Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienności wombacie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienności wombacie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 stycznia 2011

Depesze ze świata Anisków. Wszystko i nic.

Zimowo, sennie.

Stanowczo powinnam była urodzić się niedźwiedziem - rozwiązywało by to konflikty z dużą ilością istot, które mnie irytują i pozwoliłby mi przespać pół zimy.

Jest mnie coraz więcej, chociaż przestałam na szczęście gwałtownie przybierać na wadze. 27 tydzień 60 kg. Czuję się nieźle. Dobrze dlatego, że jest mi ogólnie szczęśliwie i mam poczucie, że jestem w dobrym miejscem swojego życia. Gorzej bo kości łonowe mi się rozłażą - i mam polegiwać czego oczywiście nie robię. Ogólnie w życiu mam sporą potrzebę kontroli ( nad wszystkim) więc kiedy moje własne ciało zaczyna robić co chce, nie jestem zbyt szczęśliwa. Lekarz powiedział, że zasadniczo nie wie co to jest. Ja liczę, że po porodzie minie. Krzywą cukrową robiłam na dwóch delicjach, a wyniki ciśnienia krwi spisuję z sufitu. I podobno jest dobrze.

Ale za to ma piersi 70F i wygląda to...dobrze. Cholernie dobrze. Przynajmniej dopóki nie patrzy się w dół.

Poza tym piszę. Czy skończę do kwietnia nie wiem, ale jest już 130 stron, z których jestem momentami zadowolona. Notabene Fabryka odpisała że „Lustra” zostały przekazane dalej do konsultacji, jeszcze ich nie odrzucili i mam czekać. Tymczasem Runa odpisała, że nie pasuje im bo akcja za wolna, za mało fantastyki jako takiej i ogólnie nie wiadomo do kogo targetowane. Ha, teraz wiadomo dla kogo jest. I pot-fory są jak należy.

A ja dochodzę do wniosku, że teraz widzę sto tysięcy wad Luster. Teraz mam wrażenie, że jest lepiej, ale muszę przystanąć i pomyśleć nad sklejeniem fabuły, żeby się nie rozjeżdżała jak szew na starych gaciach. I mam ogromną potrzebę pisania czegoś równolegle - choćby tylko dla siebie. Albo projekt baśniowy dla dorosłych, albo w końcu napiszę ten ff SS/ LE. Tak jak uważam, że to mogło być. Ogólnie tęsknię do dobrych fanfików. Muszę też umysłowo odpoczywać od Śmierciowiska, bo tekst mnie po matulku zjada. A najlepiej odpoczywa się od pisana innym pisaniem (-;

Natalii czytam Muminki. Robiłyśmy do nich podejście w zeszłym roku, ale chyba było za wcześnie, a potem dostała od „cioci Indygo” z dedykacją i poszło. Potem wzięłyśmy w obroty Zimę Muminków, Lato a czekają Kometa, DM w Listopadzie i kilka innych. Ogólnie cykl jest genialny. Chyba najlepiej napisana książka dla dzieci i w sumie nie tylko dla dzieci. Taka gdzie bohaterowie nie tylko mają przygody, ale pozwalają sobie na uczucia typu smutek, zazdrość, niepewność, samotność. Śmiem twierdzić, że te wszystkie trole; Muminki, Filifionki, Paszczaki, Bufki i Homki są bardziej autentyczne i ludzkie niż większość bohaterów literackich. Jestem urzeczona.

Poza tym dajemy szanse Teatrowi Muzycznemu w Gliwicach. Dziadek do orzechów ok. Bez rewelacji, muzyka z płyty, a sam dziadek wygadał jak skrzyżowanie aliena, żołnierza imperialnego i kraba w sreberku, ale Natalce bardzo się podobało. Potem byliśmy na Hair i tu było już całkiem dobrze. Może dlatego, że niczego się nie spodziewałam. Na Hair jedziemy porównać w lutym do Wrocławia. A zaraz potem na Upiora do Opery Bytomskiej. Będzie trauma. Recenzja też będzie. Obiecuję.

Tyle dobrze, że zima i święta obfitują w stosu dobrych książek. Skończyłam Antykwariusza J. Sancheza - bardzo solidny kawałek kryminału. Czytam Zaślubiny Kadomsa i Harmonii R. Calasso ( odkrywcze, podoba się, ale nie czczę - w kilku miejscach widzę jakiś mit inaczej). Luka i Ogień życia Rushdiego oraz Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki Llosy. Zasadniczo mogę zimę przeleżeć z zieloną herbatą i książkami. I nie sądzę, że coś tracę oprócz zmarzniętych stóp.

No w zimie jest jeszcze jedno. Wielkie, ogromne stada ptaków za moim oknem. Przylatują codziennie na pobliskie drzewa. Wygląda to upiornie, ale niesamowicie. Na początku lutego będę miała wreszcie aparat to zrobię trochę zdjęć. Ogólnie czekam na ten aparat jak dzika. Zwłaszcza, że sama sobie wybrałam jaki.

Z zakupów rozważam niezobowiązująco wózek. Kocur złapał mnie na przeglądaniu ulotki Espiro. Podobno miałam rozkoszny rozmarzony wyraz twarzy, jak ktoś, kto bardziej sobie wyobraża niż coś czyta. Jak facet na pornosach. Ciekawe porównanie, a wózki swoją drogą wyglądają na fajne.

A muzycznie to. Też bajkowo.


Ps. Czy ktoś widział Drakulę w Teatrze Słowackiego w Krakowie, bo nie wiem czy warto?

czwartek, 14 października 2010

Jesienne depesze ze świata Wombatów. Różności. Jak w zupie kurkowej.

Jesień. Z jednej strony przeraża mnie zimno. Nawet nie to teraz, ale perspektywa tego co będzie za dwa miesiące. Teraz i tak jest na styk mojej wytrzymałości termicznej. A z drugiej strony nie mogłabym żyć bez takiej jesieni. Nie, nie złotej polskiej. Takiej przede wszystkimi mglistej o poranku. Z zapachem zgniłych liści i dymu. Takiej gdzie czuje się Czas Zmarłych – niezależnie czy podoba mi się jego obchodzenie na naszej tradycji. Zbliżający się czas dziadów, czas przejścia, czas gnicia i rozkładu. Chodzę ulicami z półprzymknetymi oczami i wdycham ten zapach. A pod nogami mam mokre liście.

Jutro porobię trochę zdjęć tej jesieni.

Poza tym piszę. Mam dużo pomysłów. Dużo wymagań wobec siebie, czasem więcej skreślam niż zostawiam. Daje mi to mniej więcej tyle samo radości co przysparza trudności. No ale co w końcu, tylko z relacjami międzyludzkimi mam mieć kłopoty?

W garnku zupa kurkowa. Nie podaję przepisu, bo prawa autorskie należą do cudownego White Plate. Tak czy inaczej, pyszna była.


Byłam na kolejnych badaniach i Mikołaj ( tak, raczej on) ma się dobrze. 6 cm. Termin lądowania na naszej planecie 23 lub 29 kwietnia. Lekarze nie mogą się zdecydować. Liczę że 30, bo dzień wcześniej jest Trubadur w transmisji z Met.
Komentarz Kocura po badaniach ( patrząc na wydruk usg); - Ty, wszystko fajnie, ale czemu on taki czarny?
Ja; >zgon<

Z racji ciąży mam nagły przypływ akceptacji i afirmacji własnego ciała i kobiecości. Nie wiem czy to mój system hormonalny, czy wpływy metafizyczne, ale absolutnie kocham moje ciało. Bez fałszywej skromności to jest poczucie piękna i bycia w tym ciele, w którym mam być.

Z innej beczki.
Muzycznie za tydzień wybieram się na wyprawę Mozartową. Dam relację ( czyli jak zwykle będę się czepiać).

Tymczasem odpoczywam od opery moim nowym odkryciem jesienno wiedźmowym. Południca z Krakowa.





( A jakby kto chciał podśpiewywać...)

Białolica córuś moja piękna
Na twe lica księżyc wstydem pęka
Bójże się ty sama chodzić nocą
Nocą diobły kopytem łomocą

Hej ty, maty, nie płakajże, maty
Jednym rózgi, a mnie jeno kwiaty
Bo mnie diabły leśne pokochały
I za chwosty wodzić się dawały

Białolica córuś moja piękna
Ty Tumana na łąkach się lękaj
Nie chodź sama po lesie, we trawy
Tam chichoce upir sino-krwawy

Hej ty, maty, nie bójże się, maty
Snopek zwiążę witek rosochaty
Sama wejdę w bagna i we błota
Załaskocę upira chichota

Białolica córuś moja piękna
Ty nie słuchaj kto na lutni brzdęka
Choć latawiec oczy ma zielone
Lutni struny z żyłek ukręcone

Hej ty, maty, nie bójże się wcale
Srebrną duszę piękny ma latawiec
Na polanie gdy dopalę ogień
W ogniu duszę latawcową skąpię

Choć u stópek panny całe piekło
Białe lica zrazu piorun trzepnął
Tak skończyła na łąkach zabawy

Wziął do Nawii diobeł ją kulawy

niedziela, 26 września 2010

Hermetyczna notka autorefleksyjna

Chwila autorefleksji. Bo jesiennie. Bo zapach zeschłych liści. Liści mokrych, ziemi i dymu. I przez to troszkę zastanawiania się nas sobą.

Mam dużo wad. Bardzo dużo. Trudny charakter, niską asertywność połączoną z tendencją do przejeżdżania po ludziach jak mały czołg kiedy mam dość. Jestem paskudnie introwertyczna i do większości ludzi zamknięta na ostryga. Do 99% świata mam mur. I koniec. Jak sama chce wychodzę – ale nie wpuszczam, bo nie. Szczerze mówiąc nie mam zamiaru nic z tym robić bo lubię swój charakter. Dobrze się czuję w swoim ciele i w swojej duszy.

Jedno co mi czasem przeszkadza, to że za bardzo potrzebuje być przez otoczenie rozumiana na płaszczyźnie emocjonalnej i intelektualnej. Nie będę się bawić w psychologa, może i wyniosłam to z domu, w którym najbardziej brakowało mi z matką jakiegokolwiek kontaktu i porozumienia i teraz za ten kontakt jestem gotowa w ogień skoczyć. Za empatię. Za moją dusze lustrzaną. Za siostrę Persefonę.

Z trudem buduję z ludźmi relacje na bazie tolerancji, lojalności, szacunku i czasu. Bez Tego Szczególnego Rozumienia. Ale się staram. Czasem wychodzi lepiej, czasem gorzej. Ale powiem, że chyba przynajmniej kropla tego rozumienia co jest we mnie jest niezbędna. Bo bez niej można całkiem łatwo przejechać po szacunku do mnie. I wtedy ręce opadają, bo ma się ochotę głowę obciąć, a jeszcze wiadomo że ktoś nie c h c i a ł obrazić – tylko tak powiedział bo mnie nie zna.

Na ten przykład, żeby było konkretnie, nazwanie mnie matką polką odbieram osobiście za bardzo osobistą obrazę, chamstwo i w ogóle coś przy czym nawet odpowiadać mi się nie chce, bo nie ma już o czym mówić. Matka polka ( a taki epitet o sobie usłyszałam jakiś czas temu) kojarzy mi się z kimś durnym, ograniczonym, włożonym po zęby w rolę społeczną i zasadniczo bezmyślnym. Nie wiem czy słowa wynikały z nieznajomości mnie, czy tego jak rozumiem Matkę Polkę i role społeczne. Ale szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi.

Zatem wyjaśniam, żeby nie było, że ktoś czegoś nie rozumie. Otóż role społeczne mam głęboko gdzieś. Pozycje społeczną jeszcze głębiej. Jakiś czas temu wymyśliłam, że będę w życiu szczęśliwa. Bycie mamą – kontakt emocjonalny z dzieckiem, wspólne czytanie, dzielenie się światem, to szczęście mi daje.

To jest u mnie powiązane z kobiecością w bardzo starym, niemal neolitycznym rozumieniu tego słowa. To coś co mam w bagażu pokoleń od tysięcy lat. I guzik mnie obchodzi przy tym, czy będzie dobra zupka dla dzidziusia i czy będzie wypucowane w domu. Oprócz dzieci mam kilka planów na życie. Nie wiem czy wszystkie uda się zrealizować – może część ale będę do tego dążyć. Mam swoje światy książkowo muzyczne. Bliskich mi ludzi. I mimo to że macierzyństwo jest częścią mnie to jestem istotą niezależnie od niego. I zawartej w definicji matki polki poświęcenia nie ma we mnie wcale. Ja się zasadniczo nie poświęcam. Robię to co chcę i lubię. A że lubię mieć dzieci to taki mój wybór i radość, a nie katorga.

W chwili obecnej nie pracuje bo nie ma pracy która by mnie interesowała – której oddałabym się w całości – którą uznałabym za twórczą i pożyteczną. Zwłaszcza że jestem w trakcje realizacji dwóch marzeń i się nie nudzę. Być może kiedyś do pracy wrócę. Może jestem po poprzedniej wypalona. Może chwilami mnie bawiła i jakoś się przystosowałam, ale z dystansu twierdzę, że załatwianie czegoś dla firmy tylko po to żeby zarobić mnie nudzi. Do rywalizacji się nie nadaje. Robiłam to, chyba, w miarę dobrze z szacunku do osób z którymi pracowałam. I może jak coś wyszło to było nawet zabawne. Ale sensu z perspektywy czasu nie widzę. Rozumiem, że nie muszę się tłumaczyć z tego czy pracuję czy nie, ale widać czasem jest to konieczne, bo mogę być wzięta za matkę polkę.

A daję słowo, jeszcze raz usłyszę to pod swoim adresem, szlag mnie tragi.


EDIT:

Okazało się że jednak wszystko zależy nie tylko od doboru słów, ale i od ich intencji. Okazało się, że MP zostałam kiedyś przedtem nazwana i jakoś mnie to nie uraziło. Czyli wychodzi na to że jednak da się wyczuć intencje – i fakt że ktoś patrzy na nieco inny styl życia czy wartości z pogardą. I tym bardziej mi się to nie podoba.




A na zakończenie z zupełnie innej beczki. Muzycznie. Aniu, pomału mnie przekonujesz.




Chociaż wolę tłumaczenie

A Margot urocza
tancerka śmierci
ma chryzantemy w warkoczach

poniedziałek, 20 września 2010

Wombaty morskie

Wombaty jak widać okazały się zwierzętami morskimi. Choroby morskiej nie mają. A potrzeba przestrzeni własnej, emocjonalnej i fizycznej, która normalnie wystarczyłaby dla stada pasących się bawołów i ogólny introwertyzm, nie bardzo przeszkadzała. Grecja jest biało niebieska, trochę słona od morza bardzo kocia. A ja znalazłam kolejną rzecz którą uwielbiam.








wtorek, 7 września 2010

JAK Jako taki

... i jeszcze jedno, po północy to notka nowa (-;

Zimno idzie. A jak zimno to ciepły sweter. Z jaka. Jak wygląda tak:



Ale jeszcze lepszy od takiego JAKA jest taki JAK. Jak który mnie nie raz ogrzał.
I tego Jaka dedykuję wszystkim z którymi gdzieś kiedyś go słuchałam lub śpiewałam. Przemkowi, Dorocie, Masi, Natalii,Saszy. Jakbyście nie byli daleko lub blisko to tamte Jaki grzeją. Przez sto zim.



Przepraszam. Wzruszyłam się. Ale to tylko zmiany hormonalne, prawda?

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Dwa magiczne tygodnie


Jawornik. Jak w zeszłym roku i w jeszcze poprzednich. Ale ciągle inaczej. Miałam to samo uczucie jak kiedy gościłam w Gdyni. Ktoś dzieli ze mną swój dom, stół, czas a przy tym kawałek siebie. To uczucie bliskości, gościnności, bieganie boso po trawie w deszczy i wieczornego siedzenia na schodkach, gadania i patrzenia na rozgwieżdżone niebo. I śpiewanie
Święty, święty, święty - blask kłujący oczy
Święta, święta, święta - ziemia, co nas nosi


Dziękuję. Za wszystko. Za Dom.

No a przed następnym wyjazdem w Łańcucie kupiłam Storczyka. I musiałam go zabrać w dalszą drogę do Jawornika potem do Rzeszowa, do Gorlic, do Wołowca i do domu. PKSem. 5 godzin. Jestem szurnięta, a storczyk piękny. I żyje. Jakoś. A poza tym doszłyśmy z Natti do wniosku, że LND jest bardzo dobrym musicalem, cholernie gorzkim w głębszej warstwie. I niestety prawdopodobnym.

A potem pojechałyśmy z Natalisem do Wołowca. Wieś owa ma domów cztery, zasięgu nie ma, za to dziką zwierzynę za oknem. I orliki krzykliwe na które przez tygodniu patrzyłam jak na gołębie w Krakowie. Nie wiem jak to wytłumaczyć komuś kto tam nie był. Część mnie tam mieszka. Między Gorlicami, Jasłem a Duklą, w Krainie Duchów, wymarłych Łemkowskich wsi, zarośniętych sadów i cmentarzy. To nic że padało prawie cały czas i N. chodziła w mojej kurtce przeciwdesczowej i sandałach a ja mokłam, że mogłyśmy chodzić na trasy do 9 kilometrów bo więcej dzieck nie dawał radę w błocie i chaszczach po szyję. Ale za to leżałyśmy na trawie na starym cmentarzu przy cerkwi trzymając się za ręce i szepcząc zmarłym pozdrowienia. Przywiozłyśmy dużo siniaków i zadrapań, jeden zielnik na różowym papierze ale za to z porostem i świadomość, że pies którego znalazłyśmy w lesie ma nowy dom. I imię.

A teraz wracam do siebie i robię wiśnie a’la Lady Mackbet. Dryluje ich małe serduszka do miski, a ręce i dekolt mam zachlapane ich kwaśną krwią. Zbrodnię zatuszujemy cukrem w garnku.





więcej zdjęć tu http://s90.photobucket.com/albums/k261/labruja_i_natalis/

środa, 14 lipca 2010

Wakacyjnie. Dwa słowa co u wombata.

Upalnie, wakacyjnie. Jeszcze ze wspomnieniami z Gdyni, z czasem wspaniałych rozmów babskich w nocy w kuchni o książkach i innych demonach, a już pakuję się na kolejne wyjazdy. Z Gdyni przywiozłam dużo ciepła i gościnności, dziękuję Zuzie ( jej rodzinie za cierpliwość...) i Ewejce. W międzyczasie robimy remont korytarza, raz się lepiej dogadujemy, raz gorzej, ale efekt jest niezły. A oprócz tego korzystam z faktu , że Nat nie ma przedszkola i spędzamy czas robiąc najróżniejsze rzeczy – wesołe miasteczka, baseny. W wesołym miasteczku zabrałam Nat na wszystkie karuzele na które mnie rodzice nie puszyli (-; A wieczorami włóczymy się po imprezach. Córka już na tyle duża, że da się ją zabierać z nami. Po wyjściu w nocy od Gawronów rzuciła na korytarzu „super była ta impreza”. Kształci się dziewczyna. Jedyny tego minus, że nie mam chwili, żeby się skupić na pisaniu Czegoś Nowego Dużego. Na razie spisuję notatki na marginesach i gromadzę wena w słoikach.


Teraz Jawornik z Natti i dziewczynami. A zaraz potem tydzień w „kompletnym nigdzie” czyli Wołowcu w Beskidzie Niskim. Trochę po pagórkach i chaszczach pochodzimy. (-; Potem Flamberg, a na końcu na jesieni rej z Grecji z Hanią, Levisem i Ociepkami. Miejmy nadzieję, że kierowanie łódką będzie wychodziło mi lepiej niż prowadzenie samochodu. A na sam koniec Operowy Berlin jesiennie (-;

Kiedy myślę o tych wakacjach to cieszę się, że są mniej szarpane i stresujące niż te w zeszłym roku.

Wakacyjne czytanie M. Atwood „Zbójecka Narzeczona”, Conrad „Heart of Darkness”
Oglądanie Astropia

A to kilka zdjęć Nat. Z warkoczykami.
Znikam do biblioteki i zabieram się za ciasto z porzeczkami.




sobota, 12 czerwca 2010

Dobry był dzisiaj dzień....



poniedziałek, 17 maja 2010

(-;

Dostałam w ciągu ostatnich dni otrzymałam dwa duże bezinteresowne prezenty. Niematerialne, ale dużo znaczące. Raz poprosiłam kogoś o pomoc z problemem z którym sobie nie radzę – wyciągnęłam rękę i dostałam z nawiązką. A dwa ktoś mi pomógł i ciągle pomaga i poświęca dużo swojej pracy, żeby moje marzenie się spełniło. I jak to nie wierzyć w świat?



A z wiadomości Natalkowych
Córka się za coś obraziła na ojca, nadęła się a ja się pytam żeby rozładować atmosferę:
- jesteś obrażona?
- tak!
- Hmmm, a która część ciebie jest najbardziej obrażona?
( po chwili namysłu) - prawa nerka

czwartek, 13 maja 2010

Krótkie, chaotyczne notki z Londynu.

Potrzeby mi był taki wyjazd. Przede wszystkim po to, żeby spędzić trochę czasu z Kocurem, połazić tu i tam, porozmawiać. Przez trzy dni staraliśmy się zobaczyć i zrobić tyle, co przez tydzień, więc jestem fizycznie zmęczona, ale mam podładowane emocjonalne akumulatory. Ogólnie jako miasto uwielbiam Londyn, nie wiem czemu, może za różnorodność, to, że zawsze coś się dzieje. Może po prostu mi się tam wizualnie podoba. Choć z drugiej strony miałam trochę wrażenie, że ciągnie mnie też do nowych miejsc. Brakuje mi tego, że miasto mnie zaskoczy.

Wszystkich atrakcji nie będę wymieniać. Byliśmy w planetarium, na Love Never Dies, w całkiem sporej liczbie księgarni. Nieśmiało szukałam książki Angeli Carter i jak zaczarowana stanęłam przed półką pełną jej książek. Wyszłam z Fireworks – zbiorem opowiadań i antologią bajek przez nią zebranych i edytowanych. Rzadko się zdarza, że trafiam na baśń, której w tej czy innej formie nigdy nie słyszałam, a tu takie się trafiają, żałuję tylko, że bez komentarza redakcyjnego, dużo bym dała, żeby poczytać jej notatki na marginesach, interpretacje, skojarzenia.

Poza tym spotkała mnie mała przygoda. Jak już wspominałam, tydzień przed wyjazdem byłam u fryzjera. Nie dogadałam się z moją fryzjerką i byłam absolutnie niezadowolona. Psioczyłam i pomstowałam, że pojadę wyglądając strasznie. Nie pozwalałam na zdjęcia, ale w końcu z tym czymś na głowie pojechałam. Idę sobie z Kotem po Londynie, w nieprzyzwoicie krótkiej sukience ( takiej co do bardziej skromnych miejsc robi za bluzkę) i nagle ktoś mnie zaczepia. Okazało się że w pobliskim zakładzie fryzjerskim ( raczej z tej górnej półki) odbywa się szkolenie i modelka im wypadła. Panika. Czy zgodzę się za darmo być obcięta. Haczyk w tym, że nie miałam za dużo do powiedzenia w sprawie wyboru fryzury. No ba że się zgadzam. Szkolenie prowadził jakiś guru fryzjerstwa, a mnie strzygł jakiś chłopak z Francji. Bida z nędzą, wystraszony, średnio radzący sobie z językiem, zestresowany i zupełnie załamany, że wszyscy tną a on siedzi jak ofiara. To mu powiedziałam, że ma robić jak uważa i będzie dobrze. Ogólnie co kilka ruchów nożyczkami wzywał Mistrza i wszyscy dyskontowali jak dalej ciąć. Całość zabrała ponad dwie godziny, ale bawiłam się świetnie. A efekt jest bardzo, bardzo fajny.

Wybierając się w podróż zabieram tylko bagaż podręczny, a co za tym idzie mam w nim mało miejsca. Znaczy – zabieram tylko jedną książkę. Czasem zdarza się tak, że mi nie podchodzi i jestem zdana w samolocie na pastwę autora sadysty. Tym razem wzięłam ( z polecenia Zuzy) Elizabeth Gilbert „Jedź, módl się, kochaj”. Na początku mnie irytowała. Bałam się skrzyżowania Cohelo z Brigit Jones. Ale potem się zupełnie wciągnęłam w absolutnie szczerą i osobistą narrację książki. Bohaterka ( właściwie to autorka też bo jest to swojego rodzaju pamiętnik) ma życie z którego nie jest zadowolona i jedzie w podróż w trzy miejsca – do Włoch, Indii i na Balii. W każdym z tych miejsc szuka i znajduje coś innego. Przez pierwsze trzydzieści stron byłam maksymalnie podejrzliwa i nieufna, a zamknęłam jedną z najważniejszych h książek jakie czytałam. Za szczerość, trafność spostrzeżeń i ciepło. I bardzo mi bliskie podejście do medytacji.

I na koniec właśnie jeden z moich ulubionych fragmentów tej książki: „Na ogół ludzie traktują szczęście jak traf, coś, co może się zdarzyć jak piękna pogoda. Ale szczęście nie pojawia się w taki sposób. Szczęście jest wynikiem naszego osobistego wysiłku. Trzeba o nie walczyć, dążyć do niego, upierać się przy nim, a czasem nawet szukać go na drugim końcu świata”

A o jeszcze kilku rzeczach z tej książce i medytacji potem. Teraz musze ogarnąć dom. Nieuporządkowanie przestrzeni wokół siebie czasem powoduje bałagan wewnątrz.

piątek, 7 maja 2010

Chaotycznie. Depesze ze świata Anisków.

Znowu chaotycznie o kilku rzeczach na raz.

W sobotę jedziemy do Londynu. Cieszę się bardzo, a tym czasem nie może się odbyć bez awantur. Po ostatniej wizycie u moich rodziców była atmosfera nawet jeszcze gorsza niż zwykle – i teraz nie odbierają od mnie telefonów ani wiadomości. I czy wezmą Natalkę nie wiem. Cóż, mamy plan awaryjny. Zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania do życia. A do mojej rodziny nie mam już sił. Ile to już razy machałam na to ręką, a nich będzie jak jest, mam wszystko gdzieś. I tak się denerwuję.


Czytam ostatnio Dzieci Hurina Tolkiena. Ciężka książka. Autor chyba chciał wygrać konkurs na autora sadystę roku. Ogrom nieszczęść dla Turina jest przeogromny. Ale co jest w tej książce najlepsze wszystkie nieszczęścia wynikały w dużej mierze z decyzji samego Turina. Klątwa Morgotha nie dawała jakiś strasznych przeciwności – tylko, może aż, dawała Turinowi jakiś cień, złość, dumę, której nie mógł przemóc. Nawet kiedy wiedział, że idzie w ślepy zaułek nie potrafił się wycofać. Skąd ja to znam...

Z książek przeczytałam też Póki Mamy Twarze Lewisa. Dziwna książka. Napisany mit o Psyche, z którym sama kiedyś się mierzyłam. Napisana bardzo dobrze i czytało się z przyjemnością, przynajmniej przez pierwsze dwie trzecie książki. Końcówka mi się nie podobała. Plus gówna bohaterka i narratorka – siostra psyche, wydawała mi się koszmarnie irytująca. Zupełnie pozbawiona empatii, kochająca innych dusząc ich, głupia po prostu. Dlatego nie wierzę w końcówkę, nie wierzę, że takie babsko może coś na końcu zrozumieć.

I przy okazji tej książki, aż nie tylko niej, kilka refleksji o sobie. We wszystkich testach osobowościowych wychodzi mi ekstrawersja. Bo ja się potrafię znaleźć wśród ludzi, ba nawet się dobrze bawię. Tylko, że pod tym wszystkim jestem absolutnie skrajnym introwertykiem, który broni wnętrza i wcale się do kontaktów z ludźmi nie pali. Odkryłam, że najlepsze przyjaźnie to te które mam przez „zasiedzenie” te oparte na długiem czasie obok, z dużym polem na własną przestrzeń, oparte na lojalności i tolerancji. Wielkie Persefoniczne zauroczenia (chyba gdzieś szukałam bliskości kobiet, tak jak brakuje mi postaci matki w środku) kończyły się najczęściej wielkim bum. I poza jednym przypadkiem jakiś nie mam czego żałować. Z moją introwersją nie chodzi o to, że ja się boję ludzi, ja się świetnie między nimi czuję. Chodzi bardziej o strefę prywatną, z której przekroczenie mam ochotę obcinać głowy. Nawiązując do Junga – ja tak jak ekstrawertycy czerpię energię z ludzi i z grupy, ale zupełnie się nie otwieram, ta energia we mnie nie wsiąka. Dobrze się bawię, nie nawiązując żadnego kontaktu. I zupełnie nie tęsknię, żeby każdy mógł tam wleźć. Tym bardziej cenie te znajomości oparte na czasie, lojalności i cierpliwości.

Z krótkich miłych wiadomości, wczoraj spotkał mnie fajny przypadek. Idę sobie ulicą i spotykam kobietę z bzami. Pytam gdzie je kupiła i czy ktoś tam dalej stoi i sprzedaje. A ona nie, że z własnego ogrodu i jak mi się podobają to mi je daje. I dostałam bukiet jednych z mich ulubionych kwiatów. Ot tak. Od osoby, której nawet nie znam. Miłe i ciepłe. Przywraca wiarę w ludzi.

O operowych wyjazdach nie piszę. Po Armidzie na której bawiłam się bardzo fajnie stwierdzam, ze Rossini to nie to. Przerost formy nad treścią. A jak zobaczyłam plany transmisji z Met na przyszły sezon to się załamałam. I tylko chórek znajomych "idziemy na Wagnera" -AAAA - No może z Brynem Terfelem to jakoś łyknę. On mógłby wśpiewać cokolwiek. A w Berlinie mają Don Giovanniego w przyszłym sezonie, ale ciiii. Ja ( jeszcze) nic nie kombinuję.

Skończyłam korektę Luster. Ogólnie jak otrzymam pewna małą pomoc w napisaniu streszczenia to mogę to słać. Nie wiem czy się komuś spodoba czy nie. Wszystko jedno. Mam pomysł na coś nowego i już mnie świerzbi do klawiatury. Nie przywiązuję się do moich tekstów. Są ważne póki je pisze, a potem niech idą i jaki sobie los wywalczą będzie dobrze. A o moich staraniach i realizacji kilku dużych marzeń, które mam. Ha. Zazwyczaj nie zamieszczam tu demotywów, ale ten pięknie się wpisuje. I kto mi powie, że niemożliwe jest niemożliwe?


poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Miałam wizję

Notka dedykowana Ani K, która przechadza się po obłokach sławy.

Miałam wizję. Dantejską rzec by można.

Jest takie piekło, dla słabych autorów. Siedzą tam niedoszli pisarze przy stolikach, wgapiają się w monitory i wyłapują literówki i powtórzenia. Wokół przechodzą diabły recenzenci i mają uwagi. Mamią, że jeżeli uda się poprawić to a to, to wypuszczą do nieba gdzie utalentowani psiarze przechadzają się wśród obłoków w nimbie chwały. Ale wiadomo, że zawsze będzie coś co jeszcze trzeba poprawić. Tak się teraz czuję. I choćbym miała uświrknąć tekst ma iść do wydawnictw do 8 maja. Chcę się już za pisanie czegoś owego zabrać.

A z rzeczy przyjemniejszych byłam w weekend na giełdzie minerałów i biżuterii. Z dotacją celową w kieszeni. Kupiłam repliki pozłacane kolczyków z ery przedkolumbijskiej i absolutnie niesamowity naszyjnik z dużej ilości magicznych rzeczy. A wyglądają tak:



środa, 17 marca 2010

Słońca, słońca, słońca

Dajcie mi słońca,
Dajcie mi słońca i przestrzeni,
Dajcie mi słońca, przestrzeni i powietrza,
Dajcie mi słońca, przestrzeni, powietrza i gór.

A na razie ratuje się tym:
I ciastem bananowym, i plackami ziemniaczanymi bez ziemniaków ( ale z marchewką selerem i serem)

sobota, 13 marca 2010

No co z tą wiosną, lordzie Vaderze?

Pada Śnieg. W marcu, aż się chce zapytać no co z tą wiosną jest?

Oglądamy sobie z Kocurem po raz któryśtam wszystkie części Gwiezdnych Wojen.

Codziennie po kawałku.

Osz, jak ja lubię ten film. Jako całość, od pierwszej do ostatniej części. Zemsta Sithów ( która powinna się nazywać „Błędy Mistrza Windu” albo „Ślepcy Jedi”) mnie rozwala emocjonalnie. I co, że aktor który gra Anakina wygląda jak leszcz z boysbandu i na ulicy to bym go nawet nie zauważyła. Gra nieźle i sama postać jest cudna. Tak, Anakin vel Vader (w obu odsłonach) jest jedną z pięciu moich ukochanych postaci filmowo literackich. Nie, nie znoszę Hana Solo, ani Obi Wana, drażnią mnie ogólną bucowatością. A Anakin wpisuje się w mój prywatny archetyp mrocznego sukinsyna. (-;

Zresztą poza Anakinem/ Vaderem to jest bardzo, bardzo dobry film. Te wszystkie sześć części jest spójne, bardzo epickie i praktycznie za każdym razem trzymające w napięciu. Ja się do tego filmu bardzo długo nie mogłam przekonać przez ten ogrom fantazyjnych atrybutów, mieczy świetlnych, mocy jak błyskawice, stworków. Potem do mnie doszło, że to jest znakomity film przygodowy z całą masą dobrych postaci, pierwszo i drugoplanowych.


Wybrałam się ostatnio do biblioteki. Dla siebie przytargałam Wygnacie i Królestwo A. Camusa, a dla Natalki coś absolutnie wspaniałego – 125 bajek do opowiadania dzieciom autorstwa Kopalińskiego. Baśnie są najróżniejsze – od popularnych przez Tysiąca i Jednej Nocy aż po bardzo dziwne. Wszystkie bardzo prosto napisane i dość wierne. Autor doradza, żeby ich nie czytać dzieciom, a samemu a potem opowiadać. Ja na razie na przemian czytam i coś dopowiadam i pytam Natalsa. Świetny pomysł na książkę.

Ogólnie jedną z lepszych frajd z posiadania dzieci jest wybieranie z nimi i czytanie książek. I dzielenie się z nimi swoimi światami. Kocur na przykład przyniósł Hobbita i jej czyta. A ja dzielę się również muzycznie. Ostatnio muzyką polską lat ’90. Przychodzi Kot do domu a tu muzyka na pełen regulator – Achaja. Generał Ferreira i Nie ma ciszy w domu. – No co się patrzysz, rewolucję z lalkami robimy. Rząd psów (pluszowych) obalamy.


Wybierałam się na Alicję w Krainie Czarów, ale bardzo złe recenzje znajomej osoby mnie zniechęcają. Disney jest Zuy. W związku z tym idę na Autora Widmo Polańskiego. Kto widział któryś z tych dwóch filmów i może coś polecić to chętnie posłucham.


A z czasem weekendowo jest różnie bo szykują się sesje, fajne konwenty i Naprawdę Poważny Remont Wszystko Co W Domu Potrzebuje Remontu ( czyli praktycznie w większości pokojów coś). A że nie jestem osobą która będzie pucowac okna jak mogę grać sesje albo jechać w góry...
Będzie z tym zabawa. Będę zdawać na bieżąco relacje.

środa, 3 marca 2010

Chaotycznie. Depesze ze świata Anisków. Książkowo, operowo, łososiowo.

Aj, aj. Znowu mnie sto lat nie było. A dzieje się dużo.

Chwytam się nadziei, że to koniec zimy. Trwała za długo. Uwięziła mnie w domu. Odcięła od przestrzeni i powietrza, które było zbyt zimne żeby nim spokojnie oddychać. Teraz mnie cieszy każdy stopień wyżej i wiem że już tuż, tuż, tuż wiosna. Plus ciągle czekam, żeby Inne Sprawy się Poukładały i Wyjaśniły. I tak mi czekaniowo ten czas mija. Zamykam inne sprawy zawodowe. Bo cały czas wisiałam na dość pośrednim statusie co zaczęło mnie już irytować.

W tym czasie jeżdżę, czytam, piszę, spotykam się z bliskimi.

I jedna prośba na marginesie: Trzymajcie kciuki za jedną sprawę. Zdrowotno – finansową, nie moją, ale dość mnie dotyczącą.

Z odkryć książkowych ostatnich dni Hakawati Rabih Alameddinego. Bałam się tej książki. Miała za dobre recenzje. Coś mi śmierdziało Coelo i Zafonem. Wiem, jestem podejrzliwa jędza. Ale koniec końców kupiłam i padłam jak urzeczona. Saga rodzinna przeplatana historią Libanu i mniej i bardziej fantastycznymi historiami i baśniami. Historie w historiach. Wojna i latające dywany. Poruszające, magiczne, ciepłe i zabawne. Byłam wściekła, kiedy się skończyło. Jakby Szeherezada zostawiła mnie nagle po wielu wspólnych nocach.


Pisze Lustra. Siedemnaście rozdziałów do przodu, jeszcze cztery i robimy korekty. Mniej więcej dwa razy w tygodniu łapię się na tym, że nienawidzę swoich tekstów, uważam je za tragicznie słabe i chcę szybko skasować. Raz na miesiąc pławię się w rozkoszy, że lubię to co napisałam. Ale to zdecydowanie rzadziej. Kojarzy mi się ten fragment z Muzyki dla Kameleonów o biczu. Nie zacytuję bo sugerowałby, że twierdzę, ze mam talent. Twierdzę, że lubię pisać. I czasami nienawidzę tego, co już napiszę.

Żeby go sobie uprzyjemnić ten stan pośredni w życiu wymyślałam Traviatę w Operze Narodowej w Warszawie. Mieliśmy jechać ekipą, ale jakoś zaszła zmiana planów. A potem przeczytałam wywiad z panem Trelińskim, zobaczyłam plakat i powiedziałam, że CHCĘ to zobaczyć.

No i się zaczęła walka o bilet. W operze Narodowej można kupić bilety przez internet. Tyle, że na miesiąc przed spektaklem. Wcześniej nie. Wcześniej można rezerwować i potem wykupić bilety lub nie. Ewentualne zwroty nie wracają do puli, ale zapewne jakaś pani Halinka sprzedaje je komu uważa. Przemek nazywa to systemem sprzedaży na gęś: przychodzisz do kasy, wyjmujesz z torby gęś ze wsi i bilet bywa że się znajduje. Panie w dziele sprzedaży mogłaby pracować jako smoki strzegące skarbu. Mają bilety i zrobią wszystko żeby ich nie sprzedać.

Dziwonię na dzień przed spektaklem. - Czy są jeszcze nie wykupione rezerwacje? – No są, jakieś, nawet trochę. – A do kiedy będą te miejsca rezerwowane, kiedy wrócą do sprzedaży. – To zależy, do każdego podchodzimy indywidualnie. Jak pani chce proszę dzwonić.
Dzwoniłam. W sumie jedenaście razy.
Za drugiemu razem pani powiedziała ze niewykupionych rezerwacji nie ma. Nie wytrzymałam i zapytałam czy swoją wiedzę opiera o intuicję czy może jakieś bardziej konkretne dane. W końcu trafiłam na kogoś sensownego i o 18 bilet był. Rano koleżanka go zakupiła, a ja wsiadłam pociąg. I stwierdziłam, że ruszenie się z domu to było dokładnie coś czego mi było potrzeba.

Traviata dość bardzo mi się podobała jako całość w formie jaką pokazali w Warszawie. Problem z tą operą jest takie, że libretto to banalna i ckliwa historia o miłości. I w dzisiejszych czasach dość trudno zrozumieć dylematy kurtyzany, która porzuca ukochanego żeby mu reputacji nie zniszczyć. To, podobnie jak kurtyzany w pięknych sukniach, już jest abstrakcyjne. Jakie wyuzdanie? To są podwieczorki u cioci w klasycznym wykonaniu. Treliński to uwspółcześnił co wyszło bardzo dobrze. Całość jest w stylistyce telewizyjno – gwiazdorskiej, Traviata to celebrytka - jasno świecąca gwiazda medialna, która niemal dosłownie wydaje swoje życie na sprzedaż. Alfredo – fajny i szczery chłopak z prowincji, który się w niej głupio zakochał.

Dwie sceny tak mocne i wspaniałe, że aż mnie wbiło w fotel. Słynna siempre libra śpiewane nie w radosnym szampańskim nastroju, ale ze strachem. Ta „wolność” to dla Traviaty maska za którą chowa swój strach przed szczerą relacją. Ona to śpiewała zasłaniać się rękami i uciekając przed Alfredem. Druga scena - kiedy Alfredo porzuca Traviatę rzucając jej pieniądze w twarz. Nie wiedziałam, że to może mnie tak skopać. Jak leżała tam na scenie to miałam autentycznie łzy w oczach.

Co zirytowało? Rozczarowała ostania scena. To było tak ni pies nie wydra dla mnie. Niby klasycznie, Alfredo wraca. Niby może to już jej się śni i jest to jej wyzwolenie od wszystkiego. Może czkałam na łopatologiczne przedstawienie Alfreda jako majaku umierającej? Żeby śpiewał z oddalenia tak żeby na siebie nie spojrzeli.

Druga sprawa to głosy. Nie jestem jakoś znawcą, nie mam prawa oceniać ale mnie nie powaliło na kolana. Zwłaszcza pani Joanna Woś jako Traviata – grała świetnie – ale śpiewała tak sobie. Może mam w głowie moją ukochaną Traviatę w wersji Netrebko – Villazon-Hampson i tu…było inaczej. Na tyle że wolałam się skupić na tym co wiedzę, niż na tym co słyszę.



A co było w Warszawie po operze to już zupełnie inna historia. Tak czy inaczej jakoś dziś wróciłam. Niewyspana. I zdziwiona.

Kolejna rzecz muzyczno sceniczna to zbliżająca się 8 marca premiera Love Never Dies Webbera. Kontynuacja Upiora Opery - a jak ważna to dla mnie historia pisać nie będę. Mam mieszane uczucia. Te fragmenty, które gdzieś do sieci wpadły ogromnie mi się nie podobają. Muzycznie jakieś nijakie. Tekstowo tragiczne. Libretto jest potwornie krytykowane – a ja wierzę, że dało się to wyciągnąć. Tak czy inaczej widać było, że ta wersja za Webberam chodzi, że nie spocznie póki tego nie napisze, że chce żeby to się inaczej skończyło. I ktoś kto tyle wniósł do tego mitu ma do tego prawo. Bez entuzjazmu, ale mimo wszystko z otwartym umysłem i sercem pojadę to zobaczyć na żywo. Jeżeli mnie nie zabije wysłuchanie soundtracku za tydzień.

Z nowości z życia Lisa Natalisa.
Kupiłam wędzonego łososia. Mało. Dałam córce odrobinę resztę zjadałam sama. Córka pyta - A gdzie łosoś. Z głupią miną coś tłumaczę, nagle Natalkę ogrania zrozumienie. Idzie do okna ( księżyc w pełni) – To księżyc ukradł i zjadł łososia. – Taaak? A po czym poznajesz? – Po zapachu. – Twierdzi z przekonaniem.
Dnia następnego kupiłam łososia więcej. Starczyło dla mnie i Natalki. Przychodzi Pan Kocur i zaglądając do lodówki, patrzy na marne resztki pyta z wyrzutem – A gdzie łosoś? – Księżyc wyjadł! – odpowiadamy zgodnym chórem z córką.



A poza tym….
…jestem ruda…
Czytam: J. Winterson - Kamienni Bogowie
Słucham: A. L. Webber - Phantom of the Opera ( wersja jedyna słuszna - oryginalna z Sarą)
Oglądam: Sherlock Holmes ( oglądałam) oraz Co wiesz o Elly? ( idę jutro)
A pod koniec marca jadę na Pyrkon do Poznania.

… i mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że życie jest dokładnie jak być powinno i nic nie dzieje się bez powodu…..

niedziela, 24 stycznia 2010

Na ekranie i na scenie

UWAGA: Dla osób, którym nie chce się czytać recenzji kinowo muzycznych – kawałek o Natalisku na samym dole. (-;

Kilka rzeczy ostatnio widziałam i z zabiegania nawet słowem nie wspomniałam. Nadrabiam więc zaległości w odwrotnej chronologii.

Wczoraj byliśmy z Kotem i Natalisem na „Skarbie Babuchy Burczymuchy” w Teatrze Ateneum w Katowicach. Rewelacja. Dzieci były zachwycone, świetne piosenki i sama treść bajki, pomysłowa scenografia i kostiumy. Zero tandety. A na dodatek wszystko okraszone delikatnymi i niegłupimi żartami zrozumiałymi dla dorosłych. ( Konia, konia królestwo za konia). Aktorstwo fenomenalne. W trzy osoby zagrali całą bajkę i jeszcze tło i narratora. I tu jeszcze raz smutne porównanie z niedalekim geograficznie Teatrem Nowym w Zabrzu, który z podobnym budżetem chałturzy i męczy widzów słabym nagłośnieniem, beznadziejną grą i tandetną fabułą. Dlaczego tak różne teatry? Nie wiem. Pewnie jak zwykle zarządzanie.

Tak czy inaczej „Skarb…” opowiada historię księcia Aleksandra który pożegnawszy się z rodzicami wyrusza na poszukiwanie przygód i żony. Poznaje dobrego smoka, który zostaje jego przyjacielem ( ratuje go z rąk zbójców) a potem zostaje okradziony przez Babuchę Burczymuchę – jędzę z lasu – posiadaczkę czarodziejskiej księgi, kota i skarbu. Potem sam ze smokiem okrada staruszkę i ucieka przed jej zemstą. A na samym końcu zdobywszy jej magiczną księgę sprowadza Babę Jagę do dawnej postaci czyli księżniczki i żeni się z nią.

Fajne to na scenie było, ale przyprawiło mnie o atak głupawki i odczytanie sztuki w kontekście feministyczno socjologicznym. Babucha Burczymucha – bogata, niezależna i odważna jednostka. Kobieta wyzwolona. Posiada dostęp do kobiecej siły, magii, ma kontakt ze świtem zwierząt i z naturą ( nie, kozła nie było). I ta Babucha jest przez złego księcia, reprezentującego patriarchalne wartości, sprowadzona do roli żony i obrabowana ze skarbu. Jej wygląd zostaje siłą zmieniony, aby zadowolić męskie gusta ( …jak wiele kobiet presja egoistycznych samczych gustów popycha w stronę skalpela chirurga….). Baba Jaga wykastrowana, ostateczny upadek czarodzicielstwa, zdominowanie pierwotnej kobiecej siły przez konwencje społeczną. A skarbu jej na końcu nie oddali, o!

I rozchichotana tą interpretacją wracałam do domu. Zahaczywszy o winiarnię i dwie butelki wina śliwkowego. To jest jeden z nielicznych alkoholi, po którym jak kocica się łaszę do patriarchalnego samca żeby mi dolał do kieliszka (-;


To na scenie. A tydzień wcześniej maiłam okazję oglądać Carmen z Met – w Sali kinowej Kina Kijów. Po spektaklu z Londynu nie myślałam, że Carmen jest w stanie mnie jeszcze aż tak zaskoczyć i oczarować. Muzycznie cudowne, cudowne, cudowne. I doceniam młodego dyrygenta który machał batutą z taką pasją i uśmiechem, że aż podskakiwał. ( A starsze panie komentowały z zachwytem w głowie „ Jaki on młodziutki….” )

Ja w ogóle dochodzę do wniosku, że z oper mam dwie ulubione Carmen i Don Giovanniego. I obie mają coś wspólnego – głównego bohatera/bohaterkę, który mało się przejmuje konwencjami społecznymi i etycznymi. I szuka. I cały czas czegoś pragnie. I to mnie za każdym razem w kolejnej interpretacji powala na kolana. Ten głód życia i wolności. A operowe miłości – zamurowywanie się w grobowcu, skoki w muru, umieranie z miłości i gruźlicy jakoś mnie mniej ruszają.

A co do samego spektaklu z Met. Po kolei, nie mogąc się powstrzymać od porównań do wersji Londyńskiej. Tło: Klasycznie, ale…akcja przeniesiona w czasy międzywojenne z dużym pożytkiem. Całość dekoracji, kostiumów wspaniała i perfekcyjna. Dodatkowo niesamowita choreografia, elementy tańca i ruchu.

Elina Garanca jako Carmen powalająca. Młodsza niż Antonacci, grała coś co przypomniało żywe srebro, byłą zmienna jak górski strumyk. Ona kochała, nienawidziła naprawdę. Czegoś tak pełnego pasji i wolności jeszcze nie wiedziałam. Roberto Alagana mniej zidiociały niż Kaufmann – nie wiedziałam, że z roli Don Jose można wykrzesać tyle ikry i emocji. Odszczekuję wszystkie złośliwe komentarz – Alagna potrafi grać. On był jednoczenie słaby i silny, kochający i pełen nienawiści, troszkę szalony.

Jedyne co podobało mi się mniej to Esamillio. Pan Kwiecień był chory – a jego dubler wyszedł jakoś blado. Szczególnie aktorsko – ale trudno zagrać młodego boga jak się ma mordkę szczurka ( po gębie to by mógł Leporella dobrze grać) Zwłaszcza jak mam porównanie do Ildebrando D'Arcangelo, który oprócz tego, że wygląda tak, że mógłby w ogóle nie śpiewać a i tak dostałby oklaski. A że śpiewa jak wygląda, to można sobie wyobrazić efekt….Mam tylko nadzieję, że jako baryton nie dostanie roli Scarpia w najbliższym czasie. Bo nikt nie pojmie czemu ona go nie chciała.

Czkam aż to cudo ( na Carmen, nie na Illdebrano) będzie na płytce. Wtedy zapraszam na oglądanie.

Druga rzecz z MET którą mieliśmy okazję oglądać w Kijowie to Opowieści Hoffmana. Było to już jakiś czas temu, ale mroziło jak dzisiaj. Opowieści mniej fabularnie poruszające niż Carmen – ot historia cierpiącego artysty kretyna, który trafiwszy na kobietę lalkę, chorowitą śpiewaczkę, a na końcu ladacznicę, ostatecznie postanawia cierpieć aby tworzyć i oddaje się w ramiona swojego osobistego demona i alkoholu. Dość fajne muzycznie ( Netrebko dała radę bardzo, ale aria lalki mocno męcząca). Co mi się jednak przede wszystkim podobało to oniryczność spektaklu. To jest opowieść w opowieści, sen, wspomnienie. Nic tu nie jest do końca realne, wszystko jest widziadłem i opowieścią mocno już zapijaczonego pisarza. Tak jak gdzieś czytałam opera w Nowym Yorku musi być klasyczna i tradycyjna, bo ma sponsorów o klasycznych gustach. I w tym kontekście to było odważne przedstawienie. Dziwne widziadło, nierealne ale przy tym bardzo spójne. Ha, mam nadzieję że Armida też będzie zaczarowana. No, wiedźma przecież.

A w kolejce do oglądania czeka „Co ty wiesz o Elly” – tyle dobrych recenzji, kino Irańskie, które dotychczas mnie urzekało, że aż boję się rozczarować. Zdam relacje – premiera Od 12 lutego.

A za dwa tygodnie babska impreza Bolly. Będzie nas dużoooo. Z jednej strony bardzo się ciesze, a z drugiej mam stracha organizacyjnego. Ale jest Ania, Madzia i Hania do pomocy zgłoszona więc z takim zapleczem dam radę.



A z telenoweli „ mamą być”.
Wymyśliłyśmy zabawę.
A wszystko przez to poprosiła mnie żebym zrobiła jej statek. Statek DLA wieloryba. Spodobało mi się to, że statek DLA a nie NA wieloryba. No wiec narysowałyśmy I wyciekłyśmy statek. O czerwonych żaglach. Na pamiątkę pewnego pana, który takim statkiem pływał. Statek miał 3 żagle, armatę i napis DLA WIELORYBÓW. Armatą strzelał do statków wielorybniczych. A jak się już topiły to wyciągał wielorybników I w ich krwi farbował żagle żeby były bardziej czerwone. Potem biegałyśmy po domu z papierowym statkiem i plastikowym wielorybem, Natalka wznosząc okrzyki „Mamo, strzelaj! Strzelaj! Widzę wielorybników, upuścimy im krwi!

środa, 30 grudnia 2009

Ostatni raz w tym roku

Długo wombata nie było, więc teraz o kilku sprawach na raz.



Święta jakoś minęły. Niezafajnie, jak to święta. Dla mnie najtrudniejszy czas roku. Jak dostaje smsy z życzeniami to się czasem zastanawiam czy się ktoś ze mnie nie nabija. Święta mnie irytują w dwóch aspektach. Po pierwsze jest to czas na spotkania rodzinne. I taki czas troszkę jak papierek lakmusowy – widać co nie gra. A jeżeli patrzeć szerzej niż na ja – Nat – Kocur to bardzo dużo nie gra. Kiedyś tak bardzo marzyłam o kontakcie z rodziną, że kiedy się okazało, że nie mam tego kontaktu na 100% jakbym chciała to stwierdziłam że mam to gdzieś i nie mam go wcale. Już się tego raczej nie zmieni i Święta to dla mnie czas potwornie sztuczny, chłodny i obcy.
A dwa to irytują mnie prezenty. Lubię dawać i dostawać urodzinowo, Bo to jest dzień specjalnie dla jednej osoby. A tak wszyscy wszystkim MUSZĄ coś dać. Ofiara dla bożka konsumpcjonizmu. Musisz coś dostać. A jak X ma coś większego to Y też za małego nie dasz i coś dołożyć. Wymyślać, latać za tym. A potem leżą takie góry nietrafionych prezentów jak wyrzut sumienia. Ok. ja w tym roku nawet miałam farta, ale cały ten konsumpcyjny przymus darowizn niezmiernie mnie wkurza. I jak dzieci to chwytają „ muszę dostać, to może dwa jak są dwie choinki, a co od kogo”. I markety przed świętami też mnie dobijają. A na widok tego starego dziada z w czerwonej czapce – tego chędożonego bożka kupowania to mnie krew zalewa i mordować chcę.





Po drugie bilans roku 2009. Podpatrzone od Aniołaka.
1. Co zrobiłaś w 2009 r., czego nie zrobiłaś nigdy wcześniej?

Szukałam kości w lesie. Jadłam ostrygi z szampanem. Spędziłam rok bardzo muzycznie operowo. Zostałam zwolniona z pracy i poczułam co może czuć pies jak go uwolnią z łańcucha. Podjęłam dość ważne decyzje.

2. Dotrzymałaś swoich noworocznych postanowień? I czy będziesz ustanawiać nowe?

Nie, bo ich nie robiłam.

3. Czy komuś z bliskich Ci osób urodziło się dziecko?


Dziewczyna w Warszawie ( chomiczątko) dziewczyna w Sztokholmie, dziewczyna w Walencji. Witamy Panienki na świecie!

4. Czy ktoś z Twoich bliskich zmarł?


Bożena.

5. Gdzie podróżowałaś w tym roku?


Kraków, Łutowiec, Londyn, Dukla ( i wilkodoły i wikochaszcze w pobliżu) , Międzywodzie, Jawornik, Berlin

6. Co chciałabyś mieć w 2010, czego brakowało Ci w 2009?

Wena, dobrej organizacji czasu, samodyscypliny, kości po lasach więcej, Amsterdamu może?

7. Która data z 2009 r. pozostanie Ci w pamięci i dlaczego?


25 lutego poparzenie Natalisa
20-23 marca weekend w Berlinie – fajnie było!
22 lipca śmierć Bożeny
Początek września – zwolnieniem, ważna rozmowa nad ostrygami i przewartościowanie priorytetów


8. Największe osiągnięcie mijającego roku?


Powrót do pisania, tak jak pisałam przewartościowanie priorytetów i kilka ważnych decyzji ( teraz czekać na realizacje), zaczęłam tańczyć i robię to z zaangażowaniem i systematycznie. To że odchodząc z pracy nic nie strąciłam a wyniosłam z niej coś cennego – znajomość kilku fajnych ludzi.

9. Największa porażka?

To że w czasie od maja – końca sierpnia stresowałam się pracą która nie była tego warta i nie powiedziałam kilka razy tego co myślę, czyli coś w stylu „ a ja to pier… a was chyba pokręciło”. To że nie zdążyłam się pożegnać z Bożeną. Że w pierwszej połowie roku za mało pisałam.

10. Chorowałaś? Uszkodziłaś sobie ciało w jakiś sposób?


Ospa, dwie grypy.

11. Najlepsza rzecz, jaką kupiłaś?

Afrykańska chustko czapka na targu w Londynie – jest cudowna. Książki, zielona aksamitna kurtka w Krakowie.

12. Na co wydałaś najwięcej pieniędzy?

Książki. I na lodówkę. I na ową kurtkę, ale warta każdej złotówki, torebka słonia Torbalskiego

13. Porównując z tym samym okresem sprzed roku, jesteś teraz:


Szczęśliwsza czy smutniejsza? – szczęśliwsza, ja co roku jestem szczęśliwsza
Starsza czy mądrzejsza? – mądrzejsza, chyba
Chudsza czy grubsza? –hmmm – tak jak było, jak liczyć do świąt….
Bogatsza czy biedniejsza? – biedniejsza materialnie, bogatsza duchowo

14. Czego/co chciałabyś zrobić więcej/bardziej w minionym roku?


Pisać, tańczyć, spędzać czas z Natslem, Kocurem i przyjaciółmi, grać w rpg, jeździć na konwenty, dalej łork on maj inglisz

17. Czego chciałabyś robić mniej w minionym roku?


Siedzieć cicho kiedy chce mi się coś powiedzieć nawet niemiłego, stresować się, mniej spać,

18. Zakochałaś się w 2009?

Cały czas. Codziennie. W każdej chwili. Kocur (-;

19. Co robiłaś w swoje urodziny i ile lat skończyłaś?


29 - łaziłam z Ociepkami po Berlinie, słuchałam Carmen i piłam na umór ( „pić jak wombat po Wagnerze”) wietnamskie drinki

20. Co trzyma Cię przy zdrowych zmysłach?

Kocur, Natalis, Aniołak, Pisanie, czytanie, muzyka, lasy buczynowe, koty, yeraba mate, głos Bryna Terfela, i jeszcze kilka bliskich Osób że nie wymiennie z imienia

21. Ile przeczytałaś książek w tym roku?


Średnio. Koło 38 jak tak policzyłam. W tym 4 tomy Hyperiona które są duże. Dorobiłam się nowej półki na książki.

I Ogólnie na 2010 byle tak dalej. Już wiemy co i jak. A teraz idziemy.





Z aktualności to udało mi się skończyć tekst zadany dla Demonka – i uważam że nie jest zły – choć zadany temat potwornie mi nie siadł. Poza tym zaczęliśmy grać w Cthulu w rpg i jest bardzo bardzo MRU! (-; Że też sobie nie zrobiłam postaci która może iść i łoić potwory.



Wczoraj potwornie mnie zirytował jeden artykuł na Wybiórczej. Nie wiem czy wywiady były po łebkach czy respondentki takie durne ale aż mnie zmroziło. Artykuł jest tu. Kilka kobiet, którym właśnie urodziły się córki w 2002, pytano jak wyobrażają sobie ich przyszłość. Oczywiście mają ją w modny sposób zaplanowaną co do milimetra. Przerażające. Ja mam zaplanowane względem Natalisa tylko ( aż?) tyle, że chcę ją nauczyć samodzielnie myśleć i podejmować decyzje. Jakie to już jej sprawa. A chce żeby była szczęśliwa. Po swojemu. I nie mam preferencji orientacji zawodowej, seksualnej i religijnej. A jak słyszę o paniach co już wiedzą na na jakie kółka zainteresowań noworodka zapiszą, na jakie studia powinien iść i męża z jakiego kraju nie brać to mnie coś trafia. I dzieciakom współczuję. Znak czasów że chcemy mieć wszystko zaplanowane, przygotowane, a samo jesteśmy nieprzygotowani do Życia?

Kilka kwiatków z tego artykułu, czyli jak matki widzą swoje córki za 25 lat.
Dzieciństwo - Musi być rozwojowe, I takie, które procentuj, ( …)
choć na początku to wykańcza finansowo
Rada dla córki Nie ufaj nikomu
Za 25 lat Będzie miała dobrą pracę, będzie dużo zarabiać i sama sobie kupi dobre mieszkanie: duże (żeby nie ograniczało), (…)
Wiem tylko, że córka będzie piękna. Blond włosy, śniada cera, doskonały makijaż
Córka w Unii Chcę, by mieszkała w Polsce i wyszła za Polaka. Nie zniosłabym rozstania, Tylko nie za Niemca, bo są brzydcy
Niech będzie Na początku modelką, Jak Ally McBeal, Niech będzie stomatologiem lub notariuszem
Uczciwość Uczciwi ludzie są na wymarciu
Jej dzień Do trzydziestki powinna coś osiągnąć. A potem przerwa na dziecko (….)Załatwiać sprawy. Zje lunch z koleżankami, bo lunche są bardzo ważne, a po pracy, wieczorem, sącząc martini, będzie opijać kolejny sukces
Wolność Nie będzie wolna
Idea Mogłaby założyć fundację - - Byłaby szanowanym człowiekiem i nikt by na niej psów nie wieszał. Ale czy to się opłaca, sama nie wie. (…) Idea? - Pieniądz. A są jakieś inne?



I moje pytanie, czy kogoś tu pokręciło? Czy ktoś nie oglądał za dużo seriali?



Jako mama pozwoliłam sobie teraz odpowiedzieć na te pytania, które zadała pani z Wybiórczej. Mam ten komfort że już troszkę Natslisa jako człowieka znam.

Dzieciństwo Radosne, beztroskie, bliskie rodzicom, odkrywające świat.
Rada dla córki Bądź sobą, bądź odważna i uczciwa do samej sobie. Nie krzywdź i nie pozwól się krzywdzić nikomu.
Za 25 lat Będzie miała tyle co ja teraz. I życzę jej żeby byłą w dobrym miejscu w życiu. I żeby miała jeszcze dużo przed sobą. Czyli – w drodze. Jak i gdzie to jej sprawa.
Córka w Unii A gdzie będzie to jej wybór. A ja wiem czy będzie w Unii?
Niech będzie Nie, nie będę wymieniać zawodów. Niech będzie mądrym człowiekiem. I pogodnym.
Uczciwość Przede wszystkim wobec siebie. Jak się wobec siebie jest to wobec świata wychodzi naturalnie.
Jej dzień Każdy inny. Każdy niepowtarzalny. Każdy wykorzystany.
Wolność Przede wszystkim ducha. Wolność jako odpowiedzilność i coś niezbędnego jak powietrze.
Idea Musi wybrać ją sama, ale dobrze żeby ona była. Żeby wierzyła, że jest Coś o co warto walczyć i kopać przez to życie jak krecik korytarze.





A już zupełnie poza tym to doszłam do siebie po Świętach. Cieszę się na sylwetra i na dwa spotkania z ludźmi których znałam lata temu w nowym roku.
Czytam: ( Jeszcze raz) Clarissa Estes Biegnąca z Wilkami
Jeanette Winterson – Brzenię
Bruno Bettelheim- Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni

Słucham:
Orkiestra Świętego Mikołaja
Don Giovanni ( prezentowy! – będę słuchać jak się pieroństwo skonwertuje ale już się cieszę)
Byłam na żywo w kinie na Opowieściach Hoffmana - MIODZIO - boska realizacja ale o tym innym razem!


I Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku i dobrej zabawy na Sylwestra! Mruuuu!

wtorek, 24 listopada 2009

Ogłoszenia duszpoterskie

Żywiołak 28 11 w Bielsku- jedziemy My, Gawrony, Misiek Z Szanowną Małżonką i koleżanką Tejże. Kto jeszcze chętny proszę dawać znać.




W przyszłym tygodniu chcę iść na Białą Wstążką. Będzie depresyjnie i mocno jak się domyślam. I już się cieszę.

A kota po sterylizacji. Bardzo słaba leży na kanapie i dochodzi do siebie pod kocykiem. Ogromnie ją polubiliśmy. ( My, nasze koty mniej. )Prawdopodobnie od piątku będzie miała dom - dzięki pomocy Demonka. Mogła olać - znowu łosie mają kota to niech się męczą - ale popytał i znalazł. Dom wygląda na dobry, ale w piątek zrobimy inspekcję w trakcie przekazania.Co mi przypomina że mam dla D. zaległy tekst.





/>


No prawda że cudna?

poniedziałek, 5 października 2009

Mru!

Zdjęć mało bo aparat powoli umiera. Zresztą mnie w ogóle przedmioty materialnie nie lubią. Ale to jeszcze dał radę. Z dzisiejszego poranka z jesiennymi pozdrowieniami od pewnej czteroletniej damy.



A poza tym:
Czytam: Zusak, Posłaneic ( Dobre, dobre, dobre!)
Słucham: Dvorak, Koncert na dwie mandoliny g-dur
Oglądam: Przerwane Obięcia Almodovara ( byłam) Julia, Julia ( będę)

wtorek, 8 września 2009

Na rozdrożu w jasnym słońcu

Obiecałam wytłumaczenie i cisza. Najpierw wylądowałam na długi weekend w Londynie ( upiór, ostrygi, szampan i książki) a potem sytuacja zdążyła się kilkakrotnie zmienić.

Podsumowując:
Nie pracuje już w Horyzoncie.
Robię dla nich Belgię na Innych Zasadach. Jak długo to czort wie. Pewnie jak długo będzie mi się chciało.
Zupełnie nie wiem co będzie za najbliższy miesiąc, pół roku, rok, dwa lata.
I to podoba mi się najbardziej.

Czuję się jakbym w stała w słońcu o świcie na rozdrożu. Z pełną świadomością, że nie mam pojęcia w którą drogę skręcę i co mnie tam czeka, ale zawsze będzie to coś dobrego i ciekawego. Dawno nie czułam się tak przepełniona energią i radością. To jest jak otwieranie od życia prezentu niespodzianki. Ogólnie opcje są cztery – i pewne kombinacje ich – i najfajniejsze jest to że każda z nich będzie mile widziana i zmieni w moim życiu coś dobrego. I nie chodzi tu że ja sama nie podejmuję wyboru. Może ja znam się za mało żeby go dobrze podjąć, więc zamiast szarpać się z życiem biorę to dobrego co przyjdzie.

Na dzień dzisiejszy wolałabym tu nie nazywać tych czterech dróg – ewentualności które gdzieś się mi otwierają. Nie mówię że pracy szukać nie będę. Tak, choć pewnie ostrożniej, bez panicznego przeglądania wyborczej z dziesiątkami dołujących ogłoszeń na przedstawicieli handlowych.

W Horyzoncie pracowało mi się dość dobrze. Przynajmniej do końca czerwca tego roku. A potem, nie wiem czy przez atmosferę przed - zwolnieniową czy to że firma się zaczęła zmieniać w kierunku który nie był mi szczególnie bliski było coraz gorzej. Zaliczyłam depresję – do której nawet nie byłam się w stanie przed sobą przyznać ( „ Jak to! Ja depresja? Mi jest zawsze dobrze i zawsze spadam na cztery łapy”). Po Beskidzie niosłam się w milczeniu jak duch z przerażeniem myśląc o powrocie. Alicja słusznie zwróciła uwagę że mój nastój na Flambergu był cokolwiek smętniejszy od Rabkonu. Właściwie to to co trzymało mnie w Horyzoncie najmocniej to ludzie. Nie wszyscy - ale duża część - i poczucie wspólnoty, stada, tego że robimy coś razem. Wprowadzenie najpierw coraz większej ilości kontroli i formalizacji a potem zwolnienia sprawiły że tam i tak już nie ma dla mnie miejsca. Zostało kilka osób ale ten zespół dla którego chciało mi się starać i robić coś Razem poszedł w diabły. Przyznam że trochę żałuję, ale trzeba iść dalej.

Kiedyś ktoś mnie zapytał czy będąc w domu z Natasiem nie czułam się w nudnym kieracie i zamknięciu. Szczerze mówiąc było dokładnie na odwrót. Miałam czas spotykać ludzi którzy są mi bliscy, miałam czas czytać, czytać, czytać, gdzieś w tle były dźwięki, zapachy. Ostatnio byłam w kieracie. Bez kontaktu z ludźmi – bo na tych najbardziej bliskich nie starczało czasu, zmęczona, odstawiona od słów. Może śmierć Bożeny uświadomiła mi że tak dłużej być nie może. Że ja też mogę dostać w każdej chwili czegoś co sprawi że zostaną mi dwa miesiące lub dni. I świadomość tego sprawia ze wiem jak cenne jest to co mam. Jak kruche i unikatowe.

Od poniedziałku zaległości w czytaniu
A. Carter Marianna i Barbarzyńcy
R. Holdstock Las ożywionego Mitu i Lavondyss
V. Nabokov Ada albo Zar
M. Sztejner Wyspa Klucz
A. Rice Godzina czarownic
B. Ulsamer Systemowa terapia Hellingera – Bez korzeni nie ma skrzydeł
K. Dickens Magazyn Osobliwości ( dokończyć)
A. Kańtoch Miasto w zieleni i błękicie ( Ani gratulujemy Zajdla)
H. Thoreau Walden
O. Wilde Portret Doriana Graya ( a potem obejrzeć ten nowy film z bardzo apetyczną obsadą...)
A. Zusak Posłaniec

Poza tym
Kilak wyjazdów operowych do Kina Kijów w Krakowie
Bukiet żółtych chryzantem na grób Bożeny
Spacer z Natalisem w celu zbierania pierwszych opadłych liści
Urządzić z Natalsiem mini przedstawienie teatralno kukiełkowe Calineczka. Widzowie koty. Obiecałam jej to od miesiąca.
Wysłuchać w całości Dziadka do Orzechów.
Wygłaskać koty tak żeby im uszami wyszło.
Pojechać na Alchemikom.
Przejść się na targ warzywny.
Skończyć kilka starych tekstów.
Wrócić do nauki języka angielskiego. Na lekcjach razem z Aniołakiem.

I dużo więcej….

Wiem, kilka znajomych osób które straciły pracę reagowało inaczej. Widocznie jestem inna.
I jak ktoś mi powie, ze to nieważne, nieodpowiedzialnie, że nie myślę ani o karierze, ani o tym podobnych. Ze powinnam teraz szukać pracy, mieć doła, czuć się niedowartościowana. Jeżeli robienie niskopłatnych ( bo pensja w Horyzoncie porażająca nie była…) pierdół, ciągłe słuchanie czyś poleceń było lepsze niż to co mam w planach – to ja mu odpowiem tak samo jak mawia jedna z koleżanek z Horyzontu ( obecnie na macierzyńskim); TURLAJ DROPSA (-;

PS. A kocur mówi że wreszcie od dłuższego czasu da się ze mną dogadać.

A na dzisiaj wieczorem przytargałam film. Stary i już strasznie dawno chciałam go zobaczyć. Fabularnie stanowi wariację na temat motywów Old Boya: długa izolacja, zemsta po latach i muzyka klasyczna w tle. Zresztą posłuchajcie sami: