
We fraku bezrozumnie skąsanym przez szczura,
Na czele kilku cieni żeńskiego rodzaju
Nieboszczyk Madaleński - prowadzi mazura.
W ogóle ta jesień jakaś duchowo jasna jest. Jest żółto-pomarańczowa. Taka w kolorze dyni i rozświetlonych przedpołudniowym słońcem liści. Taka w atmosferze filmów Kolskiego. Notabene oglądałam wczoraj Jasminum i się zachwyciłam. Ten film trafił w jakąś moją magiczną i troszkę zapomnianą część duszy, że sama zadziwiałam się jak bardzo się potrafię wzruszyć. W ogóle strasznie podziwiam tego reżysera; w kinie jakieś tam trendy, mody, kino akcji, kino „intelektualne” i jakieśtam, a on sobie robi swoje kino – pokazuje inny zupełnie świat Jańcia Wodnika i Jasminum. A ja siedzę i się zauraczam. (-;
Skoro tak dawno nie nie było, to pozwolę sobie jeszcze o czymś opowiedzieć. Jak wiecie ja bojąca się nie jestem, ale od jakiegoś czasu jest coś po czym przechodzą mnie dreszcze. Mianowicie spaceruję często z wózkiem trasą przy cmentarzu. Stoją tam prawie zawsze budy ze zniczami i chryzantemami, Nic dziwnego. Kłopot w tym, że w jednej z nich sprzedaje para staruszków o tak żółtej ziemistej cerze i tak dziwnym spojrzeniu że ma się nieodparte wrażenie, że właśnie wstali z któregoś z grobów i z nudów zajęli się interesem zniczowym. Ile razy tam przechodzę ( prawie codziennie znaczy się) wpadam w nastrój rodem z meksykańskiego święta zmarłych, albo leśmianowskich tekstów „W zakątku cmentarza”. Na początku było to nawet zabawne, szeptem opowiadałam Natalisowi do ucha historię o panu co mu się w ciemnym garniturze znudziło siedzieć pod ziemią i teraz chryzantemy sprzedaje. Tylko teraz kiedy on ( ten pan od zniczy) na mnie patrzy to mam wrażenie, że on wie, że ja wiem. Oj ale się nakręciłam. Chyba słuchając muzyki z Fridy pójdę coś piec. Nie, nie ciasteczka w kształcie kościotrupów. Aż tak źle nie jest ze mną. Jeszcze.
A na koniec ów wiersz Leśmianowski:
Mają zmarli w niedzielę ten pośmiertny kłopot,
Że w obczyźnie cmentarza czują się - bezdomnie -
A lubią noc tę spędzać popod mgłą lub popod
Wiecznością, co się w jarach gęstwi nieprzytomnie.
Maria z Bzówka - wygody wspomina izdebne,
Słońce - w łóżku, wiatr - w sieni - i ogród macierzyn,
Gdzie było tyle w radość uchodzących ścieżyn,
A wszystkie takie - trafne i drzewom - potrzebne!...
Żebrak, co się zadławił na śmierć krztyną chleba -
Kijem niegdyś wędrownym obłędnie się babrze
W nieodgadle błękitnym - pełnym Boga - chabrze,
By zeń dla snu wiecznego wydłubać - źdźbło nieba.
Mnich, co po to byt ziemski tłumił bez szemrania,
By pędzić żywot wieczny w sposób nienaganny -
Kreśli palcem na próchnie list do panny Anny
Z życzeniami rychłego w kwiatach -zmartwychwstania.
Panna Anna udaje, że jest - w bezżałobie
I biorąc na kolana młodą mgłę - pieszczochę -
Ukradkiem z pajęczyny tka zwiewną pończochę
Dla brzozy, co tkwi boso na kochanka grobie.
A opodal - mniej więcej naprzeciw rozstaju,
We fraku bezrozumnie skąsanym przez szczura,
Na czele kilku cieni żeńskiego rodzaju
Nieboszczyk Madaleński - prowadzi mazura.
niedziela, 1 października 2006
Dobre wróżki miały do ofiarowania po jednym życzeniu. Ja jako że nie tylko jestem wiedźmą, ale i mamą, pozwolę sobie mojej małej życzyć nieco większej ilości rzeczy. I przy okazji tych życzeń chciałabym podziękować wszystkim którzy o urodzinach małego Natalia pamiętali.
Chciałabym życzyć mojej małej przede wszystkim miłości. I tej do dostania, i tej którą ma dać. Żeby umiała ją dawać i żeby dostała. Żeby była odważana i widząc konsekwencje swoich czynów, zupełnie niczego się nie bała. Żeby tym co ją kieruje byłą miłość a nie strach.
Żeby umiała wstawać po upadkach ( tych dużych i małych). Żeby sukcesy nie zawróciły jej w głowie, a porażki nie powaliły.
Żeby cieszyły ją rzeczy małe i drobne. Żeby wiedziała wokół siebie wiele piękna.
Żeby potrafiła sobie zjednywać ludzi, wzbudzać przyjaźń i zaufanie.
Żeby miała szczęcie, u los uśmiechał się do niej znienacka w różnych momentach w życiu.
Żeby umiała walczyć o to co zdobyć może i bez żalu żegnała to, co nie jest jej pisane. ( I żeby rozróżniała te dwie rzeczy).
Żeby nigdy nie utraciła wiary w Boga i cały czas czuła jego obecność. Żeby nigdy nie straciła nadziei. Żeby nie bała się chodzić po wodzie.
Żeby zawsze miała ze sobą pogodę ducha i poczucie humoru. Żeby umiała marzyć i niektóre w marzeń wcielać w życie.
Żeby potrafiła wykorzystać wszystko to co da jej los.
Żeby potrafiła kierować się zarówno rozsądkiem, jak i zupełnym szaleństwem.
Żeby by była szczęśliwa. I dawała szczęcie ludziom wokół niej.
Żeby nigdy niczego w życiu nie żałowała.
Tego wszystkiego małemu Natalisowi życzy mama.
Chciałabym życzyć mojej małej przede wszystkim miłości. I tej do dostania, i tej którą ma dać. Żeby umiała ją dawać i żeby dostała. Żeby była odważana i widząc konsekwencje swoich czynów, zupełnie niczego się nie bała. Żeby tym co ją kieruje byłą miłość a nie strach.
Żeby umiała wstawać po upadkach ( tych dużych i małych). Żeby sukcesy nie zawróciły jej w głowie, a porażki nie powaliły.
Żeby cieszyły ją rzeczy małe i drobne. Żeby wiedziała wokół siebie wiele piękna.
Żeby potrafiła sobie zjednywać ludzi, wzbudzać przyjaźń i zaufanie.
Żeby miała szczęcie, u los uśmiechał się do niej znienacka w różnych momentach w życiu.
Żeby umiała walczyć o to co zdobyć może i bez żalu żegnała to, co nie jest jej pisane. ( I żeby rozróżniała te dwie rzeczy).
Żeby nigdy nie utraciła wiary w Boga i cały czas czuła jego obecność. Żeby nigdy nie straciła nadziei. Żeby nie bała się chodzić po wodzie.
Żeby zawsze miała ze sobą pogodę ducha i poczucie humoru. Żeby umiała marzyć i niektóre w marzeń wcielać w życie.
Żeby potrafiła wykorzystać wszystko to co da jej los.
Żeby potrafiła kierować się zarówno rozsądkiem, jak i zupełnym szaleństwem.
Żeby by była szczęśliwa. I dawała szczęcie ludziom wokół niej.
Żeby nigdy niczego w życiu nie żałowała.
Tego wszystkiego małemu Natalisowi życzy mama.
sobota, 23 września 2006
Głowa mnie boli i mam już drugi dzień jakiś taki bezsensu ( dzisiaj dostałam pierwszego od dawna ataku histerii i wyszłam w rodzinie Kocura za największa egoistkę i małostkową jędzę – ale to już inna historia). W związku z powyższymi pozwolę sobie wobec moich blogowych czytelników ( jeżeli jeszcze takowi istnieją) na troszkę smęcenia i ekshibicjonizmu psychicznego. Osoby które łatwo znudzić prosimy o nieczytanie dalej.
Zawsze wydawało mi się że wiem gdzie w życiu idę i czego chcę. Nawet jakoś sie nad tym nigdy nie zastanowiłam, bo to było dla mnie oczywiste. I nie chodzi tu o jakiś punkt do którego miałabym dojść, ale o samą drogę. Jakoś mam w głowie jasność jak pewne rzeczy powinny wyglądać. I chodzi tu raczej o zasady jakimi mam się kierować, taki jakiś wewnętrzny kompas. Wiem jak chce żeby wyglądał świat wokół mnie. Chcę żeby był po prostu pozytywny. Miał w sobie coś Dobrego, Ciepłego, Prawdziwego. Żeby był pełen słów magicznych, roślin, zwierzów, muzyki i codziennych radości. I właśnie takie coś staram się w ogół siebie tworzyć. Jak to śpiewał Habakuk „ Urodziłem się i żyję, by kreować, robić żywe.” Robić żywe, dobre, ciepłe. Cieszyć się, brać to co jasne, nie bać się ciemnego, iść prosto i odważnie. Bardzo kochać, szanować i ufać. Jak trzeba to się złościć i płakać. Takim po prostu być Ansikiem. Tak aby „ żyć pełnią życia i wysysać z niego całą kwintesencję, aby wykorzenić wszystko co nie jest życiem, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem...”
I nawet czasami mi się to udaje. Czasami.
Zajebiście, nie? Tak wszytko wiedzieć. I to w zasadzie działa, dopóki świat jest idealny. Dopóki nie pojawiają się tam osoby upierdliwe, głupie, zgryźliwe, dokuczliwe. Takie których wartości są przeciwieństwem świata który chcę tworzyć. I pal licho, jak są to obce osoby. Wtedy można je spokojnie unikać i mówić „ idźcie swoja drogą, a ja pójdę swoją”. Ale kiedy te osoby, to siostra mojej mamy, brat Kocura albo insza rodzina. I nie ma możliwości ich unikania. Jak wtedy być takim pozytywnym? Ja wiem wiem dobrze, ze dalej powinnam być. Bo wartości są ( powinny być) we mnie. I nie mnie oceniać innych. Że powinnam szanować każdego i dobrze życzyć. Że wybiórcze bycie pozytywnym to sie hipokryzja nazywa. Ale co ja poradzę, że mnie szlag jasny trafia. Że się złoszczę, wściekam, obrażam. Cóż mam kompas który pokazuje mi gdzie mam w życiu iść. A ze ten kompas działa tylko na prostej drodze i jak nie ma mgły to insza sprawa. Całe szczęście, że przynajmniej o tym wiem. Boże dzięki ci ze nie odebrałeś mi tej ostatniej garstki samokrytycyzmu.
A druga sprawa która mnie ostatnio poruszyła.
Ostatnio się rozczarowałam światem. A w zasadzie upadły moje nędzne resztki idealizmu. ( nie wiedziałam wcale że one istnieją – aż do czasu aż nie zdechły). Podczas ostatniej rozmowy z Aniołakiem dyskutowałyśmy o świecie i idealizmie. I ja perorowałam na temat jak to wcale mnie nic a nic nie dziwi sukinsństwo świata i że to nic że w 99% świat jest podły, ale sie trzeba cieszyć ze w 1% taki nie jest. A tu klops – ja też miałam przebłyski idealizmu. Już ich nie mam.
Chodzi mianowicie o islam. Bo ja dotychczas, może przez wpływ przyjaciół ze Sierra Leone, byłam bardzo pro muzułmańska. Zasadniczo uważałam, że wszelkie „inności” wzbogacają kulturę, że od muzułmanów możemy się uczyć wierności zasadom i niezłomności i.t.d. Może do tych poglądów przyczynił się mój ogromny żal za stratą jaką poniosła Europa po II Wojnie Światowej. Chodzi o naszych Starszych W Wierze braciach, którzy przez setki lat mieszkali obok, współtworzyli nasza kulturę, a potem zostali puszczeni prze komin. Żal mi że Kazimierz krakowski jest juz tylko skansenem. I może dlatego tak z otwartymi rękami witałam w Europie muzułmanów? Coś co jest inne wzbogaca i uczy nas pokory i dystansu. A tu klops. Po ostatnich wydarzeniach mimo całej mojej tolerancji mam muzułmanów serdecznie dość. Bo jak do cholery możliwy jest dialog, z kimś kto wyrywkowo rozumie słowa ( chodzi o przemówienie papieża) a potem wyzywa i w ramach zemsty pali kościoły i zabija niewinna misjonarkę z Mogadiszu? Za co? Ja tego nie rozumiem, tej nienawiści. Na Merlina ja nie chcę, żeby się asymilowali i tracili swoje dziedzictwo. Ale jeżeli chcą sie osiedlić w Europie muszą przyjąć zasady które stoją u podstaw naszej kultury. Tolerancję, demokrację, wolność. Większość z zamachów była przeprowadzona przez ludzi mieszających od lat w Europie. Smutne to. I niniejszym umarł jeden z moich ideałów – ten o tolerancji i współistnieniu. Pastuchy won na pustynię. Myślałam cholibka ze ludzka podłość mnie już niczym nie zaskoczy, a tu proszę, udało się.
Dobrze, ktoś dał radę aż tutaj doczytać? Hop-hop? Jak ktoś przeskoczył wzrokiem aż tu, to nic się nie stało. Mogę na koniec dodać, że na http://s90.photobucket.com/albums/k261/labruja_i_natalis/ są dwa nowe zdjęcia, Kocur obronił doktorat z wyróżnieniem, wreszcie wstawili mi nową kuchenkę, a Natalis zrzucił sobie na głowę ( a co za tym idzie na podłogę) ze stołu całe wiadro pełne wody i był mały armagedon. Że życie toczy się swoim torem i jest całkiem dobre. Że właśnie słucham Cab Calloway / Irving Miles: Cotton Club i czytam Cień Poego. Ale o tym już w kolejnej notce. Krótszej i bardziej radosnej. Pa.
Zawsze wydawało mi się że wiem gdzie w życiu idę i czego chcę. Nawet jakoś sie nad tym nigdy nie zastanowiłam, bo to było dla mnie oczywiste. I nie chodzi tu o jakiś punkt do którego miałabym dojść, ale o samą drogę. Jakoś mam w głowie jasność jak pewne rzeczy powinny wyglądać. I chodzi tu raczej o zasady jakimi mam się kierować, taki jakiś wewnętrzny kompas. Wiem jak chce żeby wyglądał świat wokół mnie. Chcę żeby był po prostu pozytywny. Miał w sobie coś Dobrego, Ciepłego, Prawdziwego. Żeby był pełen słów magicznych, roślin, zwierzów, muzyki i codziennych radości. I właśnie takie coś staram się w ogół siebie tworzyć. Jak to śpiewał Habakuk „ Urodziłem się i żyję, by kreować, robić żywe.” Robić żywe, dobre, ciepłe. Cieszyć się, brać to co jasne, nie bać się ciemnego, iść prosto i odważnie. Bardzo kochać, szanować i ufać. Jak trzeba to się złościć i płakać. Takim po prostu być Ansikiem. Tak aby „ żyć pełnią życia i wysysać z niego całą kwintesencję, aby wykorzenić wszystko co nie jest życiem, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem...”
I nawet czasami mi się to udaje. Czasami.
Zajebiście, nie? Tak wszytko wiedzieć. I to w zasadzie działa, dopóki świat jest idealny. Dopóki nie pojawiają się tam osoby upierdliwe, głupie, zgryźliwe, dokuczliwe. Takie których wartości są przeciwieństwem świata który chcę tworzyć. I pal licho, jak są to obce osoby. Wtedy można je spokojnie unikać i mówić „ idźcie swoja drogą, a ja pójdę swoją”. Ale kiedy te osoby, to siostra mojej mamy, brat Kocura albo insza rodzina. I nie ma możliwości ich unikania. Jak wtedy być takim pozytywnym? Ja wiem wiem dobrze, ze dalej powinnam być. Bo wartości są ( powinny być) we mnie. I nie mnie oceniać innych. Że powinnam szanować każdego i dobrze życzyć. Że wybiórcze bycie pozytywnym to sie hipokryzja nazywa. Ale co ja poradzę, że mnie szlag jasny trafia. Że się złoszczę, wściekam, obrażam. Cóż mam kompas który pokazuje mi gdzie mam w życiu iść. A ze ten kompas działa tylko na prostej drodze i jak nie ma mgły to insza sprawa. Całe szczęście, że przynajmniej o tym wiem. Boże dzięki ci ze nie odebrałeś mi tej ostatniej garstki samokrytycyzmu.
A druga sprawa która mnie ostatnio poruszyła.
Ostatnio się rozczarowałam światem. A w zasadzie upadły moje nędzne resztki idealizmu. ( nie wiedziałam wcale że one istnieją – aż do czasu aż nie zdechły). Podczas ostatniej rozmowy z Aniołakiem dyskutowałyśmy o świecie i idealizmie. I ja perorowałam na temat jak to wcale mnie nic a nic nie dziwi sukinsństwo świata i że to nic że w 99% świat jest podły, ale sie trzeba cieszyć ze w 1% taki nie jest. A tu klops – ja też miałam przebłyski idealizmu. Już ich nie mam.
Chodzi mianowicie o islam. Bo ja dotychczas, może przez wpływ przyjaciół ze Sierra Leone, byłam bardzo pro muzułmańska. Zasadniczo uważałam, że wszelkie „inności” wzbogacają kulturę, że od muzułmanów możemy się uczyć wierności zasadom i niezłomności i.t.d. Może do tych poglądów przyczynił się mój ogromny żal za stratą jaką poniosła Europa po II Wojnie Światowej. Chodzi o naszych Starszych W Wierze braciach, którzy przez setki lat mieszkali obok, współtworzyli nasza kulturę, a potem zostali puszczeni prze komin. Żal mi że Kazimierz krakowski jest juz tylko skansenem. I może dlatego tak z otwartymi rękami witałam w Europie muzułmanów? Coś co jest inne wzbogaca i uczy nas pokory i dystansu. A tu klops. Po ostatnich wydarzeniach mimo całej mojej tolerancji mam muzułmanów serdecznie dość. Bo jak do cholery możliwy jest dialog, z kimś kto wyrywkowo rozumie słowa ( chodzi o przemówienie papieża) a potem wyzywa i w ramach zemsty pali kościoły i zabija niewinna misjonarkę z Mogadiszu? Za co? Ja tego nie rozumiem, tej nienawiści. Na Merlina ja nie chcę, żeby się asymilowali i tracili swoje dziedzictwo. Ale jeżeli chcą sie osiedlić w Europie muszą przyjąć zasady które stoją u podstaw naszej kultury. Tolerancję, demokrację, wolność. Większość z zamachów była przeprowadzona przez ludzi mieszających od lat w Europie. Smutne to. I niniejszym umarł jeden z moich ideałów – ten o tolerancji i współistnieniu. Pastuchy won na pustynię. Myślałam cholibka ze ludzka podłość mnie już niczym nie zaskoczy, a tu proszę, udało się.
Dobrze, ktoś dał radę aż tutaj doczytać? Hop-hop? Jak ktoś przeskoczył wzrokiem aż tu, to nic się nie stało. Mogę na koniec dodać, że na http://s90.photobucket.com/albums/k261/labruja_i_natalis/ są dwa nowe zdjęcia, Kocur obronił doktorat z wyróżnieniem, wreszcie wstawili mi nową kuchenkę, a Natalis zrzucił sobie na głowę ( a co za tym idzie na podłogę) ze stołu całe wiadro pełne wody i był mały armagedon. Że życie toczy się swoim torem i jest całkiem dobre. Że właśnie słucham Cab Calloway / Irving Miles: Cotton Club i czytam Cień Poego. Ale o tym już w kolejnej notce. Krótszej i bardziej radosnej. Pa.
środa, 6 września 2006
Jakiś czas temu, po rozmowie z przebywającą w Anglii Agnieszką, doszłam do wniosku ( zupełnie błędnego wniosku pragnę dodać), że poza Polską to już nie ma dobrego jedzonka – same przetworzone, na pół plastikowe, byle jak najtańsze, produkty jedzenio podobne. Nie wiem jak jest w Anglii, ale teza ta na pewno nie dotyczy Hiszpanii. W życiu tak dobrze nie jadłam jak tu! Pełno jest sklepików z owocami ( świeżymi dojrzałymi i nawet nie tak drogimi), rybami, chlebem, serami ( ach sery Katambrii) i innymi smakowitościami. I wszystko to razem z przepysznym lokalnym i niedrogim winem. Tak się właśnie stołujemy na śniadanie; wino, chleb, sery, figi, nektaryny i oliwki.
Kocur załatwił mi darmowe wejściówki na lunche razem z ludźmi ze Szkoły Letniej do jednej z lepszych restauracji słynącej z owoców morza. Coś co dziś jeszcze pływało, ale zostało wyłowione i przyrządzone przepysznie. Opisz co by wam smaka porobić. (-; Na przystawkę krewetki lub kalmary, potem zupa z krabów, na główne jakaś smakowita ryba, a na koniec pyszne ciasto. Na dodatek przy naszym stoliku siedzi Słowak który nie lubi krewetek i oddaje mi swoją porcję (-: Powiem tyle warto tu było przyjechać choćby i dla tych przyjemności.
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać, żeby się z Wami tym nie podzielić. Choćby i tak opisowo tylko.
A z innej beczki to ładnie proszę ( Magalith to do ciebie) nie zazdrościć. Przez te zazdroszczenia się ochłodziło – jedyne 24- 28 C – czyli czas nie tyle na plaże co na spacery po okolicznych klifach. Nie jest to może zimna temperatura, ale wszystko ostatnio spowija jakaś mgła, czy może raczej chmura – i chwilami wygląda to bardziej na Irlandię niż Hiszpanię.
Poza tym z obserwacji to ( chyba Asia i Łukasz pisali już o tym) ogromny szacunek dla hiszpańskich kierowców. Jak zbliżam się do przejścia ( albo nawet do ulicy ale widać że chcę przejść) od razu się zatrzymują. A u nas niestety po głowie by przejechali, a jak widzą pieszego to jeszcze przyśpieszają. Inna sprawa że nie wiem jak im się udaje parkować, a co więcej wyjeżdżać potem, bo między samochodami jest czasem klika centymetrów miejsca. Przejść nie można a co dopiero wyjechać. Uch. To się nazywa wyższa szkoła jazdy.
A co do Natalia to się jakoś zaadaptował. Za przykładem rodzin hiszpańskich bez serca wychodzimy z nim na wieczór na miasto i wracamy dopiero o 22. Jak jest strasznie zdesperowany to z obrażoną miną zasypia w wózku. Ale w dzień dostaje figę ( bez maku) i pozwalam mu biegać po piachu. I jest dobrze.
W piątek późno wieczorem już wracamy. Szkoda że kolejny raz nie uda się na Kotła przyjechać. )-: Ale co się odwlecze to nie uciecze. W takim razie do zobaczenia. Hasta pronto mi amigos.
Kocur załatwił mi darmowe wejściówki na lunche razem z ludźmi ze Szkoły Letniej do jednej z lepszych restauracji słynącej z owoców morza. Coś co dziś jeszcze pływało, ale zostało wyłowione i przyrządzone przepysznie. Opisz co by wam smaka porobić. (-; Na przystawkę krewetki lub kalmary, potem zupa z krabów, na główne jakaś smakowita ryba, a na koniec pyszne ciasto. Na dodatek przy naszym stoliku siedzi Słowak który nie lubi krewetek i oddaje mi swoją porcję (-: Powiem tyle warto tu było przyjechać choćby i dla tych przyjemności.
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać, żeby się z Wami tym nie podzielić. Choćby i tak opisowo tylko.
A z innej beczki to ładnie proszę ( Magalith to do ciebie) nie zazdrościć. Przez te zazdroszczenia się ochłodziło – jedyne 24- 28 C – czyli czas nie tyle na plaże co na spacery po okolicznych klifach. Nie jest to może zimna temperatura, ale wszystko ostatnio spowija jakaś mgła, czy może raczej chmura – i chwilami wygląda to bardziej na Irlandię niż Hiszpanię.
Poza tym z obserwacji to ( chyba Asia i Łukasz pisali już o tym) ogromny szacunek dla hiszpańskich kierowców. Jak zbliżam się do przejścia ( albo nawet do ulicy ale widać że chcę przejść) od razu się zatrzymują. A u nas niestety po głowie by przejechali, a jak widzą pieszego to jeszcze przyśpieszają. Inna sprawa że nie wiem jak im się udaje parkować, a co więcej wyjeżdżać potem, bo między samochodami jest czasem klika centymetrów miejsca. Przejść nie można a co dopiero wyjechać. Uch. To się nazywa wyższa szkoła jazdy.
A co do Natalia to się jakoś zaadaptował. Za przykładem rodzin hiszpańskich bez serca wychodzimy z nim na wieczór na miasto i wracamy dopiero o 22. Jak jest strasznie zdesperowany to z obrażoną miną zasypia w wózku. Ale w dzień dostaje figę ( bez maku) i pozwalam mu biegać po piachu. I jest dobrze.
W piątek późno wieczorem już wracamy. Szkoda że kolejny raz nie uda się na Kotła przyjechać. )-: Ale co się odwlecze to nie uciecze. W takim razie do zobaczenia. Hasta pronto mi amigos.
poniedziałek, 4 września 2006
Dotarłam. Siedzimy w miejscowości Laredo, małym kurorcie w Katambrii z długą i piękną plażą i uroczym starym miastem. Dotarliśmy w miarę bezboleśnie – to znaczy myśleliśmy że będzie gorzej. Natalis był tak wściekle zmęczony że w samym samolocie spał. Na lotnisku bezskutecznie usiłowałam znaleźć ustronne miejsce żeby ją na nakarmić. I nic. Bałwany nie pomyślały o maleńkim kąciku przyjaznym matce i dziecku. W końcu wymyśliłam, że nakarmię ją w kaplicy. Kaplica musi być na lotniku, a nakarmienie własnego dzieciątka – biorąc pod uwagę ilość madonn z gołymi cycami w kościołach – nie powinna nikomu przeszkadzać. Pomysł nawet nie był zły, tylko że znalezienie nam Onego przybytku zajęło nam niemal godzinę. Do mini meczetu ktoś jeszcze wchodził, ale mini kaplica świeciła pustkami ( nie licząc Szefa Z Góry, Natalia i mnie). Jakoś się udało i najedzone ruszyłyśmy w dalszą podróż. W ogóle stwierdziliśmy z Kocurem że szalenie lubimy lotniska. Mają w sobie jakąś emocjonującą atmosferę podróży i wielu ludzi różnych kolorów skóry, w różnych strojach, mówiących różnymi językami. Strasznie lotniska przypominają o tym jaki świat jest różnorodny i fajny. Że nie jest tylko Zabrze i świat który cały czas już znasz. Chyba po powrocie obejrzę sobie Terminal. (-:
Na miejscu okazało się że trzeba było umieć czytać przewodniki między wierszami. Mianowicie: Hotel z cudownym widokiem na CAŁĄ wspaniałą i DŁUGĄ plażę = hotel położony WYSOKO i DALEKO od plaży. Na dodatek droga prowadzi schodami w upale. Jakieś 25 minut. Dziś mi jeszcze jakoś kocur pomagał, ale jutro idzie się edukować i nie wiem jak sobie dam radę. Natalia męczymy strasznie. Chodzi cały dzień. Ma tylko jedną drzemkę, jest pływany ( raczej moczony) w oceanie. Sprawdzała czy mokry piasek da się jeść. Wyszło jej że się da, ale jest niesmaczny. Ale zasadniczo wygląda na szczęśliwego.
Jedyna rzecz która nas dziś zdenerwowała to restauracje. I hiszpański system żywienia się. Rano posililiśmy się bagietkami, lokalnymi serami, owocami i oliwkami i było dobrze. Koło 14 wróciliśmy do pokoju ( co by mała odpoczęła) i w planach mieliśmy obiadokolocaje koło 16-17. Niestety na mieście okazało się że WSZYTSKO jest zamknięte. Otwierają w porze kolacyjnej czyli 20:30. Na głodnego, ze zmęczonym Natalisem jakoś wytrzymaliśmy. Jedyny otwarty sklep był (!) z artykułami z magicznymi zabawkami. W końcu udało nam się doczekać do otwarcia jadłodajni i zjadałam cały talerz pysznych owoców morza. (-: A teraz trzymam kciuki żeby jutro się nie okazało ze się niemi struję. ( jak to onegdaj w Santiago di Compostelo było) (-: Ale będzie dobrze. Jutro na złość jesieni mam zamiar cały dzień byczy się na plaży. Mry
Na miejscu okazało się że trzeba było umieć czytać przewodniki między wierszami. Mianowicie: Hotel z cudownym widokiem na CAŁĄ wspaniałą i DŁUGĄ plażę = hotel położony WYSOKO i DALEKO od plaży. Na dodatek droga prowadzi schodami w upale. Jakieś 25 minut. Dziś mi jeszcze jakoś kocur pomagał, ale jutro idzie się edukować i nie wiem jak sobie dam radę. Natalia męczymy strasznie. Chodzi cały dzień. Ma tylko jedną drzemkę, jest pływany ( raczej moczony) w oceanie. Sprawdzała czy mokry piasek da się jeść. Wyszło jej że się da, ale jest niesmaczny. Ale zasadniczo wygląda na szczęśliwego.
Jedyna rzecz która nas dziś zdenerwowała to restauracje. I hiszpański system żywienia się. Rano posililiśmy się bagietkami, lokalnymi serami, owocami i oliwkami i było dobrze. Koło 14 wróciliśmy do pokoju ( co by mała odpoczęła) i w planach mieliśmy obiadokolocaje koło 16-17. Niestety na mieście okazało się że WSZYTSKO jest zamknięte. Otwierają w porze kolacyjnej czyli 20:30. Na głodnego, ze zmęczonym Natalisem jakoś wytrzymaliśmy. Jedyny otwarty sklep był (!) z artykułami z magicznymi zabawkami. W końcu udało nam się doczekać do otwarcia jadłodajni i zjadałam cały talerz pysznych owoców morza. (-: A teraz trzymam kciuki żeby jutro się nie okazało ze się niemi struję. ( jak to onegdaj w Santiago di Compostelo było) (-: Ale będzie dobrze. Jutro na złość jesieni mam zamiar cały dzień byczy się na plaży. Mry
wtorek, 29 sierpnia 2006
Dziwnie mi dzisiaj. Mam strasznie rozchwiane nastroje. W jednej chwili wożę dziecko w wanience do kąpieli po parkiecie ( ciekawe co na to sąsiedzi z dołu) i przy muzyce z Piratów z Karaibów zaśmiewającym się i mamy super zabawę. ( Ja udaję potwora morskiego i robie AGRRRAAAHHH). A już po chwili jakoś mi łyso. Tylko proszę nie zwalać na jesień. Ona niczemu nie winna. Dobrze, może troszkę podejrzewam czemu mi smutno, ale pozwolicie że zostawię to dla siebie.
A wracając do jesieni, to ( ponieważ zapewne niektórych z Was wpędza w melancholię) rano wymyśliłam kilka powodów dlaczego Lubić Jesień Należy. Jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły to też zapraszam do dopisywania.
1)Nigdy nie smakuje tak herbata jak właśnie jesienią.
2) Te chwile kiedy rano jest jeszcze szaro,a my leżymy sobie pod kołdrą i jeszcze przez chwilę nie musimy wstawać. ( Dobrze jest mieć obok siebie ciepłego kota, albo rozespanego dziecia mówiącego „mama” - opcjonalnie oba te stworzenia). W każdym razie te chwile skradzione porankowi są baaardzo miłe. Śmiem twierdzić, ze są jednymi z przyjemniejszych chwil w życiu (-: Mrauuuu.
3) Kiedy juz w końcu jesienią wyjdzie jakieś słonko i widać kawałek nieba to jak nas to cieszy. A czy ktoś się cieszy takim niebem w lecie? Nie, i jeszcze narzekają ze upały.
4) Każdą chandrę i lenistwo można sobie łatwo uzasadnić - „bo jesień i pogoda taka”. Nawet jak sami w to nie wierzymy pozwala szybki uciąć wszystkie dywagacje i wtrącania się czemu nam źle.
5) Jest zupa grzybowa.
6) W puchatych swetrach nam zazwyczaj do twarzy.
7) Jeżeli jesienią musimy siedzieć dłużej w pracy - lub siedzieć w domu nie wychodząc, to zamiast marudzić radujemy sie w sercu, ze te matoły marzną na plusze a my tu w ciepełku herbatę popijamy. ( Kiedy to my musimy wyjść argument traci na aktualności).
Czyli ajk widzimy jesień nie jest taka zła. Nosy do góry i parasolki w dłoń.
A wracając do jesieni, to ( ponieważ zapewne niektórych z Was wpędza w melancholię) rano wymyśliłam kilka powodów dlaczego Lubić Jesień Należy. Jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły to też zapraszam do dopisywania.
1)Nigdy nie smakuje tak herbata jak właśnie jesienią.
2) Te chwile kiedy rano jest jeszcze szaro,a my leżymy sobie pod kołdrą i jeszcze przez chwilę nie musimy wstawać. ( Dobrze jest mieć obok siebie ciepłego kota, albo rozespanego dziecia mówiącego „mama” - opcjonalnie oba te stworzenia). W każdym razie te chwile skradzione porankowi są baaardzo miłe. Śmiem twierdzić, ze są jednymi z przyjemniejszych chwil w życiu (-: Mrauuuu.
3) Kiedy juz w końcu jesienią wyjdzie jakieś słonko i widać kawałek nieba to jak nas to cieszy. A czy ktoś się cieszy takim niebem w lecie? Nie, i jeszcze narzekają ze upały.
4) Każdą chandrę i lenistwo można sobie łatwo uzasadnić - „bo jesień i pogoda taka”. Nawet jak sami w to nie wierzymy pozwala szybki uciąć wszystkie dywagacje i wtrącania się czemu nam źle.
5) Jest zupa grzybowa.
6) W puchatych swetrach nam zazwyczaj do twarzy.
7) Jeżeli jesienią musimy siedzieć dłużej w pracy - lub siedzieć w domu nie wychodząc, to zamiast marudzić radujemy sie w sercu, ze te matoły marzną na plusze a my tu w ciepełku herbatę popijamy. ( Kiedy to my musimy wyjść argument traci na aktualności).
Czyli ajk widzimy jesień nie jest taka zła. Nosy do góry i parasolki w dłoń.
piątek, 25 sierpnia 2006
Tu od dawna powinna być notka. Ba, nawet dwie lub trzy. O rzeczach ważnych i mniej ważnych. I radosnych i smutnych. Tyle że jakoś nie mogłam się zabrać żeby je wszystkie spisać, a tera myśli mi pouciekały z głowy na wszystkie strony. Dobrze. Będzie zatem w punktach i chaotycznie. Czyli Depesze z Życia LaBrujów.
Wakacje mijają mi niepostrzeżenie. O wyjedzcie Rycerkowo-Rodzinno- Pańszczyźnianym obiecałam sobie nie pisać. Było beznadziejnie. I co tu więcej dodawać. Z kolei na Flambergu byłam jednym okiem. Na tyle ile mogłam być. Z ambitnych planów jechania tu i tam, grania i zwiedzania zostały się jakieś okruszki. Nie doceniłam stopnia w jakim 10,5 miesięczne dziecko potrafi absorbować. Jesteśmy z sobą zżyte tak, że czasem już nie wiem, która z nas żyje według rytmu tej drugiej. Chyba przez te miesiace emocjonalna pępowina jeszcze się zacieśniła. I cholera dobrze mi z tym.
Z rozkoszy tylko-dla-mnie to delektowałam się ostatnio książką M. Atwood Grace Grace. Cały czas miałam nieodparte wrażenie że słowa w niej były nie tyle napisane co wyszywane.
Cóż dalej? Udało mi się wreszcie zacząć sprawy remontowo – malarskie. Znaczy malowałam ja i Aniołak, a potem ja w asyście Indyga. I miałam z tego sporą zabawę. I nie mówię już tylko o ściennym efekcie, ale o całokształcie babrania się i tworzenia. I o pieśniach szpachlersko – malarskich. ( „Ach gdzie ta szpachla, gdzie ta gładź? ). Lubię robić rzeczy fizyczno – manualne.
Dalej popadam w bzika roślinnego. Prze tyle lat nie miałam ręki do kwiatków, a tu nagle zaczęły mi rosnąć. I to raczej ja się zmieniłam a nie rośliny. Bo ogrodnictwo wymaga dość specyficznego stanu ducha. Bardziej spokojnego niż miałam kiedyś i nieco zamkniętego w sobie. Takiego stanu na którym można się porozumiewać bez słów z kwiatami.
Ze spraw mniej przyjemnych to zostałam obdarowana przez rodziciela prezentem. Specjalnie dla mnie wybieranym i przywiezionym z Pragi. Miał się podobać. Bo ja niby lubię A. Muchę. Zazwyczaj. Tylko że moi rodziciele wybrali jego plakat ogromnych gabarytów, dziwacznej kolorystyki, na dodatek przedstawiający babsko tęgie, z miną jako żywo mojej nauczycielki z podstawówki. Błe. Tyle że to prezent i nie fajnie jak wyląduje w rulonie na kredensie. Zwłaszcza, że się darczyńca dowiaduje czy juz zawiesiłam. )-; I co ja mam zarobić. Tak mi przykro troszkę.
Ujjj. Patrzę na ten mów wpis z jakąś dezaprobatą. Nie tak miało wyglądać. Chciałam dłużej, bardziej osobiście. Chciałam wypisać listę Rzeczy Dobrych. Chciałam wam napisać że po raz pierwszy od wielu lat nie przechodzą mnie ciarki jak pomyślę o jesieni i że wreszcie jetem w środku spokojna. I o tylko innych rzeczach. Ale tak to jest jak własny blog się zakurzy. Muszę wyczyścić na nowo czajnik ( ten ze zdjęcia) co by Wam móc w czym herbatę podawać.
A tak na koniec tylko zdradzę, że jedna myśl za mną od wczoraj chodzi. Indygo podzieliła się ze mną spostrzeżeniem, że kilku „popularnych acz ambitnych pisarzy” pisze w sumie w ten sam deseń; dużo opisów szczegółów i detali z bliskiej perspektywy, zabawy narracją i ... przynajmniej jeden dokładny opis narządów męskich. Hmmm. A ja podobno takowych książek zazwyczaj nie lubię. Może nie wystarczająco go znam? Idę tam szukać wiadomych części. No co? Kocura nie ma to chyba poczytać można przynajmniej? Toć to Wysoka Lyteratóra. (-;
Wakacje mijają mi niepostrzeżenie. O wyjedzcie Rycerkowo-Rodzinno- Pańszczyźnianym obiecałam sobie nie pisać. Było beznadziejnie. I co tu więcej dodawać. Z kolei na Flambergu byłam jednym okiem. Na tyle ile mogłam być. Z ambitnych planów jechania tu i tam, grania i zwiedzania zostały się jakieś okruszki. Nie doceniłam stopnia w jakim 10,5 miesięczne dziecko potrafi absorbować. Jesteśmy z sobą zżyte tak, że czasem już nie wiem, która z nas żyje według rytmu tej drugiej. Chyba przez te miesiace emocjonalna pępowina jeszcze się zacieśniła. I cholera dobrze mi z tym.
Z rozkoszy tylko-dla-mnie to delektowałam się ostatnio książką M. Atwood Grace Grace. Cały czas miałam nieodparte wrażenie że słowa w niej były nie tyle napisane co wyszywane.
Cóż dalej? Udało mi się wreszcie zacząć sprawy remontowo – malarskie. Znaczy malowałam ja i Aniołak, a potem ja w asyście Indyga. I miałam z tego sporą zabawę. I nie mówię już tylko o ściennym efekcie, ale o całokształcie babrania się i tworzenia. I o pieśniach szpachlersko – malarskich. ( „Ach gdzie ta szpachla, gdzie ta gładź? ). Lubię robić rzeczy fizyczno – manualne.
Dalej popadam w bzika roślinnego. Prze tyle lat nie miałam ręki do kwiatków, a tu nagle zaczęły mi rosnąć. I to raczej ja się zmieniłam a nie rośliny. Bo ogrodnictwo wymaga dość specyficznego stanu ducha. Bardziej spokojnego niż miałam kiedyś i nieco zamkniętego w sobie. Takiego stanu na którym można się porozumiewać bez słów z kwiatami.
Ze spraw mniej przyjemnych to zostałam obdarowana przez rodziciela prezentem. Specjalnie dla mnie wybieranym i przywiezionym z Pragi. Miał się podobać. Bo ja niby lubię A. Muchę. Zazwyczaj. Tylko że moi rodziciele wybrali jego plakat ogromnych gabarytów, dziwacznej kolorystyki, na dodatek przedstawiający babsko tęgie, z miną jako żywo mojej nauczycielki z podstawówki. Błe. Tyle że to prezent i nie fajnie jak wyląduje w rulonie na kredensie. Zwłaszcza, że się darczyńca dowiaduje czy juz zawiesiłam. )-; I co ja mam zarobić. Tak mi przykro troszkę.
Ujjj. Patrzę na ten mów wpis z jakąś dezaprobatą. Nie tak miało wyglądać. Chciałam dłużej, bardziej osobiście. Chciałam wypisać listę Rzeczy Dobrych. Chciałam wam napisać że po raz pierwszy od wielu lat nie przechodzą mnie ciarki jak pomyślę o jesieni i że wreszcie jetem w środku spokojna. I o tylko innych rzeczach. Ale tak to jest jak własny blog się zakurzy. Muszę wyczyścić na nowo czajnik ( ten ze zdjęcia) co by Wam móc w czym herbatę podawać.
A tak na koniec tylko zdradzę, że jedna myśl za mną od wczoraj chodzi. Indygo podzieliła się ze mną spostrzeżeniem, że kilku „popularnych acz ambitnych pisarzy” pisze w sumie w ten sam deseń; dużo opisów szczegółów i detali z bliskiej perspektywy, zabawy narracją i ... przynajmniej jeden dokładny opis narządów męskich. Hmmm. A ja podobno takowych książek zazwyczaj nie lubię. Może nie wystarczająco go znam? Idę tam szukać wiadomych części. No co? Kocura nie ma to chyba poczytać można przynajmniej? Toć to Wysoka Lyteratóra. (-;
poniedziałek, 31 lipca 2006
Wróciłam.
Pierwsza rzecz to, że wiatru z połonin nie przyniosłam, bo z małym Natalisem po takowych nie dałam rady chodzić. Ale mimo to było cudownie.
Zacznę od miejsca. Przez pierwsze kilka dni chodziłam w kółko i węszyłam, czy to możliwe że tak fajne miejsca w ogóle istnieją. Zupełne odludzie, 5 km od drogi, w cudownej dolinie, cały dom z niesamowicie pozytywną atmosferą czegoś ciepłego i dobrego, wspaniałe wegetariańskie jedzonko, dobre traktowanie zwierzów domowych ( a o to na wsi czasem ciężko) i biegające w około zwierza dzikie. Były chwile kiedy czułam się trochę samotna – z innych gości były cale rodziny, a ja byłam tylko z Natalisem. Potem przestało mi to przeszkadzać. Czułam się jak wielka bryła lodu, która w jakiś sposób emocjonalnie się rozmraża. Potrzebny mi był taki czas. I jak tylko się rozmroziłam to musiałam już wracać.
Choć były też rzeczy które mi troszkę przeszkadzały. Strasznie ciągnęło mnie w góry. Do Lackowej to prawie wyłam. I właśnie na takie samotne wyprawy miałam największą ochotę. Do pół i lasów i ptaków drapieżnych w ciszy po jasnym niebie krążących. A musiałam siedzieć na miejscu. Ale jeszcze pochodzę. Kiedyś.
Druga rzecz to, że mimo całego uroku tamtego miejsca nie umiałam poczuć się tam jak u siebie. Czułam się trochę tak jak na wyjazdach z Anią i Marcinem. Dobrze, ciepło, bezpiecznie, ale boleśnie czuć że to nie mój świat. Wyciszam się wtedy i wchodzę w siebie. Tak jak w Chmielu czy Taize od razu czułam się jak u siebie i otwierałam na innych. Ale to nie ważne że nie jest to mój świat. Cieszę się że inni mają takie dobre miejsce.
A i refleksja z innej beczki. Oprócz mnie w Ropkach było kilka rodzin z dziećmi. I dochodzą do wniosku, że chyba jestem jakąś inną mamą. Taką bardziej przypominająca zwierzaka z młodym niż „mamusię” z gazety Twoje dziecko. Natalis łaził po trawie, jadł chlebek z podłogi, śmiał się jak dziki i w ogóle dobrze mu było. A z innymi mamami nie mogłam złapać wspólnego języka.
W ogóle to poznałam nowy typ homo sapiens. Mianowicie „mamusie” i „tatusiów”. Obiekty takie mówią dziwnym, nieco piskliwym głosem, zwracają się do swoich pociech, nawet tych najmłodszych, w wołaczu nie w mianowniku. Zabraniają im wszystkiego co w jakikolwiek sposób może zaszkodzić ich zdrowiu. Nie zabraniają natomiast niczego co zagraża zdrowiu ( psychicznemu zwłaszcza) otoczenia. Od rana słuchać „Filipie, umyj ręce. Filipie uważaj na schodach”. Nikt nie zabrania natomiast bachorowi tupać, hałasować, kaprysić, szantażować. Kiedy dziciuk taki przez przypadek trafi nogą w piłkę, już mama i babcia biją brawo na stojąco, że gwiazda futbolu nam rośnie. Błeh. Dodatkowo nabrałam szczególnej nieufności do rodziców nazywających swe pociechy: Marysia, Zuzia, Franek, Jasiu i Józiu. Pachnie mi to mamusiowaniem.
Dobrze, że nasz Natalis rośnie bez nim mamusi. Za to z mamą, co się z tarza po trawie pluska w wodzie i nie bije brawa na stojąco jak „śliczna kupka w pieluszce się pojawi”. I że ta mama ma Kocura-Tatę –Natalisa co dalej jest paskudnym cynicznym kocurem, co gra w rpg, robi dużo fajnych rzeczy i pazurów wcale nie stracił. A nie bezzębnym milusim tatusiem co mówi śmiesznym głosikiem i tak wczuwa się w rolę tatki, że zapomniał że może być facetem.
A jutro znowu znikam. Tym razem nie dla przyjemności. Jadę do Rycerki. W każdym razie pozytywne jest to że za jakiś czas wrócę.
To do zobaczenia.
Pierwsza rzecz to, że wiatru z połonin nie przyniosłam, bo z małym Natalisem po takowych nie dałam rady chodzić. Ale mimo to było cudownie.
Zacznę od miejsca. Przez pierwsze kilka dni chodziłam w kółko i węszyłam, czy to możliwe że tak fajne miejsca w ogóle istnieją. Zupełne odludzie, 5 km od drogi, w cudownej dolinie, cały dom z niesamowicie pozytywną atmosferą czegoś ciepłego i dobrego, wspaniałe wegetariańskie jedzonko, dobre traktowanie zwierzów domowych ( a o to na wsi czasem ciężko) i biegające w około zwierza dzikie. Były chwile kiedy czułam się trochę samotna – z innych gości były cale rodziny, a ja byłam tylko z Natalisem. Potem przestało mi to przeszkadzać. Czułam się jak wielka bryła lodu, która w jakiś sposób emocjonalnie się rozmraża. Potrzebny mi był taki czas. I jak tylko się rozmroziłam to musiałam już wracać.
Choć były też rzeczy które mi troszkę przeszkadzały. Strasznie ciągnęło mnie w góry. Do Lackowej to prawie wyłam. I właśnie na takie samotne wyprawy miałam największą ochotę. Do pół i lasów i ptaków drapieżnych w ciszy po jasnym niebie krążących. A musiałam siedzieć na miejscu. Ale jeszcze pochodzę. Kiedyś.
Druga rzecz to, że mimo całego uroku tamtego miejsca nie umiałam poczuć się tam jak u siebie. Czułam się trochę tak jak na wyjazdach z Anią i Marcinem. Dobrze, ciepło, bezpiecznie, ale boleśnie czuć że to nie mój świat. Wyciszam się wtedy i wchodzę w siebie. Tak jak w Chmielu czy Taize od razu czułam się jak u siebie i otwierałam na innych. Ale to nie ważne że nie jest to mój świat. Cieszę się że inni mają takie dobre miejsce.
A i refleksja z innej beczki. Oprócz mnie w Ropkach było kilka rodzin z dziećmi. I dochodzą do wniosku, że chyba jestem jakąś inną mamą. Taką bardziej przypominająca zwierzaka z młodym niż „mamusię” z gazety Twoje dziecko. Natalis łaził po trawie, jadł chlebek z podłogi, śmiał się jak dziki i w ogóle dobrze mu było. A z innymi mamami nie mogłam złapać wspólnego języka.
W ogóle to poznałam nowy typ homo sapiens. Mianowicie „mamusie” i „tatusiów”. Obiekty takie mówią dziwnym, nieco piskliwym głosem, zwracają się do swoich pociech, nawet tych najmłodszych, w wołaczu nie w mianowniku. Zabraniają im wszystkiego co w jakikolwiek sposób może zaszkodzić ich zdrowiu. Nie zabraniają natomiast niczego co zagraża zdrowiu ( psychicznemu zwłaszcza) otoczenia. Od rana słuchać „Filipie, umyj ręce. Filipie uważaj na schodach”. Nikt nie zabrania natomiast bachorowi tupać, hałasować, kaprysić, szantażować. Kiedy dziciuk taki przez przypadek trafi nogą w piłkę, już mama i babcia biją brawo na stojąco, że gwiazda futbolu nam rośnie. Błeh. Dodatkowo nabrałam szczególnej nieufności do rodziców nazywających swe pociechy: Marysia, Zuzia, Franek, Jasiu i Józiu. Pachnie mi to mamusiowaniem.
Dobrze, że nasz Natalis rośnie bez nim mamusi. Za to z mamą, co się z tarza po trawie pluska w wodzie i nie bije brawa na stojąco jak „śliczna kupka w pieluszce się pojawi”. I że ta mama ma Kocura-Tatę –Natalisa co dalej jest paskudnym cynicznym kocurem, co gra w rpg, robi dużo fajnych rzeczy i pazurów wcale nie stracił. A nie bezzębnym milusim tatusiem co mówi śmiesznym głosikiem i tak wczuwa się w rolę tatki, że zapomniał że może być facetem.
A jutro znowu znikam. Tym razem nie dla przyjemności. Jadę do Rycerki. W każdym razie pozytywne jest to że za jakiś czas wrócę.
To do zobaczenia.
piątek, 21 lipca 2006
Jutro jadę. Przywiazę wam troszkę wiatru z połonin.
Kiedy stałem w przedświcie a Synaj
Prawdę głosił przez trąby wiatru
Zasmreczyły się chmur igliwiem
Bure świerki o góry wsparte
I na niebie byłem ja jeden
Plotąc pieśni w warkocze bukowe
I schodziłem na ziemię za kwestą
Przez skrzydlącą się bramę Lackowej
I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi
Moje myśli biegały końmi
Po niebieskich mokrych połoninach
I modliłem się złożywszy dłonie
Do gór, do Madonny brunatnolicej
A gdy serce kroplami tęsknoty
Jęło spadać na góry sine
Czarodziejskim kwiatem paproci
Rozgwieździła się Bukowina
Kiedy stałem w przedświcie a Synaj
Prawdę głosił przez trąby wiatru
Zasmreczyły się chmur igliwiem
Bure świerki o góry wsparte
I na niebie byłem ja jeden
Plotąc pieśni w warkocze bukowe
I schodziłem na ziemię za kwestą
Przez skrzydlącą się bramę Lackowej
I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi
Moje myśli biegały końmi
Po niebieskich mokrych połoninach
I modliłem się złożywszy dłonie
Do gór, do Madonny brunatnolicej
A gdy serce kroplami tęsknoty
Jęło spadać na góry sine
Czarodziejskim kwiatem paproci
Rozgwieździła się Bukowina
czwartek, 13 lipca 2006
Dobrze. Wciąż żyję. Nawet mam się lepiej. Kilka refleksji po pobycie w szpitalu. Po pierwsze wreszcie zrozumiałam do czego ma służyć „bycie na czczo przed operacją”. Pacjent głodny o odwodniony się nie buntuje i nie ucieka. Lezie potulnie jak owca na cięcie. Nawet nie protestowałam jak mi igłę do kręgosłupa wbijali.
A potem długie dni leżenia w gorącu, nudy, bolenia tu i tam. Jestem tym już serdecznie zmęczona. Rozbiło mnie to dokumentnie. Mam zamiar wziąć prysznic i ruszyć na spacer. W stronę życia. To co że mi jeszcze nie wolno? Mam ochotę - wot co.
I dzięki bliskim za wsparcie, dobre myśli i smski. Pomagały. Bardzo.
A potem długie dni leżenia w gorącu, nudy, bolenia tu i tam. Jestem tym już serdecznie zmęczona. Rozbiło mnie to dokumentnie. Mam zamiar wziąć prysznic i ruszyć na spacer. W stronę życia. To co że mi jeszcze nie wolno? Mam ochotę - wot co.
I dzięki bliskim za wsparcie, dobre myśli i smski. Pomagały. Bardzo.
czwartek, 6 lipca 2006
Dobrze przyznam się. Boję się jutra. Boję się bólu, komplikacji. Boję się rozstania z Natalisem. Ale chyba nie mam odwrotu i alternatywy, bo coś z Tym trzeba zrobić. Proszę o pozytywne myślenie i modlitwę. W okolicach 14- 16 szczególnie. Mam nadzieję, że będę miała trochę szczęścia. Jak to się mówi. Wszystko będzie dobrze. Musi być.
piątek, 30 czerwca 2006
Jestem, jestem.
Od poniedziałku do środy miałam nie-przyjemność siedziałam w Zakopanym. Przez kilka okoliczności, o których tu wspominać nie będę wyjazdu nie mogę zaliczyć do udanych. Kocur była na konferencji, a ja siedziałam z małą w pokoju. Nudziłam się jak dziki mops – dlaczego to długa historia – nie warta zresztą notki.
Koniec końców miałam okazję przypatrzeć się w tym czasie dziwnej i nieznanej mi machinie. Chodzi mianowicie o Telewizor. Zobaczyłam jeden odcinek słynnego Lostu – sromotnie mnie zresztą zawiódł. Chodzi ekipa po plaży i rozmawia. A w krzakach nie-wiadomo-co robi mroczny nastrój. Oprócz rzeczonego serialu zetknęłam się z wprost zastraszającą ilością reklam. Po pierwsze nie przypuszczałam, że jest ich aż tak dużo. Po drugie chyba stanowię, jakiś odrębny gatunek, do którego nie są one skierowane. Ja rozumiem, że produkt trza sprzedać i reklama się przydaje. Tylko dlaczego wszędzie te same sztuczne mordy z przylepionym uśmiechem. Dlaczego wszędzie te same teksty, dobór idealnego, świeżego, super, ekstra słownictwa? Toż to nie niesie ze sobą żadnych emocji. Chyba tylko kilka reklam około mundialowych zrobiło na mnie jakieś wrażenie. Chłopaki grające na ulicy z Beckhamem i resztą gwiazd. I komentatorzy pijący Calsberg.
Natomiast reszta jest po prostu niesmaczna. I zastanawia mnie tylko czy ci do których kierowane są reklamy są aż tak głupi, czy może ich twórcy z jakiś powodów nie wychodzą poza pewien szablon? A może są tworzone automatycznie przez komputer? Jeżeli tak, to myślę że program tworzący reklamy jest Microsoftowy. Mój kocur napisałby lepszy. (-:
Kolejna rzecz to udało mi się kupić na allegro dla Natalisa moje ukochane bajki z dzieciństwa. O złotym Żółwiu Baśnie Birmy i Brzechwa Dzieciom z ilustracjami Szancego. Zresztą nie ma lepszej inwestycji niż w książki dla dzieci. Bo jak ktoś w młodości nie zacznie czytać, to czytać już nie będzie. A jak się chwyci bakcyla to potem dostani grosz, wyrwany z gardła dziecka czy babki, zamieni sie na słowo pisane. I jakoś nie ciągnie mnie do kupowania jej milusich ubranek w misie. Ale w księgarni na dziele dziecięcym aż mi się oczy świecą. Tylko niestety czasem chce się opowiedzieć patrząc na niektóre super książeczki „ za naszych czasów to...”. Bo jakoś nie przekonują mnie przygody Barbie, czy przygody różowego słonia z kreskówki Dysneya. Trudno, zostaje mi allegro i polowanie na pewne wydanie baśnie Andersena. Mam nadzieję, że będzie jej się podobało kiedyś. A przynajmniej mamie będzie się to fajnie czytało. (-:
Aaaa i nieśmiało przypominam, że zostało jeszcze kilka książek nie odgadniętych kilka postów niżej. (-: Daję wam jeszcze tydzień.
A dziś ważny mecz. Trzymamy kciuki za Argentynę. Prawda?
Od poniedziałku do środy miałam nie-przyjemność siedziałam w Zakopanym. Przez kilka okoliczności, o których tu wspominać nie będę wyjazdu nie mogę zaliczyć do udanych. Kocur była na konferencji, a ja siedziałam z małą w pokoju. Nudziłam się jak dziki mops – dlaczego to długa historia – nie warta zresztą notki.
Koniec końców miałam okazję przypatrzeć się w tym czasie dziwnej i nieznanej mi machinie. Chodzi mianowicie o Telewizor. Zobaczyłam jeden odcinek słynnego Lostu – sromotnie mnie zresztą zawiódł. Chodzi ekipa po plaży i rozmawia. A w krzakach nie-wiadomo-co robi mroczny nastrój. Oprócz rzeczonego serialu zetknęłam się z wprost zastraszającą ilością reklam. Po pierwsze nie przypuszczałam, że jest ich aż tak dużo. Po drugie chyba stanowię, jakiś odrębny gatunek, do którego nie są one skierowane. Ja rozumiem, że produkt trza sprzedać i reklama się przydaje. Tylko dlaczego wszędzie te same sztuczne mordy z przylepionym uśmiechem. Dlaczego wszędzie te same teksty, dobór idealnego, świeżego, super, ekstra słownictwa? Toż to nie niesie ze sobą żadnych emocji. Chyba tylko kilka reklam około mundialowych zrobiło na mnie jakieś wrażenie. Chłopaki grające na ulicy z Beckhamem i resztą gwiazd. I komentatorzy pijący Calsberg.
Natomiast reszta jest po prostu niesmaczna. I zastanawia mnie tylko czy ci do których kierowane są reklamy są aż tak głupi, czy może ich twórcy z jakiś powodów nie wychodzą poza pewien szablon? A może są tworzone automatycznie przez komputer? Jeżeli tak, to myślę że program tworzący reklamy jest Microsoftowy. Mój kocur napisałby lepszy. (-:
Kolejna rzecz to udało mi się kupić na allegro dla Natalisa moje ukochane bajki z dzieciństwa. O złotym Żółwiu Baśnie Birmy i Brzechwa Dzieciom z ilustracjami Szancego. Zresztą nie ma lepszej inwestycji niż w książki dla dzieci. Bo jak ktoś w młodości nie zacznie czytać, to czytać już nie będzie. A jak się chwyci bakcyla to potem dostani grosz, wyrwany z gardła dziecka czy babki, zamieni sie na słowo pisane. I jakoś nie ciągnie mnie do kupowania jej milusich ubranek w misie. Ale w księgarni na dziele dziecięcym aż mi się oczy świecą. Tylko niestety czasem chce się opowiedzieć patrząc na niektóre super książeczki „ za naszych czasów to...”. Bo jakoś nie przekonują mnie przygody Barbie, czy przygody różowego słonia z kreskówki Dysneya. Trudno, zostaje mi allegro i polowanie na pewne wydanie baśnie Andersena. Mam nadzieję, że będzie jej się podobało kiedyś. A przynajmniej mamie będzie się to fajnie czytało. (-:
Aaaa i nieśmiało przypominam, że zostało jeszcze kilka książek nie odgadniętych kilka postów niżej. (-: Daję wam jeszcze tydzień.
A dziś ważny mecz. Trzymamy kciuki za Argentynę. Prawda?
piątek, 9 czerwca 2006
Piłka nożna ma coś z magii. Przejmuję się. Piszczę przed odbiornikiem radiowym.
Tymczasem gra naszych jest jak zaburzenia orgazmu. Niby już, już, już prawie…a po chwili się okazuje, że jednak nie. I klops. A w środę będzie już tylko wstyd.
Nasi ze Sierra Leone nie grają. Trudno trzeba kibicować Wybrzeżu Kości Słoniowej. Albo Togo. Jak nie piłkarzy to może czarowników mają lepszych. Ech.
Tymczasem gra naszych jest jak zaburzenia orgazmu. Niby już, już, już prawie…a po chwili się okazuje, że jednak nie. I klops. A w środę będzie już tylko wstyd.
Nasi ze Sierra Leone nie grają. Trudno trzeba kibicować Wybrzeżu Kości Słoniowej. Albo Togo. Jak nie piłkarzy to może czarowników mają lepszych. Ech.
niedziela, 4 czerwca 2006
Nie, nie będzie w żadnym wypadku o gryzieniu metaforycznym. Będzie o zwykłym zębowym wgryzaniu się w smaczne obiekty. Gryzienie jest przyjemne. Jest częścią życia. Mam oczy patrzę, mam uszy słucham, mam nogi chodzę, mam zęby wgryzam się. Niemal jak w bajce o Czerwonym kapturku. A dlaczego ja się nad tym rozwodzę? Bo jestem tej możliwości obecnie pozbawiona. I cierpię. Otóż mam wreszcie aparat. Nie wygląda aż tak tragicznie, boli też do wytrzymania. Problem w tym, że jedzenie papek i płynów nie wystarcza. Zaspokaja głód żołądka, ale pozostawia jakiś inny prastary głód, głód wgryzania się. Nie jestem mięsożercą. W zupełności wystarczyłby mi mięsisty pomidorek, albo wilgotny świeży ogóreczek. O skórce z chlebie już nie wspomnę.
Zatem Carpe Diem, Carpe Tomate i inne dobrocie! Carpe i gryźcie, skoro możecie. A mnie zostają marzenia i zmiksowana papka o kolorze zmieszanym z wszystkich barw Hogwartu. Błeh. Nie miała baba kłopotu. Ale trudno sam chciałam nie marudzę.
Zatem Carpe Diem, Carpe Tomate i inne dobrocie! Carpe i gryźcie, skoro możecie. A mnie zostają marzenia i zmiksowana papka o kolorze zmieszanym z wszystkich barw Hogwartu. Błeh. Nie miała baba kłopotu. Ale trudno sam chciałam nie marudzę.
środa, 31 maja 2006
wtorek, 30 maja 2006
No dobrze. Trzy tygodnie bez notek, a potem trzy notki jednego dnia. Dałam się porwać zabawie. Kto to napisała. Mam nadziej ze nie będzie za łatwe ani za trudne. Wszystko proza, niekoniecznie tylko fantastyka. Zapraszam. Nagrody? Negocjowane? Gwiazdka z nieba i inne niespodzianki przewidziane.
1 TATAAAAMMM _ ODGADAŁA INDYGO
Łysiak - Flet z Mandragory
Mój czarny robak mieszka wewnątrz mej duszy. Być może to tylko chwilowy postój, przerwa w wędrówce, dla nabrania sił. Możliwe, że pewnego dnia zechce ruszyć dalej i wybierze serce albo mózg, zapraszając mnie do bajecznie nakrytego stołu opłakania, lub do perłowej jaskini miłości, gdzie wszelki rozsądek usypia, budzi się sumienie, a szczęcie ważymy wzajemnością czyjegoś serca i nieczynieniem złą bliźniemu. Wówczas zdam końcowy egzamin z głupoty.
2 I ZNOWU CELNY STRZAŁ INDYGO
Autorem jest pan Barker a tekst ( tu już ja podpowiem) pochodzi z Abaratu
Obok przeszła piękna kobieta w kapeluszu przypominającym akwarium. Pływała w nim duża ryba o żałosnym wyglądzie, w tajemniczy sposób podobna do wyrazu twarzy kobiety, na której głowie balansowała. Mężczyzna dwa razy większy od Candy biegł niosąc w kapturze swojego habitu drugiego, dwukrotnie mniejszego od siebie mężczyznę, który żaglował orzechami. Przez tłum przemykało stworzenie z czerwonymi drabinami zamiast nóg i ogromnym pomarańczowym grzebieniem.
3 GRATULUJEMY ANIOŁAKOWI!
Prawidłowa odpowiedz to: Orson scott Card, Mówca Umarłych
<>
Roześmiał się. Ja mam wybaczyć tobie.
To byłem ja.
To byłem ja.
Gdy znowu będziesz spacerować po powierzchni świata, wtedy nadejdzie przebaczenie.
4 – Kim jesteś?
Diabłem – odrzekła. - Zakochanym diabłem.
Wybuchnęła śmiechem. Książka Cazotte'a leżała na komódce obok Pamiętnika z Wyspy Świętej Heleny i jakiś papierów.
5 Zaczynała dojrzewać w kłębowisku wrogich sobie sił. Niewiele miała z matki. Po ojcu odziedziczyła ciało wątłe, chorobliwą wstydliwość, bladą cerę, oczy smutnomodre i czystą miedz gorejących włosów. Żyłą tak cichutko, że wydawał się osobą niewidzialną. Matka wystraszona tą dziwna cechą osobowości, przywiązywała jej dzwoneczek do nadgarstka, by nie stracić z uszu błąkającej sie w półmroku domu córki.
6 BRAWA DLA NATTI!
To czywiście Nędznicy Hugo
Ścieki są sumieniem miasta. Wszystko w nich się zbiega i konfrontuje. W tym sinym przybytku panują ciemności, ale nie ma już żadnych tajemnic. Każda rzecz ma swój kształt prawdziwy, albo przynajmniej ostateczny. Stos śmieci ma tę zaletę, że nie kłamie. Tam się schroniła naiwność. Wszystkie brudy cywilizacji, odbywszy swoja służbę, wpadają w ten grób prawdy, gdzie znajduje swój kres gigantyczne obsuwanie się gruntu społecznego. Wpadają, ale rozpościerają się w całej okazałości. Ten chaos jest spowiedzią. Koniec wszelkich fałszywych pozorów, nie ma mowy o żadnej szmince, plugastwo zdejmuje koszulę, absolutna nagość, klęska złudzeń i miraży, nic ponad to, co jest i co przybiera złowrogą postać tego, co się kończy. Rzeczywistość i nicość. Odłamek butelki wyznaje pijaństwo, pałąk koszyka opowiada o tajemnicach koszykowego; ogryzek, który niegdyś miał swoje poglądy na literaturę, z powrotem staje się ogryzkiem; podobizna na miedzianym groszaku szczerze pokrywa się jadowitym grynszpanem, splunięcie Kajfasza spotyka wymioty Falstaffa, luidor pochodzący z szulerni uderza o gwóźdź, z którego zwisa kawałek sznura samobójcy (...). Wszystko, co się malowało, teraz nurza twarz w brudzie. Ostatnia zasłona zerwana. Ściek jest cynikiem. Mówi wszystko.
7 Kiedy Bóg wyznacza jakieś istocie miejsce śmierci sprawia on, by potrzeby ją w owe miejsce przywiodły.
1 TATAAAAMMM _ ODGADAŁA INDYGO
Łysiak - Flet z Mandragory
Mój czarny robak mieszka wewnątrz mej duszy. Być może to tylko chwilowy postój, przerwa w wędrówce, dla nabrania sił. Możliwe, że pewnego dnia zechce ruszyć dalej i wybierze serce albo mózg, zapraszając mnie do bajecznie nakrytego stołu opłakania, lub do perłowej jaskini miłości, gdzie wszelki rozsądek usypia, budzi się sumienie, a szczęcie ważymy wzajemnością czyjegoś serca i nieczynieniem złą bliźniemu. Wówczas zdam końcowy egzamin z głupoty.
2 I ZNOWU CELNY STRZAŁ INDYGO
Autorem jest pan Barker a tekst ( tu już ja podpowiem) pochodzi z Abaratu
Obok przeszła piękna kobieta w kapeluszu przypominającym akwarium. Pływała w nim duża ryba o żałosnym wyglądzie, w tajemniczy sposób podobna do wyrazu twarzy kobiety, na której głowie balansowała. Mężczyzna dwa razy większy od Candy biegł niosąc w kapturze swojego habitu drugiego, dwukrotnie mniejszego od siebie mężczyznę, który żaglował orzechami. Przez tłum przemykało stworzenie z czerwonymi drabinami zamiast nóg i ogromnym pomarańczowym grzebieniem.
3 GRATULUJEMY ANIOŁAKOWI!
Prawidłowa odpowiedz to: Orson scott Card, Mówca Umarłych
<>
Roześmiał się. Ja mam wybaczyć tobie.
To byłem ja.
To byłem ja.
Gdy znowu będziesz spacerować po powierzchni świata, wtedy nadejdzie przebaczenie.
4 – Kim jesteś?
Diabłem – odrzekła. - Zakochanym diabłem.
Wybuchnęła śmiechem. Książka Cazotte'a leżała na komódce obok Pamiętnika z Wyspy Świętej Heleny i jakiś papierów.
5 Zaczynała dojrzewać w kłębowisku wrogich sobie sił. Niewiele miała z matki. Po ojcu odziedziczyła ciało wątłe, chorobliwą wstydliwość, bladą cerę, oczy smutnomodre i czystą miedz gorejących włosów. Żyłą tak cichutko, że wydawał się osobą niewidzialną. Matka wystraszona tą dziwna cechą osobowości, przywiązywała jej dzwoneczek do nadgarstka, by nie stracić z uszu błąkającej sie w półmroku domu córki.
6 BRAWA DLA NATTI!
To czywiście Nędznicy Hugo
Ścieki są sumieniem miasta. Wszystko w nich się zbiega i konfrontuje. W tym sinym przybytku panują ciemności, ale nie ma już żadnych tajemnic. Każda rzecz ma swój kształt prawdziwy, albo przynajmniej ostateczny. Stos śmieci ma tę zaletę, że nie kłamie. Tam się schroniła naiwność. Wszystkie brudy cywilizacji, odbywszy swoja służbę, wpadają w ten grób prawdy, gdzie znajduje swój kres gigantyczne obsuwanie się gruntu społecznego. Wpadają, ale rozpościerają się w całej okazałości. Ten chaos jest spowiedzią. Koniec wszelkich fałszywych pozorów, nie ma mowy o żadnej szmince, plugastwo zdejmuje koszulę, absolutna nagość, klęska złudzeń i miraży, nic ponad to, co jest i co przybiera złowrogą postać tego, co się kończy. Rzeczywistość i nicość. Odłamek butelki wyznaje pijaństwo, pałąk koszyka opowiada o tajemnicach koszykowego; ogryzek, który niegdyś miał swoje poglądy na literaturę, z powrotem staje się ogryzkiem; podobizna na miedzianym groszaku szczerze pokrywa się jadowitym grynszpanem, splunięcie Kajfasza spotyka wymioty Falstaffa, luidor pochodzący z szulerni uderza o gwóźdź, z którego zwisa kawałek sznura samobójcy (...). Wszystko, co się malowało, teraz nurza twarz w brudzie. Ostatnia zasłona zerwana. Ściek jest cynikiem. Mówi wszystko.
7 Kiedy Bóg wyznacza jakieś istocie miejsce śmierci sprawia on, by potrzeby ją w owe miejsce przywiodły.
Źle się dzieje na świecie. Kolejne oskarżenia tym razem w stronę księdza Malińskiego. Rzucili się jak sfora głodnych psów. Ktoś coś słyszał, ktoś kiedyś widziała jakiś papier i dalejże łapać winnego. A ja wierzę księdzu Malińskiemu. Bo mam oczy i uszy. Bo widzę jaką postawę pokazuje od lat, jakie ceni wartości. Bo czytam jego teksty. Mo mam rozum od myślenia, a nie od przyjmowania papki którą mi wciskają. Bo oceniam człowieka za to kim jest.
Naprawdę czekam tylko aż wybuchnie afera, jak ktoś doczyta, że niejaki Jezus z Nazaretu to nie dość że z prostytutkami rozmawiał, to jeszcze na obiady do celników chodził. Żydowskich w dodatku! Zgroza!
Tylko trochę mi smutno. Może dlatego, że czuję jakby chciano nam zabrać autorytety. Kilku z tych Wielkich zmarło. Innych obrzuca się błotem. Niedługo zostaną nam tylko malowane kukły, postawione przed oczami „ku polepszeniu obyczajów” a nadające się tylko do obrzucania jajkami. Szkoda.
Z innego koszyka to chciałam przeprosić że tak długo nie pisałam. Ot uważam, ze mam tak hermetyczne mamowe problemy, że niekoniecznie musi to kogoś obchodzić. Ale o blogu pamiętam. ostatnio nawet mi się śnił. Wyglądało to mniej więcej tak:
Blog: - Coś się ostatnio nie pokazujesz, słomiany zapał?
Ja: - gdzie tam. Nie mam po prostu nic sensownego do pisania. Zresztą taka Indygo pisze jeszcze mniej, a jakoś nikt, jej blog w szczególności, się jej nie czepia.
Blog: - Bo Indy pisze teksty ogólne, felietonistyczne i zasadniczo ciekawe i przemyślane. A ty zdecydowałaś się na formę „ co tam, u mnie dla znajomych” To bądź że konsekwentna!
Zatem na specjalne życzenie mojego własnego bloga, skrót tego co u aniska. W punktach. Takie depesze ze świata labrujów.
1)Udało mi się zaleczyć całe uzębienie. W czwartek idą zakładać aparat. Będę seksi jak japońska gimnazjalistka. Tylko białej koszuli i spódniczki w kratkę mi brak.
2)Spotkałam się ostatnio z Demonkiem, w środę mam nadzieje uda się z Aniołakiem i może jakoś sie wreszcie do Azula odważę. Zasadniczo dochodzę do wniosku, że strasznie lubię bliskie mi osoby.
3)Zaczęłam resocjalizować pewne forum. Znaczy pojawiam się tam i usiłuję jakoś się zkomunikować z ludzmi. ( zainteresowani wiedza jakie to forum), ale odbiłam się głową od betonu i chyba zrezygnuję. Labruja bardzo się czuje nierozumiana. Czy ja chciałam kogoś zjeść? Bu.
4)Zabieram się wreszcie za projekt „ moje własne pisanie” ( nie fanfiction). Na razie trawie i zbieram pomysły. Chodzę z głową w chmurach i z notatnikiem. Może z tego wyjść cos fajnego, a może wielkie nic. Na razie daje radość. Zobaczymy.
5)Zasadniczo nic więcej się nie dzieje. Jest zimno. Dnie spędzam na podłodze z raczkującym obok natalisem i książką. ( Aktualnie Nocną Strażą)
6)Przymierzam się do owej blogowej zabawy literackiej co to ostatnio krąży. Bójcie się
7)To tyle.
Naprawdę czekam tylko aż wybuchnie afera, jak ktoś doczyta, że niejaki Jezus z Nazaretu to nie dość że z prostytutkami rozmawiał, to jeszcze na obiady do celników chodził. Żydowskich w dodatku! Zgroza!
Tylko trochę mi smutno. Może dlatego, że czuję jakby chciano nam zabrać autorytety. Kilku z tych Wielkich zmarło. Innych obrzuca się błotem. Niedługo zostaną nam tylko malowane kukły, postawione przed oczami „ku polepszeniu obyczajów” a nadające się tylko do obrzucania jajkami. Szkoda.
Z innego koszyka to chciałam przeprosić że tak długo nie pisałam. Ot uważam, ze mam tak hermetyczne mamowe problemy, że niekoniecznie musi to kogoś obchodzić. Ale o blogu pamiętam. ostatnio nawet mi się śnił. Wyglądało to mniej więcej tak:
Blog: - Coś się ostatnio nie pokazujesz, słomiany zapał?
Ja: - gdzie tam. Nie mam po prostu nic sensownego do pisania. Zresztą taka Indygo pisze jeszcze mniej, a jakoś nikt, jej blog w szczególności, się jej nie czepia.
Blog: - Bo Indy pisze teksty ogólne, felietonistyczne i zasadniczo ciekawe i przemyślane. A ty zdecydowałaś się na formę „ co tam, u mnie dla znajomych” To bądź że konsekwentna!
Zatem na specjalne życzenie mojego własnego bloga, skrót tego co u aniska. W punktach. Takie depesze ze świata labrujów.
1)Udało mi się zaleczyć całe uzębienie. W czwartek idą zakładać aparat. Będę seksi jak japońska gimnazjalistka. Tylko białej koszuli i spódniczki w kratkę mi brak.
2)Spotkałam się ostatnio z Demonkiem, w środę mam nadzieje uda się z Aniołakiem i może jakoś sie wreszcie do Azula odważę. Zasadniczo dochodzę do wniosku, że strasznie lubię bliskie mi osoby.
3)Zaczęłam resocjalizować pewne forum. Znaczy pojawiam się tam i usiłuję jakoś się zkomunikować z ludzmi. ( zainteresowani wiedza jakie to forum), ale odbiłam się głową od betonu i chyba zrezygnuję. Labruja bardzo się czuje nierozumiana. Czy ja chciałam kogoś zjeść? Bu.
4)Zabieram się wreszcie za projekt „ moje własne pisanie” ( nie fanfiction). Na razie trawie i zbieram pomysły. Chodzę z głową w chmurach i z notatnikiem. Może z tego wyjść cos fajnego, a może wielkie nic. Na razie daje radość. Zobaczymy.
5)Zasadniczo nic więcej się nie dzieje. Jest zimno. Dnie spędzam na podłodze z raczkującym obok natalisem i książką. ( Aktualnie Nocną Strażą)
6)Przymierzam się do owej blogowej zabawy literackiej co to ostatnio krąży. Bójcie się
7)To tyle.
poniedziałek, 8 maja 2006
Zawsze miałam dziwaczne sny. Kiedyś nawet myślałam o założeniu bloga sennego. Ale z pomysł upadł, po tym jak uświadomiłam sobie, ze nawet kilka najbliższych osób mogło by w czasie czytania z nudów zasnąć.
Tym razem jednak w nocy stała się rzecz dość zabawna. Otóż: moja córka zazwyczaj budzi się w nocy jakiś dwa razy, ale dzisiaj postanowiła zaszaleć. Domagała się mleka o pierwszej w nocy, potem o drugiej i koło trzeciej. Byłam z tego tak zmęczona, że przyśnił mi się dziwny sen. Na dodatek po obudzeniu nie wiedziałam, że był to sen,. Wydawało mi się, że mała Natalia nie pije dlatego, że jest głodna, a odciąga mi mleko, żeby je potem sprzedawać innym dzieciom. Wyimaginowałam sobie, że ma w buzi specjalną rurkę i ssąc odprowadza mleko do wielkich butli, które stoją pod łóżkiem. Proceder ten jest częścią całego biznesu quasi mafijnego założonego prze bandę przedsiębiorczych bobasów. A mamy dają się robić w trąbę i produkują mleko dla całej bandy. Poczułam się oszukana. I odmówiłam dalszego karmienia. Mogę nosić, przytulić, ale żarcia na przehandlowanie nie dam. Dziwne, ale byłam tak zmęczona, że nie widziałam braku logiki w takim myśleniu. Natala poczuła się obrażona i głośnym krzykiem usiłowała mi wytłumaczyć, że się mylę, a ona bez jedzenia nie zaśnie. Tak mi do piątej tłumaczyła. Potem się złamałam i z myślą, „ a niech ma” dałam jeść i zasnęłyśmy.
Dopiero rano jak kocur zapytał czemu się tak darła, a ja mu wyjaśniałam, że odkryłam, że nasza córka….i tu zrozumiałam absurd tamtego założenia. Czułam się cokolwiek głupio. A teraz oczy mam na zapałki. Eh.
A wystarczyło, założyć, że nawet jak sprzedaje mleko to dobrze, bo dziecko przedsiębiorcze. Dać jeść i dalej spać. Najważniejsze to dobrze żyć z własnymi urojeniami. (-:
Tym razem jednak w nocy stała się rzecz dość zabawna. Otóż: moja córka zazwyczaj budzi się w nocy jakiś dwa razy, ale dzisiaj postanowiła zaszaleć. Domagała się mleka o pierwszej w nocy, potem o drugiej i koło trzeciej. Byłam z tego tak zmęczona, że przyśnił mi się dziwny sen. Na dodatek po obudzeniu nie wiedziałam, że był to sen,. Wydawało mi się, że mała Natalia nie pije dlatego, że jest głodna, a odciąga mi mleko, żeby je potem sprzedawać innym dzieciom. Wyimaginowałam sobie, że ma w buzi specjalną rurkę i ssąc odprowadza mleko do wielkich butli, które stoją pod łóżkiem. Proceder ten jest częścią całego biznesu quasi mafijnego założonego prze bandę przedsiębiorczych bobasów. A mamy dają się robić w trąbę i produkują mleko dla całej bandy. Poczułam się oszukana. I odmówiłam dalszego karmienia. Mogę nosić, przytulić, ale żarcia na przehandlowanie nie dam. Dziwne, ale byłam tak zmęczona, że nie widziałam braku logiki w takim myśleniu. Natala poczuła się obrażona i głośnym krzykiem usiłowała mi wytłumaczyć, że się mylę, a ona bez jedzenia nie zaśnie. Tak mi do piątej tłumaczyła. Potem się złamałam i z myślą, „ a niech ma” dałam jeść i zasnęłyśmy.
Dopiero rano jak kocur zapytał czemu się tak darła, a ja mu wyjaśniałam, że odkryłam, że nasza córka….i tu zrozumiałam absurd tamtego założenia. Czułam się cokolwiek głupio. A teraz oczy mam na zapałki. Eh.
A wystarczyło, założyć, że nawet jak sprzedaje mleko to dobrze, bo dziecko przedsiębiorcze. Dać jeść i dalej spać. Najważniejsze to dobrze żyć z własnymi urojeniami. (-:
sobota, 22 kwietnia 2006
Piszę co jakiś czas bajki dla mojej Natalii, ale nie opowiadam ich jeszcze, gdyż obawiam się że córka nie dojrzała jeszcze do ich przekazu. Ponieważ jednak cos dzisiaj popłakiwała, postanowiłam wymyślić bajkę akurat na teraz, czyli taką dla 6,5 miesięcznej pannicy. Bajka bardzo sie podobała i wywołała radosny uśmiech. Szło to mniej więcej tak. Oczywiście trzeba to należycie ekspresyjnie opowiadać.
Pewnego dnia na polankę przyszły trzy owieczki.
Beeee – odzywa się pierwsza.
Beeee? - zapytała zaskoczona druga owieczka.
Beeee! Beeee, beeeee, beeee, be – wytłumaczyła od razy trzecia. Nie przekonało to jednak drugiej owieczki.
Beeeeeeeeeeeee...beeee, beeee, beeee, be – zaczęła argumentować
Beee, beeeee! Beee? Be! - przerwała już nie źle zirytowana pierwsza owca.
Kiedy tak rozmawiały na polankę przyszedł ich stary przyjaciel Czarny baran i tak rzecze:
Beeeeeeeee!
Beeeeee – odpowiedziały wszystkie trzy owieczki.
i.t.d.
Bajka ciągnęła się dość długo wywołując radosne uśmiechy. Nie ma to jak dobre dopasowanie prozy do czytelnika. Ha!
Pewnego dnia na polankę przyszły trzy owieczki.
Beeee – odzywa się pierwsza.
Beeee? - zapytała zaskoczona druga owieczka.
Beeee! Beeee, beeeee, beeee, be – wytłumaczyła od razy trzecia. Nie przekonało to jednak drugiej owieczki.
Beeeeeeeeeeeee...beeee, beeee, beeee, be – zaczęła argumentować
Beee, beeeee! Beee? Be! - przerwała już nie źle zirytowana pierwsza owca.
Kiedy tak rozmawiały na polankę przyszedł ich stary przyjaciel Czarny baran i tak rzecze:
Beeeeeeeee!
Beeeeee – odpowiedziały wszystkie trzy owieczki.
i.t.d.
Bajka ciągnęła się dość długo wywołując radosne uśmiechy. Nie ma to jak dobre dopasowanie prozy do czytelnika. Ha!
wtorek, 18 kwietnia 2006
Tęsknię. Za zmienią czerwoną i sępami łatającymi wysoko wysoko na błękitnym niebie. Dziwne ale ten obraz najbardziej zapamiętałam. I ten mocny zapach wszystkiego- kwiatów- owoców- gnijących liści – ludzi- zwierząt i wychodków. Podobno Afryka jest jak choroba – kiedy się raz zarazisz siedzi ci we krwi i ciągnie. Ile bym dała żeby wrócić. I, pomijając już marudzenie o takie drobiazgi, jak to czy mogę czy nie wybyć do kina czy na kremowe, to jest tak naprawdę jedyna ważna rzecz z której teraz rezygnuję. Ale mam nadzieję, że nie na długo.
Kiedy ktoś mnie pyta o moją parafie – zawsze jako pierwsza przychodzi mi na myśl St. John Bosco Parish w Lungi. Przez tak krótki czas zostawiłam tam tak dużo siebie. Czasem się zastanawiałam do czego konkretnie tam tęsknię. Chyba do ludzi. Do ludzi bogatych w czas na rozmowę, w wiarę i siłę. Może część mnie kiedy wyjeżdżałam spodziewała się zobaczyć biedne głodujące murzynki, których może być żal. A żal mi było kiedy wróciłam tych poszarzałych pośpiesznych ludzików których spotkałam po powrocie na lotnisku w Brukseli.
Tęsknię do tamtych kobiet. Często niepiśmiennych, stojących o świcie w długich kolejkach do studni, a jednak zawsze wyprostowanych i dumnych. Śmiejących się do swoich dzieci i puszczające oko do mężczyzn. Silne i pełne radości.
Muszę wierzyć, że wrócę. Inaczej czułabym się jakby mi skrzydła odleciały.
Tak, nie jestem ślepa. I widzę wszystko co mnie z tymi ludźmi dzieli. To ile że jesteśmy bogatsi, biali i kiedyś wrócimy. I tą głęboko schowaną niechęć do nas, innych. Za to, że w jakiś sposób ich my „biali” wykorzystujemy. Tylko dlaczego mimo wszystko te mury łatwiej mi było pokonać, niż te które są tutaj? Może dlatego, że mi było tam tak blisko duchowo? Mam czarną duszę chyba.
Wyszperałam kilka zdjęć z „naszej” parafii. http://www.boscohall.org/sierraleone/tintafor/dbchurch/dbchurch_front_2n.htm
Aj będą mi się dzisiaj dziwne rzeczy śnić. Mam nadzieję. A tam teraz środek pory suchej. Oj.
Kiedy ktoś mnie pyta o moją parafie – zawsze jako pierwsza przychodzi mi na myśl St. John Bosco Parish w Lungi. Przez tak krótki czas zostawiłam tam tak dużo siebie. Czasem się zastanawiałam do czego konkretnie tam tęsknię. Chyba do ludzi. Do ludzi bogatych w czas na rozmowę, w wiarę i siłę. Może część mnie kiedy wyjeżdżałam spodziewała się zobaczyć biedne głodujące murzynki, których może być żal. A żal mi było kiedy wróciłam tych poszarzałych pośpiesznych ludzików których spotkałam po powrocie na lotnisku w Brukseli.
Tęsknię do tamtych kobiet. Często niepiśmiennych, stojących o świcie w długich kolejkach do studni, a jednak zawsze wyprostowanych i dumnych. Śmiejących się do swoich dzieci i puszczające oko do mężczyzn. Silne i pełne radości.
Muszę wierzyć, że wrócę. Inaczej czułabym się jakby mi skrzydła odleciały.
Tak, nie jestem ślepa. I widzę wszystko co mnie z tymi ludźmi dzieli. To ile że jesteśmy bogatsi, biali i kiedyś wrócimy. I tą głęboko schowaną niechęć do nas, innych. Za to, że w jakiś sposób ich my „biali” wykorzystujemy. Tylko dlaczego mimo wszystko te mury łatwiej mi było pokonać, niż te które są tutaj? Może dlatego, że mi było tam tak blisko duchowo? Mam czarną duszę chyba.
Wyszperałam kilka zdjęć z „naszej” parafii. http://www.boscohall.org/sierraleone/tintafor/dbchurch/dbchurch_front_2n.htm
Aj będą mi się dzisiaj dziwne rzeczy śnić. Mam nadzieję. A tam teraz środek pory suchej. Oj.
Chyba jednak lubię swoją dzielnicę. Przedwczoraj po południ zapadłą w krótką drzemkę i obudziła mnie...cygańska orkiestra podwórkowa. Świetni byli, jak żywcem z filmów Kuszturicy. Czterech panów z trąbkami i bębnami. Z przyjemnością wysłuchałam grania i myślałam że to koniec ciekawostek.
Tymczasem dziś rano, wychodząc po chleb oniemiałam. Przez podwórko idzie dwóch panów, o wyglądzie prawie dokładnie Craba i Goyla, w gustownych dresach i z łysymi głowami i ...MIOTŁAMI. Takimi idealnie do latania. Cóż, trzeba być Carbem i Goglem żeby łazić po mugolskim osiedlu z miotłami. Starałm sie za bardzo na nich nie gapić, bo jakby te łosie na mnie Obtive rzuciły mogłabym zapomnieć więcej niż bym chciała. Ale, wierzcie mi widok był uroczy.
Stanowczo lubię swoja dzielnicę.
Tymczasem dziś rano, wychodząc po chleb oniemiałam. Przez podwórko idzie dwóch panów, o wyglądzie prawie dokładnie Craba i Goyla, w gustownych dresach i z łysymi głowami i ...MIOTŁAMI. Takimi idealnie do latania. Cóż, trzeba być Carbem i Goglem żeby łazić po mugolskim osiedlu z miotłami. Starałm sie za bardzo na nich nie gapić, bo jakby te łosie na mnie Obtive rzuciły mogłabym zapomnieć więcej niż bym chciała. Ale, wierzcie mi widok był uroczy.
Stanowczo lubię swoja dzielnicę.
niedziela, 16 kwietnia 2006
środa, 12 kwietnia 2006
Niniejszym, tu i teraz, chciałam podziękować. Tym którzy Są. Tym którzy myślą o mnie nawet, kiedy mnie nie ma, albo jestem marudna i egocentryczna. Tym co fiukają prze kominek, szurają, mruczą i furkają. Dziękuję wam. Azul, Kaja, Elfka, Aniołk, i jeszcze kilku dobrym duszom. Nie ma sensu chyba wymieniać zresztą, bo nie o to chodzi. W każdym razie Ważne to dla mnie.
Coraz bardziej zbliżają się święta. I tak jak nigdy mocno je przeżywam. W domu średni porządek, ciasta nie upieczone, ale dawno nie zeszłam tak głęboko w siebie. Jednym z efektów tego dochodzenia do siebie jest powrót do nie jedzenia zwierzątek. Prawie dwa lata żyłam bez mięska i było dobrze. Zresztą mając takie problemy z odżywianiem się ( czasem na nic smaka nie mam i potrafię się podle głodzić) – jedzenie świadome jest chyba najlepszym wyjściem. Jeżeli by zebrać całość mojego światopoglądu, dotyczącego zwierzów, środowiska, życia w ogóle – to wegetarianizm jest tego naturalną konsekwencją. Problem w tym, że czasem nie przystaję do wszystkich mega młodzieżowych i trendi grup, nie pasuje na typowego wegetarianina. Nie nosze glanów, jestem zbyt katolicka żeby być rasta, a zbyt pyskata na oazę. Już pominę milczeniem te magiczne i dziwaczne grupy z grona o których mi Azul opowiadała. Aż ciarki przechodzą, chce się wołać „ a za moich czasów”. Hi hi. Chyba założę własną podkulturę – labrujów. To jest myśl.
Na koniec ( nie, dziś nie piszę o dentyście) fragment piosenki Bez Jacka który właśnie za mną chodzi. Dedykowany tym którzy są blisko, nawet jak lab siedzi pod kamieniem.
Za spokój mego snu.
Za kruchość twoich rąk.
Za mroku ukojenie.
Za to, że mogę znów,
a może pierwszy raz
za rękę iść z marzeniem.
To tak jak gdybym cały świat,
jak kamyk trzymał w dłoni
i wierzył, że przed wiatrem i od zła,
Twój uśmiech mnie obroni.
Tyle już dni odeszło w zapomnienie,
tyle już słów przebrzmiało i milczenie
skryło gniewu czas,
a Twoja miłość przy mnie trwa
i uczy mnie pokory.
I nikt nie zdoła zabrać już mojego uniesienia,
bo skrzydła były dane mi i sens Twego imienia.
Za spokój mego snu.
Za kruchość Twoich rąk.
Za mroku ukojenie.
Za spokój mego snu
Coraz bardziej zbliżają się święta. I tak jak nigdy mocno je przeżywam. W domu średni porządek, ciasta nie upieczone, ale dawno nie zeszłam tak głęboko w siebie. Jednym z efektów tego dochodzenia do siebie jest powrót do nie jedzenia zwierzątek. Prawie dwa lata żyłam bez mięska i było dobrze. Zresztą mając takie problemy z odżywianiem się ( czasem na nic smaka nie mam i potrafię się podle głodzić) – jedzenie świadome jest chyba najlepszym wyjściem. Jeżeli by zebrać całość mojego światopoglądu, dotyczącego zwierzów, środowiska, życia w ogóle – to wegetarianizm jest tego naturalną konsekwencją. Problem w tym, że czasem nie przystaję do wszystkich mega młodzieżowych i trendi grup, nie pasuje na typowego wegetarianina. Nie nosze glanów, jestem zbyt katolicka żeby być rasta, a zbyt pyskata na oazę. Już pominę milczeniem te magiczne i dziwaczne grupy z grona o których mi Azul opowiadała. Aż ciarki przechodzą, chce się wołać „ a za moich czasów”. Hi hi. Chyba założę własną podkulturę – labrujów. To jest myśl.
Na koniec ( nie, dziś nie piszę o dentyście) fragment piosenki Bez Jacka który właśnie za mną chodzi. Dedykowany tym którzy są blisko, nawet jak lab siedzi pod kamieniem.
Za spokój mego snu.
Za kruchość twoich rąk.
Za mroku ukojenie.
Za to, że mogę znów,
a może pierwszy raz
za rękę iść z marzeniem.
To tak jak gdybym cały świat,
jak kamyk trzymał w dłoni
i wierzył, że przed wiatrem i od zła,
Twój uśmiech mnie obroni.
Tyle już dni odeszło w zapomnienie,
tyle już słów przebrzmiało i milczenie
skryło gniewu czas,
a Twoja miłość przy mnie trwa
i uczy mnie pokory.
I nikt nie zdoła zabrać już mojego uniesienia,
bo skrzydła były dane mi i sens Twego imienia.
Za spokój mego snu.
Za kruchość Twoich rąk.
Za mroku ukojenie.
Za spokój mego snu
poniedziałek, 10 kwietnia 2006
Ujjj, dawno mnie nie było. Miałam zabiegany weekend. I do tego jeszcze nieprzespane noce. I właśnie od nich chciałam znacząc. Bo czuję się wykorzystywana i traktowana przedmiotowo. Przez mojego szkraba! Odkryłam, że ona budzi się w nocy do karmienia nie dlatego, ze jest głodna, ale dlatego, że jej się należy! Budzi się co jakieś 3 godzinki i pije ot tak troszeczkę, żeby się upewnić, że jest – i nikt jej nie odbierze. Usiłowałam jej nie dać, tylko przytulać. Gdzie tam! Krzyk, raban – okradają z prawnie przynależnego mleka! Taki to jest ten mój szkrab. Ale cóż, na razie rozpuszczam, w końcu kto ma rozpuszczać jak nie ja. Życie i tak jej paca w nos da, jak przyjdzie na to czas.
Oprócz nocnych alarmów weekend wypełniało ganianie po rodzinach i znajomych krakowskich, oraz Wielkie Zakupy Wiosenno Ubraniowe. Wizyta byłą bardzo bardzo sympatyczna ( u rodziny Kocura, nie mojej), ale wiąże się z nią pewna fajna historia.
Otóż: w rodzinie tej urodził się mały Dzieck i jako osoba ciekawa postanowiłam się wprosić i go zobaczyć. Mieliśmy w piątek ustalić dokładną godzinie kiedy mamy przyjechać.
Dzwoni do nas małżonek kuzynki Kocura i odzywa się w te słowa: - (Bla bla bla, cieszę się że wpadniecie) bądźcie o 14, bo będziemy juz, wtedy po obiedzie.
Ja: - Ok, tak przyjedziemy
On: - Bo nie wcześniej, bo rozumiecie, my wtedy obiad mamy. (po chwili) A wy macie gdzie zjeść?
Ja: - Coś się wymyśli.
On: - Hmmm. W sumie moglibyście do nas przyjść
Ja: - Nie, nie róbcie sobie kłopotu.
On: - Poczekaj spytam się czy to nie kłopot.
Dzwoni po chwil: ( po konsultacji z rodziną)
- To nie kłopot. Możecie przyjść.
Strasznie mnie ta rozmowa ubawiła. Przypomniała mi się historia z Królikiem goszczącym Kubusia. W ogóle rodzina Kocura troszke przypomnina Krewnych i Znajmych Królika. Rzeczywiści obiad był pyszny i rzeczony krewny musiał się zastanowić czy takich łakomców zaprosić. (-: W ogóle wizyta tam jakoś mnie pozytywnie nastawiła, bo Dom sprawiał wrażenie takiej dobrej przystani pełnej roślin, odratowanych zwierzów, miłości i ogólnie dobrej energii. Powraca wiara w ludzi kiedy się bywa w takich miejscach.
Jakoś ogólnie w tym roku ze spokojem czekam na Świetna. Może dlatego, że tym razem nie urządzam w domu spędu. W końcu człowiek jest dla Święta, czy Święto dla człowieka? Dlatego w tym roku większość porządków wewnętrznych. (-:
Notkę kończę już tradycyjnym stwierdzeniem: a po południu udaję sie do dentysty. Nie liczę już który to juz raz. Jeżeli wziąć pod uwagę wizytę dzisiejszą, środową i czwartkową – to może po Świętach będę już w posłowie moich przygód z dentystą. Oby. Gdybyż tylko dentysta był młodym przystojnym brunetem, > wzdech< pomarzyć chyba można?
Oprócz nocnych alarmów weekend wypełniało ganianie po rodzinach i znajomych krakowskich, oraz Wielkie Zakupy Wiosenno Ubraniowe. Wizyta byłą bardzo bardzo sympatyczna ( u rodziny Kocura, nie mojej), ale wiąże się z nią pewna fajna historia.
Otóż: w rodzinie tej urodził się mały Dzieck i jako osoba ciekawa postanowiłam się wprosić i go zobaczyć. Mieliśmy w piątek ustalić dokładną godzinie kiedy mamy przyjechać.
Dzwoni do nas małżonek kuzynki Kocura i odzywa się w te słowa: - (Bla bla bla, cieszę się że wpadniecie) bądźcie o 14, bo będziemy juz, wtedy po obiedzie.
Ja: - Ok, tak przyjedziemy
On: - Bo nie wcześniej, bo rozumiecie, my wtedy obiad mamy. (po chwili) A wy macie gdzie zjeść?
Ja: - Coś się wymyśli.
On: - Hmmm. W sumie moglibyście do nas przyjść
Ja: - Nie, nie róbcie sobie kłopotu.
On: - Poczekaj spytam się czy to nie kłopot.
Dzwoni po chwil: ( po konsultacji z rodziną)
- To nie kłopot. Możecie przyjść.
Strasznie mnie ta rozmowa ubawiła. Przypomniała mi się historia z Królikiem goszczącym Kubusia. W ogóle rodzina Kocura troszke przypomnina Krewnych i Znajmych Królika. Rzeczywiści obiad był pyszny i rzeczony krewny musiał się zastanowić czy takich łakomców zaprosić. (-: W ogóle wizyta tam jakoś mnie pozytywnie nastawiła, bo Dom sprawiał wrażenie takiej dobrej przystani pełnej roślin, odratowanych zwierzów, miłości i ogólnie dobrej energii. Powraca wiara w ludzi kiedy się bywa w takich miejscach.
Jakoś ogólnie w tym roku ze spokojem czekam na Świetna. Może dlatego, że tym razem nie urządzam w domu spędu. W końcu człowiek jest dla Święta, czy Święto dla człowieka? Dlatego w tym roku większość porządków wewnętrznych. (-:
Notkę kończę już tradycyjnym stwierdzeniem: a po południu udaję sie do dentysty. Nie liczę już który to juz raz. Jeżeli wziąć pod uwagę wizytę dzisiejszą, środową i czwartkową – to może po Świętach będę już w posłowie moich przygód z dentystą. Oby. Gdybyż tylko dentysta był młodym przystojnym brunetem, > wzdech< pomarzyć chyba można?
wtorek, 4 kwietnia 2006
Wielkie sprzątanie tym razem zaczynam od środka. Od wnętrza aniska. Od wywietrzenia lęków, odkurzenia kochania i zamiecenia ogniwu. Bo zamiany zawsze zaczyna się od siebie. Od środka. Od znalezienia jeszcze raz tego co ważne.
Ile to już razy chciałam rozwiązywać problemy rozmawiając, znajdując rozwiązanie problemu – a w rzeczywistości chcąc zmieniać innych. Nie, stop. Mogę zmienić tylko siebie. Uspokoić się, pozbyć się gniewu. Ile to już rozmów przypominało przykrywanie brudy farbą olejną. Zawsze potem kiedyś odpryskiwało. Takie udawanie przed sobą, że jest lepiej niż jest. A poszukać w sobie; tego co dobre, tego kochania tej dobrej woli. I Zmieniać Rzeczy w Ich Istocie, nie oszukiwać siebie.
I jeszcze kilka słów i Dobrej Woli. Bo jest ona chyba jedna z najbardziej niedocenianych. Bo kiedy obie osoby chcą i tulą rano na pożegnanie wtedy wszystko się da. Dziękuję za tą dobra wolę przytulania zestresowanego marudnego aniska.
Prześladuje mnie ostatnio sen, że w połowie jestem drzewem ( mam pień i korzenie, ale też głowę i ręce). Moje korzenie są czarne przegniłe i stoją w jakiejś ohydnej cuchnącej wodzie. A ja własnymi rękami uderzam w nie siekierą i chcę je odrąbać. Wiem, że kiedyś odrosną zdrowe. Ale są bardzo twarde, a kiedy udaje mi się je odciąć krwawią brudną – śmierdzącą cieczą. Ale wiem, że przeżyję, bo moje liście są zielone, a owoce smaczne.
Męczy mnie ten sen. Muszę jakoś pozbyć się tych korzeni.
Kubek gorącej herbaty i spokój. Zaraz uciekam na szczepienie szkraba.
Ile to już razy chciałam rozwiązywać problemy rozmawiając, znajdując rozwiązanie problemu – a w rzeczywistości chcąc zmieniać innych. Nie, stop. Mogę zmienić tylko siebie. Uspokoić się, pozbyć się gniewu. Ile to już rozmów przypominało przykrywanie brudy farbą olejną. Zawsze potem kiedyś odpryskiwało. Takie udawanie przed sobą, że jest lepiej niż jest. A poszukać w sobie; tego co dobre, tego kochania tej dobrej woli. I Zmieniać Rzeczy w Ich Istocie, nie oszukiwać siebie.
I jeszcze kilka słów i Dobrej Woli. Bo jest ona chyba jedna z najbardziej niedocenianych. Bo kiedy obie osoby chcą i tulą rano na pożegnanie wtedy wszystko się da. Dziękuję za tą dobra wolę przytulania zestresowanego marudnego aniska.
Prześladuje mnie ostatnio sen, że w połowie jestem drzewem ( mam pień i korzenie, ale też głowę i ręce). Moje korzenie są czarne przegniłe i stoją w jakiejś ohydnej cuchnącej wodzie. A ja własnymi rękami uderzam w nie siekierą i chcę je odrąbać. Wiem, że kiedyś odrosną zdrowe. Ale są bardzo twarde, a kiedy udaje mi się je odciąć krwawią brudną – śmierdzącą cieczą. Ale wiem, że przeżyję, bo moje liście są zielone, a owoce smaczne.
Męczy mnie ten sen. Muszę jakoś pozbyć się tych korzeni.
Kubek gorącej herbaty i spokój. Zaraz uciekam na szczepienie szkraba.
czwartek, 30 marca 2006
Zastanawiałam się gdzie są granice mojej otwartości. Czy zawsze, tak jak twierdzę, co na sercu to na języku? Myślę, że nie przyznałabym się do tego, że nie jestem szczęśliwa. Jakby metodą samospełniającej się przepowiedni takie słowa mogły wszystko zniszczyć. A może uważam, że to wstyd? Nie być szczęśliwa – nie dawać sobie rady? Dlatego czasem znikam. Nie potrzebuję od przyjaciół wsparcia. Potrzebuję nory, żeby się schować. I zaufania – żeby wiedzieć, że ktoś będzie czekał, kiedy z tej nory wypełznę. Bo zawsze wypełzam. A teraz siedzę zakopana czytam i piszę. Babram się w słowach. I szczerze mówiąc dawno nie sprawiało mi to takiej frajdy. I choć sam pojedynek może przegram głosami „zbuntowano-antykatolickiej-złej” młodzieży mam to w nosie. I jeszcze dziś planuje wypad do księgarni. Słowa, słowa, słowa wokół mnie. Na ludzi nie mam ochoty dziś.
poniedziałek, 27 marca 2006
Wiosna stanowczo już idzie. I na sercu jakoś milej. Obiecuje uroczyście, jeżeli nic się wielkiego nie wydarzy, nie poruszać tematu mojej rodziny. Bo jestem niereformowalny furiat-puchon. Pomarudzi, pokrzyczy, a za pięć minut jest mięciutki jak kaczuszka i mu przykro. Błękitna Wiedźma mówi, że to dobrze. Może i ma racja? Ja aktualnie nie mam zamiaru wracać do tego tematu.
Tak sobie ostatnio myślę troszkę o mojej codzienności. Dni strasznie podobnie do siebie. Pobudka 6 rano – karmienie, tulenie, spanie, karmienie, tulenie, gotowanie, karmienie, tulenie, spanie. Zadziwiająco dobrze to znoszę. Jeżeli monotonia jest przepełniona kochaniem, to da się ją lubić. Patrzenie jak rośnie, jak zaczyna się do mnie przyzwyczajać, jak sie uczy. Bałam się, że będzie to jakiś kierat, a to strasznie dobry czas, wejścia w siebie, czasu na kochanie, czytanie, myślenie. Nie dam sobie tego zabrać.
Jedyne czego w jakiś sposób mi brakuje to wolności przemieszczania się. Bo ja byłam straszna powsinoga. Latałam tu i tam. Na zjazdy, kina, w góry, spływy kajakowe. Może w zimie tak tego nie odczuwałam, bo w ziemie i tak bym raczej w domu była, bo zimno. Ale wraz z wiosną troszkę czuję zew. Myślę o Beskidzie Niskim, Lackowej, Chatce na Nieznajowej. Wyje aż czasem. Oczywiście jest cała kolejka babć która bu chętnie małą mi zagarnęła, czy to na weekend, czy to na tydzień wakacyjny, ale nie umiem się na to zdobyć. Nie wyobrażam sobie, że Nat otworzy oczy i obok nie będzie tej mamy, którą zawsze ma. I coś się w świecie zawali. Jakieś maleńkie zaufanie. Trudno zatem, musze poczekać, aż sama zrozumie, że zostając z dziadkami, dalej mnie ma. Albo będzie na tyle duża, żeby włóczyć się z mamą tu i tam. Co nie zmienia faktu, że tęsknię. Za tymi wszystkimi dobrymi miejscami, ludźmi, herbatami w kociołku nad ogniskiem, kuflami kremowego i bliską rozmową, dalekimi krajami. Oj wyję czasem. Ale wiem, że jest to maleńka cena za Nas.
Z aktualności u Aniska. Piszę nieszczęsny pojedynek. Jakoś powiedziałam sobie, że tym razem nie wymagam pod siebie jakiegoś Nie-wiadomo-Jak-Dobrego-Tekstu, tylko zwykłą mroczną historię w przegadanym labrujowym stylu. I jak sobie odpuściłam to mi się od razu lepiej pisze. Mag może pisać KWI-ki, to ja też chce pisać jak mi się podoba. Kolejnej Ćmy nie będzie. Ale przynajmniej będę ja miała z tego jakąś zabawę. A co.
Zasłuchana w leśmianowe teksty śpiewane przez Bez Jacka, popijając herbatę z miodem, odpływam w kierunku zwykłej codzienności.
Tak sobie ostatnio myślę troszkę o mojej codzienności. Dni strasznie podobnie do siebie. Pobudka 6 rano – karmienie, tulenie, spanie, karmienie, tulenie, gotowanie, karmienie, tulenie, spanie. Zadziwiająco dobrze to znoszę. Jeżeli monotonia jest przepełniona kochaniem, to da się ją lubić. Patrzenie jak rośnie, jak zaczyna się do mnie przyzwyczajać, jak sie uczy. Bałam się, że będzie to jakiś kierat, a to strasznie dobry czas, wejścia w siebie, czasu na kochanie, czytanie, myślenie. Nie dam sobie tego zabrać.
Jedyne czego w jakiś sposób mi brakuje to wolności przemieszczania się. Bo ja byłam straszna powsinoga. Latałam tu i tam. Na zjazdy, kina, w góry, spływy kajakowe. Może w zimie tak tego nie odczuwałam, bo w ziemie i tak bym raczej w domu była, bo zimno. Ale wraz z wiosną troszkę czuję zew. Myślę o Beskidzie Niskim, Lackowej, Chatce na Nieznajowej. Wyje aż czasem. Oczywiście jest cała kolejka babć która bu chętnie małą mi zagarnęła, czy to na weekend, czy to na tydzień wakacyjny, ale nie umiem się na to zdobyć. Nie wyobrażam sobie, że Nat otworzy oczy i obok nie będzie tej mamy, którą zawsze ma. I coś się w świecie zawali. Jakieś maleńkie zaufanie. Trudno zatem, musze poczekać, aż sama zrozumie, że zostając z dziadkami, dalej mnie ma. Albo będzie na tyle duża, żeby włóczyć się z mamą tu i tam. Co nie zmienia faktu, że tęsknię. Za tymi wszystkimi dobrymi miejscami, ludźmi, herbatami w kociołku nad ogniskiem, kuflami kremowego i bliską rozmową, dalekimi krajami. Oj wyję czasem. Ale wiem, że jest to maleńka cena za Nas.
Z aktualności u Aniska. Piszę nieszczęsny pojedynek. Jakoś powiedziałam sobie, że tym razem nie wymagam pod siebie jakiegoś Nie-wiadomo-Jak-Dobrego-Tekstu, tylko zwykłą mroczną historię w przegadanym labrujowym stylu. I jak sobie odpuściłam to mi się od razu lepiej pisze. Mag może pisać KWI-ki, to ja też chce pisać jak mi się podoba. Kolejnej Ćmy nie będzie. Ale przynajmniej będę ja miała z tego jakąś zabawę. A co.
Zasłuchana w leśmianowe teksty śpiewane przez Bez Jacka, popijając herbatę z miodem, odpływam w kierunku zwykłej codzienności.
piątek, 24 marca 2006
Plany na sobotę: Wizyta u rodziców. Bla, bla, bla mądre słowa o budowaniu relacji i tolerancji. Tylko, że moja matka zadzwoniła, żeby mnie zaprosić, a ja jak ją usłyszałam zrobiłam się zielona i stwierdziłam, że co jak, co, ale nie przyjdę. Kocur powiedział kiedyś że ja mam falowo – raz relacje fatalne z ojcem ( neutralne z mamą), raz na odwrót.
Chwilowo alergia na rodzicielkę. Nie, nie zmuszą mnie do wizyty.
Z tym zrywaniem korzeni o których pisałam to jest tak, że nie wystarczy zerwać kontakt – bo stuk stuk sumienie się odzywa. I okazuje się, że ich w sumie kocham, że oni tacy biedni i mają tylko mnie, a ja taka podłą. I poczucie winy i dalejże nakręcać się od początku. To trzeba jakoś pozytywnie poukładać. Tylko jak? Skoro krótka rozmowa przez telefon sprawia moja dobra energia gdzieś się ulatnia. Ile to razy usłyszałam, że szantażuję i jestem podła. To jestem i w zad mnie ugryźcie. Wyrywać serca razem wraz z migdałkami.
Rozważam dezercję ze Świąt. Optymalnie byłoby gdybym wszystkich zaprosiła, przygotowała, a potem poszła na długi spacer. Wróciłabym po i posprzątała. Wszyscy by byli zadowoleni. Tylko tak się chyba nie da.
Zabieram się wreszcie do rozmyślań przepojedynkowych. I do przekopywania się przez stosy literatury historycznej. Na co mi to był? Nie miała baba kłopotu rzuciła se rękawicą.
Dobra wiadomość na dziś: od czwartku kocur ma niech kapkę więcej czasu. Wreszcie.
ZDECYDOWAŁAM: NIE ROBIĘ ŚWIĄT NIECH MNIE W ZAD UGRYZĄ
Chwilowo alergia na rodzicielkę. Nie, nie zmuszą mnie do wizyty.
Z tym zrywaniem korzeni o których pisałam to jest tak, że nie wystarczy zerwać kontakt – bo stuk stuk sumienie się odzywa. I okazuje się, że ich w sumie kocham, że oni tacy biedni i mają tylko mnie, a ja taka podłą. I poczucie winy i dalejże nakręcać się od początku. To trzeba jakoś pozytywnie poukładać. Tylko jak? Skoro krótka rozmowa przez telefon sprawia moja dobra energia gdzieś się ulatnia. Ile to razy usłyszałam, że szantażuję i jestem podła. To jestem i w zad mnie ugryźcie. Wyrywać serca razem wraz z migdałkami.
Rozważam dezercję ze Świąt. Optymalnie byłoby gdybym wszystkich zaprosiła, przygotowała, a potem poszła na długi spacer. Wróciłabym po i posprzątała. Wszyscy by byli zadowoleni. Tylko tak się chyba nie da.
Zabieram się wreszcie do rozmyślań przepojedynkowych. I do przekopywania się przez stosy literatury historycznej. Na co mi to był? Nie miała baba kłopotu rzuciła se rękawicą.
Dobra wiadomość na dziś: od czwartku kocur ma niech kapkę więcej czasu. Wreszcie.
ZDECYDOWAŁAM: NIE ROBIĘ ŚWIĄT NIECH MNIE W ZAD UGRYZĄ
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Jest źle,
Rodzina,
Święta
czwartek, 23 marca 2006
Mam kryzys pisania. Kiedy zaczynałam moja przygodę ze słowami wsyztski było prostsze. Nie pisałam, a bawiłam się słowami, a ona jakoś tak naturalnie układały się w sensowne wzory. Niczego od nich nie wymagałam, a one odnosiły się do mnie z sympatią.
Nie wiem co się potem stało. Może szalona fascynacja pisaniem Wiedzmy Cynamonowej Od Brykających Jaguarów? W każdym razie, troszkę nieświadomie zaczęłam „starać się” pisać. Może po części gdzieś w środku była zazdrość że nie pisze tak jak Ona? W każdym razie doszło do tego, że teraz pisze mi się ciężko. Rodzę słowa w bólach. Czy będzie wystarczająco labrujowate? Nie zbyt przpoetyzowane? Paraliżuje mnie to. Chciałabym mieć znowu tę lekkość słowa. Tą prostotę pisania zwykłej prozy. Żebym dopiero na bazie jej mogła stosować różne sztuczki. Czasami czuję, że moje pisanie to kuglarstwo. Sztuczki narracyjne, magiczne opisy, a pod spodem jakoś płasko. Zastanawiam się co powinnam robić? Czy bardziej pracować, żeby okiełzać te brykające i nieposłuszne słowa, czy może dać sobie na razie spokój i czekać aż lekkość słów powroci?
Czasem piszę bajki dla Nat. Do zeszytu, żeby mnie nie kusiło pokazywać tego komukolwiek. Tylko sobie wmyślę, że jak za kilka lat moja maleńka stwierdzi : „ mama ta bajka to jest, jakaś taka, no wiesz poprzednie były bardziej mamowate” – to chyba wlezę pod dywan.
Tęsknię za Wami słowa. Żeby móc namalować wszystkie historie jaki mam w głowie. Wróćcie do mnie.
Nie wiem co się potem stało. Może szalona fascynacja pisaniem Wiedzmy Cynamonowej Od Brykających Jaguarów? W każdym razie, troszkę nieświadomie zaczęłam „starać się” pisać. Może po części gdzieś w środku była zazdrość że nie pisze tak jak Ona? W każdym razie doszło do tego, że teraz pisze mi się ciężko. Rodzę słowa w bólach. Czy będzie wystarczająco labrujowate? Nie zbyt przpoetyzowane? Paraliżuje mnie to. Chciałabym mieć znowu tę lekkość słowa. Tą prostotę pisania zwykłej prozy. Żebym dopiero na bazie jej mogła stosować różne sztuczki. Czasami czuję, że moje pisanie to kuglarstwo. Sztuczki narracyjne, magiczne opisy, a pod spodem jakoś płasko. Zastanawiam się co powinnam robić? Czy bardziej pracować, żeby okiełzać te brykające i nieposłuszne słowa, czy może dać sobie na razie spokój i czekać aż lekkość słów powroci?
Czasem piszę bajki dla Nat. Do zeszytu, żeby mnie nie kusiło pokazywać tego komukolwiek. Tylko sobie wmyślę, że jak za kilka lat moja maleńka stwierdzi : „ mama ta bajka to jest, jakaś taka, no wiesz poprzednie były bardziej mamowate” – to chyba wlezę pod dywan.
Tęsknię za Wami słowa. Żeby móc namalować wszystkie historie jaki mam w głowie. Wróćcie do mnie.
środa, 22 marca 2006
Po urodzinach. Chyba nie będę specjalnie oryginalna, jeśli stwierdzę, że strasznie lubię mieć urodziny. Zawsze, co roku czuję się to samo. Jakbym była w wielkim markecie pełnym jakiś cudowności i nie musiała za nic płacić. Tyle, że wiem, że za pięć minut zamykają. Tak, zdecydowanie uwielbiam kiedy o mnie dbają. Homus Egocentrikus.
Urodziny skłoniły mnie do jeszcze jednej refleksji. Jak co roku przy takich okazjach powstał ogromny problem „ co też Anisko chce na prezent”. I zamiast zmajstrować mi jakąś maleńką niespodziankę – na manie zwala się problem wyboru „ porządnego prezentu”. Fajnie. Robię remanent potrzeb. Wyniki są zastraszające – bo mam absolutnie wszystko co mi potrzeba. Dobrze mi. Absolutnie nie mam ochoty na kolejny ciuch, czy inszą duperelę. I nie chodzi tu o to, że mam za dużo rzeczy. Mam ich tyle ile mi potrzeba. A że mam oprócz nich dobrych ludzi wokoło, kochającego Kocura i cud dziecka, to za cholerę nie czuję żadnej pustki do wypełniania. Ot, co.
Z racji urodzin myślałam czego mogę sobie sama życzyć. Troszkę tego było. Przede wszystkim większej tolerancji wobec bliskich i ich wad. Niestety jak się zacznie widzieć wszystkie drzazgi po oczach innych to niedługo się zostanie samemu. A na przykład wobec moich rodziców to ja doskonałym „okulistą” jestem. Dalej, życzę sobie, żebym miała oczy otwarte na wszystkie głupoty które czasem robię. I co bym prędko umiała je naprawiać. Potem przydała by się jeszcze pogoda ducha, zdrowie dla mnie i kochanych moich stworzeń i żeby Szef U Góry na mnie dobrym okiem spoglądał. To tyle.
Ale z naczynka do picia mate też się cieszę. (-:
Wczoraj był pofukałyśmy sobie z moją Małą Niebieską Wiedźmą. Najpierw było mi strasznie przykro, że są między nami niedomówienia. A potem w jakiś sposób mi ulżyło, że nawet jak są to wychodzą. I skoro jest mi przykro to czuję jak mi zależy na przyjaźni. Dziękuję.
W ogóle wczorajszy dzień uświadomił mi, że mam dobrych ludzi wokoło. Niby drobiazgi, smski, życzenia przez kominek, a wiadomo że ktoś jest i myśli. To cieszy. Poza tym była też jedna rozmowa z kimś kto był mi kiedyś bardzo bliski i jest szansa na odnowienie znajomości.
I nawet awatar wreszcie wskoczył taki jak trzeba. A dziś wpada Aniołak. I jak tu się nie cieszyć?
Urodziny skłoniły mnie do jeszcze jednej refleksji. Jak co roku przy takich okazjach powstał ogromny problem „ co też Anisko chce na prezent”. I zamiast zmajstrować mi jakąś maleńką niespodziankę – na manie zwala się problem wyboru „ porządnego prezentu”. Fajnie. Robię remanent potrzeb. Wyniki są zastraszające – bo mam absolutnie wszystko co mi potrzeba. Dobrze mi. Absolutnie nie mam ochoty na kolejny ciuch, czy inszą duperelę. I nie chodzi tu o to, że mam za dużo rzeczy. Mam ich tyle ile mi potrzeba. A że mam oprócz nich dobrych ludzi wokoło, kochającego Kocura i cud dziecka, to za cholerę nie czuję żadnej pustki do wypełniania. Ot, co.
Z racji urodzin myślałam czego mogę sobie sama życzyć. Troszkę tego było. Przede wszystkim większej tolerancji wobec bliskich i ich wad. Niestety jak się zacznie widzieć wszystkie drzazgi po oczach innych to niedługo się zostanie samemu. A na przykład wobec moich rodziców to ja doskonałym „okulistą” jestem. Dalej, życzę sobie, żebym miała oczy otwarte na wszystkie głupoty które czasem robię. I co bym prędko umiała je naprawiać. Potem przydała by się jeszcze pogoda ducha, zdrowie dla mnie i kochanych moich stworzeń i żeby Szef U Góry na mnie dobrym okiem spoglądał. To tyle.
Ale z naczynka do picia mate też się cieszę. (-:
Wczoraj był pofukałyśmy sobie z moją Małą Niebieską Wiedźmą. Najpierw było mi strasznie przykro, że są między nami niedomówienia. A potem w jakiś sposób mi ulżyło, że nawet jak są to wychodzą. I skoro jest mi przykro to czuję jak mi zależy na przyjaźni. Dziękuję.
W ogóle wczorajszy dzień uświadomił mi, że mam dobrych ludzi wokoło. Niby drobiazgi, smski, życzenia przez kominek, a wiadomo że ktoś jest i myśli. To cieszy. Poza tym była też jedna rozmowa z kimś kto był mi kiedyś bardzo bliski i jest szansa na odnowienie znajomości.
I nawet awatar wreszcie wskoczył taki jak trzeba. A dziś wpada Aniołak. I jak tu się nie cieszyć?
poniedziałek, 20 marca 2006
Micia mawia, że widzę w ludziach strasznie dużo zła. Nie wiem czy tak jest, czy nie, fakt faktem, że czasem czuję, że we mnie jest może nie tyle sporo zła, co agresji. Właśnie dzwonił telefon. Dzwonił Ktoś, nie ważne kto – ktoś z rodziny – nie mojej a Kocura, kto samym głosem doprowadza mnie do jasnej cholery. Potem muszę się długo uspokajać, a chwilę po telefonie miałam ochotę bić, kopać, gryźć. Kiedy byłam mała miewałam napady furii i agresji – jedyne co pomagało to je przespać. Teraz już mniej więcej nad złością panuję, ale ciągle jeszcze miewam to coś, co fizycznie czuć w gardle i co sprawia, że wiem że za chwile stracę nad sobą kontrolę. Psychologicznie jestem idealnym kandydatem na sprawcę przemocy. Ha. Paradoksalnie jak spojrzę na Dom który mam teraz ( ten Nalatowo – Kocurowy) to wydaje mi się, że to jedno z bardziej przyjaznych miejsc z jakim się spotkałam. Chyba oboje wkładamy sporo wysiłku i serca, żeby to tak wyglądało. Żeby samemu mieć dom i chować Dziecka w domu bez agresji. Tyle razy słyszę, że kogoś stać, lub nie stać na dziecko i śmiech mnie ogarnia. Bo nikt się nie zastanawia czy emocjonalnie stać go na dziecko.
Tylko mając takie miejsce czasem chwyta mnie przerażenie, że mam tylko je.
Od kilku lat bezskutecznie próbuję odciąć psychiczne korzenie od rodziny. Wybudować taki ogromny wysoki mur, tak żeby mnie już zupełnie nie obchodziło, co jest za nim. Nie, nie mam rodziców alkoholików, ani nie-kochających mnie potworów. Wręcz przeciwnie im na swój sposób bardzo na mnie zależy i są fajnymi ludźmi. I tym smutniejsze co ze swoim życiem robią. Pomijam już relacje między nimi, bo słowo „fatalne” chyba nie jest dość mocne. Pomijam prawdopodobne Borderline, ostre stany depresyjne i sto zmarnowanych szans. Kiedy do niech przychodzę, albo rozmawiam przez telefon, to co czuję można porównać do mieszanki wściekłej agresji, ze jest jak jest, żalu i bezsilności. Trochę jak po filmie Zabić Prezydenta. Smutno i bardzo bez sensu.
Od jakiegoś czasu usiłuję się absolutnie odciąć emocjonalnie. I mało mi wychodzi. Rodzina ma to do siebie, że nawet ja wyjedziesz na Madagaskar, ciągnie się za tobą to w tobie zostawili. Przypomina to uciekanie od własnego cienia. ( Przypomina mi się Ogród i to co miałam w głowie kiedy go pisałam). Zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi sie odciąć na tyle, żeby utrzymując z nimi kontakt i czerpiąc to co dobre, nie brać na siebie tego złego bagażu negatywnej energii..
A czemu ja o tym dziś nawijam? Bo święta niedługo. Czyli histerii przedświątecznej odcinek pierwszy. Wielki rodzinny obiad na którym wszyscy udają jak jest fajnie, a ja widzę jak bardzo nie jest. Może zniosłabym takie obiady sto razy lepiej, gdyby były o tak w środku roku.. A tak? Dodatkowo nie mam świąt, znaczy mam takie jakich nie chcę. I jestem zła, tak zła że czuje to fizycznie w sobie. Znowu.
Dobrą stroną złości we mnie jest prawie nie posiadanie stanów depresyjnego - smutnych. Zawsze coś. I tym pozytywnym akcentem kończę i udaje się do dentysty. Dzisiaj zapełnianie kanału zębowego.
Tylko mając takie miejsce czasem chwyta mnie przerażenie, że mam tylko je.
Od kilku lat bezskutecznie próbuję odciąć psychiczne korzenie od rodziny. Wybudować taki ogromny wysoki mur, tak żeby mnie już zupełnie nie obchodziło, co jest za nim. Nie, nie mam rodziców alkoholików, ani nie-kochających mnie potworów. Wręcz przeciwnie im na swój sposób bardzo na mnie zależy i są fajnymi ludźmi. I tym smutniejsze co ze swoim życiem robią. Pomijam już relacje między nimi, bo słowo „fatalne” chyba nie jest dość mocne. Pomijam prawdopodobne Borderline, ostre stany depresyjne i sto zmarnowanych szans. Kiedy do niech przychodzę, albo rozmawiam przez telefon, to co czuję można porównać do mieszanki wściekłej agresji, ze jest jak jest, żalu i bezsilności. Trochę jak po filmie Zabić Prezydenta. Smutno i bardzo bez sensu.
Od jakiegoś czasu usiłuję się absolutnie odciąć emocjonalnie. I mało mi wychodzi. Rodzina ma to do siebie, że nawet ja wyjedziesz na Madagaskar, ciągnie się za tobą to w tobie zostawili. Przypomina to uciekanie od własnego cienia. ( Przypomina mi się Ogród i to co miałam w głowie kiedy go pisałam). Zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi sie odciąć na tyle, żeby utrzymując z nimi kontakt i czerpiąc to co dobre, nie brać na siebie tego złego bagażu negatywnej energii..
A czemu ja o tym dziś nawijam? Bo święta niedługo. Czyli histerii przedświątecznej odcinek pierwszy. Wielki rodzinny obiad na którym wszyscy udają jak jest fajnie, a ja widzę jak bardzo nie jest. Może zniosłabym takie obiady sto razy lepiej, gdyby były o tak w środku roku.. A tak? Dodatkowo nie mam świąt, znaczy mam takie jakich nie chcę. I jestem zła, tak zła że czuje to fizycznie w sobie. Znowu.
Dobrą stroną złości we mnie jest prawie nie posiadanie stanów depresyjnego - smutnych. Zawsze coś. I tym pozytywnym akcentem kończę i udaje się do dentysty. Dzisiaj zapełnianie kanału zębowego.
niedziela, 19 marca 2006
Jestem, jestem. Maleńka śpi. Ukochana moja. I opanowałam mylog na tyle, żeby ustawić hasło. Mój mały netowy świat dostał klucz i zamek. Już pomijając tak prozaiczny fakt, jak to, że moja rodzina ( ojciec) lubi szperać po tekstach labruji. Jeżeli mam traktować jakieś miejsce jak kawałek swojego świata, to nie może on być przestrzenią publiczną. Podobnie jak w domu – mam zamki – ale gości chętnie witam. Nie podoba mi się to całe zamieszanie z oceanami blogowymi i „zarabianiem” komentarzy. Nie, nie, nie. Może jestem wredna wiedźma z silnie rozwiniętym instynktem terytorialnym, ale tak już mam.
Z innej baczki to przyszło coś na kształt wczesnej wiosny. Dalej zimno, ale słońce dłużej na etacie. Co jest o tyle niedobre, że szkrab mi się wcześniej budzi.
Eh. Ja chcę więcej słońca. Słońca, słońca i powietrza.
Na dziś wieczór herbata "Wyspy Wielkanocne" i
Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce
Cień ręki na murawie, a wszystko niczyje
Ledwo się zazieleni, już ufa że żyje
A jak dumnie się modrzy u ciszy podnóża
Jak buńczucznie do boju z mgłą się napurpurza
A jest go tak niewiele, że mniej niż niebiesko
Nic prócz tła, biały obłok z czerwoną przekreską
Dal świata w ślepiach wróbla spotkanie traw z ciałem
Szmery w studni, ja w lesie, byłeś mgłą - bywałem
Usta twoje w alei, świt pod groblą, w młynie
Słońce w bramie na oścież, zgon pszczół w koniczynie
A jak dumnie się modrzy...
Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie
Malejąc mało zwiewną gęstwę ciała niesie
I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila
I wyziera z gęstwy w świat i na motyla
A jak dumnie się modrzy...
Z innej baczki to przyszło coś na kształt wczesnej wiosny. Dalej zimno, ale słońce dłużej na etacie. Co jest o tyle niedobre, że szkrab mi się wcześniej budzi.
Eh. Ja chcę więcej słońca. Słońca, słońca i powietrza.
Na dziś wieczór herbata "Wyspy Wielkanocne" i
Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce
Cień ręki na murawie, a wszystko niczyje
Ledwo się zazieleni, już ufa że żyje
A jak dumnie się modrzy u ciszy podnóża
Jak buńczucznie do boju z mgłą się napurpurza
A jest go tak niewiele, że mniej niż niebiesko
Nic prócz tła, biały obłok z czerwoną przekreską
Dal świata w ślepiach wróbla spotkanie traw z ciałem
Szmery w studni, ja w lesie, byłeś mgłą - bywałem
Usta twoje w alei, świt pod groblą, w młynie
Słońce w bramie na oścież, zgon pszczół w koniczynie
A jak dumnie się modrzy...
Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie
Malejąc mało zwiewną gęstwę ciała niesie
I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila
I wyziera z gęstwy w świat i na motyla
A jak dumnie się modrzy...
sobota, 18 marca 2006
Ha. Moje drugie podejście do bloga. Nie wiem czy ostatnim razem zawinił brak systematyczności, bardzo chaotyczny okres w moim życiu, czy fakt jak bardzo trudno jest mi pisać o niektórych sprawach w sieci. Bo z jednej strony chciałabym w jakiś sposób dzielić się moją codziennością z bliskimi, a z drugiej trudno mi się pogodzić, że wszyscy będą mieli wstęp wolny. Potrzeba prywatności. Bez tego siedzi nade mną bat autocenzury i mogę zasadniczo pisać o tym, że wiosna idzie. A chyba nie o to chodzi.
Więc znowu tu jestem. Powróciłam nawet do starej nazwy – więc czuję się jakbym fizycznie wracała w to samo miejsce. Znowu kładę walizki. Jak to będzie. Nie wiem. Jutro, o ile dzieck pozwoli, zajmę się ostro obsługą techniczną tego mylogu. Nie będzie technika pluła nam w twarz. Ot co!
A dziś już zwijam się w kłębek. Może nawet załapię się na wieczorne poczytanie przez Kocura? Jest na to spora szansa, więc…
Więc znowu tu jestem. Powróciłam nawet do starej nazwy – więc czuję się jakbym fizycznie wracała w to samo miejsce. Znowu kładę walizki. Jak to będzie. Nie wiem. Jutro, o ile dzieck pozwoli, zajmę się ostro obsługą techniczną tego mylogu. Nie będzie technika pluła nam w twarz. Ot co!
A dziś już zwijam się w kłębek. Może nawet załapię się na wieczorne poczytanie przez Kocura? Jest na to spora szansa, więc…



