Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 grudnia 2010

Świąteczne ości w gardle

Już drugi dzień świąt. Jakoś leci. Zresztą zauważyłam, że mój stosunek do Świąt z każdym rokiem robi się coraz bardziej miłosno - nienawistny. Przechodziłam już przez etapy histerii w łazience na początku grudnia i tym podobnych.

Teraz jest mała schizofrenia; podzieliłam Święta na elementy związane bezpośrednio z naszym domem; gotowanie, choinka, czas dla nas i ten etap uwielbiam. Może zarażam się ciepłem od Kocura i Nat. To jest nasz czas, nasz opłatek pod nasza choinką późnym wieczorem, nasza bliskość i ciepło. I w jakiś sposób to jest najwalniejszy czas w roku. W tym szczególnie, bo udało nam się wszystko wcześnie pozałatwiać i mieliśmy czas na spokojnie dla siebie.

I jest czas kolekcji wigilijnej, wizyt rodzinnych i prezentów, który dalej mnie spina i nauczyłam się go przełknąć jak gorzką pastylek.

W ogóle dochodzę do wniosku, że Święta ( szczególnie Bożego Narodzenia) są trochę jak papierek lakmusowy. Pokazują co jest. Albo nawet więcej. Wyolbrzymiają to. To co jest dobre, szczere autentyczne - tam relacje robią się jeszcze lepsze, fajniejsze i fajne. To co jest łatane, kiepskie staje się jeszcze gorsze.

Bo jest przymus, żeby fajnie wyglądało, żeby się ładnie ubrać, być miłym, podzielić opłatkiem, dobrze życzyć. Trzeba, mus. Zacisnąć zęby, być grzeczny, bo mama, tata, babcia, dziadek, bo to święta i ogólnie. Mimo, że często dobrze nie jest. A że naturalnie ludzie mają tendencję do wyczuwania fałszu i czucia się w nim niekomfortowo. Jako dziecko lubiłam święta ( kto nie lubił?) ale miałam jakieś poczucie dyskomfortu - tego, że się uśmiechają, chociaż normalnie się nie lubią, że się sztucznie śmieją z prezentów, które potem lądują na dni szafy. Moje relacje z częścią rodziny Kocura i moją są jakie są - wiec to wbijanie się w schemat „ bądźmy grzecznymi dziećmi na święta, udawajmy, że się kochamy”. Mnie strasznie nie pasuje udawanie czegokolwiek. Całe szczęście mam tą część świata, gdzie nie muszę udawać.

Przeszkadza mi też, że nie wiem jaki jest status tych Świąt. Bo to są święta Bożego Narodzenia. Taka nazwa. A obchodzi je duża część osób niewierzących. Jako co? W sumie, szkoda, że nie ma osobnego święta rodzinno - prezentowego, które ja bym mogła olać, a osoby niewierzące, które to lubią po prostu spotkać się razem w gronie rodzinnym. Bo ja się spotykam z osobą, która wiem, że nie wierzy przy stole, albo wysyła mi życzenia i mam konsternację, z jakiej okazji i po co i dlaczego. I mam rozdrażnienie, że dzielę z kimś coś co dla mnie jest wiarą, a dla kogoś skansenem. Podobnie wkurzają mnie Kolendy w marketach. Wszystko jakoś przez to traci znaczenie.

Kolejna irytacja to centa handlowe przed świętami. I mania; kupuj, kupuj, kupuj.

Aprops prezentów własne przeczytałam ciekawy ale moim zdaniem bezdennie głupi tekst pewnej psycholożki terapeutki na gazecie. Że niby małym dzieciom trzeba mówić o Mikołaju, który daje prezenty. A jak maluch powodowany logiką zapyta wprost „ Czy Święty Mikołaj istnieje?” - wtedy kręcić jak piskorz w stylu „ a czy ty chcesz w niego wierzyć, bo jeżeli tak to istnieje”. Nie wiem czy jest to większe robienie z dzieci czy rodziców idiotów. I na pewno jest to uczenie podejścia „wierzymy w co chcemy wierzyć, bo i tak nie ma nic”. Ja mojej córce powiedziałam, że kiedyś żył człowiek, który nazywał się Mikołaj i dużo dobrego robił dla innych, potem umarł, być może jest teraz w niebie i na pamiątkę jego urodzin dajemy sobie prezenty. Tylko potem ona wypaliła w przedszkolu na pogadance o Mikołaju „ Ja w starego dziada z hipermarketu co ma dać prezent nie wierzę, on jest oszukany”. Zapadła konsternacja. A ja jestem z niej cholernie dumna.


A i chwilowo ( do jutra) mamy na stanie cztery kotów. Gościnnie koty Levisów: Leon stary marudny kocur o wielkich łapach i Ebola - młoda, przymilna kotka z ADHD. Koty się pomału ze sobą zaprzyjaźniają. A my mamy kino domowe w 3D. Ogólnie;
Hella - leży i jest niezadowolona. Gł·ówne konflikty z Leonem, z którym na siebie warczą. W akcie protestu pierwsza noc spała w naszym łóżku.
Mercedes - z Leonem powarkują, ale mało. Ebola za nią chodzi i chce się bawić. Już nawet pomyżiały się noskami.
Leon - zachowuje się jak upierdliwy stary kawaler, ale Przem go lubi. Pazurobicie było raz, z Ebolą. Ma ksywę Leon - Baleron.
Ebola - jest przecudowna. Biega jak dzika, Niczego się nie boi, łazi za naszymi kotami, wszędzie wskakuje, pozwala się mechacić nawet Natalce. Zaczepia nasze koty. Nazywamy ją Zaraza.
Ogólnie jest wesoło.


A poza tym obejrzeliśmy wczoraj na płytce „Alicje w krainie Czarów” Disneya. Nie spodziewałam się niczego dobrego, więc aż tak się nie zawiodłam. Nawet Tim Burton na Disneya nie pomoże. Dobra gra aktorska, muzyka, fajne efekty i ...psin-co. Ja się zastanawiam jakie jest to spaczenie wytwórni Disneya, że oni czego się tkną to spieszą.

Tak po Alicji to widzę tu cztery rzeczy; raz potrzebne racjonalizowania, odnajdowania ukrytych powodów, racjonalnych wytłumaczeń i ogólny pseudosocjologiczny bełkot najczęściej z relacjami z ojcem w tle. Dwa to coś co nazywam spuścizną Myszki Miki - co jakiś czas pojawiająca się akcja rodem ze wczesnych kreskówek Disneya. To już nawet nie jest kino kacji - to jest jakieś pandemonium - ktoś się przewraca, coś rzuca, uderza kogoś w głowę, ktoś spada, coś leci, komuś ląduje tort na głowie. W przypadku Alicji, Małej Syrenki. Dzwonnika to już nawet nie razi. To mdli. Trzy to bark szarych bohaterów - oni są dobrzy ( superaśnie dobrzy do wyrzygania, albo źli, mroczni i groteskowi). A cztery to happy end. In amerikan stajl. I mała syrenka która bierze ślub. I Alicja, która zostaje biznesłumen. I księżniczka żaba, gdzie też pojawia się piękny książę i ślub. Błe. Ja już mówiłam; Disney jest szkodliwy jak Tabacco Poland. Tylko mniej przyjemny w użytkowaniu. A jak się zabiorą za Upiora to rozważę podłożenie bomby pod ich studio.


A poza tym to czeka na mnie stosik co najmuje sześciu książek. I dostałam kubeczek z Severusem Snapem pod choinkę od kota. Dokładnie taki jaki chciałam od kilku lat. Moje spożycie gorących płynów wzrosło makabrycznie. I ogólnie jest dobrze.

Mimo wszystko to były dobre Święta.

sobota, 17 lipca 2010

Śmierć w Wenecji

Wróciłam z Wenecji. Nie z tej we Włoszech, choć efekt tej na której byłam nie była ani odrobinę mniejszy. Chcieliśmy z kotem iść na coś do kina, a oferta oscylowała między Szrekiem ileśtam a Drużyną A. Na szczęście znalazłam w Światowidzie Wenecję Jana Jakuba Kolskiego. Jego filmy zasadniczo lubię. Są sympatyczne, malarskie, oryginalne i magiczne. Podobała mi się i Afonia, i Jańcio i Jasminum, choć nie nazwałabym ich arcydziełem. Czegoś mi brakowało i to coś znalazłam w Wenecji.

Tematycznie Wenecja skojarzyła mi się z Labiryntem Fauna. Wrażliwość dziecka, okrucieństwo wojny i świat który nie wiadomo, czy do końca jest magiczny czy zmyślony. Ale Labirynt przy Wenecji wydaje mi się o wiele bardziej jednowątkowy i toporny. Zbyt dosłowny. W Wenecji elementów fantastycznych prawie nie ma. Właściwie zupełnie nie ma, jest za to świat marzeń, zmysłowa rzeczywistość pełna tęsknoty, zapachów i kolorów, która jest rozszarpywana przez rzeczywistość wojny.

Nie jest to do końca film o Marku – głównym bohaterze. Ma on bardziej rolę spajania wielu wątków i historii. Jego własnych marzeń o Wenecji, Wenecji mieście magicznym, wyśnionym, miejscem gdzie będzie szczęśliwy i kochany. Nie chcę tu być – cięgle powtarza Marek – i buduje sobie najpierw w wyobraźni potem w piwnicy swoją Wenecję. Jest też świata jego matki i jej sióstr, który kojarzy się z Trzema Siostrami Czechowa. I świat wojny, pokazany za pomocą klisz i symboli, oczami dziecka, ale w miarę trwania filmu miałam wrażenie, że ta wojna zaciska mi na szyi pazury.

Film ( słusznie!) nagrodzony za zdjęcia, ma jak dla mnie zupełnie niedocenianą reżyserię. Nie ma tu zupełnie zbędnych elementów, a wszystko łączy się w perfekcyjną układankę, taką dokładność widziałam tylko u Almodovara. Może właśnie dlatego tak działa na emocje, przez to, że z początku tak wolny, senny, chwyta za duszę i porywa w świat, który jest nie tylko bajkowy, ale i okrutny. A śmierć jest jak najbardziej realne, niepotrzebna i często przypadkowa. Film nie próbuje pokazać niczego z punktu wiedzenia dziecka, on to robi. I zarzut, że historia jest pokazana stereotypowo jest absurdalny, bo dokładnie tak to mogło być widziane. Może rozumiem to tak bo ja też miałam swoją „Wenecję” i taż zamykałam oczy mówiąc ja nie chcę tu być.

Nie ma tu żadnego czytelnego czy narzucającego się przesłania. Może inni recenzenci je widzieli, ja nie. Jest natomiast, o czym w recenzjach nie czytałam przerażający smutek. Mniej więcej od połowy filmu ryczałam, co zdarza mi się niezwykle rzadko ( Na scenie śmierci w słonecznikach prawie nic przez łzy nie widziałam). O ile poprzednie filmy Kolskiego były może nieco melancholijne, to ten był absolutnie głęboko poruszający. Wstrząsający i smutny. Bo Wenecja pozostała przecież tylko zalaną piwnicą.


I jeszcze jedno mnie smuci. A właściwie to nawet złości. Ostatnio rozmawiałam ze znajomym na temat kina w Polsce i powiedziałam, że zasadniczo jest słabo. A teraz zobaczyłam obraz poruszający, który nie na tylko naszego marnego podwórka jest wybitny, ale rewelacyjny na tle wszystkich filmów. I co? Nagroda za obraz, wyświetlany kilka razy w kinie studyjnym dla 4(!) osób, a kiedy czytam recenzje to za głowę się łapię czy ci mądrzy panowie od filmów to oglądali. A przy tym promowany jest patetyczny toporny o gracji hipopotama Katyń i nudny zupełnie bez pomysłu Rewers.

Ps. Z tej okazji zrobiłam na blogu listę ulubionych filmów ( lista obok na dole). I jakby nie patrzeć są tylko dwa nasze. Kolskiego. I Wenecja jest zdecydowanie lepsza.

sobota, 13 marca 2010

No co z tą wiosną, lordzie Vaderze?

Pada Śnieg. W marcu, aż się chce zapytać no co z tą wiosną jest?

Oglądamy sobie z Kocurem po raz któryśtam wszystkie części Gwiezdnych Wojen.

Codziennie po kawałku.

Osz, jak ja lubię ten film. Jako całość, od pierwszej do ostatniej części. Zemsta Sithów ( która powinna się nazywać „Błędy Mistrza Windu” albo „Ślepcy Jedi”) mnie rozwala emocjonalnie. I co, że aktor który gra Anakina wygląda jak leszcz z boysbandu i na ulicy to bym go nawet nie zauważyła. Gra nieźle i sama postać jest cudna. Tak, Anakin vel Vader (w obu odsłonach) jest jedną z pięciu moich ukochanych postaci filmowo literackich. Nie, nie znoszę Hana Solo, ani Obi Wana, drażnią mnie ogólną bucowatością. A Anakin wpisuje się w mój prywatny archetyp mrocznego sukinsyna. (-;

Zresztą poza Anakinem/ Vaderem to jest bardzo, bardzo dobry film. Te wszystkie sześć części jest spójne, bardzo epickie i praktycznie za każdym razem trzymające w napięciu. Ja się do tego filmu bardzo długo nie mogłam przekonać przez ten ogrom fantazyjnych atrybutów, mieczy świetlnych, mocy jak błyskawice, stworków. Potem do mnie doszło, że to jest znakomity film przygodowy z całą masą dobrych postaci, pierwszo i drugoplanowych.


Wybrałam się ostatnio do biblioteki. Dla siebie przytargałam Wygnacie i Królestwo A. Camusa, a dla Natalki coś absolutnie wspaniałego – 125 bajek do opowiadania dzieciom autorstwa Kopalińskiego. Baśnie są najróżniejsze – od popularnych przez Tysiąca i Jednej Nocy aż po bardzo dziwne. Wszystkie bardzo prosto napisane i dość wierne. Autor doradza, żeby ich nie czytać dzieciom, a samemu a potem opowiadać. Ja na razie na przemian czytam i coś dopowiadam i pytam Natalsa. Świetny pomysł na książkę.

Ogólnie jedną z lepszych frajd z posiadania dzieci jest wybieranie z nimi i czytanie książek. I dzielenie się z nimi swoimi światami. Kocur na przykład przyniósł Hobbita i jej czyta. A ja dzielę się również muzycznie. Ostatnio muzyką polską lat ’90. Przychodzi Kot do domu a tu muzyka na pełen regulator – Achaja. Generał Ferreira i Nie ma ciszy w domu. – No co się patrzysz, rewolucję z lalkami robimy. Rząd psów (pluszowych) obalamy.


Wybierałam się na Alicję w Krainie Czarów, ale bardzo złe recenzje znajomej osoby mnie zniechęcają. Disney jest Zuy. W związku z tym idę na Autora Widmo Polańskiego. Kto widział któryś z tych dwóch filmów i może coś polecić to chętnie posłucham.


A z czasem weekendowo jest różnie bo szykują się sesje, fajne konwenty i Naprawdę Poważny Remont Wszystko Co W Domu Potrzebuje Remontu ( czyli praktycznie w większości pokojów coś). A że nie jestem osobą która będzie pucowac okna jak mogę grać sesje albo jechać w góry...
Będzie z tym zabawa. Będę zdawać na bieżąco relacje.

środa, 13 stycznia 2010

Filmowo styczniowo.

Byłam w zeszłym tygodniu na filmie Parnassus Terrego Gilliama. Samego reżysera lubię i z okresu Monty Pytona i z Fisher Kinga, dlatego wiedziałam czego się spodziewać. Po filmie i po kilku dniach zastanowienia jestem na tak, ale. Jest kilka małych „ale”.

Film bajkowy. Wizualnie przepiękny, tajemniczy, gdzieś na pograniczu snu, bajki i książek Gagmana. Za scenografię, dekoracje i stronę wizualną filmu – zarówno w scenach z Londynu jak i z Imaginarium należą się barwa na stojąco. Kolejnym mocnym punktem jest gra aktorska – Tom Waits, Heath Leder, Lili Cole – wszyscy oni byli rewelacyjni. Kiedy człowiek się zastanawia nad ich postaciami – tak na sucho jakby napisać w kilku zdaniach i patrzy co oni wnieśli w te postacie jak je ożywili, to jest niesamowite. W związku ze śmiercią Leadera w trakcie zdjęć zastępuje go kilku aktorów. I o ile Deep jest rewelacyjny to Colin Farrell już nie – i tu się zaczyna pierwsze ale. Film w pewnym momencie zaczyna się rozłazić. Ja wiem, że to jest baśń, ale jakaś logika mogła by być zachowana. Coś jakby trzeszczy.

I tu jest problem. Spotkałam się z zarzutami, że nie wiadomo o co w filmie chodzi. Sama fabuła, jakby ją wyłuskać i spisać w kilku zdaniach jest piramidalnie głupia. Pomijając już dobry motyw zakładów z diabłem, to motyw opowieści w której trzeba wybrać jedną z dwóch dróg „ dobrą” i „złą” był dla mnie zbyt łopatologiczny i trywialny. I teraz jest pytanie czy reżyser miał to zrobić logiczniej – jak zwykła baśń, która swoją fabuła by moim zdaniem filmu nie udźwignęła. Czyże iść w jeszcze większy brak logiki oniryzm, motywy jak z Lincza bez jasnych reguł dobra i zła. To by było jeszcze bardziej zakręcone, ale mój głos jest, że to mogło by iść w tym kierunku. Biorąc pod uwagę wszystkie wypadki, które towarzyszyły filmowi to ogromy szacunek dla Gilliama, że to skończył. I że zrobił to po swojemu, nawet mimo pewnych nielogiczności. Dla mnie cały film jest wspaniałym wizualnie hołdem dla marzeń i wyobraźni. I dlatego daję 7/10. Mimo wszystko.

I jeszcze a propos filmów, zbieram sobie opinie o Awatarze. Tak z ciekawości. Na razie przeważając większość jest na nie. Albo na tak, z dużym ale. Ja się nie wybieram. Jestem obrzydliwym i niesprawiedliwym stworzeniem, które wyrobiło sobie opinię po kawałkach z netu i recenzjach. A czemu nie pójdę? Bo na Pocachontas ze smerfami w roli głównej jestem za duża. Nie pociąga mnie estetyka niebieskich mordek. Dwa to w chwili kiedy Amerykanie siedzą w obcym kraju o bogatych złożach i nagle pojawia się film nawołujący do pokoju dla naszych braci, to mnie to słabi. Nie mam ochoty na lekcję jak traktować inne istoty, zwłaszcza jeżeli nauczycielem jest produkcja z takiego a nie innego kraju. Fajnie, że mają katharsis na swoje traumy, ale ja się trzymam od tego z daleka. A jeżeli wszystko jest w romantyczno ckliwym sosie Pocachontas – Titanic to w ogóle uciekam. Wolę już żyłochlasty w stylu Białej Wstążki.

A poza tym martwię się jedną sprawę, która nie jest w zasadzie moją sprawą i o której nie mam prawa ani podstaw tu pisać. Ale się martwię po ludzku. I nic nie mogę zrobić. Mam nadzieję, że tak naprawdę nic się nie stało i tylko histeryzuje. Cóż, trzymajcie kciuki, żebym się okazała przewrażliwionym łosiem. Będzie to z pożytkiem dla wszystkich. A i trzymajcie kciuki in blanco. Bez zbędnych pytań.

A ponadto dalej sobie stukam pomaleńku Lustra. Rozdział trzynasty, ponad sto stron, zabiłam Kaia. Głupio mi. Krew na klawiaturze, patos w powietrzu, ale czasem trzeba. Rowing mogła Syriusza to mnie też wolno. Ale mi szkoda. Był dobrym konstruktem literackim, że tak powiem.

W zeszłym tygodniu miałam fajne spotkanie z kimś to był mi kiedyś bliski a kogoś nie widziałam wieki. I dobrze, nie wierzę w przypadki i spotkania czekając na tramwaj mają dobre konsekwencje. Chociaż to spotkanie uświadomiło mi jak bardzo się zmieniłam przez ostanie kilka lat. I chyba jestem z kierunku zmian zadowolona. Miedzy innymi przestałam z relacjach przyjacielskich desperacko szukać swojego odbicia lustrzanego. Nie to, że nie potrzebuję tych wspólnych światów książkowo, filmowych, podróży, rozmów babskich. To jest ważne. Ale nie najważniejsze. I jakoś też ważne są takie rzeczy jak lojalność, wytrzymałość na próbę czasu, decyzja że ktoś mimo, że różny ode mnie to chce być psychicznie blisko.

A dla zainteresowanych nowe hasła Natalsa, który dalej bawi się w hodowle wyobrażonych stworzeń. Tym razem koniki. Całe stado z nami jeździ.
Nat: - Moje koniki są głodne i jedzą mięsko.
Przem spokojnie tłumaczy, że konie mięsa nie jadają.
Nat ( zdenerwowana) – Nic mnie to nie obchodzi! One jedzą mięso i bardzo im smakuje.

Obraz różowych rumaków z mordami ufafranymi krwią jest deliryczny.

środa, 11 listopada 2009

Środowo - filmowo

Byliśmy w kinie. W kinie, nie na filmie bo raczej mieliśmy potrzebę wyjścia gdzieś razem w ten pochmurny dzień. No i skusiło 8,4 na IMDB. District 9 jest niezły, ale nie powalił mnie aż tak. Kolejny film o alienach, które wyglądają dość groteskowo – jak skrzyżowanie predatora, wielkiej krewetki i I. T. Warstwa fabularna jest tak durna, że po prostu nie przyjmuje się jej do wiadomości. I zostaje nam umiejscowiony w RPA (!) otoczony drutem kolczastym obóz dla ufoków. Cóż, może wszyscy obcy zza druta kolczastego, z odległej galaktyki, Żydzi i czarni tak w opinii tłumu z zewnątrz wyglądają.
Pierwszy film który porusza problem globalnego południa i naszych. „cywilizowanych” sposobów rozwiązania tego problemu. W pewnym momencie miałam wrażenie, że chodzi o wysiedlenie nie kosmitów, ale łódzkiego getta. Bo w końcu czy jakoś dużo się od tamtego czasu zmieniło w ludziach? Swoją drogą jak to filmy o kosmitach ładnie oddają lęki i bolączki ludzkości w danym momencie, od inwazji Marsjan w czasach zimnej wojny, przez lęk przed chorobami i mutacjami, aż do dzisiejszych strachów. Pokaż mi twojego kosmitę, powiem ci czego się boisz? Ważny i mocny problem, poruszany w miłych i bezpiecznych ramach. Bo to tylko takie sf, prawda?
Podobała mi się przemiana głównego bohatera z kretyna do …nie będę spolerować. Trochę przypomniała mi przemianę Williama Blaka w Truposzu Jarmusha. On powoli przechodził na drugą stronę życia i zdrowego rozsądku.
Tylko, że….
…raz, że nie do końca odpowiada mi ta estetyka. Ufoki, karabiny, super mutacje. Nie te dekoracje. A dwa ( i tu poważniejszy zarzut) to że film niczym nie zaskoczył. Jak na początku zobaczyłam o czym jest potem nie wnosił niczego nowego. Tak jakby twórcy zatrzymali się w pół kroku. W obawie, żeby film nie był aż tak niepoprawny politycznie.

A na niedzielę mamy trzy bilety na to dla Natalia. Damy szanse teatrowi z Zabrza. (-;

I bonus dla czytających.





piątek, 9 października 2009

Julia / Wombat

Poszłam sobie dziś do kina. Sama. I to w podwójnym sensie bo bez osoby towarzyszącej i w ogóle byłam sama na Sali kinowej. Rewelacja. Czułam się jak na pokazie dla VIP. Poza tym odkrywam że ja jednak uwielbiam kino. Dużą ciemną salę, szum projektora i tą całą atmosferę. A w ogóle to poszłam sama bo film był babski.

Julie & Julia


Wyobraźcie sobie kogoś kto:
ma pracę w której mało zarabia, czuje się sfrustrowany i zestresowany,
ma kota,
ma bardzo fajnego męża, choć czasem jest wobec niego zołzą,
kto chciał być pisarką ale napisał na razie pół powieści i schował głowę w piasek bo i tak mu nie wydadzą,
kto stale lubi być głaskany po główce i lubi jak się mu przypomina jaki on to nie jest do kitu,
ma paskudną matkę,
ma lat około 30,
…i pisze bloga.
Nie to nie ja. To główna bohaterka. Ale jak się możecie domyślić film ogromnie mi się podobał. Ciepły, zabawny, niegłupi. Bardzo dobry aktorsko, dający nadzieję i ale nie w sposób naiwny i infantylny. Ogromnie podobała mi się idea że jak ktoś lubi jeść powinnam zająć się gotowaniem. Wiecie, ja najbardziej lubię czytać. (-;

I film smakowity. Mam ochotę po nim troszkę poeksperymentować w kuchni. W tym celu chcę zdobyć dano zaginioną książkę kucharską ( jedyną jaką miałam i lubiłam ) a mianowicie Kuchnię Nelly Rubinstein. Pamiętam że przepisy były tam pyszne, nietypowe i okraszone anegdotami. Jak przyjdzie z allegro dam znać jak poszły dobroci.

A wnioski po filmie trzy
- robię się głodna,
- dobrze mieć fajnego faceta który rozumie wspiera i jest najbardziejszy, nie załatwia to wszystkich problemów, ale sprawia że w życiu jest fajnie,
- jeżeli bardzo długo i wytrwale robi się coś co się lubi najbardziej to coś dobrego z tego musi być


A poza tym:

Jadę jutro na Tośkę. Zobaczymy jak będzie.
I mam wielką ochotę na krakowskie antykwariaty ( na allegro wszystkiego nie ma…) i na czekoladę u Szerokiego Elfa.

Przeczytałam o dzisiejszym Noblu. Wiem, szkoda komentarza. A jednak myłam, że z krzesła spadnę.
Ja już dawno mówiłam że Nobel literacki jest dyskusyjny ( Herbert nie dostał a Jelinek tak) a Pokojowy to kpina od kiedy w 2007 Al Gore wygrał z Sendlerową – pogadanki o klimacie zwyciężyły z kimś kto własnym życiem ryzykował ratując żydzie bardzo konkretnych dzieci. Ogólne teorie przeciw życiu ludzkiemu, które można policzyć zważyć. Teorie wygłaszane na wygodnym fotelu, przeciwko ryzykowaniu własnego życia. Wstyd.
Jak widać nie miałam o tej nagrodzie zbyt wysokiego mniemania. Teraz naprawdę nie rozumiem za co Obama dostał. Podejrzewam, że on sam tego nie rozumie. Ja nie mam nic przeciwko niemu. To chwalebne że w kraju gdzie było niewolnictwo i kuklux klan mają czarnego prezydenta. ( Inna sprawa czy gdyby nie był czarny zostałby prezydentem – czy może wielu głosowało na niego żeby pokazać że nie jest się rasistą). Życzę mu jak najlepiej. Ale na wszystkie Demonki on jeszcze nic nie zrobił. Albo może raczej nic dobrego. To lizanie zadka naszego wielkiego barta zza oceanu jest już niesmaczne.

sobota, 24 maja 2008

Horror, nie-horror. Sierociniec

Horror, nie-horror. Sierociniec
Juan Antonio Bayona zrobił film, który nosi ze sobą niemal wszystkie stereotypowe cechy horroru. Jest stary dom, tajemnica, upiorne lalki, kości, głosy i duchy. Będą trupy, księżyc w pełni i trzaskające drzwi. Jest charakterystyczny sposób prowadzenia kamery i muzyka. Jednak wielbiciele teksańskiej masakry czymśtam, i omenu ileśtam mogą być zawiedzeni. To nie jest horror. To jest przejmujący, smutny film o miłości, oświeceniu i jeszcze kilku innych rzeczach. Nastrojowy, trzymający w napięciu, żonglujący artefaktami horroru jako gatunku. Może nie jest tak rewelacyjny jak Labirynt Fauna – zdecydowanie słabsza muzyka i mniejsza wyobraźnia reżysera. Ale w porównaniu z Szóstym Zmysłem – też w konwencji horroru – nie horroru o duchach wypada lepiej. Tak samo zaskakujący, o wiele bardziej smutny. Wgięło mnie w fotel w pewnym monecie.

sobota, 26 stycznia 2008

Uj jak dawno mnie nie było! Nie miałam ochoty pisać, bo świąt nie lubię. A brak światła i krótki dzień działały demotywująco. A tak jest lepiej. Byle do marca.
A dzieje się dużo.

Pa pierwsze to jestem absolutnie i zupełnie uzależniona od JERBA MATE. Pijam do 6 tykw dziennie. Corso wie jak to działa (-;

Troszkę ze świata Kultury. Byliśmy wczoraj z kocurem na Persepolis.
CUDOWNE! Jeden z najlepszych filmów jakie ostatnio widziałam. Przejmująca opowieść z poczuciem humoru, o dojrzewaniu, alienacji i tęsknotach dziewczyńskich. Z wojną w tle. Bardzo dobrze pokazany Teheran i groza wojny – ale bez patosu i tak że film może odnosić się do każdej innej dziewczynki tego pokolenia. Może tak mi się podobał bo niesamowicie utożsamiałam się z bohaterką. Dziecinką buntowniczą, chowaną wśród dorosłych, zafascynowanej ojcem ( nie nie komunizmem, ale czymś wręcz przeciwnym – uczono mnie w przedszkolu wierszyka „ i na drzewach zamiast liści nich zawisną komuniści”). I potem dojrzewanie które było jednym wielkim buntem i „ nie pasuję do świata”. Jakby na ironię mój pierwszy wybranek też okazał się gejem. Bywa. Na szczęśćcie potem trafiłam lepiej.

I innych zabawa na pograniczu kultury ( i psychologii). Kupiliśmy sobie ostatnio z Kocurem dwie książki Bogowie/Boginie w każdym/każdej z nas pani Bolen, ( Pisałam o niej kilka notek niżej). Książka cudowna i w sumie jedna z lepszych książek o psychologii jakie czytałam. Zrobiliśmy sobie z Panem Kocurem zabawę – każde z nas przeczytało obie książki – a potem przygotowało archetyp „ postaci idealnej, siebie, oraz partnera”. Oj fajne rzeczy powychodziły. Choćby taka że moja samoocena była dość podobna to ideału Kocura. Nie będę więcej pisać, bo to są w sumie prywatne sprawy, ale tylko wspomnę że mnie kocur doceniła jako:
Afrodyta 45% Detemetr 28% Persefona 25% Artemida 7%
Jakby nie było się zgadza. Pan mąż zna mnie lepiej niż ja siebie. Cóż.


Poza tym piszę. Skończyłam z Fidelio cudowny marysuistyczny projekt „Perski Królik” – i choć artyzmu w tym nie ma za grosz, to bawiłam się cudownie i mózg mi odpoczął. Pozbyłam się presji pisania i odświeżyłam sobie wena. Dziękuję Fidelio. Jakkolwiek durna by była nasza zabawa – grafomańsko-erotyczne-rpg – to czuję się jak po długich sudownych wakacjach.

Poza tym to pracuję. I o tym słów kilka. Dalej pracuję za marne grosze, ale za to w domu z nienormowanym czasem. Tak czy inaczej błagam nie wierzcie w budy o „ strasznym potworze od rekrutacji”. Kiedy szukacie pracy tej pani naprzeciwko was też zależy żebyście wypadli super! Jesteście dobrzy – ona ma premię i zadanie wykonane. Jesteście do niczego – ma awanturę szefa i dalej musi szukać. To raz.
Dwa rekrutacja jest przede wszystkim oparta o system ZBIERACKO ŁOWIECKI. Kandydata trzeba znaleźć, wypatrzyć, złapać i nie puścić.
Jeżeli chodzi o mnie i kandydat sam dzwoni, nawet mając już umowę i mówi, że : „rozmawiał z żoną, ma małe dziecko, nie chce ich zostawiać”. – to ja mu mówię szczerze że ma słuszne kryterium wartości. I szkoda mi ale uważam, że tak jest lepiej. Nawet za cenę premii.
Ale jak widzę chłopaka lat 24, kawalera, na bezrobociu, dla którego mam umowę za 13 euro za godzinę w dzień ( a 15 w nocy) – i on się nie odzywa a potem pisze smsa „ rezygnuje, bo ta umowa tylko na miesiąc i nie chce ryzykować” – to mnie wtedy szlag trafia i myślę że jest kiep, łoś i dupek. A ja narobiłam się na darmo. Bu. A takich sytuacji ostatnio troszkę miałam.

niedziela, 9 grudnia 2007

Ha, od czego zacząć po tak długim czasie. Nie będę pisać o pracy, bo i tak już dość was o tym zanudzam na spotkaniach. A wystarczy napisać, że mi się to podoba i jakoś idzie.

To ja dziś troszkę o Kulturze. (-; Co czytam, czego słucham, co oglądam, gdzie bywam. Mam ostatnio trochę różnych miłych doznań kulturowych. (-;

Może od końca. Gdzie bywam. A dokładniej gdzie byłam; na festiwalu muzyki folkowej Mikołajki Folkowe w Lublinie. Daleko to jak sukinsyn, ale watro było. Zabawa fenomenalna, nawet Kocur się wciągnął. Zespoły różne; na uwagę i oklaski na stojąco zasługują Orkiestra Świętego Mikołaja, Bracia Sufi z Pakistanu i kapela rycerska z Węgier. Dawno się tak na koncercie nie wybawiałam. Bo jest to dokładnie taka muzyka jak lubię najbardziej; rots, folk, na dawnych instrumentów, bez gitar elektrycznych, klimaty Karpat ( to nie bracia sufi (-;).
Atmosfera imprezy fenomenalna, chociaż czasem czułam się z boku jak obserwator. Z jakiś względów nie mogę się nigdy wpleść w grupę. Za dużo chyba we mnie krytycyzmu i indywidualizmu. Niektórzy ludzie ( jak choćby nawiedzeni czciciele Peruna i Swarożyca) budzą we mnie bardzo mieszane uczucia, Trudno. Ale muzykę odbierałam na 100% i bawiłam się cudnie. I wróciłam biedniejsza o dużo pieniądza, za to bogatsza o 3 płyty, 2 pary kolczyków, kota świecznik dla Kocura i pół kilo mate. A wracając zajrzeliśmy do Sandomierza i znaleźliśmy fenomenalną Herbaciarnię – może nie jakoś super urządzoną ale z rewelacyjnymi herbatami i bardzo bardzo niedrogą. Trzymamy za nich kciuki żeby sobie dali rade.

Co oglądam i słucham; Dostałam na DVD wytęsknionego Fausta z Angelą i Roberto ( patrz dwie notki wcześniej) Jest to rewelacja pod każdym względem. Głosu, muzyki, inscenizacji, baletu. Bite trzy godziny siedziałam z rozwartymi oczami i uszami. Kto nie widział co zrobiono z nocą Walpurgii temu i tak nie opowiem. Fidelio, Natti jeżeli macie już płytkę to czekam na wasze refleksje. Bardzom ich ciekawa.

Byłam też z Natti na Trafiacie. I ogromnie pozytywnie się zaskoczyłam. Przez momnt miałam naiwne nadzieje, że Opera Bytomska jest dobra. Nie, to był po prostu gościnny skład. Szersza recenzja tu: http://operaangel.proboards54.com/index.cgi?board=muzyka&action=display&thread=1196768548


Z filmów, to aż głupio się przyznać ale dopiero teraz sięgnęłam po Piratów z Karaibów. Część II tak koszmarnie mi się nie podobała, że nie mogłam się zmusić do Trójki. A to niespodzianka. Film bardzo mi się podobał. Poszli w absurd tak bardzo, że mnie to przekonało. A początkowa scena wieszania jakoś poruszyła. Nie było godzinnych walka z ogromną kałamarnicą, za to wątki z II i I części się wiarygodnie wyjaśniły i posplatały. Ani minutkę się nie nudziłam i żałuję jak nie wiem że odpuściłam sobie to w kinie.

Czytam: Pożyczyłam od Małego Kossakowskiej Siewce Wiatru. I odbiłam się jak od ściany. Książka napisana jak dla mnie nienajlepiej. Taka sobie przygodówka tylko nie wiedzieć czemu bohaterowie furkają na skrzydłach. Nie będę się z opinią specjalnie afiszować, bo fandom mały, a autorka podobno sympatyczna to nie będę jej kocim pazurem krytyki haratać.

Potem, „na odtrutkę” sięgnęłam po W. Hugo. W końcu doszedł z allegro Człowiek Śmiechu. Czytam dalej w tej chwili i trzymam kciuki żeby książka się nie skończyła, bo dochodzę do wniosku że Hugo jest moim absolutnym mistrzem. Po pierwsze ze względu na język. On jest czarodziejem. Kiedy opisuje burzę śnieżną to mi JEST zimno, kiedy opisuje długą drogę to ja nią idę razem z bohaterem. Dwa to jest mistrzem obserwacji; Hugo pisze o ludziach; tych krzywdzonych i tych krzywdzących i wszystko to jest napisane ogromne wiarygodnie bez nutki dydaktyzmu obecnej w polskich powieściach. Jest jednym z niewielu autorów które autentycznie potrafią mnie poruszyć. Czytam w niemym zachwycie.


To na koniec może co pijam, żeby było do kompletu. Mate, dużo i nałogowo. I luzuje się przed świętami. Jakoś to trzeba będzie przeżyć. Tylko bez histerii. Będę pisać więcej mrocznych tekstów jak się zbieszę. A wen dopisuje (-; ale szaaaa.

wtorek, 2 stycznia 2007

Końcówka roku byłą jak z koszmaru. Dokładnie jeden dzień – 30 grudnia – kiedy to spadły na mnie jeden po drugim nieszczęśliwe wypadki. Najpierw umówiłam się z Natti do kina, ale nie do końca – bo ja czekałam na potwierdzenie, a Natti miała zadzwonić jak nie będzie mogła iść – i tak za minutę seans się dowiedziałam, że do kina nie idę. Było mi smutno. I głupio wobec Natti. Potem zaświtała nadzieja, że może jednak we wtorek się wybiorę choć by sama na Kopię Mistrza, ale zadzwonił tata i powiedział że wtedy nie ma czasu. Dwa zero.
Potem pojechaliśmy do Ikei po krzesło dla mnie, bo się stare rozwaliło. Nie było tego co chciałam, a to co było to koszmarnie drogie. Kupiliśmy w zamian poduszkę na krzesło w kuchni. Niby wygodna, ale się obeszłam smakiem nowego zakupu. Trzy zero.
Po drodze wpadłam do wypożyczali dvd i mało się z kocurem nie pożarłam na amen o wybór filmu. Się pogodziliśmy, ale jakoś tak było...Cztery zero.
Wróciłam do domu i stwierdziłam, że ukradziono mi komórkę. Nowiutką, miesiąc ja miałam. W dodatku na abonament. Oczywiście od razu zablokowałam, ale i tak szkoda. Zwłaszcza, ze nowej nie ma za co kupić. Pięć zero.
A na koniec zajrzałam na forum i zobaczyłam jak się sprawy mają. Normalnie bym się tylko uśmiechnęła, ale w moim stanie ducha spłynęłam pod dywan. Sześć zero. Nokaut.

Anisko potem leżało i myślało. Jakie to życie paskudne. Aż sobie spojrzało na Kocura, małego Natlisa, samą siebie w lustrze i pomyślało sobie, że jest bardzo szczęśliwym Aniskiem. I niezależnie od wszystkiego, to życie mogło dokopać o wiele bardziej, a tak, mimo, że trochę jestem zmechacona, mam to co najważniejsze. I że w sumie jest mi dobrze. Bardzo bardzo dobrze. I pomimo wszystkich nieszczęść poczułam się tamtego dnia absolutnie szczęśliwa.

A na sam koniec dnia obejrzeliśmy V jak Vendetta. I do teraz nie mogę się otrząsnąć. Ja cholera uwielbiam mrocznych, cierpiących, inteligentnych i złych sukinsynów w maskach. A przy lubiących Dumasa i słuchających muzyki klasycznej to już odlatuję. Fetysz jakiś czy co? Film serdecznie wszystkim polecam. A jak jakieś niewiasty będą miały po nim nastrój erotycznej egzaltacji to tu jest odtrutka; http://www.youtube.com/watch?v=V9rzMaAucI4