Ha, od czego zacząć po tak długim czasie. Nie będę pisać o pracy, bo i tak już dość was o tym zanudzam na spotkaniach. A wystarczy napisać, że mi się to podoba i jakoś idzie.
To ja dziś troszkę o Kulturze. (-; Co czytam, czego słucham, co oglądam, gdzie bywam. Mam ostatnio trochę różnych miłych doznań kulturowych. (-;
Może od końca. Gdzie bywam. A dokładniej gdzie byłam; na festiwalu muzyki folkowej Mikołajki Folkowe w Lublinie. Daleko to jak sukinsyn, ale watro było. Zabawa fenomenalna, nawet Kocur się wciągnął. Zespoły różne; na uwagę i oklaski na stojąco zasługują Orkiestra Świętego Mikołaja, Bracia Sufi z Pakistanu i kapela rycerska z Węgier. Dawno się tak na koncercie nie wybawiałam. Bo jest to dokładnie taka muzyka jak lubię najbardziej; rots, folk, na dawnych instrumentów, bez gitar elektrycznych, klimaty Karpat ( to nie bracia sufi (-;).
Atmosfera imprezy fenomenalna, chociaż czasem czułam się z boku jak obserwator. Z jakiś względów nie mogę się nigdy wpleść w grupę. Za dużo chyba we mnie krytycyzmu i indywidualizmu. Niektórzy ludzie ( jak choćby nawiedzeni czciciele Peruna i Swarożyca) budzą we mnie bardzo mieszane uczucia, Trudno. Ale muzykę odbierałam na 100% i bawiłam się cudnie. I wróciłam biedniejsza o dużo pieniądza, za to bogatsza o 3 płyty, 2 pary kolczyków, kota świecznik dla Kocura i pół kilo mate. A wracając zajrzeliśmy do Sandomierza i znaleźliśmy fenomenalną Herbaciarnię – może nie jakoś super urządzoną ale z rewelacyjnymi herbatami i bardzo bardzo niedrogą. Trzymamy za nich kciuki żeby sobie dali rade.
Co oglądam i słucham; Dostałam na DVD wytęsknionego Fausta z Angelą i Roberto ( patrz dwie notki wcześniej) Jest to rewelacja pod każdym względem. Głosu, muzyki, inscenizacji, baletu. Bite trzy godziny siedziałam z rozwartymi oczami i uszami. Kto nie widział co zrobiono z nocą Walpurgii temu i tak nie opowiem. Fidelio, Natti jeżeli macie już płytkę to czekam na wasze refleksje. Bardzom ich ciekawa.
Byłam też z Natti na Trafiacie. I ogromnie pozytywnie się zaskoczyłam. Przez momnt miałam naiwne nadzieje, że Opera Bytomska jest dobra. Nie, to był po prostu gościnny skład. Szersza recenzja tu: http://operaangel.proboards54.com/index.cgi?board=muzyka&action=display&thread=1196768548
Z filmów, to aż głupio się przyznać ale dopiero teraz sięgnęłam po Piratów z Karaibów. Część II tak koszmarnie mi się nie podobała, że nie mogłam się zmusić do Trójki. A to niespodzianka. Film bardzo mi się podobał. Poszli w absurd tak bardzo, że mnie to przekonało. A początkowa scena wieszania jakoś poruszyła. Nie było godzinnych walka z ogromną kałamarnicą, za to wątki z II i I części się wiarygodnie wyjaśniły i posplatały. Ani minutkę się nie nudziłam i żałuję jak nie wiem że odpuściłam sobie to w kinie.
Czytam: Pożyczyłam od Małego Kossakowskiej Siewce Wiatru. I odbiłam się jak od ściany. Książka napisana jak dla mnie nienajlepiej. Taka sobie przygodówka tylko nie wiedzieć czemu bohaterowie furkają na skrzydłach. Nie będę się z opinią specjalnie afiszować, bo fandom mały, a autorka podobno sympatyczna to nie będę jej kocim pazurem krytyki haratać.
Potem, „na odtrutkę” sięgnęłam po W. Hugo. W końcu doszedł z allegro Człowiek Śmiechu. Czytam dalej w tej chwili i trzymam kciuki żeby książka się nie skończyła, bo dochodzę do wniosku że Hugo jest moim absolutnym mistrzem. Po pierwsze ze względu na język. On jest czarodziejem. Kiedy opisuje burzę śnieżną to mi JEST zimno, kiedy opisuje długą drogę to ja nią idę razem z bohaterem. Dwa to jest mistrzem obserwacji; Hugo pisze o ludziach; tych krzywdzonych i tych krzywdzących i wszystko to jest napisane ogromne wiarygodnie bez nutki dydaktyzmu obecnej w polskich powieściach. Jest jednym z niewielu autorów które autentycznie potrafią mnie poruszyć. Czytam w niemym zachwycie.
To na koniec może co pijam, żeby było do kompletu. Mate, dużo i nałogowo. I luzuje się przed świętami. Jakoś to trzeba będzie przeżyć. Tylko bez histerii. Będę pisać więcej mrocznych tekstów jak się zbieszę. A wen dopisuje (-; ale szaaaa.
niedziela, 9 grudnia 2007
czwartek, 1 listopada 2007
Dzień Wszystkich Świętach to mnie naszło na rozważania tematyczne. Czyli tak zwana notka okolicznościowa.
Kiedyś Święta tego nie cierpiałam. Było dla mnie nie małym koszmarem łażenie w zimnie i wietrze na cmentarz, stanie chwilę w absolutnie sztucznej i krępującej ciszy ( podczas której każdy myślał jak to go obciera but, zimno mu w nogi, albo coś tam w nagrobka obłazi). A potem do domu. Chyba momentu tak sztucznego i dla wszystkich niezręcznego nie było w całym roku.
Trochę się to zmieniło od kiedy chodzę na cmentarz bez rodziny a z Panem Kocurem. Jesteśmy zazwyczaj tylko chwilkę, zapalamy świeczkę i a ja opowiadam różne wesołe rzeczy z życia danego zmarłego. Co lubił. Co go śmieszyło. Co czytał. Co mi kiedyś fajnego opowiadał. I zero zadumy i patosu. W końcu zmarli których znałam za życia byli wesołymi ludźmi i im by się to spodobało. A jak się żywym ponurakom nie podoba to trudno. Nie ich święto. W ogóle to strasznie mi się podoba meksykańskie świętowanie z jedzeniem, piciem i muzyką na grobach.
Zastanawiam się czemu w ogóle tak koszmarnie to święto przeżywałam dotychczas. Chyba po troszku przez to że jest u nas makabrycznie wielkie tabu śmierci. Rozmawiali ze mną w domu o seksie, antykoncepcji a o umieraniu niet. Jakby nie wypadało. Po pierwsze to obiecuj z Natalisem ( jak się zagada o to albo okazja będzie) o śmierci gadać. Że się składa z duszy i ciała – i jak się ciało zepsuje to dusza idzie do Boga a ciało trza zakopać żeby się nie psuło na oczach.
W ogóle nie wiem czy to do końca zdrowe, ale uważam śmierć za jak najbardziej właściwą i konieczną rzecz. Takie przejście. A że jestem z natury ciekawska i zawsze bardziej byłam wszystkiego ciekwa niż się bałam, to i ta perspektywa mnie nie przeraża. Inna rzecz że tak jak nigdy absolutnie nie zgadzam się na zejście teraz. Oj nie. I to nie z egoizmu, bo myślę, że tam też nie jest źle, ale z powodu tego, że jak rzadko kiedy czuję się tu potrzebna i nie wyobrażam sobie że kto inny był by przy moim małym bububie. Zdecydowanie matki głupieją. Zmienia im się absolutnie cały światopogląd po urodzeniu. Nawet kwestie życia i śmierci rozpatrują w kategorii rodzicielstwa.
Ale zaraz, zaraz, ja tu o śmierci, a miało być o Wszystkich Świętych. Zastanawiałam się dziś czy mam ulubionego świętego. W zasadzie nie mam, ale jest kilku którzy są Bardziejści. To po pierwsze Św. Jan Bosko. Za Afrykę, za otwartość na młodych za wszystko. Czasem łapię za połę Św. Krzysztofa – zwłaszcza jak Kocur gdzieś dalej jedzie. Ale to przyznaję bardzo instrumentalne traktowanie Jego Świętości. Koniecznie Św. Franciszek i Roch za zwierza wszelakie tak przeze mnie kochane. I Augustyna co szalał za młodu a potem rzucił wszystko dla Największej z Miłości. I Św. Mikołaja z łemkowskich kapliczek. Zasadniczo daleko mi do Świętych Uczonych, Papieży i Myślicieli. Kocham za to tych szaleńców pana boga, bez grosza w kieszeni, otwartych na świat i wielkim worem miłości i kijem sękatym na drogę. ( Do podpieranie się ten kij nie do tłucznia współpodróżnych). Ci i wielu wielu innych. W dniu waszego święta życzę wam zatem, tak sztampowo, wszystkiego najlepszego. Ale czego właściwie mogę wam życzyć, skoro już wszystko zdobyliście?
Kiedyś Święta tego nie cierpiałam. Było dla mnie nie małym koszmarem łażenie w zimnie i wietrze na cmentarz, stanie chwilę w absolutnie sztucznej i krępującej ciszy ( podczas której każdy myślał jak to go obciera but, zimno mu w nogi, albo coś tam w nagrobka obłazi). A potem do domu. Chyba momentu tak sztucznego i dla wszystkich niezręcznego nie było w całym roku.
Trochę się to zmieniło od kiedy chodzę na cmentarz bez rodziny a z Panem Kocurem. Jesteśmy zazwyczaj tylko chwilkę, zapalamy świeczkę i a ja opowiadam różne wesołe rzeczy z życia danego zmarłego. Co lubił. Co go śmieszyło. Co czytał. Co mi kiedyś fajnego opowiadał. I zero zadumy i patosu. W końcu zmarli których znałam za życia byli wesołymi ludźmi i im by się to spodobało. A jak się żywym ponurakom nie podoba to trudno. Nie ich święto. W ogóle to strasznie mi się podoba meksykańskie świętowanie z jedzeniem, piciem i muzyką na grobach.
Zastanawiam się czemu w ogóle tak koszmarnie to święto przeżywałam dotychczas. Chyba po troszku przez to że jest u nas makabrycznie wielkie tabu śmierci. Rozmawiali ze mną w domu o seksie, antykoncepcji a o umieraniu niet. Jakby nie wypadało. Po pierwsze to obiecuj z Natalisem ( jak się zagada o to albo okazja będzie) o śmierci gadać. Że się składa z duszy i ciała – i jak się ciało zepsuje to dusza idzie do Boga a ciało trza zakopać żeby się nie psuło na oczach.
W ogóle nie wiem czy to do końca zdrowe, ale uważam śmierć za jak najbardziej właściwą i konieczną rzecz. Takie przejście. A że jestem z natury ciekawska i zawsze bardziej byłam wszystkiego ciekwa niż się bałam, to i ta perspektywa mnie nie przeraża. Inna rzecz że tak jak nigdy absolutnie nie zgadzam się na zejście teraz. Oj nie. I to nie z egoizmu, bo myślę, że tam też nie jest źle, ale z powodu tego, że jak rzadko kiedy czuję się tu potrzebna i nie wyobrażam sobie że kto inny był by przy moim małym bububie. Zdecydowanie matki głupieją. Zmienia im się absolutnie cały światopogląd po urodzeniu. Nawet kwestie życia i śmierci rozpatrują w kategorii rodzicielstwa.
Ale zaraz, zaraz, ja tu o śmierci, a miało być o Wszystkich Świętych. Zastanawiałam się dziś czy mam ulubionego świętego. W zasadzie nie mam, ale jest kilku którzy są Bardziejści. To po pierwsze Św. Jan Bosko. Za Afrykę, za otwartość na młodych za wszystko. Czasem łapię za połę Św. Krzysztofa – zwłaszcza jak Kocur gdzieś dalej jedzie. Ale to przyznaję bardzo instrumentalne traktowanie Jego Świętości. Koniecznie Św. Franciszek i Roch za zwierza wszelakie tak przeze mnie kochane. I Augustyna co szalał za młodu a potem rzucił wszystko dla Największej z Miłości. I Św. Mikołaja z łemkowskich kapliczek. Zasadniczo daleko mi do Świętych Uczonych, Papieży i Myślicieli. Kocham za to tych szaleńców pana boga, bez grosza w kieszeni, otwartych na świat i wielkim worem miłości i kijem sękatym na drogę. ( Do podpieranie się ten kij nie do tłucznia współpodróżnych). Ci i wielu wielu innych. W dniu waszego święta życzę wam zatem, tak sztampowo, wszystkiego najlepszego. Ale czego właściwie mogę wam życzyć, skoro już wszystko zdobyliście?
niedziela, 28 października 2007
Wychodzę pomału z choroby. A raczej choroba wychodzi ze mnie. I z przykrością muszę powiedzieć że się skubana nie spieszy. Cera zrobiła mi się tak blada, ze musiałam salwować się kilkoma minutami na solarium, żeby ludzi nie straszyć. Dodatkowo o tygodniu niedomagania rozregulował mi się tryb jedzenia. Byłam chora, nie gotowałam i prawie nie jadłam. Tylko syrop tussipec – jak anorektyczka jakaś. Kiedy w niedziele rano zaczęło mi się kręcić w głowie udałam się po rozum do głowy i do lodówki po cos smacznego. Dość tego biedowania.
Poza tym dbaliśmy w ten weekend z Kocurem Kulturę. Dwa wyjścia do teatru w jeden weekend to nawet jak dla nas sporo. Najpierw było zaproszenie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy na Osobistego Jezusa. Rewelacja! Może nie aż tak dobre jak Otello- nie było tu tej zdumiewającej scenografii – ale grą aktorska nie ustępuje niczym. Każda scena dopracowana, świetnie zagrana. Mocna historia, prosta i bez zbadanego morału. Teatr mocno eksperymentalny, dramatyczny a jednoczesne prosty i bardzo blisko widza. Wielkie barwa i polecam każdemu.
Dziś z kolei byłam na Reportażu o końcu Świata Teatru Wierszalin. Ja kiedyś Wierszalin kochałam: za Prawiek, Dybuka, Głupa. A teraz nie podoba mi sie nic a nic. Nudy, strasznie to to przeintelektualizowane i udziwnione. Teatr jakby w dwóch warstwach: z jednej strony aktorska pantomima a z drugiej opowiadane historii – reportażu. Zupełny brak Postaci jakiegokolwiek indywidualnego aktorstwa. Za mądre dla mnie. Jestem zdecydowanie na nie.
Tekst do ŚKF posłany. Niestety znowu musiałam posłużyć się czymś starszym. Smocze Drzewo nawet pasowało. Jakbym miała powiedzieć jakiej jednej rzeczy mi w życiu brakuje to czasu,a właściwie tyle czasu fizycznego, co wolnego miejsca w głowie i myślach – czasu twórczego – nie zagonionego. Ja chcę pisać. Cholera. Jak to mawia Kocur - skoro to już wiem, a nic z tym nie robie to jest to tylko moja wina. Zatem trzeba będzie coś z tym zrobić.
Poza tym dbaliśmy w ten weekend z Kocurem Kulturę. Dwa wyjścia do teatru w jeden weekend to nawet jak dla nas sporo. Najpierw było zaproszenie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy na Osobistego Jezusa. Rewelacja! Może nie aż tak dobre jak Otello- nie było tu tej zdumiewającej scenografii – ale grą aktorska nie ustępuje niczym. Każda scena dopracowana, świetnie zagrana. Mocna historia, prosta i bez zbadanego morału. Teatr mocno eksperymentalny, dramatyczny a jednoczesne prosty i bardzo blisko widza. Wielkie barwa i polecam każdemu.
Dziś z kolei byłam na Reportażu o końcu Świata Teatru Wierszalin. Ja kiedyś Wierszalin kochałam: za Prawiek, Dybuka, Głupa. A teraz nie podoba mi sie nic a nic. Nudy, strasznie to to przeintelektualizowane i udziwnione. Teatr jakby w dwóch warstwach: z jednej strony aktorska pantomima a z drugiej opowiadane historii – reportażu. Zupełny brak Postaci jakiegokolwiek indywidualnego aktorstwa. Za mądre dla mnie. Jestem zdecydowanie na nie.
Tekst do ŚKF posłany. Niestety znowu musiałam posłużyć się czymś starszym. Smocze Drzewo nawet pasowało. Jakbym miała powiedzieć jakiej jednej rzeczy mi w życiu brakuje to czasu,a właściwie tyle czasu fizycznego, co wolnego miejsca w głowie i myślach – czasu twórczego – nie zagonionego. Ja chcę pisać. Cholera. Jak to mawia Kocur - skoro to już wiem, a nic z tym nie robie to jest to tylko moja wina. Zatem trzeba będzie coś z tym zrobić.
środa, 24 października 2007
Kandydat mnie zabił podczas wywiadu ( hobby kulturystyka)
- Dlaczego chce pan jechać do Belgi?
- No, bo ja sie kulturą interesuje, tych ....eee.... wikingów.
ómarłam
Poza tym jestem chora. Zdechnięta. Nie ma mnie.
- Dlaczego chce pan jechać do Belgi?
- No, bo ja sie kulturą interesuje, tych ....eee.... wikingów.
ómarłam
Poza tym jestem chora. Zdechnięta. Nie ma mnie.
poniedziałek, 15 października 2007

Jestem, żyje. Tyle że pracuje i widać mnie mało. Praca zaczyna mi się bardzo podobać ( ma to pewną korelację z tym, że mi zapłacili) i zaczynam się angażować. Zresztą nie jestem pewna czy ja jestem w stanie robić cokolwiek bez angażowania. Jak się nie wciągam to się nudzę i zostawiam.
Ale dziś nie o „moich produkcyjnych” dla których jestem „ panią Anią”.
Dziś o weekendzie. Fajnie było. Najpierw był Rabkon i tu dziękuję dwóm osobom za bliskie rozmowy. Takie nie tylko gadane, takie mówione i słuchane. I dziękuję ( tym co wiedzą) za to podzielenie się rzeczami ważnymi. Nawet jak nie są to rzeczy nieproste.
A potem poszliśmy na Toscę. Puccini się broni sam. Muzyką. Niestety ma się przed czym bronić jak ktoś powiedział. Bo z Operą to jest tak że jak jest na najwyższym poziomie to wbija w fotel, wyciska łzy i wciąga niesamowicie. A jak nie jest perfekcyjna to śmieszy. Niestety Tosca śpiewała fatalnie. Na dodatek ubrano ją w pierwszym akcje w szlafrok. Scarpia śpiewany przez Firka się bronił. Może dlatego, że był najlepszy z obsady.
Co nie zmienia faktu ze zabawę mieliśmy przednią.
Dziś przesłuchałam Toscę na dvd w obsadzie z Raimondim. I zrozumiałam czym jest. Wbiło mnie w kanapę i ścisnęło za gardło. Kocur mówi że Opera jest sztuką perwersyjną. Ha. Tylko ja perwersyjna jestem w jakiś sposób.
A jutro, jak tylko Nat się obudzi i będę mogła włączyć głośniki na maksa moi drodzy sąsiedzi też usłyszą ze Raimondi w roli Sacrpia jest bogiem. I wymiata.
i jeszcze gorąca czekolada...
niedziela, 9 września 2007
Jestem. Nawet już jako tako wyschłam. I jestem absolutnie zachwycona wyjazdem. A i zdjęcia juz wiszą!
Po pierwsze to notka powinna być zatytułowana „ za co kocham Beskid Niski” ( i Bieszczady). Ale ze względu na olbrzymią ilość salamander tytuł został wybrany inny. Nie będę pisać jak wytrzymałam bez Nat – nie było to miłe. Chce ją zabierać i już. To było tak jakbym pod cały czas w gardle nosiła jakąś ołowianą kulę – ciężko jakoś.
Było mokro, deszczowo, magicznie, mgliście i zupełnie pusto. Przez niemal tydzień na szlakach nie spotkaliśmy nikogo. Lasy buczynowe, olbrzymie powyginane drzewa wychylały sie z mgły, siąpił deszcz i co rusz natrafialiśmy na przydrożne krzyże łemkowskie z XIX wielu, opuszczone cmentarze i wymarłe wioski ( a właściwie to co po nich zostało czyli drzewa). Było magicznie. I nad tym wszystkim kołowały całkiem sporych rozmiarów drapieżne ptaki.
Nie lubię Tart. Nie lubię dużej części Beskidów – gdzie człowiek musi sie drapać pod górkę i widzi choinki, tłumy turystów i budkę z frytkami. A TE Góry kocham za doliny we mgle, stare buki, jabłoniowe sady po środku, lasu, krzyże, cmentarze, puste i magię. Swoją drogą znaleźliśmy „Dolinę Śmierci” na mapie i jak się okazało to nazwa pochodzi z II wojny Światowej kiedy to Niemcy stracili tam całkiem sporo czołgów. Ale tam co druga dolina to dolna Śmierci. Historie i Metafizykę czuć tu na każdym kroku. Zastanawiam się na ile to może być Ta dolina śmierci.
Kiedy przybyłem do tej doliny,
Dzień miał się już ku zachodowi.
Słońce na mojej stało wysokości
Na widnokręgu tam po drugiej stronie
I można było jego blask łagodny
Nareszcie znosić bez mrużenia powiek.
Dolina zaś leżała w długich cieniach
Między górami sinoniebieskimi;
Cicho i spokojnie -
Tu było dawno po wojnie.
Tak czy inaczej znalazłam tam wszystko czego szukałam. I całej wyciecze mimo potwornego deszczu i tego że po godzinie trasy mieliśmy już wszystko mokre, przyświecał optymizm, radość i szczęście. Najpierw złapaliśmy pociąg spóźniony o 40 minut. Potem Chatowi przyjechali na chatkę w Zawadce Rymanowaskiej na jedną noc – choć chatka była w zasadzie nieczynna. Potem podobnym trafem złapaliśmy chatkę w Ropiance. (Notabene świetne miejsce – przed wojną 900 osób – po akcji Wisła 3 – a czas jakby stałą w miejscu). Potem trafiliśmy do Ostoi Niedzwiedzia – w której niedziwowania nie spotkaliśmy nad czym specjalnie nie płakaliśmy. Niestety chatka w Nieznajowej była nieczynna )-; Co gorsze odwiedziliśmy się o tym pod chatkę cali przemoczeni i zmęczeni. A jeżeli ktoś wie gdzie Nieznajowa jest to może sobie wyobrazić też tamtejsze wezbrane trumnie bez motków. Ale jakoś po godzinie się nocleg znalazło.
Poza tym byliśmy zajęci dziwieniem ludzi. Ilekroć ktoś z miejscowych albo chatkowych nas spotkał to przecierał oczy ze zdumienia. Na nocleg przyodzieliśmy z deszczowego i ciemnego lasu, a ludzie patrzyli na nas jak na widma – zabawne to było.
Są rzeczy których się kochać nie przestaje. Przychodzą nowe, ale tamte siedzą głęboko w duszy. Chce juz Natalsia zabierać na chatki, chcę jej pokazać te wszystkie miejsca magiczne. I może jeszcze na konieczny, ( chociaż nie umiem zaśpiewać). Chodziło za mną w tym roku na przemian z Nocel Mała Kopiel Moja. Jak będę miała syna i tak go nazwę Mikołaj!A co!
W rozstrzelanej chacie rozpaliłem ogień,
Z rozwalonych pieców pieśni wyniosłem węgle.
Naciągnąłem na drzazgi gontów błękitną płachtę nieba.
Będę malować od nowa wioskę w dolinie.
Święty Mikołaju - opowiedz jak to było
Jakie pieśni śpiewano? Gdzie się pasły konie?
A on nie chce gadać ze mną po polsku,
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną.
Hej ślepcze! Nauczę swoje dziecko po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.
Po pierwsze to notka powinna być zatytułowana „ za co kocham Beskid Niski” ( i Bieszczady). Ale ze względu na olbrzymią ilość salamander tytuł został wybrany inny. Nie będę pisać jak wytrzymałam bez Nat – nie było to miłe. Chce ją zabierać i już. To było tak jakbym pod cały czas w gardle nosiła jakąś ołowianą kulę – ciężko jakoś.
Było mokro, deszczowo, magicznie, mgliście i zupełnie pusto. Przez niemal tydzień na szlakach nie spotkaliśmy nikogo. Lasy buczynowe, olbrzymie powyginane drzewa wychylały sie z mgły, siąpił deszcz i co rusz natrafialiśmy na przydrożne krzyże łemkowskie z XIX wielu, opuszczone cmentarze i wymarłe wioski ( a właściwie to co po nich zostało czyli drzewa). Było magicznie. I nad tym wszystkim kołowały całkiem sporych rozmiarów drapieżne ptaki.
Nie lubię Tart. Nie lubię dużej części Beskidów – gdzie człowiek musi sie drapać pod górkę i widzi choinki, tłumy turystów i budkę z frytkami. A TE Góry kocham za doliny we mgle, stare buki, jabłoniowe sady po środku, lasu, krzyże, cmentarze, puste i magię. Swoją drogą znaleźliśmy „Dolinę Śmierci” na mapie i jak się okazało to nazwa pochodzi z II wojny Światowej kiedy to Niemcy stracili tam całkiem sporo czołgów. Ale tam co druga dolina to dolna Śmierci. Historie i Metafizykę czuć tu na każdym kroku. Zastanawiam się na ile to może być Ta dolina śmierci.
Kiedy przybyłem do tej doliny,
Dzień miał się już ku zachodowi.
Słońce na mojej stało wysokości
Na widnokręgu tam po drugiej stronie
I można było jego blask łagodny
Nareszcie znosić bez mrużenia powiek.
Dolina zaś leżała w długich cieniach
Między górami sinoniebieskimi;
Cicho i spokojnie -
Tu było dawno po wojnie.
Tak czy inaczej znalazłam tam wszystko czego szukałam. I całej wyciecze mimo potwornego deszczu i tego że po godzinie trasy mieliśmy już wszystko mokre, przyświecał optymizm, radość i szczęście. Najpierw złapaliśmy pociąg spóźniony o 40 minut. Potem Chatowi przyjechali na chatkę w Zawadce Rymanowaskiej na jedną noc – choć chatka była w zasadzie nieczynna. Potem podobnym trafem złapaliśmy chatkę w Ropiance. (Notabene świetne miejsce – przed wojną 900 osób – po akcji Wisła 3 – a czas jakby stałą w miejscu). Potem trafiliśmy do Ostoi Niedzwiedzia – w której niedziwowania nie spotkaliśmy nad czym specjalnie nie płakaliśmy. Niestety chatka w Nieznajowej była nieczynna )-; Co gorsze odwiedziliśmy się o tym pod chatkę cali przemoczeni i zmęczeni. A jeżeli ktoś wie gdzie Nieznajowa jest to może sobie wyobrazić też tamtejsze wezbrane trumnie bez motków. Ale jakoś po godzinie się nocleg znalazło.
Poza tym byliśmy zajęci dziwieniem ludzi. Ilekroć ktoś z miejscowych albo chatkowych nas spotkał to przecierał oczy ze zdumienia. Na nocleg przyodzieliśmy z deszczowego i ciemnego lasu, a ludzie patrzyli na nas jak na widma – zabawne to było.
Są rzeczy których się kochać nie przestaje. Przychodzą nowe, ale tamte siedzą głęboko w duszy. Chce juz Natalsia zabierać na chatki, chcę jej pokazać te wszystkie miejsca magiczne. I może jeszcze na konieczny, ( chociaż nie umiem zaśpiewać). Chodziło za mną w tym roku na przemian z Nocel Mała Kopiel Moja. Jak będę miała syna i tak go nazwę Mikołaj!A co!
W rozstrzelanej chacie rozpaliłem ogień,
Z rozwalonych pieców pieśni wyniosłem węgle.
Naciągnąłem na drzazgi gontów błękitną płachtę nieba.
Będę malować od nowa wioskę w dolinie.
Święty Mikołaju - opowiedz jak to było
Jakie pieśni śpiewano? Gdzie się pasły konie?
A on nie chce gadać ze mną po polsku,
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną.
Hej ślepcze! Nauczę swoje dziecko po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.
środa, 29 sierpnia 2007
Mały apel do czytelników którzy kiedykolwiek będą sie starli się o pracę:
Aplikujcie kiedy wasze kwalifikacje są o stopień dwa niższe niż wymagane. Nie oczekuje sie kandydatów idealnych. Ale niech wasze doświadczenie będzie choć traszkę spójne z tym czego sie oczekuje! Jeżeli piszą „ komunikatywny angielski” a wasz jedyny język to „ słaby rosyjski” oraz jeżeli wymagają „doświadczenia w produkcji spożywczej” A wy macie „ doświadczenia jako ochroniarz na dyskotece, pracownik fabryki czołgów, albo grabarz” To na merlina nie aplikujcie!
Kot przeczytał właśnie 98 CV. I nic nie ma.
Aplikujcie kiedy wasze kwalifikacje są o stopień dwa niższe niż wymagane. Nie oczekuje sie kandydatów idealnych. Ale niech wasze doświadczenie będzie choć traszkę spójne z tym czego sie oczekuje! Jeżeli piszą „ komunikatywny angielski” a wasz jedyny język to „ słaby rosyjski” oraz jeżeli wymagają „doświadczenia w produkcji spożywczej” A wy macie „ doświadczenia jako ochroniarz na dyskotece, pracownik fabryki czołgów, albo grabarz” To na merlina nie aplikujcie!
Kot przeczytał właśnie 98 CV. I nic nie ma.
sobota, 25 sierpnia 2007
Wczoraj przeszłam Doła. dzięki fachowej interwencji Bliskich nawet sie, z niego wygrzebałam, ale ciągle mi jakoś Tak. Dół wynikał z uświadomienia sobie faktu, ze jestem leń, obibok i nierób.
Przez całe LO i studia przeszłam fuksem. A właściwie fuksem, tupetem i inteligencją. Nie robiłam nic, czego dziś trochę żałuję, bo mogłam wiedzieć więcej, a zmarnowałam dużo czasu. Kot szedł po najmniejszej linii oporu po tytułem jakoś to będzie. I było. Jakoś.
Niestety okazało się, że do pracy mam stosunek podobny. Nie mogę narzekać na pracodawcę – akurat Horyzont daje mi pracę lekka i przyjemną i jest naprawdę przyjazny. Nie wiem czy problem tkwi we mnie, czy w tym, że jestem w domu z Nat, ale nie umiem się zorganizować. Aby zrobić pracę 10 minutową = przez 10 minut pracuję, 10 użeram się z Nat, a 40 sprzątam to co ona potem narozrabiała. I robie się nerwowa. Dodatkowo mam nie najlepsze efekty: na 6 osób wysłanych 4 rezygnowały, jednej oni nie chcieli, a ostania podpisał umowę, ukradł 200 euro i znikła. Załamać się można. Mam jakoś od kilku dni bloka na robienie czegokolwiek. I nie wiem naprawdę czy to chwilowy kryzys czy ja sie do żadnej roboty nie nadaję.
Bo oprócz pracy to mi w życiu rzeczy wychodzą. Nie wiem też czy moja to zasługa czy fuks. Do ludzi mam szczęcie. I do przyjaciół i do kocura. I do córki – bo mamowanie to coś w czym nigdy nie miałam znużenia, ani wątpliwości. Może dlatego że Kot ( czyli ja) jest za głupi żeby się bać? Wcale się nie boi bo jakoś to będzie.
Oj. Jakoś tak przeżyłam 27 lat to i teraz dam rade. Najwyżej mnie wyrzucą. Bywa. Mam kryzys, ale łatwo sie nie poddam, może od poniedziałku może kogoś znajdę – a jak nie, albo nie będę miała czasu to dziury niebie nie będzie. Patrzy człowiek ( kot) na rządzących co majątek za nic nie robienie i niekompetencje biorą to sie przestaje przyjmować. Mam to gdzieś jak to wyjdzie. Nie zmusi mnie to do stresu, ani do oddzielania sie od tego co kocham. Grunt to do przodu. I dbać o to co Dobre w około.
Btw. z innej beczki. Jest coś co zgubiłam w życiu a co ostatnio znalazłam ( dostałam). Pocałunki i ich magię. Kiedy są pocałunki jest Lepiej. Dziękuję kocurze i nawet nie wiesz jakie One są ważne.
Przez całe LO i studia przeszłam fuksem. A właściwie fuksem, tupetem i inteligencją. Nie robiłam nic, czego dziś trochę żałuję, bo mogłam wiedzieć więcej, a zmarnowałam dużo czasu. Kot szedł po najmniejszej linii oporu po tytułem jakoś to będzie. I było. Jakoś.
Niestety okazało się, że do pracy mam stosunek podobny. Nie mogę narzekać na pracodawcę – akurat Horyzont daje mi pracę lekka i przyjemną i jest naprawdę przyjazny. Nie wiem czy problem tkwi we mnie, czy w tym, że jestem w domu z Nat, ale nie umiem się zorganizować. Aby zrobić pracę 10 minutową = przez 10 minut pracuję, 10 użeram się z Nat, a 40 sprzątam to co ona potem narozrabiała. I robie się nerwowa. Dodatkowo mam nie najlepsze efekty: na 6 osób wysłanych 4 rezygnowały, jednej oni nie chcieli, a ostania podpisał umowę, ukradł 200 euro i znikła. Załamać się można. Mam jakoś od kilku dni bloka na robienie czegokolwiek. I nie wiem naprawdę czy to chwilowy kryzys czy ja sie do żadnej roboty nie nadaję.
Bo oprócz pracy to mi w życiu rzeczy wychodzą. Nie wiem też czy moja to zasługa czy fuks. Do ludzi mam szczęcie. I do przyjaciół i do kocura. I do córki – bo mamowanie to coś w czym nigdy nie miałam znużenia, ani wątpliwości. Może dlatego że Kot ( czyli ja) jest za głupi żeby się bać? Wcale się nie boi bo jakoś to będzie.
Oj. Jakoś tak przeżyłam 27 lat to i teraz dam rade. Najwyżej mnie wyrzucą. Bywa. Mam kryzys, ale łatwo sie nie poddam, może od poniedziałku może kogoś znajdę – a jak nie, albo nie będę miała czasu to dziury niebie nie będzie. Patrzy człowiek ( kot) na rządzących co majątek za nic nie robienie i niekompetencje biorą to sie przestaje przyjmować. Mam to gdzieś jak to wyjdzie. Nie zmusi mnie to do stresu, ani do oddzielania sie od tego co kocham. Grunt to do przodu. I dbać o to co Dobre w około.
Btw. z innej beczki. Jest coś co zgubiłam w życiu a co ostatnio znalazłam ( dostałam). Pocałunki i ich magię. Kiedy są pocałunki jest Lepiej. Dziękuję kocurze i nawet nie wiesz jakie One są ważne.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Jest źle,
Praca
czwartek, 23 sierpnia 2007
Zbliża się ta część wakacji na którą się najbardziej cieszę i której się najbardziej boję. Jak sobie dam radę bez Natslisa? Jak ona da radę? Wiem, że Demetre która nie potrafi sie rozstać może zadusić. Ale już czekam na ten czas kiedy będę mogą wziąć Nat w takie miejsca. W te święte miejsca, najukochańszej w które mnie tak ciągnie. Tak jakby jakiś zwierz we mnie się budził i wył. Do buczynowych lasów, do dolin, do strumieni.
Myśleliśmy z kocurem o różnych wyjazdach, ale ja nie mogę inaczej. Ciągnie mnie w las, na połoniny, na łemkowszczyznę. Do Nieznajowej, Łopenki, Rabe, Łupkowa, Ropianki.. Aż szkoda, ze ten czas jest tak krótki. To jest jak fizyczna tęsknota. Dodatkowo wreszcie chce sie wybrać na mikołajki folkowe do Lublina. Chodzi za mną Noc Sobótkowa Orkiestry Św. Mikołaja. Nocel mała, kopiel moja...
Zresztą to nie jest tylko tęsknota do Bieszczad. To jest w jakiś sposób tęsknota do duchowości. Moja Persefona ( której na pierwszy rzut oka nie widać) wyje w środku. Chcę do drzew, butami po kamieniach, do ciszy, do wiatru, bo w kościołach ostatnio nic nie znajduje. Boli mnie to, bo jakby nie patrzeć czuję się częścią Kościoła i wierze w Pana. Ale kiedy w niedzielę usiłuję się tam znaleźć to znajduję tylko kiepski śpiew, i jakiś bełkot bez Ducha. Ostatnio dałam sobie spokój – ale w jakiś sposób czuję się rozdarta. Szukam więc w sobie. I chcę do lasów. To mój rodzaj corocznej pielgrzymki.
Myśleliśmy z kocurem o różnych wyjazdach, ale ja nie mogę inaczej. Ciągnie mnie w las, na połoniny, na łemkowszczyznę. Do Nieznajowej, Łopenki, Rabe, Łupkowa, Ropianki.. Aż szkoda, ze ten czas jest tak krótki. To jest jak fizyczna tęsknota. Dodatkowo wreszcie chce sie wybrać na mikołajki folkowe do Lublina. Chodzi za mną Noc Sobótkowa Orkiestry Św. Mikołaja. Nocel mała, kopiel moja...
Zresztą to nie jest tylko tęsknota do Bieszczad. To jest w jakiś sposób tęsknota do duchowości. Moja Persefona ( której na pierwszy rzut oka nie widać) wyje w środku. Chcę do drzew, butami po kamieniach, do ciszy, do wiatru, bo w kościołach ostatnio nic nie znajduje. Boli mnie to, bo jakby nie patrzeć czuję się częścią Kościoła i wierze w Pana. Ale kiedy w niedzielę usiłuję się tam znaleźć to znajduję tylko kiepski śpiew, i jakiś bełkot bez Ducha. Ostatnio dałam sobie spokój – ale w jakiś sposób czuję się rozdarta. Szukam więc w sobie. I chcę do lasów. To mój rodzaj corocznej pielgrzymki.
wtorek, 14 sierpnia 2007
Jestem Wrócona jak mawia Aniołak. Notka będzie w zasadzie o wszystkim i o niczym. Bo nie da się Takiego wyjazdu opisać „było tak a tak”. Dlatego notka będzie podzielona na części. I długa będzie. Uprasza się o zrobienie sobie herbaty przed czytaniem.
1)Warszawa
No więc wyjechaliśmy. I jechaliśmy, jechaliśmy aż dojechaliśmy do Warszawy. Tam spędziłam przedajne popołudnie w towarzystwie najprawdziwszych czarodziejów – Artura i Minerwy Weasleyów. Zwiedziłam Norę i czułam że ten czarodziejski świat naprawdę istnieje. Nocowaliśmy u siostry Kocura a potem zaliczyłam jeszcze z Natalsem spacer w deszczowych Powązkach. ( Kocur musiał załatwić coś pracowego). Było mgliście i magicznie. Tak jakbym jednym krokiem przez bramę weszła w Zupełnie Inną Warszawę. Siąpił deszcz i wśród tej ilości nagrobków, na samotnym cmentarzu, czułam się jak w miejscu niemal zatłoczonym! Jeżeli wierzyć teorii Nocnego Patrolu istnienia świata Zmroku-emocji to to było bardzo mocne miejsce. A potem wrócił Kocur i pojechaliśmy nad Morze.
2) Morze. Fajnie było. Kula przyjął nas bardzo miło i zawstydził mnie swoimi umiejętnościami kulinarnymi. Zabrał nas na Hel, spacer po Gdyni i w ogóle było miło. Następnego dnia pojechaliśmy na Jarmark Dominikański do Gdańska. I tu mam bardzo mieszane uczucia. Bo z jednej strony kupiłam czerwony i zielony pieprz i dwie pary fajnych kolczyków. I dobry chleb. Tylko że to było jakieś za duże. Zupełnie przysłoniło mi Gdańsk. Tam w ogóle nie było już Gdańska! Liczyłam na jarmark klimatyczny na ulicach starego miasta – zastałam olbrzymie targowisko które zupełnie zasłoniło to miasto. I stąd jakieś rozdrażnienie i rozczarowanie.
3) Kaszyby. Wdzydze.
Ośrodek jest tu - http://www.ibwpan.gda.pl/osrodek/ Tak jak można sobie pooglądać pachnie socjalizmem na kilometr. Żywy skansen. Ale poza tym odstraszającym wyglądem było wszystko w sumie komfortowo i z pomyślunkiem. Blisko przebyte piękne jezioro – z odgrodzonym miejscem dla szkrabów, cudne lasy z kurkami, miejsca na wycieczki. Mnie najbardziej oczarowały Kamienne Kręgi i Kurhany Gotów – oglądaliśmy wieczorem bez turystów i robią wrażenie. Cóż w końcu moje drugie ja to Neolityczna Bogini. (-; Wiec takież miejsca ciągną. Kocurowi też się z Natlsem dogadywało. Zaczyna ją traktować jak człowieka – tyle że mniejszego – i jej to chyba pasuje bo się bardzo polubili.
Jedyny problem to byli Ludzie. Bo niby wszystko cacy – same super rodzinki z PANu i Politechnik, pełna kulturka i uprzejmość. Tylko nie ma do kogo gęby otworzyć. Najgorsze były takie trzy zaprzyjaźnione rodzinki z dziećmi w wieku koło 2 lat. Dzieci ich były wybitnie antykoncepcyjne ( samo spojrzenie napawało przekonaniem ze nie należy się rozmnażać). Dzieciaki były nietowarzyskie, zabierały sobie zabawki, były kapryśne, mało pogodne. Rodzice takoż byli niby mili, ale w rzeczywistości jak dla mnie gbury. Mugole. A od ich tematów rozmów robiło się mdło. Może faktycznie nie jestem Matką Polką. Nie mam żadnej nici porozumienia z typową matką. Daje dziecku smażone grzyby i kawę, nie lecę po wodę utlenioną jak się wywali i mówię że trzeba się dzielić tym co się ma. A i teraz wiedzę że Natalis jest chyba baaardzo grzeczny. Mimo że jest na swój sposób rozpieszczony i rozpuszczony. To jakoś jest tak pogodny i miły że ojej.
W każdym razie na wakacje trzeba się zaopatrzyć we własnych znajomych.
4) Wycieczki.
Dużo jeździliśmy po okolicy. Na uwagę oprócz kręgów zasługuje przede wszystkim Malbork. Bo jest to miejsce przedziwne. Malbork-Zamek mnie przeraził. Ma się tam wrażenie że Krzyżacy byli jakąś mroczną sektą pseudosatanistów ( o czym wiedział tylko wąski krąg wtajemniczonych Mistrzów). Symbolika, drobne szczegóły, ustawienie posągów diabłów ( nad bramami wejściowymi) mina „panien roztropnych” co wyglądały jak „ panny wszeteczne”, gwiazdy pięcioramienne i kilka innych szczegółów robiło wrażenie. Miało się wrażenie, że ktoś w tym wszystkim chciał nakreślić świat bez Boga. I to w taki sposób żeby się do niczego nie można było przyczepić. Teorie potwierdza Malbork – Miasto. Mroczne i dołujące miejsce z gatunku miast „ uciekaj i nie wracaj”. Jedna tylko jadłodajnia i to własność Araba – O – Ponurej-Minie. Miasto dołujące ze wszech miar. Tak jakby kołowało nad nim stado dementorów. Na szczęście uciekliśmy szybko – prosto do wędzarni ryb na Węgorza prosto z Dymu. Mniam. A następnego dnia wycieczka na pozytywne energetycznie Kurki.
A potem wracaliśmy, wrcalismy, wracaliśmy, wracaliśmy. Aż dojechaliśmy/
5) Co dalej? Depesze ze świata Anisków. Tak chaotycznie.
Co do planów na Potem. W weekend Upiorny Zlot. Cieszę się jak norka. Nie powiem dlaczego – cieszę się chyba bardziej jeszcze niż powinnam. Cóż znajomości tylko netowe są w jakiś sposób niepełne. A ja na jedno spotkanie cieszę się szczególnie. A i za starymi znajomymi, za Kają, Natti i resztą się stęskniłam.
Z pisania to Bajka poszła w diabły. Napisałam ją i orzekłam że jest słaba. Bo jest i nikt temu nie zaprzeczy. Za bardzo się starałam. Za bardzo chciałam. Trudno. Wracam do Erotyku-Perskiego. Należy im się. ( Im bohaterom)
Ostatnio więcej pracuję i zaczyna mi się taka praca z telefonem podobać. W poniedziałek mój pierwszy kandydat zaczyna pracę. Jak się uda będę szczęśliwa jak Norka. A btw macie jakiś operatorów CNC na zbyciu? Na czwartek rano potrzebuję…
Na flamberg się nie wybieram. Najbliższe wakacje to wrześniowe góry z kocurem bez Nat. Nie wiem czy się bardziej na nie cieszę, czy bardziej nie chcę oddać Nat. Zobaczymy jak to obie zniesiemy.
Poza tym oświadczam wszem i wobec że bardzo podoba mi się 7 część Pottera. Zabijacie mnie, ale jak dla mnie to ma logiczne wytłumaczenie. I chyba się uzależniłam od Armii Świstaka. Co kilka godzin sprawdzam czy jest coś nowego. (-;
1)Warszawa
No więc wyjechaliśmy. I jechaliśmy, jechaliśmy aż dojechaliśmy do Warszawy. Tam spędziłam przedajne popołudnie w towarzystwie najprawdziwszych czarodziejów – Artura i Minerwy Weasleyów. Zwiedziłam Norę i czułam że ten czarodziejski świat naprawdę istnieje. Nocowaliśmy u siostry Kocura a potem zaliczyłam jeszcze z Natalsem spacer w deszczowych Powązkach. ( Kocur musiał załatwić coś pracowego). Było mgliście i magicznie. Tak jakbym jednym krokiem przez bramę weszła w Zupełnie Inną Warszawę. Siąpił deszcz i wśród tej ilości nagrobków, na samotnym cmentarzu, czułam się jak w miejscu niemal zatłoczonym! Jeżeli wierzyć teorii Nocnego Patrolu istnienia świata Zmroku-emocji to to było bardzo mocne miejsce. A potem wrócił Kocur i pojechaliśmy nad Morze.
2) Morze. Fajnie było. Kula przyjął nas bardzo miło i zawstydził mnie swoimi umiejętnościami kulinarnymi. Zabrał nas na Hel, spacer po Gdyni i w ogóle było miło. Następnego dnia pojechaliśmy na Jarmark Dominikański do Gdańska. I tu mam bardzo mieszane uczucia. Bo z jednej strony kupiłam czerwony i zielony pieprz i dwie pary fajnych kolczyków. I dobry chleb. Tylko że to było jakieś za duże. Zupełnie przysłoniło mi Gdańsk. Tam w ogóle nie było już Gdańska! Liczyłam na jarmark klimatyczny na ulicach starego miasta – zastałam olbrzymie targowisko które zupełnie zasłoniło to miasto. I stąd jakieś rozdrażnienie i rozczarowanie.
3) Kaszyby. Wdzydze.
Ośrodek jest tu - http://www.ibwpan.gda.pl/osrodek/ Tak jak można sobie pooglądać pachnie socjalizmem na kilometr. Żywy skansen. Ale poza tym odstraszającym wyglądem było wszystko w sumie komfortowo i z pomyślunkiem. Blisko przebyte piękne jezioro – z odgrodzonym miejscem dla szkrabów, cudne lasy z kurkami, miejsca na wycieczki. Mnie najbardziej oczarowały Kamienne Kręgi i Kurhany Gotów – oglądaliśmy wieczorem bez turystów i robią wrażenie. Cóż w końcu moje drugie ja to Neolityczna Bogini. (-; Wiec takież miejsca ciągną. Kocurowi też się z Natlsem dogadywało. Zaczyna ją traktować jak człowieka – tyle że mniejszego – i jej to chyba pasuje bo się bardzo polubili.
Jedyny problem to byli Ludzie. Bo niby wszystko cacy – same super rodzinki z PANu i Politechnik, pełna kulturka i uprzejmość. Tylko nie ma do kogo gęby otworzyć. Najgorsze były takie trzy zaprzyjaźnione rodzinki z dziećmi w wieku koło 2 lat. Dzieci ich były wybitnie antykoncepcyjne ( samo spojrzenie napawało przekonaniem ze nie należy się rozmnażać). Dzieciaki były nietowarzyskie, zabierały sobie zabawki, były kapryśne, mało pogodne. Rodzice takoż byli niby mili, ale w rzeczywistości jak dla mnie gbury. Mugole. A od ich tematów rozmów robiło się mdło. Może faktycznie nie jestem Matką Polką. Nie mam żadnej nici porozumienia z typową matką. Daje dziecku smażone grzyby i kawę, nie lecę po wodę utlenioną jak się wywali i mówię że trzeba się dzielić tym co się ma. A i teraz wiedzę że Natalis jest chyba baaardzo grzeczny. Mimo że jest na swój sposób rozpieszczony i rozpuszczony. To jakoś jest tak pogodny i miły że ojej.
W każdym razie na wakacje trzeba się zaopatrzyć we własnych znajomych.
4) Wycieczki.
Dużo jeździliśmy po okolicy. Na uwagę oprócz kręgów zasługuje przede wszystkim Malbork. Bo jest to miejsce przedziwne. Malbork-Zamek mnie przeraził. Ma się tam wrażenie że Krzyżacy byli jakąś mroczną sektą pseudosatanistów ( o czym wiedział tylko wąski krąg wtajemniczonych Mistrzów). Symbolika, drobne szczegóły, ustawienie posągów diabłów ( nad bramami wejściowymi) mina „panien roztropnych” co wyglądały jak „ panny wszeteczne”, gwiazdy pięcioramienne i kilka innych szczegółów robiło wrażenie. Miało się wrażenie, że ktoś w tym wszystkim chciał nakreślić świat bez Boga. I to w taki sposób żeby się do niczego nie można było przyczepić. Teorie potwierdza Malbork – Miasto. Mroczne i dołujące miejsce z gatunku miast „ uciekaj i nie wracaj”. Jedna tylko jadłodajnia i to własność Araba – O – Ponurej-Minie. Miasto dołujące ze wszech miar. Tak jakby kołowało nad nim stado dementorów. Na szczęście uciekliśmy szybko – prosto do wędzarni ryb na Węgorza prosto z Dymu. Mniam. A następnego dnia wycieczka na pozytywne energetycznie Kurki.
A potem wracaliśmy, wrcalismy, wracaliśmy, wracaliśmy. Aż dojechaliśmy/
5) Co dalej? Depesze ze świata Anisków. Tak chaotycznie.
Co do planów na Potem. W weekend Upiorny Zlot. Cieszę się jak norka. Nie powiem dlaczego – cieszę się chyba bardziej jeszcze niż powinnam. Cóż znajomości tylko netowe są w jakiś sposób niepełne. A ja na jedno spotkanie cieszę się szczególnie. A i za starymi znajomymi, za Kają, Natti i resztą się stęskniłam.
Z pisania to Bajka poszła w diabły. Napisałam ją i orzekłam że jest słaba. Bo jest i nikt temu nie zaprzeczy. Za bardzo się starałam. Za bardzo chciałam. Trudno. Wracam do Erotyku-Perskiego. Należy im się. ( Im bohaterom)
Ostatnio więcej pracuję i zaczyna mi się taka praca z telefonem podobać. W poniedziałek mój pierwszy kandydat zaczyna pracę. Jak się uda będę szczęśliwa jak Norka. A btw macie jakiś operatorów CNC na zbyciu? Na czwartek rano potrzebuję…
Na flamberg się nie wybieram. Najbliższe wakacje to wrześniowe góry z kocurem bez Nat. Nie wiem czy się bardziej na nie cieszę, czy bardziej nie chcę oddać Nat. Zobaczymy jak to obie zniesiemy.
Poza tym oświadczam wszem i wobec że bardzo podoba mi się 7 część Pottera. Zabijacie mnie, ale jak dla mnie to ma logiczne wytłumaczenie. I chyba się uzależniłam od Armii Świstaka. Co kilka godzin sprawdzam czy jest coś nowego. (-;
piątek, 20 lipca 2007
Ojojojj jak mnie dawno nie było. Więc może zacznę depeszą ze świata anisków. Jest nieźle zasadniczo. Nie jest zupełnie dobrze, ale bardzo nieźle. Jakkolwiek to brzmi.
Dzisiejsze depesze sponsoruje P. P jak Puszka Puszka pomidorów.
No wiec P.
P jak PRACA. Odechciało mi się psychologii. Zupełnie. I akurat dostałam propozycję powrotu do Horyzontu pracując z domu. Mam rekrutować pracowników produkcyjnych do Belgii. Praca nawet fajna i ja taka lubię, ale za cholerę nie umiem się zorganizować z Natalią. Jak siedzę i nic nie robię to się bawi jak aniołek, a jak chce dzwonić to płacze, marudzi, coś wylewa, przewraca. Na razie mam zastraszająco małą efektywność, ale sie staram. Na tyle na ile mi się chce starać, bo pracoholikiem nie jestem. Zaczyna do mnie dochodzić bolesna prawda że ja się do pracy jako takiej nie nadaję wcale. Bogowie ześlijcie mi nieograniczone zasoby pieniędzy i mogę hodować całe stada małych Natalsiów jak Krystyna synów Mikołaja! I chcę czytać, i podróżować i robić inne nieproduktywne rzeczy!
P Jak PISANIE POJEDYNKU. Są pomysły, jest niepokój twórczy. Nie mam chwilki żeby sie skupić. Nad pisaniem nie da się siadać i tworzyć to jakby się skrobało ścianę. Trzeba wejść w ten świat dusza i myślami. Nie umiem się skupić. Może dlatego że myślę albo o nat albo o tym, że mam zaległą parce co leży i kwiczy? Tyle że termin goni. I coś we mnie bez słów usycha. Muszę to zrobić i się wreszcie zmotywować do tej historii. Zwłaszcza ze jutro wraca moje beta z orkonu.
P Jak PODRÓŻE. Był Jawornik i było bardzie ciepło i fajnie. Pomijając moje osobiste animozje i trudności charakteru to strasznie mi było tam dobrze na duszy. Jakoś tak wypoczęłam. Potem były dwa dni Orkonu. Z małą Nat pod namiotem. Gdybym wiedziała jak dobrze to zneisie to bym na dłużej jechała. Może przez ostanie lata wyluzowałam, ale chyba nie przeszkadza mi na takich wyjazdach to co mi kiedyś wadziło. Bardziej pewnie się czuję. Szkoda że tak krótko.
P jak PSYCHOLOGIA. Normalnie nie lubię psychotestów. Są durne. Ale ostatnio na zaprzyjaźnionym forum niejaka Fidelio zaproponowała ciekawy podział osobowości w zależności od archetypów w mitologi greckiej. W skrócie żeńskie Archetypy wyglądają tak:
Archetypy kobiece. Generacja matek, typy kobiet dojrzałych:
1. Demeter – Matka Ziemia, definiuje się poprzez macierzyństwo. Uwielbia wszystkie dzieci i ma do nich nieskończoną cierpliwość. Synów rozpieszcza, ale z córkami ma często trudne relacje. Bywa zaborcza, potrafi „udusić z miłości”. Żyje wyłącznie dla swojej rodziny, kontakty ze światem zewnętrznym jej nie interesują.
2. Hera – dumna, władcza, królewska. Często bardzo efektowna. Ma obsesję prawa, norm społecznych, statusu. Bywa zazdrosna, autorytarna, zimna, wyrachowana.
3. Hestia – porządkowaczka świata. Ma głęboki szacunek dla tradycji, prawa, zwyczajów. Często daje się zdominować, wycofuje się, nigdy nie walczy. Samotniczka, stojąc z boku uważnie obserwuje innych. Mądra, ale nie narzuca się. Rzadko wchodzi w relacje miłosne, przyjaźni się niemal wyłącznie z kobietami.
Generacja córek, typy kobiet młodych:
4. Atena – tatusiowa córeczka, w dzieciństwie chciała być chłopcem. Silna, nieco męska, szefująca, skrajnie opanowana. Często feministka. Dobra przyjaciółka, ale z trudnością się zakochuje. Wojownicza, może być bezwzględna. Bardzo inteligentna, logiczna, racjonalna. Niezbyt opiekuńcza.
5. Artemida – silna i samowystarczalna, ale impulsywna. Doskonała przyjaciółka, lojalna na śmierć i życie. Najbardziej ceni wolność, nie zakochuje się z zasady. Zwykle trudne relacje z ojcem, któremu desperacko chciała zaimponować. Skończona racjonalistka. Idealna siostra, potrafi być opiekuńcza. Lubi być podziwiana.
6. Afrodyta – wykorzystuje swoją kobiecość jako niezawodną broń. Fascynująca, bardzo silna, bardzo seksualna. Bardzo inteligentna, o dużej intuicji. Dumna, władcza, przekonana o swojej wyższości. Bywa manipulatorska, niestała, szybko się nudzi. Nie lubi towarzystwa kobiet.
7. Persefona – bardzo mądra, bardzo słaba, bardzo wrażliwa. Całkowity odludek, ale jeśli się oswoi to potrafi być niezwykle lojalna. Zakochuje się rzadko, ale w stopniu ekstremalnym, dla ratowania ukochanego stawi czoła samemu piekłu. Trudne relacje z matką, idei siostrzeństwa nie rozumie. Bardzo twórcza, ale nie pokazuje nikomu swojej twórczości.
Na początku nie umiałam się znaleźć. Wszędzie mi coś nie pasowało. Na Demeter za mało lubię tradycje i rodzinę, a na Persefonę za mało jestem wylękniona. W końcu coś mnie trafiło i sobie to poukładałam: 33.3% Persefona ( moja niemiłosierna skłonność do mrocznych Hadesów i relacje z matką) 33.3% Demeter ( moje zakochanie w macierzyństwie i pierwotna radość z rodzenia i dawania) 33.3% Afrodyta ( zmienność, skłonność do flirtu i nowości). Jasne i wtedy się wszystko dospawało! Bogini o trzech twarzach – Persefona i Demeter w Jednym czyli Hekate. Megalityczna Hekate z Afrodytą jako ta trzecią. Poczułam się absolutnie usatysfakcjonowana trafnością porównania. Jestem wiedźmą, Heakate. Chędożonym megalitycznym kotem który nie wiadomo co robi w naszych czasach.
P jak PIEPRZONY REMONT. Już jakiś czas temu robiłam mega remont. I nie spodziewałam sie ze będzie aż tyle pracy. Ogromny pokój i kilka warstw farby klejowej pod tapetą. Do dziś mam ślady po odciskach. Wszystko robiliśmy sami z Kocurem i Aniołakiem. I byłam tak spracowana ze nie maiłam siły o tym na blogi pisać. Ściany są; ciemno czerwona, pomarańczowa, jasno zielona a sufit żółty. ( To wszystko w jednym pokoju) I chwała Indygo która jako pierwsza nie powiedziała „ Oooo, interesujące....” Tylko „ O, fajne”. Mówimy nie nudnym wnętrzom, mówimy nie nudnym książkom, mówimy nie nudnym facetom. (-;
A teraz P jak PÓŹNIEJ. Później popracuję. Później się będą martwić. Teraz idę na spacer z Nat. I będę myśleć o Kapitanie okrętu z Czerwonymi Żaglami. Ot co!
Dzisiejsze depesze sponsoruje P. P jak Puszka Puszka pomidorów.
No wiec P.
P jak PRACA. Odechciało mi się psychologii. Zupełnie. I akurat dostałam propozycję powrotu do Horyzontu pracując z domu. Mam rekrutować pracowników produkcyjnych do Belgii. Praca nawet fajna i ja taka lubię, ale za cholerę nie umiem się zorganizować z Natalią. Jak siedzę i nic nie robię to się bawi jak aniołek, a jak chce dzwonić to płacze, marudzi, coś wylewa, przewraca. Na razie mam zastraszająco małą efektywność, ale sie staram. Na tyle na ile mi się chce starać, bo pracoholikiem nie jestem. Zaczyna do mnie dochodzić bolesna prawda że ja się do pracy jako takiej nie nadaję wcale. Bogowie ześlijcie mi nieograniczone zasoby pieniędzy i mogę hodować całe stada małych Natalsiów jak Krystyna synów Mikołaja! I chcę czytać, i podróżować i robić inne nieproduktywne rzeczy!
P Jak PISANIE POJEDYNKU. Są pomysły, jest niepokój twórczy. Nie mam chwilki żeby sie skupić. Nad pisaniem nie da się siadać i tworzyć to jakby się skrobało ścianę. Trzeba wejść w ten świat dusza i myślami. Nie umiem się skupić. Może dlatego że myślę albo o nat albo o tym, że mam zaległą parce co leży i kwiczy? Tyle że termin goni. I coś we mnie bez słów usycha. Muszę to zrobić i się wreszcie zmotywować do tej historii. Zwłaszcza ze jutro wraca moje beta z orkonu.
P Jak PODRÓŻE. Był Jawornik i było bardzie ciepło i fajnie. Pomijając moje osobiste animozje i trudności charakteru to strasznie mi było tam dobrze na duszy. Jakoś tak wypoczęłam. Potem były dwa dni Orkonu. Z małą Nat pod namiotem. Gdybym wiedziała jak dobrze to zneisie to bym na dłużej jechała. Może przez ostanie lata wyluzowałam, ale chyba nie przeszkadza mi na takich wyjazdach to co mi kiedyś wadziło. Bardziej pewnie się czuję. Szkoda że tak krótko.
P jak PSYCHOLOGIA. Normalnie nie lubię psychotestów. Są durne. Ale ostatnio na zaprzyjaźnionym forum niejaka Fidelio zaproponowała ciekawy podział osobowości w zależności od archetypów w mitologi greckiej. W skrócie żeńskie Archetypy wyglądają tak:
Archetypy kobiece. Generacja matek, typy kobiet dojrzałych:
1. Demeter – Matka Ziemia, definiuje się poprzez macierzyństwo. Uwielbia wszystkie dzieci i ma do nich nieskończoną cierpliwość. Synów rozpieszcza, ale z córkami ma często trudne relacje. Bywa zaborcza, potrafi „udusić z miłości”. Żyje wyłącznie dla swojej rodziny, kontakty ze światem zewnętrznym jej nie interesują.
2. Hera – dumna, władcza, królewska. Często bardzo efektowna. Ma obsesję prawa, norm społecznych, statusu. Bywa zazdrosna, autorytarna, zimna, wyrachowana.
3. Hestia – porządkowaczka świata. Ma głęboki szacunek dla tradycji, prawa, zwyczajów. Często daje się zdominować, wycofuje się, nigdy nie walczy. Samotniczka, stojąc z boku uważnie obserwuje innych. Mądra, ale nie narzuca się. Rzadko wchodzi w relacje miłosne, przyjaźni się niemal wyłącznie z kobietami.
Generacja córek, typy kobiet młodych:
4. Atena – tatusiowa córeczka, w dzieciństwie chciała być chłopcem. Silna, nieco męska, szefująca, skrajnie opanowana. Często feministka. Dobra przyjaciółka, ale z trudnością się zakochuje. Wojownicza, może być bezwzględna. Bardzo inteligentna, logiczna, racjonalna. Niezbyt opiekuńcza.
5. Artemida – silna i samowystarczalna, ale impulsywna. Doskonała przyjaciółka, lojalna na śmierć i życie. Najbardziej ceni wolność, nie zakochuje się z zasady. Zwykle trudne relacje z ojcem, któremu desperacko chciała zaimponować. Skończona racjonalistka. Idealna siostra, potrafi być opiekuńcza. Lubi być podziwiana.
6. Afrodyta – wykorzystuje swoją kobiecość jako niezawodną broń. Fascynująca, bardzo silna, bardzo seksualna. Bardzo inteligentna, o dużej intuicji. Dumna, władcza, przekonana o swojej wyższości. Bywa manipulatorska, niestała, szybko się nudzi. Nie lubi towarzystwa kobiet.
7. Persefona – bardzo mądra, bardzo słaba, bardzo wrażliwa. Całkowity odludek, ale jeśli się oswoi to potrafi być niezwykle lojalna. Zakochuje się rzadko, ale w stopniu ekstremalnym, dla ratowania ukochanego stawi czoła samemu piekłu. Trudne relacje z matką, idei siostrzeństwa nie rozumie. Bardzo twórcza, ale nie pokazuje nikomu swojej twórczości.
Na początku nie umiałam się znaleźć. Wszędzie mi coś nie pasowało. Na Demeter za mało lubię tradycje i rodzinę, a na Persefonę za mało jestem wylękniona. W końcu coś mnie trafiło i sobie to poukładałam: 33.3% Persefona ( moja niemiłosierna skłonność do mrocznych Hadesów i relacje z matką) 33.3% Demeter ( moje zakochanie w macierzyństwie i pierwotna radość z rodzenia i dawania) 33.3% Afrodyta ( zmienność, skłonność do flirtu i nowości). Jasne i wtedy się wszystko dospawało! Bogini o trzech twarzach – Persefona i Demeter w Jednym czyli Hekate. Megalityczna Hekate z Afrodytą jako ta trzecią. Poczułam się absolutnie usatysfakcjonowana trafnością porównania. Jestem wiedźmą, Heakate. Chędożonym megalitycznym kotem który nie wiadomo co robi w naszych czasach.
P jak PIEPRZONY REMONT. Już jakiś czas temu robiłam mega remont. I nie spodziewałam sie ze będzie aż tyle pracy. Ogromny pokój i kilka warstw farby klejowej pod tapetą. Do dziś mam ślady po odciskach. Wszystko robiliśmy sami z Kocurem i Aniołakiem. I byłam tak spracowana ze nie maiłam siły o tym na blogi pisać. Ściany są; ciemno czerwona, pomarańczowa, jasno zielona a sufit żółty. ( To wszystko w jednym pokoju) I chwała Indygo która jako pierwsza nie powiedziała „ Oooo, interesujące....” Tylko „ O, fajne”. Mówimy nie nudnym wnętrzom, mówimy nie nudnym książkom, mówimy nie nudnym facetom. (-;
A teraz P jak PÓŹNIEJ. Później popracuję. Później się będą martwić. Teraz idę na spacer z Nat. I będę myśleć o Kapitanie okrętu z Czerwonymi Żaglami. Ot co!
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Mity,
Osobowość wombacia,
Praca
środa, 27 czerwca 2007
Kolejna notka osobista, tak moja, że po raz kolejny się cieszę, że mają tu wstęp tylko najbliżsi.
Będzie o kochaniu.
Kocur mnie złości. Paskudnie mnie rani, tak że ściska mnie w żołądku i nie mam ochotę rozmawiać ani się godzić. Mam ochotę się zamknąć w sobie, odciąć i nic już nie czuć.
A potem złość sama przechodzi i jest tylko ciepło.
To chyba to o czym pisze w Krystynie córce Laveransa – miłość jedyna i głęboka i trudna. Raniąca czasem, ale taka która zawsze jest. W szczęściu i nieszczęściu. W tym co boli i cieszy. Stała i niezmienna.
Czasem Kocur mówi, że coś mu zarzucam, a za kilka minut mówię coś wręcz przeciwnego. Tylko, że ja mogę czuć gniew, który za chwilę się roztapia jak lód na gorącej patelni. I to co mówię w złości i to co mówię potem jest tak samo prawdą. Może dlatego dzisiaj nic nie mówiłam.
I tak jak Erlend syn Mikołaja jest życiem Krystyny, tak Kocur jest moim. Jest wszystkim. Nawet tym co nieprzyjemne i tym co boli. Jest.
I jest prawdziwy.
Będzie o kochaniu.
Kocur mnie złości. Paskudnie mnie rani, tak że ściska mnie w żołądku i nie mam ochotę rozmawiać ani się godzić. Mam ochotę się zamknąć w sobie, odciąć i nic już nie czuć.
A potem złość sama przechodzi i jest tylko ciepło.
To chyba to o czym pisze w Krystynie córce Laveransa – miłość jedyna i głęboka i trudna. Raniąca czasem, ale taka która zawsze jest. W szczęściu i nieszczęściu. W tym co boli i cieszy. Stała i niezmienna.
Czasem Kocur mówi, że coś mu zarzucam, a za kilka minut mówię coś wręcz przeciwnego. Tylko, że ja mogę czuć gniew, który za chwilę się roztapia jak lód na gorącej patelni. I to co mówię w złości i to co mówię potem jest tak samo prawdą. Może dlatego dzisiaj nic nie mówiłam.
I tak jak Erlend syn Mikołaja jest życiem Krystyny, tak Kocur jest moim. Jest wszystkim. Nawet tym co nieprzyjemne i tym co boli. Jest.
I jest prawdziwy.
sobota, 23 czerwca 2007
Nie wiem jeszcze jaką decyzję podejmę co do pracy – wczoraj się odezwali z Horyzontu i nie wykluczam że ratowanie świata sobie daruję i do nich wrócę. Jutro kończę ten nieszczęsny staż w Katowicach, jutro mam rozmowę w Horyzoncie. W środę mam rozmowę w domu samotnej matki w Zabrzu. Potem dwa miesiące na decyzję. Ale jakoś dziwnie mnie to nie stresuje.
Wakacje. To dobrze. Chcę już do wyjazdów. Do słońca.
I tylko mi żal że w tym roku chyba nie będzie Bieszczad i łemkowszyzny. To dziwne – jak jakaś kraina potrafi zapaść w serce tak że się za nią tak mocno tęskni. Za miejscami magicznymi. Za Lackową, Banicą, Komańczą, Wołosatem. I niech mi nikt nie mówi że to tylko góry. Że są tak podobne do Beskidu Żywieckiego czy inszych wzniesień. Nie wierzę po prostu. W takich sytuacjach pozostaje mi tylko wierzyć w ten mit „ magicznej aury” jaki znam z książek. Chodzi za mną od kilu dni Bukowina
„W Bukowinie zarośnięte echem lasy
W Bukowinie liść zieleni się i złoci
Śpiewa czasem banior ciemnym basem
I nie mogę znaleźć Bukowiny
I nie mogę znaleźć
Choć już szukam godzin krocie i dni krocie”
I drugiej rzeczy jakiej żałuję to że nie będzie żadnego festiwalu folkowego pod gołym niebem. Z kocurem i butelką piwa.
A poza tym zapowiada się dobrze. (-; Będzie i Jawornik z Nataliami dwiema i Wdzydze z Kocurem i Nat i zjazd Upiorowi i wyjazd w góry tylko z Kocurem.
Poza tym znowu się zanosi na pisanie. Raczej bajki, baśnie. Historie bulgoczą w mojej głowie jak różnokolorowe mikstury w kociołku.
Strzeż się Juano. Znowu mnie pojedynkiem kusisz…
CZYTAM: Krystyna Córka Lavransa - Undset
SŁUCHAM: Rokia Traore
JEST: Dobrze
Wakacje. To dobrze. Chcę już do wyjazdów. Do słońca.
I tylko mi żal że w tym roku chyba nie będzie Bieszczad i łemkowszyzny. To dziwne – jak jakaś kraina potrafi zapaść w serce tak że się za nią tak mocno tęskni. Za miejscami magicznymi. Za Lackową, Banicą, Komańczą, Wołosatem. I niech mi nikt nie mówi że to tylko góry. Że są tak podobne do Beskidu Żywieckiego czy inszych wzniesień. Nie wierzę po prostu. W takich sytuacjach pozostaje mi tylko wierzyć w ten mit „ magicznej aury” jaki znam z książek. Chodzi za mną od kilu dni Bukowina
„W Bukowinie zarośnięte echem lasy
W Bukowinie liść zieleni się i złoci
Śpiewa czasem banior ciemnym basem
I nie mogę znaleźć Bukowiny
I nie mogę znaleźć
Choć już szukam godzin krocie i dni krocie”
I drugiej rzeczy jakiej żałuję to że nie będzie żadnego festiwalu folkowego pod gołym niebem. Z kocurem i butelką piwa.
A poza tym zapowiada się dobrze. (-; Będzie i Jawornik z Nataliami dwiema i Wdzydze z Kocurem i Nat i zjazd Upiorowi i wyjazd w góry tylko z Kocurem.
Poza tym znowu się zanosi na pisanie. Raczej bajki, baśnie. Historie bulgoczą w mojej głowie jak różnokolorowe mikstury w kociołku.
Strzeż się Juano. Znowu mnie pojedynkiem kusisz…
CZYTAM: Krystyna Córka Lavransa - Undset
SŁUCHAM: Rokia Traore
JEST: Dobrze
Etykiety:
Bieszczady,
Codzienności wombacie
wtorek, 12 czerwca 2007
Zgubiłam się. Musze znowu kilak rzeczy przemyśleć, a może z kimś przegadać.
Chodzi o sprawy pracowe.
Chodzę ta ten wolontariat do Katowic – bo kazano tam robić straż. Byłam już w podobnym ośrodku półtorej roku, ale ok. I powiem że tak źle prowadzonego miejsca jak Gniazdo nie widziałam. Dzieciaki wszystko mogą, nic sobie nie robią z wychowawców, klną, nie mją żadnych norm. Jak dla mnie to nie jest socjoterapia tylko melina. Wychowawcy mają dość – nic nie mogą dzieciom powiedzieć i one dobrze o tym wiedzą. A jak się odwiedziłam zarobki za etat są około 600 zł.
Nie podoba mi się to miejsce. Nie wiem czy wytrzymam do końca czerwca tam. W Zabrzu ośrodek był prowadzony zupełnie inaczej – czyli można. I mam ochotę pozabijać dzieciaki choć wiem że to nie ich wina tylko durnego kierownictwa.
Dodatkowo szkoda mi czasu bez Natalii. Bo prawda jest taka ze kiedy z nią siedziałam miałam taki spokój w sobie i jakieś jasne uczucie ze robię to co robić powinnam. A teraz tego nie mam.
Tylko mam lat 27 i na coś by się trzeba zdecydować. Kiedy Nat skończy trzy latka chcę wrócić do pracy. I mam dwie opcje. Albo rzeczywiście zrezygnować z psychologii i wrócić do Horyzontu, bo to nie było złe miejsce. I mój wewnętrzny Slizgon lubił tą pracę. Nie była nudna. Rekrutacja wymagała kombinowania. I na dodatek zespół nie był głupi a zarobki tak upokarzająco niskie.
Albo się pchać w psychologię. Bo są dziadziny które mnie interesują. Muszę się jeszcze wiele nauczyć ale wiem że dam radę. Inna rzecz to czy wytrzymam tak durnie zarządzany ośrodek.
Mam ochotę odnowić kontakt z szefową ośrodku w Zabrzu – może ona mi coś poradzi o sytuacji na rynku pracy psychologów. I chciałabym żeby był już lipiec. Żeby wyjechać na tydzień z obiema Nataliami i kilka rzeczy sobie przemyśleć.
Głupio mi o tym mówić bo mam lat dużo a zawodowo w nic na prawdę nie wsiąknęłam. Cholera nawet studia wybrałam przypadkowo. Interesowało mnie kulturoznawstwo i antropologia kultury, ale to jakieś niekonkretne było więc krakowskim targiem ( bo humanistyczne proste i z perspektywami – buchchcaaa) wybrałam psychologię.
Chyba powinnam sobie odpuścić i jeszcze zostać z Nat.
Chyba powinnam wiedzieć kiedy w życiu zawrócić, nawet jeżeli jest to śmiesznie na początku drogi.
Chyba powinnam posłuchać kilku rad.
I bardzo dokładnie to sobie przemyśleć.
Chodzi o sprawy pracowe.
Chodzę ta ten wolontariat do Katowic – bo kazano tam robić straż. Byłam już w podobnym ośrodku półtorej roku, ale ok. I powiem że tak źle prowadzonego miejsca jak Gniazdo nie widziałam. Dzieciaki wszystko mogą, nic sobie nie robią z wychowawców, klną, nie mją żadnych norm. Jak dla mnie to nie jest socjoterapia tylko melina. Wychowawcy mają dość – nic nie mogą dzieciom powiedzieć i one dobrze o tym wiedzą. A jak się odwiedziłam zarobki za etat są około 600 zł.
Nie podoba mi się to miejsce. Nie wiem czy wytrzymam do końca czerwca tam. W Zabrzu ośrodek był prowadzony zupełnie inaczej – czyli można. I mam ochotę pozabijać dzieciaki choć wiem że to nie ich wina tylko durnego kierownictwa.
Dodatkowo szkoda mi czasu bez Natalii. Bo prawda jest taka ze kiedy z nią siedziałam miałam taki spokój w sobie i jakieś jasne uczucie ze robię to co robić powinnam. A teraz tego nie mam.
Tylko mam lat 27 i na coś by się trzeba zdecydować. Kiedy Nat skończy trzy latka chcę wrócić do pracy. I mam dwie opcje. Albo rzeczywiście zrezygnować z psychologii i wrócić do Horyzontu, bo to nie było złe miejsce. I mój wewnętrzny Slizgon lubił tą pracę. Nie była nudna. Rekrutacja wymagała kombinowania. I na dodatek zespół nie był głupi a zarobki tak upokarzająco niskie.
Albo się pchać w psychologię. Bo są dziadziny które mnie interesują. Muszę się jeszcze wiele nauczyć ale wiem że dam radę. Inna rzecz to czy wytrzymam tak durnie zarządzany ośrodek.
Mam ochotę odnowić kontakt z szefową ośrodku w Zabrzu – może ona mi coś poradzi o sytuacji na rynku pracy psychologów. I chciałabym żeby był już lipiec. Żeby wyjechać na tydzień z obiema Nataliami i kilka rzeczy sobie przemyśleć.
Głupio mi o tym mówić bo mam lat dużo a zawodowo w nic na prawdę nie wsiąknęłam. Cholera nawet studia wybrałam przypadkowo. Interesowało mnie kulturoznawstwo i antropologia kultury, ale to jakieś niekonkretne było więc krakowskim targiem ( bo humanistyczne proste i z perspektywami – buchchcaaa) wybrałam psychologię.
Chyba powinnam sobie odpuścić i jeszcze zostać z Nat.
Chyba powinnam wiedzieć kiedy w życiu zawrócić, nawet jeżeli jest to śmiesznie na początku drogi.
Chyba powinnam posłuchać kilku rad.
I bardzo dokładnie to sobie przemyśleć.
poniedziałek, 11 czerwca 2007
I po remoncie. Szczegółowe sprawozdanie obiecuję napisać jutro – bo dziś spieszę sie do Katowic. Powiem tylko tyle; jest ślicznie, ale urobiliśmy sie baaardzo. Nie wiedziałam że to będzie aż tyle pracy. Ufff. Dziękuję tym co pomagali. Ze szczególnym utuleniem Aniołaka.
Może tylko przytoczę kawał który strasznie mnie rozbawiał i który opowiedział wezwany na pomoc Demonek:
„ Siedzą na drzewie dwie krowy. Nagle przelatuje stado Hebli i jeden Hebel się pyta.
Którędy do Maroka?
W prawo – odpowiada krowa.
Za chwile leci drugie stado Hebli i znowu jedne się pyta.
Którędy do Maroka?
W lewo – mówi na to krowa.
Heble odleciały, a krowa się pyta towarzyszki.
Ty, czemu jednym kazałaś lecieć w prawo, a innym w lewo?
A na cholerę tyle Hebli w Maroku?”
Może i jest stary, ale ja nie znałam i strasznie mnie ubawił.
Z newsów mniej optymistycznych to trwa FC. O ile jestem bardzo zadowolona z mówienia to słuchanie bardzo mi nie poszło. Pokręciłam kilka rzeczy. Jak to powiedział Kocur „ Anisko woli komuś nagadać niż posłuchać” Ha. Coś w tym jest. Przede mna pisanie. I czytanie. Nie powinno być źle.
Może tylko przytoczę kawał który strasznie mnie rozbawiał i który opowiedział wezwany na pomoc Demonek:
„ Siedzą na drzewie dwie krowy. Nagle przelatuje stado Hebli i jeden Hebel się pyta.
Którędy do Maroka?
W prawo – odpowiada krowa.
Za chwile leci drugie stado Hebli i znowu jedne się pyta.
Którędy do Maroka?
W lewo – mówi na to krowa.
Heble odleciały, a krowa się pyta towarzyszki.
Ty, czemu jednym kazałaś lecieć w prawo, a innym w lewo?
A na cholerę tyle Hebli w Maroku?”
Może i jest stary, ale ja nie znałam i strasznie mnie ubawił.
Z newsów mniej optymistycznych to trwa FC. O ile jestem bardzo zadowolona z mówienia to słuchanie bardzo mi nie poszło. Pokręciłam kilka rzeczy. Jak to powiedział Kocur „ Anisko woli komuś nagadać niż posłuchać” Ha. Coś w tym jest. Przede mna pisanie. I czytanie. Nie powinno być źle.
środa, 23 maja 2007
Uffff. Nie tylko przez upały Ufff.
Zaczęłam ów wolontariat. W ośrodku w Zabrzu jest super i chociaż ciężko to mama nadzieję, że sobie dam radę i sie tam zadomowię. Niestety kazali mi zrobić staż w Katowickim ośrodku Gniazdo. Bardzo mi to nie pasuje, bo dojazdy koszmarne i godziny też niemiłe, ale ok. Byłam dziś na rozmowie. Dowiedziałam się co następuje: że nie jestem im potrzebna, bo wolontariusz to w zasadzie nic nie robi, a ono mają takich pod dostatkiem. Nic się nie nauczę, bo bym musiała przez dwa lata chodzić i codziennie. Ale jak chcę sobie pooglądać i tym w Zabrzu zależy to mogę sobie chodzić. Cudownie. Wspaniałe podejście. Najgorsze, że nie mam się z tego jak wykręcić, bo by było, że się nie chcę szkolić. Więc co najmniej przez miesiąc muszę tam pochodzić. Nie zapowiada się dobrze. Anisk czuje się potraktowany z buta.
Poza tym stwierdziłam że pani dyrektor jest osobą straszną. Od pierwszej chwili jakoś czułam, że się nie dogadamy, ale kiedy się odwiedziłam, że; ona ma jak ja mała córeczkę, i to że musiała z nią rok siedzieć w domu i było „ marnowaniem czasu i okresem wyjętym z życiorysu” to mnie zatkało.
Nie każdy musi lubić dzieci, ok. Ale dla psychologa dziecięcego takie doświadczenie to chyba najcenniejsza rzec jaka się może zdarzyć! Nie wiem dlaczego, ale bycie ze swoim młodym otwiera coś w Środku, uczy słuchania rozumienia, kochania. Daje bliskość. Daje pewność siebie i nieskończoną radość. Nie zamieniłabym jednego dnia z Nat na najwspanialsza posadę. Bo to wspólne bycie jest najlepszym co mi się w życiu przydarzyła. To jedna z tych pierwotnych umiejętności jaskiniowych, których nie trzeba się uczyć, a na które wystarczy się otworzyć. Tak jak kochania się, modlitwy. To jest i od tysięcy lat było w głowach mojego gatunku, a potem nagle się uruchamia i jest tylko szczęście.
A dziś się odwiedziłam że to zmarnowany czas. To co nie jest marnowaniem czasu? Hm
Zaczęłam ów wolontariat. W ośrodku w Zabrzu jest super i chociaż ciężko to mama nadzieję, że sobie dam radę i sie tam zadomowię. Niestety kazali mi zrobić staż w Katowickim ośrodku Gniazdo. Bardzo mi to nie pasuje, bo dojazdy koszmarne i godziny też niemiłe, ale ok. Byłam dziś na rozmowie. Dowiedziałam się co następuje: że nie jestem im potrzebna, bo wolontariusz to w zasadzie nic nie robi, a ono mają takich pod dostatkiem. Nic się nie nauczę, bo bym musiała przez dwa lata chodzić i codziennie. Ale jak chcę sobie pooglądać i tym w Zabrzu zależy to mogę sobie chodzić. Cudownie. Wspaniałe podejście. Najgorsze, że nie mam się z tego jak wykręcić, bo by było, że się nie chcę szkolić. Więc co najmniej przez miesiąc muszę tam pochodzić. Nie zapowiada się dobrze. Anisk czuje się potraktowany z buta.
Poza tym stwierdziłam że pani dyrektor jest osobą straszną. Od pierwszej chwili jakoś czułam, że się nie dogadamy, ale kiedy się odwiedziłam, że; ona ma jak ja mała córeczkę, i to że musiała z nią rok siedzieć w domu i było „ marnowaniem czasu i okresem wyjętym z życiorysu” to mnie zatkało.
Nie każdy musi lubić dzieci, ok. Ale dla psychologa dziecięcego takie doświadczenie to chyba najcenniejsza rzec jaka się może zdarzyć! Nie wiem dlaczego, ale bycie ze swoim młodym otwiera coś w Środku, uczy słuchania rozumienia, kochania. Daje bliskość. Daje pewność siebie i nieskończoną radość. Nie zamieniłabym jednego dnia z Nat na najwspanialsza posadę. Bo to wspólne bycie jest najlepszym co mi się w życiu przydarzyła. To jedna z tych pierwotnych umiejętności jaskiniowych, których nie trzeba się uczyć, a na które wystarczy się otworzyć. Tak jak kochania się, modlitwy. To jest i od tysięcy lat było w głowach mojego gatunku, a potem nagle się uruchamia i jest tylko szczęście.
A dziś się odwiedziłam że to zmarnowany czas. To co nie jest marnowaniem czasu? Hm
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
niedziela, 13 maja 2007
Jago, ty skurwysynu. Czyli kot wielbi sztukę.
Piszę, jak to się mówi, drżącymi rękoma. Drżącymi z wrażenia i podniecenia po tym co mnie spotkało. Mianowicie zostałam zabrana na przedstawienie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy, na Otella. Reżyserem jest kuzyn Kocura to poszliśmy więc szkoda nie zobaczyć jak jest okazja.
To było coś niesamowitego, oszałamiającego i wspaniałego. Pod względem reżyserii, gry aktorskiej, muzyki i scenografii. Chyba najlepsza adaptacja Szekspira – i najlepszy spektakl jaki widziałam. ( Zdeklasował dzierżącego palmę pierwszeństwa Prawiek i Dybuka Towarzystwa Wierszalin).
Gra Otella boska. W tej sekundzie kiedy uświadomił sobie jak bardzo dał się zrobić w konia, było mi go tak żal, że aż zaciskało za serce. Ale na uwagę zasługuje tez Jagon. Bo nie jest tu demonicznym potworem, tylko zwykłym małym sukinsynem, sfrustrowanym gnojkiem, którego pominięto w awansie. I nie ma on misternego planu, ale sączy swój jad ot tak od niechcenia. Oj mocne to.
I wielbię Szekspira za prostotę. Za te najprostsze emocje; miłość, nienawiść, zazdrość, honor, zawiść, gniew. Wszystko tak uniwersalne i genialne.
Nie umiem opisać – to trzeba zobaczyć. Ależ cudowania odmiana po „tym” co ostatnio czytałam. Ale nie chcę się na ten temat spierać z osobami, które lubię i szanuję. Chyba jednak potrzebuję czarodziei pióra. Oj tak.
To było coś niesamowitego, oszałamiającego i wspaniałego. Pod względem reżyserii, gry aktorskiej, muzyki i scenografii. Chyba najlepsza adaptacja Szekspira – i najlepszy spektakl jaki widziałam. ( Zdeklasował dzierżącego palmę pierwszeństwa Prawiek i Dybuka Towarzystwa Wierszalin).
Gra Otella boska. W tej sekundzie kiedy uświadomił sobie jak bardzo dał się zrobić w konia, było mi go tak żal, że aż zaciskało za serce. Ale na uwagę zasługuje tez Jagon. Bo nie jest tu demonicznym potworem, tylko zwykłym małym sukinsynem, sfrustrowanym gnojkiem, którego pominięto w awansie. I nie ma on misternego planu, ale sączy swój jad ot tak od niechcenia. Oj mocne to.
I wielbię Szekspira za prostotę. Za te najprostsze emocje; miłość, nienawiść, zazdrość, honor, zawiść, gniew. Wszystko tak uniwersalne i genialne.
Nie umiem opisać – to trzeba zobaczyć. Ależ cudowania odmiana po „tym” co ostatnio czytałam. Ale nie chcę się na ten temat spierać z osobami, które lubię i szanuję. Chyba jednak potrzebuję czarodziei pióra. Oj tak.
piątek, 11 maja 2007
Czytam Jelinek. Na początku wciągnęło. Teraz stoję i chyba nie skończę.
To jest tak ponuro wstrząsające, gorzkie w 1000% że aż groteskowe i nudne. Co za dużo to nawet świnie nie zjedzą. Poza tym na Merlina; ja wiem to ma wstrząsać i szokować; ale jak sobie przypomnę co ja miałam w domu i co miało kilku moich bliskich, to mam ochotę ziewnąć i się kazać Jedlinek schować. Postacie są boleśnie jednowymiarowe. Może to jest inny wymiar niż w telenowelach, ale głębia jest ta sama. Gdzie tam do Atwood i Nabokova.
Jelinek jest tak poruszająca, jak czeskie porno podniecające. Tam niby się pieprzą. Tylko czegoś kurna brakuje.
To jest tak ponuro wstrząsające, gorzkie w 1000% że aż groteskowe i nudne. Co za dużo to nawet świnie nie zjedzą. Poza tym na Merlina; ja wiem to ma wstrząsać i szokować; ale jak sobie przypomnę co ja miałam w domu i co miało kilku moich bliskich, to mam ochotę ziewnąć i się kazać Jedlinek schować. Postacie są boleśnie jednowymiarowe. Może to jest inny wymiar niż w telenowelach, ale głębia jest ta sama. Gdzie tam do Atwood i Nabokova.
Jelinek jest tak poruszająca, jak czeskie porno podniecające. Tam niby się pieprzą. Tylko czegoś kurna brakuje.
czwartek, 10 maja 2007
Poglądy bez czynów są martwe.
Sprzeciw bez działania jest hipokryzją.
Więc…
Zaczynam od czwartku wolontariat popołudniami w Domu Samotnej Matki w schronisku im. Brata Alberta. I szkolenie w Katowickim Gnieździe.
Boję się jak cholera.
- jak zniosę rozstania z Natalsiem
- jak dam radę czasowo
- jak rodzice i Przem dadzą radę z Nat
- jak dam radę emocjonalnie, czy się nie wygłupię
Ale kto nie ryzykuje ten w kozie nie siedzi. Zatem w czwartek zaczynamy. Hough.
Sprzeciw bez działania jest hipokryzją.
Więc…
Zaczynam od czwartku wolontariat popołudniami w Domu Samotnej Matki w schronisku im. Brata Alberta. I szkolenie w Katowickim Gnieździe.
Boję się jak cholera.
- jak zniosę rozstania z Natalsiem
- jak dam radę czasowo
- jak rodzice i Przem dadzą radę z Nat
- jak dam radę emocjonalnie, czy się nie wygłupię
Ale kto nie ryzykuje ten w kozie nie siedzi. Zatem w czwartek zaczynamy. Hough.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
wtorek, 8 maja 2007
Boże jak mi smutno. Nie rozumiem tego świata. Przeczytałam właśnie o tym co spotkało trzy Nigeryjki w Polsce – http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,4114005.html
Ludzka podłość nie ma granic.
Wytłumaczcie mi czemu UE twierdzi że łamaniem praw człowieka jest zakaz parady gejów ( przeciwko której swoją drogą nic nie mam) – a nic nie robi się z tym? Nie wiem czemu to mnie boli, ale ściska w środku tak że oj. Dziewczyna ma dopiero 22 lata. Czasami chciałabym być jak Hrabia Monte Christo. Mieć tą czarodziejką władzę naprawiania krzywd i karania winnych.
I ten obłędny zapach ziemi po deszczu wiosną jaki dziś jest w powietrzu mnie nie pocieszy.
Słucham muzyki z filmów Almodovara. Czytam Majgull Axelsson . Kota dziś nie szyje bo wyjdzie smutny.
PS Takie historie sprawiają, ze chce się robić i widzieć więcej dobra. Tulę mocno Natalisa. Boże chroń ją od zobojętnienia.
Dziwny jest dzisiaj dzień. Jakoś mocniej wszystko odbieram. Zapachy, kolory, błękit nieba i przytłaczający grafit chmur. Zapach bzów i martwego kota przy drodze. I napęczniałe ciężkie kwiaty kasztanów. Czułam się prawie jak pies na spacerze – nie myślałam tylko odbierałam bodźce i w głowie mi się od nich kręciło. Dziś po raz pierwszy byłam za spacerze z Nat na cmentarzu. Przełamałam coś w sobie żeby wejść. Długo, długo nie mogłam znaleźć grobu babci, który normalnie znajduję od razu. Dopiero kiedy powiedziałam na głos „ no co się chowasz, obraziłaś się?” - to od razu znalazłam.
Ludzka podłość nie ma granic.
Wytłumaczcie mi czemu UE twierdzi że łamaniem praw człowieka jest zakaz parady gejów ( przeciwko której swoją drogą nic nie mam) – a nic nie robi się z tym? Nie wiem czemu to mnie boli, ale ściska w środku tak że oj. Dziewczyna ma dopiero 22 lata. Czasami chciałabym być jak Hrabia Monte Christo. Mieć tą czarodziejką władzę naprawiania krzywd i karania winnych.
I ten obłędny zapach ziemi po deszczu wiosną jaki dziś jest w powietrzu mnie nie pocieszy.
Słucham muzyki z filmów Almodovara. Czytam Majgull Axelsson . Kota dziś nie szyje bo wyjdzie smutny.
PS Takie historie sprawiają, ze chce się robić i widzieć więcej dobra. Tulę mocno Natalisa. Boże chroń ją od zobojętnienia.
Dziwny jest dzisiaj dzień. Jakoś mocniej wszystko odbieram. Zapachy, kolory, błękit nieba i przytłaczający grafit chmur. Zapach bzów i martwego kota przy drodze. I napęczniałe ciężkie kwiaty kasztanów. Czułam się prawie jak pies na spacerze – nie myślałam tylko odbierałam bodźce i w głowie mi się od nich kręciło. Dziś po raz pierwszy byłam za spacerze z Nat na cmentarzu. Przełamałam coś w sobie żeby wejść. Długo, długo nie mogłam znaleźć grobu babci, który normalnie znajduję od razu. Dopiero kiedy powiedziałam na głos „ no co się chowasz, obraziłaś się?” - to od razu znalazłam.
środa, 2 maja 2007
Spędziłam dziś nawet dość miły dzień w Krakowie. A wczoraj miałam ważną rozmowę z demonkiem. I dochodzę do kilku wniosków o mojej osobie.
Jestem makabrycznym introwertykiem.
Doskonale maskuje introwertyzm ogromnym pozerstwem, egocentryzmem i pewnością siebie.
Mam kłopoty z angażowaniem się w relacje.
Właściwie jedyne osoby, na których mi zależy i z którymi czuję się bezwzględnie dobrze to: Natalia na pewno i być może Kocur.
Jestem odrobinę socjopatyczna.
Ale to nie zmienia faktu że jest mi normalnie – po ludzku, po puchońsku – przykro za to co powiedziałam Aniołakowi. Boje się czy moje gęba jakoś naszych relacji nie zniszczy. Bo ja bliskość latami zdobywam. A swoją drogą osobę na którą tak nagadywałam – bardzo lubię i szanuję.
Po raz setny; przepraszam. Gryzie mnie to.
Jestem makabrycznym introwertykiem.
Doskonale maskuje introwertyzm ogromnym pozerstwem, egocentryzmem i pewnością siebie.
Mam kłopoty z angażowaniem się w relacje.
Właściwie jedyne osoby, na których mi zależy i z którymi czuję się bezwzględnie dobrze to: Natalia na pewno i być może Kocur.
Jestem odrobinę socjopatyczna.
Ale to nie zmienia faktu że jest mi normalnie – po ludzku, po puchońsku – przykro za to co powiedziałam Aniołakowi. Boje się czy moje gęba jakoś naszych relacji nie zniszczy. Bo ja bliskość latami zdobywam. A swoją drogą osobę na którą tak nagadywałam – bardzo lubię i szanuję.
Po raz setny; przepraszam. Gryzie mnie to.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Osobowość wombacia
sobota, 21 kwietnia 2007
Sytuacja na placu boju:
Natalis – je jak smok i na oko zdrów.
Ja – Od niedzieli nic nie jadłam, brzuch pobolewa, ale chodzę
Kocur – rozłożony zupełnie, porusza małym palcem i oddycha, innych czynności nie stwierdzono. Klops.
Natalis – je jak smok i na oko zdrów.
Ja – Od niedzieli nic nie jadłam, brzuch pobolewa, ale chodzę
Kocur – rozłożony zupełnie, porusza małym palcem i oddycha, innych czynności nie stwierdzono. Klops.
czwartek, 19 kwietnia 2007
Notka spóźniona. Dlaczego, wyjaśnię dalej. Opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. Prawdziwy horror o polskich szpitalach i małym Natlisie.
Zaczęło się w niedzielę. Zbieraliśmy się do Natalii na grilla, aż tu mała Nat zaczęła obficie zwracać zupkę na dywan. Myślę, nic. Odpocznie pojedziemy. A ona nawet herbatkę zwraca. O 18 była już tak odwodniona i ledwie zipiała, że wymyśliłam, że jedziemy do lekarza. Na pogotowiu kazali jechać do szpitala. To pojechałam.
W rejestracji pierwsza bariera. „Czy państwo byli z tym najpierw w przychodni?” „ Nie, proszę pani. Dziecko jest odwodnione i pada, na pogotowi kazali do szpitala jechać to jestem. Czy mała ma się zwymiotować na kartę rejestracji, żeby udowodnić swój stan?” Babka pokwękała, ale zawołała lekarza. Istotnie stan Nat był niewesoły i nas przyjeli do szpitala.
Placówka jest oficjalnie przyjazna dziecku. Mama może być ze szkrabem całą dobę. Super. Jak weszłam do Sali to myślałam, że pomyliłam budynki ( obok znajduje się areszt i prokuratura) Ciasna sala z małymi, zakratowanymi oknami, podzielona na trzy ciasne boksy obite blachą, w każdym boksie dwa łóżeczka metalowe i taboret. Więzienie. Pierwszego dnia byłam tak zajęta stanem Natalia ze machnęłam na to ręką. Podłączono jej dwie kroplowy, a ja noc przekimałam na taborecie i w maleńkim łóżeczku Nat. ( dobrze jest mieć 160 cm)
Rano wstałam ledwie żywa. Przyszedł lekarz i stwierdził, że zasadniczo nie wiadomo co małej jest, chyba to jakiś wirus i że nie prędko wyjdzie. Kazano pobrać mocz – niestety dano woreczek dla chłopców – do którego NIE DA się porać dziewczynkom. Jak popołudniu wyskoczyłam do apteki i sama taki kupiłam to się okazało, że laboratorium nieczynne. Pobrano dnia następnego, ale kogo to obchodzi.
Natalia wyglądała kapkę lepiej, ale dalej nie jadła. I nie było w tym nic dziwnego, bo jedzenie było wstrętne. Dostała też biegunki i jako żywo nie wiem czy od wirusa czy od brudu, który tam był okrutny. Salowa sprzątała całą salę za jednym zamoczeniem mopa. Jak butelka ze zmoczkiem spadała na podłogę to ją podnosiły pielęgniarki i dawały dzieciom. Nie dało się zrobić swojej herbaty, a ta którą dawali była wstrętna i pływały w niej podejrzane fafrochy. Nie da się wypłukać butelki wrzątkiem. W nocy panowała nieludzka duchota ( 8 dzieci + 6 mam) a okna nie otworzysz bo zimno a uchylić się nie da. W ubikacji śmierdzi tak, że na żadnym dworcu tak nie cuchnęło jak pamiętam. Wykąpać dziecka nie można – a biegunka Drugiego dnia czułyśmy się z Natlisem gorzej. Syf, kiła i mogiła.
Większość mam w pokorze to znosiła. Właściwie buntowałam się ja i druga mama cyganka. Notabene umarł mit obdartych cyganów – dawno nie widziałam, żeby ktoś tak dbał o dziecko. Chodziła w spódnicy, szpilkach i warkoczu, a dziecko wypieszczone, szczęśliwe i zadbane. A że ja lubię wszelakie mniejszości etniczne to się szybko skumplowałyśmy.
Inną rzeczą były tematy rozmów na Sali. Był tylko jeden problem „ Kiedy do domu puszczą”. Czułam się jak w więzieniu, w którym siedzi się bez wyroku i zwolnić może za dobre sprawowanie tylko wyrok wszechmocnego ordynatora. Drugiego dnia powiedziano mi że posiedzimy tu tydzień co najmniej i się wkurzyłam.
Drugiej nocy dalej dosypiałam w łóżeczku z Nat ( robiłam tak tylko ja i mama cyganka – reszta pokornie na podłodze) i nad ranem przyłazi oddziałowa i drze mordę tak, że mi dziecko budzi.
- Ty, mama, a to łóżko to nie dla dorosłych.
Ja wkurzona. – Wiem. A powinno tu być jakieś dla rodziców, ale jak pani zauważyła nie ma. A szkoda.
Oddziałowa fuka. – Jak się zepsuje to będzie pani odkupywać!
- Nie, bo takiego szmelcu już nigdzie nie kupię.
( na Sali cisza i przerażenia)
Oddziałowa już zła. Ja takoż, Natalia płacze.
- Proszę zejść z tego łóżka.
- Proszę mnie pocałować w dupę.
Na Sali cisza i tylko cygana pokazała z łóżeczka swojej małej wyciągnięty na wprost środkowy palec. Oddziałowa wyszła trzaskając drzwiami.
Tego już mi było za wiele. Po tej awanturze mała nie umiała już spać i na dodatek kroplówka przestała lecieć bo zepsuł się wenflon. Na szczęcie już od pierwszej nocy nie wymiotowała i zaczęła pić. Rano przyszła lekarka i bada i nic nie mówi.
- Co jest mojemu dziecku?
- A zapalenie.
Ja wkurzona.
- A czego? Palca, wyrostka czy głowy?
Lekarz prychnął ale nie umiał mi nic powiedzieć. W dodatku coś mówił, że jak ma biegunkę i nie je to prędko nie wypiszą. Nie znał też aktualnych badań. Tego było dla aniska za dużo.
Wyszłam z Sali i poprosiłam o wypis na własne żądanie. Wyszłam w asyście obrażonych spojrzeń personelu i przerażonych rodziców ( to tak można, odejść na własne żądanie?). Wyszłam z dzieckiem zmęczonym przerażonym i wglądającym gorzej jak na początku.
A w domu biegunka przeszła jak ręką odjął. Wyspała się, najadła i biega radosna. Jeszcze jest zmęczona, ale widać, że już zdrowa. Gorzej ja. Okazało się że przez cztery dni zupełnie nic nie jadłam i spałam kilka godzin i się stresowałam. Dodatkowo przebywałam wśród brudu i wirusów. Efekt? Skrajne wyczerpanie, wymioty, bóle mięśni i głowy, na żołądku wrzody głodowe i odwodnienie. Dziś trzeci dzień i mogę już sierdzić w pionie i pisać do was. Ale dalej nie jest dobrze. Dalej nie umiem jeść i jak wstaje to wiedzę mroczki przed oczami. Ale widzę też, że moja córeczka jest zdrowsza. I to dodaje mi sił.
Pozdrawiam. Na pohybel służbie zdrowia!
PS. A to klinika Akademii Medycznej była. Ha.
Zaczęło się w niedzielę. Zbieraliśmy się do Natalii na grilla, aż tu mała Nat zaczęła obficie zwracać zupkę na dywan. Myślę, nic. Odpocznie pojedziemy. A ona nawet herbatkę zwraca. O 18 była już tak odwodniona i ledwie zipiała, że wymyśliłam, że jedziemy do lekarza. Na pogotowiu kazali jechać do szpitala. To pojechałam.
W rejestracji pierwsza bariera. „Czy państwo byli z tym najpierw w przychodni?” „ Nie, proszę pani. Dziecko jest odwodnione i pada, na pogotowi kazali do szpitala jechać to jestem. Czy mała ma się zwymiotować na kartę rejestracji, żeby udowodnić swój stan?” Babka pokwękała, ale zawołała lekarza. Istotnie stan Nat był niewesoły i nas przyjeli do szpitala.
Placówka jest oficjalnie przyjazna dziecku. Mama może być ze szkrabem całą dobę. Super. Jak weszłam do Sali to myślałam, że pomyliłam budynki ( obok znajduje się areszt i prokuratura) Ciasna sala z małymi, zakratowanymi oknami, podzielona na trzy ciasne boksy obite blachą, w każdym boksie dwa łóżeczka metalowe i taboret. Więzienie. Pierwszego dnia byłam tak zajęta stanem Natalia ze machnęłam na to ręką. Podłączono jej dwie kroplowy, a ja noc przekimałam na taborecie i w maleńkim łóżeczku Nat. ( dobrze jest mieć 160 cm)
Rano wstałam ledwie żywa. Przyszedł lekarz i stwierdził, że zasadniczo nie wiadomo co małej jest, chyba to jakiś wirus i że nie prędko wyjdzie. Kazano pobrać mocz – niestety dano woreczek dla chłopców – do którego NIE DA się porać dziewczynkom. Jak popołudniu wyskoczyłam do apteki i sama taki kupiłam to się okazało, że laboratorium nieczynne. Pobrano dnia następnego, ale kogo to obchodzi.
Natalia wyglądała kapkę lepiej, ale dalej nie jadła. I nie było w tym nic dziwnego, bo jedzenie było wstrętne. Dostała też biegunki i jako żywo nie wiem czy od wirusa czy od brudu, który tam był okrutny. Salowa sprzątała całą salę za jednym zamoczeniem mopa. Jak butelka ze zmoczkiem spadała na podłogę to ją podnosiły pielęgniarki i dawały dzieciom. Nie dało się zrobić swojej herbaty, a ta którą dawali była wstrętna i pływały w niej podejrzane fafrochy. Nie da się wypłukać butelki wrzątkiem. W nocy panowała nieludzka duchota ( 8 dzieci + 6 mam) a okna nie otworzysz bo zimno a uchylić się nie da. W ubikacji śmierdzi tak, że na żadnym dworcu tak nie cuchnęło jak pamiętam. Wykąpać dziecka nie można – a biegunka Drugiego dnia czułyśmy się z Natlisem gorzej. Syf, kiła i mogiła.
Większość mam w pokorze to znosiła. Właściwie buntowałam się ja i druga mama cyganka. Notabene umarł mit obdartych cyganów – dawno nie widziałam, żeby ktoś tak dbał o dziecko. Chodziła w spódnicy, szpilkach i warkoczu, a dziecko wypieszczone, szczęśliwe i zadbane. A że ja lubię wszelakie mniejszości etniczne to się szybko skumplowałyśmy.
Inną rzeczą były tematy rozmów na Sali. Był tylko jeden problem „ Kiedy do domu puszczą”. Czułam się jak w więzieniu, w którym siedzi się bez wyroku i zwolnić może za dobre sprawowanie tylko wyrok wszechmocnego ordynatora. Drugiego dnia powiedziano mi że posiedzimy tu tydzień co najmniej i się wkurzyłam.
Drugiej nocy dalej dosypiałam w łóżeczku z Nat ( robiłam tak tylko ja i mama cyganka – reszta pokornie na podłodze) i nad ranem przyłazi oddziałowa i drze mordę tak, że mi dziecko budzi.
- Ty, mama, a to łóżko to nie dla dorosłych.
Ja wkurzona. – Wiem. A powinno tu być jakieś dla rodziców, ale jak pani zauważyła nie ma. A szkoda.
Oddziałowa fuka. – Jak się zepsuje to będzie pani odkupywać!
- Nie, bo takiego szmelcu już nigdzie nie kupię.
( na Sali cisza i przerażenia)
Oddziałowa już zła. Ja takoż, Natalia płacze.
- Proszę zejść z tego łóżka.
- Proszę mnie pocałować w dupę.
Na Sali cisza i tylko cygana pokazała z łóżeczka swojej małej wyciągnięty na wprost środkowy palec. Oddziałowa wyszła trzaskając drzwiami.
Tego już mi było za wiele. Po tej awanturze mała nie umiała już spać i na dodatek kroplówka przestała lecieć bo zepsuł się wenflon. Na szczęcie już od pierwszej nocy nie wymiotowała i zaczęła pić. Rano przyszła lekarka i bada i nic nie mówi.
- Co jest mojemu dziecku?
- A zapalenie.
Ja wkurzona.
- A czego? Palca, wyrostka czy głowy?
Lekarz prychnął ale nie umiał mi nic powiedzieć. W dodatku coś mówił, że jak ma biegunkę i nie je to prędko nie wypiszą. Nie znał też aktualnych badań. Tego było dla aniska za dużo.
Wyszłam z Sali i poprosiłam o wypis na własne żądanie. Wyszłam w asyście obrażonych spojrzeń personelu i przerażonych rodziców ( to tak można, odejść na własne żądanie?). Wyszłam z dzieckiem zmęczonym przerażonym i wglądającym gorzej jak na początku.
A w domu biegunka przeszła jak ręką odjął. Wyspała się, najadła i biega radosna. Jeszcze jest zmęczona, ale widać, że już zdrowa. Gorzej ja. Okazało się że przez cztery dni zupełnie nic nie jadłam i spałam kilka godzin i się stresowałam. Dodatkowo przebywałam wśród brudu i wirusów. Efekt? Skrajne wyczerpanie, wymioty, bóle mięśni i głowy, na żołądku wrzody głodowe i odwodnienie. Dziś trzeci dzień i mogę już sierdzić w pionie i pisać do was. Ale dalej nie jest dobrze. Dalej nie umiem jeść i jak wstaje to wiedzę mroczki przed oczami. Ale widzę też, że moja córeczka jest zdrowsza. I to dodaje mi sił.
Pozdrawiam. Na pohybel służbie zdrowia!
PS. A to klinika Akademii Medycznej była. Ha.
poniedziałek, 9 kwietnia 2007
I się święta skończyły. Całe szczęcie. O ile Wielki Czwartek, Piątek i Sobota były bardzo miłe i ciepłe – pełne modlitwy, ciepłej atmosfery z Kocurem i miłego krzątania się ( wyszło mi ciasto drożdżowe!), to po Rezurekcji Święta by się mogły skończyć.
Wizyty rodzinne są dla mnie stresujące, nieprzyjemnie i irytujące. W różnym stopniu drażni i irytuje mnie rodzina Kocura co moja. Każda jest na swój sposób durna że boli. I w każdej czuję się tak samo obco.
Kiedy byłam mała moja ciotka mi powtarzała ze po porodzie mnie podrzuciła jakaś ukraińska położna – i teraz ich dzieciątko cierpi u chacharstwa a durny bachor ( czyli ja) u nich ma się dobrze. Historia jak się potem okazało była wyssana z palca, ale ma ironiczne zakończenie. Nie mogę się pozbyć wrażenia braku korzeni. Zerowych związków emocjonalnych z własną rodziną. I olbrzymiej tęsknoty do Rodziny której nie mam i mieć nigdy nie będę. Taką którą gdzieś w środku w tajemnicy sobie wymyślam. Jak każda zła rzecz ta też ma jakieś swoje pozytywy. Jako osoba bez korzeni strasznie łatwo się adaptuję. W nowym środowisku, domu, kraju, kulturze – po kilku minutach czuję się jak u siebie. A że są to relacje często powierzchowne i tak często się z nich wycofuję równie łatwo jak w nie wchodzę.
Muszę sobie kiedyś z tym poradzić. Tylko ni cholery nie wiem jak.
Dobrze koniec marudzenia. Zabieram się do Pisania. Za długo nie pisałam. Nie powiem czego, pokaże jak będzie. Jest we mnie tyle goryczy, że trzeba korzystać. (-;
Wizyty rodzinne są dla mnie stresujące, nieprzyjemnie i irytujące. W różnym stopniu drażni i irytuje mnie rodzina Kocura co moja. Każda jest na swój sposób durna że boli. I w każdej czuję się tak samo obco.
Kiedy byłam mała moja ciotka mi powtarzała ze po porodzie mnie podrzuciła jakaś ukraińska położna – i teraz ich dzieciątko cierpi u chacharstwa a durny bachor ( czyli ja) u nich ma się dobrze. Historia jak się potem okazało była wyssana z palca, ale ma ironiczne zakończenie. Nie mogę się pozbyć wrażenia braku korzeni. Zerowych związków emocjonalnych z własną rodziną. I olbrzymiej tęsknoty do Rodziny której nie mam i mieć nigdy nie będę. Taką którą gdzieś w środku w tajemnicy sobie wymyślam. Jak każda zła rzecz ta też ma jakieś swoje pozytywy. Jako osoba bez korzeni strasznie łatwo się adaptuję. W nowym środowisku, domu, kraju, kulturze – po kilku minutach czuję się jak u siebie. A że są to relacje często powierzchowne i tak często się z nich wycofuję równie łatwo jak w nie wchodzę.
Muszę sobie kiedyś z tym poradzić. Tylko ni cholery nie wiem jak.
Dobrze koniec marudzenia. Zabieram się do Pisania. Za długo nie pisałam. Nie powiem czego, pokaże jak będzie. Jest we mnie tyle goryczy, że trzeba korzystać. (-;
środa, 4 kwietnia 2007
Dzięki uprzejmości obywatelki Hes w ostatni weekend wybrałam się do Karkowa na Misterium Pasyjnym w wykonaniu seminarzystów od Salezjan. Jestem pod ogromnym wrażeniem gry aktorskiej i uważam ze jak na przyszłych księży to są stanowczo za przystojni (-;
Ale ja dziś nie o tym; w czasie wyjazdu zdarzyła mi się sytuacja nad którą nie wiem czy się śmiać czy płakać. Mianowicie przed Krakowem byliśmy w Licheniu i tak sobie pomyślałam ze ot stoi wolny konfesjonał – to Se pójdę do spowiedzi. Trza kilka rzeczy uregulować z Górą.
Idę. Klękam. Mówię. A tu – stop. Pytanie.
- panienka, mężatka?
- mężatka – dopowiadam speszona
- ślub kościelny?
- jest…
- dzieciątko?
- jest….
- chrzczone…
- tak, ale…
- kontynuować
Lekko zbita z tropu konturuje z długą listą tego co uważam, ze miałam w życiu robione nie tak. I tak doszłam do postu. Mówię, że jestem wege i mięska wcale nie jem, ale postów czasem nie zachowywałam, bo mogłam sobie odmawiać np słodyczy a tego nie robiłam. I tu konsternacja.
- To znaczy jadła mięso?
- nie jadłam, bo nigdy nie jem, ale…
- to post zachowała?
- no nie zachowała, bo mogła sobie czekolady odmówić…
- czyli jednak było mięso?
- nie było, ale…
- to znaczy post zachowany, kontynuować…
Nie powiem. Zdziwiłam się. Ale ci ja będę się rzucać. To pośrednik jest, a Góra i tak wiedziała o co mi biegało. Choć ręce opadają czasami.
Na fali przygotowań do Wielkiej Nocy jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze to miałam okazję doświadczyć prawdziwie chrześcijańskiego miłosierdzia. Zimno w tym Krakowie było jak w psiarni i wiało. A ja dostałam ciepłego polara. Jasne milej dawać jak brać, ale jak się dostało kiedy się bardzo potrzebowało i może ktoś inny marzł, to dobrze wiedzieć, ze tacy ludzie są. Dziękuję – może nie jestem chora przez ciebie.
A druga sprawa to polecam fajne rekolekcje na http://www.beczka.krakow.dominikanie.pl/ w Audio do zciągnięcia. Warto.
To co? Dobrego przygotowania do Zmartwychwstania życzę. I udanych wypieków takoż.
Ale ja dziś nie o tym; w czasie wyjazdu zdarzyła mi się sytuacja nad którą nie wiem czy się śmiać czy płakać. Mianowicie przed Krakowem byliśmy w Licheniu i tak sobie pomyślałam ze ot stoi wolny konfesjonał – to Se pójdę do spowiedzi. Trza kilka rzeczy uregulować z Górą.
Idę. Klękam. Mówię. A tu – stop. Pytanie.
- panienka, mężatka?
- mężatka – dopowiadam speszona
- ślub kościelny?
- jest…
- dzieciątko?
- jest….
- chrzczone…
- tak, ale…
- kontynuować
Lekko zbita z tropu konturuje z długą listą tego co uważam, ze miałam w życiu robione nie tak. I tak doszłam do postu. Mówię, że jestem wege i mięska wcale nie jem, ale postów czasem nie zachowywałam, bo mogłam sobie odmawiać np słodyczy a tego nie robiłam. I tu konsternacja.
- To znaczy jadła mięso?
- nie jadłam, bo nigdy nie jem, ale…
- to post zachowała?
- no nie zachowała, bo mogła sobie czekolady odmówić…
- czyli jednak było mięso?
- nie było, ale…
- to znaczy post zachowany, kontynuować…
Nie powiem. Zdziwiłam się. Ale ci ja będę się rzucać. To pośrednik jest, a Góra i tak wiedziała o co mi biegało. Choć ręce opadają czasami.
Na fali przygotowań do Wielkiej Nocy jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze to miałam okazję doświadczyć prawdziwie chrześcijańskiego miłosierdzia. Zimno w tym Krakowie było jak w psiarni i wiało. A ja dostałam ciepłego polara. Jasne milej dawać jak brać, ale jak się dostało kiedy się bardzo potrzebowało i może ktoś inny marzł, to dobrze wiedzieć, ze tacy ludzie są. Dziękuję – może nie jestem chora przez ciebie.
A druga sprawa to polecam fajne rekolekcje na http://www.beczka.krakow.dominikanie.pl/ w Audio do zciągnięcia. Warto.
To co? Dobrego przygotowania do Zmartwychwstania życzę. I udanych wypieków takoż.
piątek, 23 marca 2007
Zazwyczaj unikam zabaw blogowych. Zazwyczaj. Tym razem się skusiłam; podpatrzone od Hesperydy.
Pięć faktów o mnie:
1 Jestem mamą i dobrze mi z tym. Bycie mamą jest fajne.
2 W szkole podstawowej miałam kłopoty z adaptacją wśród rówieśników, powstał nawet „klub przeciwników Anki” z legitymacjami. Ha. A wtedy mnie to nie bawiło.
3 Trzy lata temu, mieszkając w Afryce zostawałam tam część duszy. Od tego czasu tęsknię tam.
4 Jestem impulsywna, najpierw robie potem myślę, mam niepokojąco duże zapotrzebowanie na nowe bodźce, przez co czasem ładuje się w kłopoty.
5 Mam wielkie ciągoty do mrocznych złych sukinsynów w wersji literackiej lub filmowej. Osobnik taki powinien być; mroczny, niezrozumiany, nieszczęśliwy, samotny i zły. Dobrze by było jakby powiewał pelerynką, maska też mile widziana. Moja prywata lista mrocznych sukinsynów: V, Upiór ( z wersji 1990), Vader, Severus Snape, Heatclife. Ach. Nazywam to potrzebą myziania niedomyzianuch. (-;
Pięć faktów o moim wyglądzie w tej chwili:
1Zielone sztruksy mam ufafrane zupką – sprawka Nat
2 Włosy lekko rudy odcień – henna tydzień temu, ładnie wyszło
3Na aparacie gumeczki z kolorach zielonym, żółtym i czerwonym
4 Makijażu brak, lekkie perfumy cynamonowe
5 skarpetki oliwkowe zielone
Pięć rzeczy, które robiłam wczoraj:
1Gościłam Indygo
2Robiłam zupę dla Nat
3Oglądałam Star Wars
4Uczyłam się angielskiego
5Gadałam z kocurem o pomysłach na militarfantasy
Pięć rzeczy wartych zapamiętania, które robiłam w zeszłym roku:
1Zupełnie szalony pobyt w Hiszpanii z mała Nat i Kocurem było wszytko co dobre i dużo espaniola
2Malowanie kuchni z Aniołakiem – była zabawa (-
3 Pisanie Domu Asteriona
4 Dużo bliskości z mała Nat
5Kilka ważnych rozmów, kilka ważnych książek
Pięć ulubionych muzyków/zespołów na tę chwilę:
1 Habakuk
2 Bez Jacka
3 Rokia Traore
4 Kaczmarski
5 Lais
Pięć ulubionych filmów (najtrudniejsze):
1 Upiór Opery ( ten z 1990)
2 V vor Vendetta
3Wszystko o mojej matce
4 Rzymska opowieść
5 Miasto Boga...albo ...Star Wars...albo ..Deszcz NIE WIEM
Pięć rzeczy które sprawiają, że jestem szczęśliwa:
1 Mała Nat blisko przytulona
2Poczucie rozumienia świata i bycia rozumianą, bliskość, ważne rozmowy
3 Poznawanie tego co nowe
4 spokój duszy i bliskość Boga
5 Pisanie
Pięć rzeczy, które mi imponują:
1Odwaga
2 Idealizm
3 Mądrość i Rozumienie Świata
4Otwartość
5 Pogoda Ducha
Pięć rzeczy, które nie wywołują u mnie dobrego wrażenia:
1 Feminizm
2 Konformizm
3 Głupota, drobnostkowość, małoduszność
4 Krzywdzenie zwierzów i stworzeń słabszych
5 Zachłanność
Pięć rzeczy, bez których nie mogłabym żyć:
1 Natalisa ( nie rzec ale najwalniejsza z tego co na ziemi)
2 Miłości
3 Książek
4 Czekolady, a w lecie pomidorów (-;
5 Wolności ducha
Pięć faktów o mnie:
1 Jestem mamą i dobrze mi z tym. Bycie mamą jest fajne.
2 W szkole podstawowej miałam kłopoty z adaptacją wśród rówieśników, powstał nawet „klub przeciwników Anki” z legitymacjami. Ha. A wtedy mnie to nie bawiło.
3 Trzy lata temu, mieszkając w Afryce zostawałam tam część duszy. Od tego czasu tęsknię tam.
4 Jestem impulsywna, najpierw robie potem myślę, mam niepokojąco duże zapotrzebowanie na nowe bodźce, przez co czasem ładuje się w kłopoty.
5 Mam wielkie ciągoty do mrocznych złych sukinsynów w wersji literackiej lub filmowej. Osobnik taki powinien być; mroczny, niezrozumiany, nieszczęśliwy, samotny i zły. Dobrze by było jakby powiewał pelerynką, maska też mile widziana. Moja prywata lista mrocznych sukinsynów: V, Upiór ( z wersji 1990), Vader, Severus Snape, Heatclife. Ach. Nazywam to potrzebą myziania niedomyzianuch. (-;
Pięć faktów o moim wyglądzie w tej chwili:
1Zielone sztruksy mam ufafrane zupką – sprawka Nat
2 Włosy lekko rudy odcień – henna tydzień temu, ładnie wyszło
3Na aparacie gumeczki z kolorach zielonym, żółtym i czerwonym
4 Makijażu brak, lekkie perfumy cynamonowe
5 skarpetki oliwkowe zielone
Pięć rzeczy, które robiłam wczoraj:
1Gościłam Indygo
2Robiłam zupę dla Nat
3Oglądałam Star Wars
4Uczyłam się angielskiego
5Gadałam z kocurem o pomysłach na militarfantasy
Pięć rzeczy wartych zapamiętania, które robiłam w zeszłym roku:
1Zupełnie szalony pobyt w Hiszpanii z mała Nat i Kocurem było wszytko co dobre i dużo espaniola
2Malowanie kuchni z Aniołakiem – była zabawa (-
3 Pisanie Domu Asteriona
4 Dużo bliskości z mała Nat
5Kilka ważnych rozmów, kilka ważnych książek
Pięć ulubionych muzyków/zespołów na tę chwilę:
1 Habakuk
2 Bez Jacka
3 Rokia Traore
4 Kaczmarski
5 Lais
Pięć ulubionych filmów (najtrudniejsze):
1 Upiór Opery ( ten z 1990)
2 V vor Vendetta
3Wszystko o mojej matce
4 Rzymska opowieść
5 Miasto Boga...albo ...Star Wars...albo ..Deszcz NIE WIEM
Pięć rzeczy które sprawiają, że jestem szczęśliwa:
1 Mała Nat blisko przytulona
2Poczucie rozumienia świata i bycia rozumianą, bliskość, ważne rozmowy
3 Poznawanie tego co nowe
4 spokój duszy i bliskość Boga
5 Pisanie
Pięć rzeczy, które mi imponują:
1Odwaga
2 Idealizm
3 Mądrość i Rozumienie Świata
4Otwartość
5 Pogoda Ducha
Pięć rzeczy, które nie wywołują u mnie dobrego wrażenia:
1 Feminizm
2 Konformizm
3 Głupota, drobnostkowość, małoduszność
4 Krzywdzenie zwierzów i stworzeń słabszych
5 Zachłanność
Pięć rzeczy, bez których nie mogłabym żyć:
1 Natalisa ( nie rzec ale najwalniejsza z tego co na ziemi)
2 Miłości
3 Książek
4 Czekolady, a w lecie pomidorów (-;
5 Wolności ducha
środa, 14 marca 2007
Lepiej jest.
Może i moje życie nie wygląda dokładnie tak jakby miało wyglądać w stanie idealnym, ale to jest jedyne Życie jakie mam. I ode mnie zależy czy będzie lepsze czy gorsze.
Jest lepiej.
Przy odrobinie optymizmu można powiedzieć nawet, że jest dobrze.
Może i moje życie nie wygląda dokładnie tak jakby miało wyglądać w stanie idealnym, ale to jest jedyne Życie jakie mam. I ode mnie zależy czy będzie lepsze czy gorsze.
Jest lepiej.
Przy odrobinie optymizmu można powiedzieć nawet, że jest dobrze.
wtorek, 13 marca 2007
Gdyby nie fakt, że oficjalna wersja brzmi, że ja nie miewam dołów, to bym napisała, że go mam. Ale ponieważ istnieje oficjalna propaganda mówi, że Aniska są zwierzętami radosnymi i optymistycznymi, to nic nie napiszę. To co złe i ciemnie chowamy głęboko w środku, co by nikt tego nie oglądał. I samo zniknie, albo i nie.
Powiedzmy tak: Mam ostry dysonans między tym jak moje życie wygląda, a jak bym chciała żeby wyglądało.
Proszę nie myziać i nie pocieszać. Modlić się, żebym nie okazłą się bardziej stuknięta i narawa niż mi się wydawało.
Powiedzmy tak: Mam ostry dysonans między tym jak moje życie wygląda, a jak bym chciała żeby wyglądało.
Proszę nie myziać i nie pocieszać. Modlić się, żebym nie okazłą się bardziej stuknięta i narawa niż mi się wydawało.
Czuję się jakbym się obudziła z długiego snu. Jakbym przesypała całe dotychczasowe życie.
I kiedy się rozglądam wokół uświadamiam sobie, że to wszystko zupełnie nie wygląda tak jak miało wyglądać. Mam też wrażenie, że nigdy nie będzie wyglądało dobrze. Że gdzieś po drodze zaprzepaściłam Szansę.
Stałam się mistrzynią pozorów. Stworzyłam kartonową atrapę życia idealnego ( z zewnątrz nie do rozróżnienia). Ba, nawet sama czasem w nią wierzę.
Chyba znowu zapadnę w ten złudny sen. Bo nie mam siły nic w życiu zmieniać, jestem za słaba. A na to żeby się przyznać jak jest bez sensu mam zbyt wiele dumy.
Proszę mnie nie budzić kiedy będę umierać. Kiedyś, w dalekiej przyszłości.
Ps. Dalej nie myziać. Nie tulić i takie tam.
I kiedy się rozglądam wokół uświadamiam sobie, że to wszystko zupełnie nie wygląda tak jak miało wyglądać. Mam też wrażenie, że nigdy nie będzie wyglądało dobrze. Że gdzieś po drodze zaprzepaściłam Szansę.
Stałam się mistrzynią pozorów. Stworzyłam kartonową atrapę życia idealnego ( z zewnątrz nie do rozróżnienia). Ba, nawet sama czasem w nią wierzę.
Chyba znowu zapadnę w ten złudny sen. Bo nie mam siły nic w życiu zmieniać, jestem za słaba. A na to żeby się przyznać jak jest bez sensu mam zbyt wiele dumy.
Proszę mnie nie budzić kiedy będę umierać. Kiedyś, w dalekiej przyszłości.
Ps. Dalej nie myziać. Nie tulić i takie tam.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Jest źle
wtorek, 6 marca 2007
Grafomaństwo to choroba przewlekła, jak pisała Aniołak. Obecnie przeżywam męki twórcze względem tekstu do SKF'u. Sama wymyślałam temat „duchy” a wen prysł. I rwę włosy z głowy.
Na dodatek czytałam ostatnio Miasto Śpiących Książek Waltera Moersa i Rzeczy Ulotne Neila Gaimana. Przy obu lekturach maiłam ochotę wstawać co kila minut i bić brawa na stojąco. To pisali Mistrzowie. Czy warto w ogóle pisać, jeżeli ma sie wątpliwości, czy kiedykolwiek doskoczy się do takiego poziomu. Ostatnio przyrównano mnie do prozy Martina. Porażka. Powinnam schować klawiaturę, długopisy i ołówki i nawet na nie nie spoglądać. Ale co ja poradzę, że słowa, te czytane i pisane, mnie zaczarowały?
Na dodatek czytałam ostatnio Miasto Śpiących Książek Waltera Moersa i Rzeczy Ulotne Neila Gaimana. Przy obu lekturach maiłam ochotę wstawać co kila minut i bić brawa na stojąco. To pisali Mistrzowie. Czy warto w ogóle pisać, jeżeli ma sie wątpliwości, czy kiedykolwiek doskoczy się do takiego poziomu. Ostatnio przyrównano mnie do prozy Martina. Porażka. Powinnam schować klawiaturę, długopisy i ołówki i nawet na nie nie spoglądać. Ale co ja poradzę, że słowa, te czytane i pisane, mnie zaczarowały?
sobota, 3 marca 2007
Z przyjemnością zawiadamiam, że sytuacja o której pisałam dwie notki niżej jest już wyjaśniona i nie było powodu żeby mi było przykro. Źle zrozumiałam czyjeś słowa i tyle. I bardzo się z tego cieszę.
Byłam dziś u Nat i trzymałam na rękach małą Olgę. Piękne dziecko. Jak ono się patrzy! Aż za serce chwyta.
Nie będzie dziś długiej notki. Znikam zaraz na kanapie czytając Miasto Śpiących Książek. Roskosz. A angielki czeka i porasta trawą. (-;
A i chodzi dziś za mną wiersz. Ktoś poznaje?
Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
(Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.)
Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
.Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.
A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.
Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem
Byłam dziś u Nat i trzymałam na rękach małą Olgę. Piękne dziecko. Jak ono się patrzy! Aż za serce chwyta.
Nie będzie dziś długiej notki. Znikam zaraz na kanapie czytając Miasto Śpiących Książek. Roskosz. A angielki czeka i porasta trawą. (-;
A i chodzi dziś za mną wiersz. Ktoś poznaje?
Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
(Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.)
Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
.Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.
A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.
Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem
Etykiety:
Baczyński,
Codzienności wombacie
piątek, 2 marca 2007
Rzadko bywam wzburzona sytuacja społeczno polityczną, ale teraz jestem rzucam gromy.
To co wyprawia pan Giertych przechodzi wszelkie granice zdrowego rozsądku – ten człowiek jest idiotą i to idiotą szkodliwym. A o co chodzi? A o aborcję.
Jak niektórzy wiedzą może jestem absolutnym i fanatycznym przeciwnikiem aborcji. Dlatego że jestem mamą i 9 miesięcy miałam w sobie małego człowieka, który czuł mój dotyk, słyszał głos, był ciałem z mojego ciała i dusza z mojej duszy. I żaden bubek mi nie mówi że to był płód. Zwłaszcza że ostatnio był przykład urodzenia się i przeżycia 22 tygodniowej dziewczynki. To co jak wyszła to już człowiek, a jak by jeszcze siedział w mamie to niby płód? Ciekawe...
A co ma do tego pan giertych? Bo mało kto robi tyle złego, tyle na rzecz nielegalnych aborcji co on. Choćby ten manewr z napiętnowaniem dyrektorów szkół gdzie były ciężarne uczennice. Toż teraz takie dyrektor dziewczynę na zbity pysk wywali zamiast pomóc. Albo ta gadka w Europie o 1) zakazie aborcji i 2) zakazie propagandy homoseksualnej. Toż to dawanie do jednego worka dwóch różnych spraw i robienie przeciwnikom aborcji opinii nietolerancyjnych oszołomów. I ta cała polaryzacja społeczeństwa; na lewicowo-proaborcyjne i chrześcijański -rodzinny. Toż nic tak nie wpływa na decyzję o aborcji jak myślenie typu „ ty grzesznico, dziecko bez ślubu, co sąsiedzi powiedzą”.
A można przeciwko aborcji zrobić wiele. I chodziłam po stronkach i starałam się znaleźć fundację która się tym zajmuje. I nic. Albo prorodzinne bzdety, albo lewicowa propaganda.
Gdyby pan G. naprawdę chciał zmniejszyć ilość aborcji, powinien zająć się raczej
zostawieniem ustawy tak jak jest, bo jest dobrym kompromisem.
Program uświadamiania seksualnego dla młodzieży, aby wiedziały kiedy można zajść i jak do tego nie dopuścić ( i nie za pomocą abstynencji lub kalendarzyka)
tańsze i bardziej dostępne środki antykoncepcyjne
programy pro-adopcyjne, szpitale w których można oddać dzieci wprost do rodzin zastępczych lub rodzin adopcyjnych
kampania na rzec zmiany mentalności aby nie piętnować dziewczyn, które chce urodzić bez ślubu
program pomocy dla młodych mam w szkole ( indywidualnym tryb nauczania)
domy samotnej matki ( jeżeli chce urodzić i zatrzymać dziecko a nie ma warunków)
w razie gwałtu możliwość szybkiego podania Postironu
walka z podziemiem aborcyjnym i napiętnowanie lekarzy
przywrócenie funduszy alimentacyjnego
A co robi pan G.? Uczy dziewczyny „czystości i wierności” podwyższa ceny leków antykoncepcyjnych, skłania dyrektorów do pozbywania sie takich uczennic i ośmiesza przeciwników aborcji. Pięknie. I ciekawe ile maluchów przez coś takiego potajemnie sie zabije. Ba, tylko że to będą „ złe i z grzechu urodzone” bubuny. Tylko nie wiem czy pan G. Jest takim debilem, czy takim cynkiem że tego nie widzi.
To co wyprawia pan Giertych przechodzi wszelkie granice zdrowego rozsądku – ten człowiek jest idiotą i to idiotą szkodliwym. A o co chodzi? A o aborcję.
Jak niektórzy wiedzą może jestem absolutnym i fanatycznym przeciwnikiem aborcji. Dlatego że jestem mamą i 9 miesięcy miałam w sobie małego człowieka, który czuł mój dotyk, słyszał głos, był ciałem z mojego ciała i dusza z mojej duszy. I żaden bubek mi nie mówi że to był płód. Zwłaszcza że ostatnio był przykład urodzenia się i przeżycia 22 tygodniowej dziewczynki. To co jak wyszła to już człowiek, a jak by jeszcze siedział w mamie to niby płód? Ciekawe...
A co ma do tego pan giertych? Bo mało kto robi tyle złego, tyle na rzecz nielegalnych aborcji co on. Choćby ten manewr z napiętnowaniem dyrektorów szkół gdzie były ciężarne uczennice. Toż teraz takie dyrektor dziewczynę na zbity pysk wywali zamiast pomóc. Albo ta gadka w Europie o 1) zakazie aborcji i 2) zakazie propagandy homoseksualnej. Toż to dawanie do jednego worka dwóch różnych spraw i robienie przeciwnikom aborcji opinii nietolerancyjnych oszołomów. I ta cała polaryzacja społeczeństwa; na lewicowo-proaborcyjne i chrześcijański -rodzinny. Toż nic tak nie wpływa na decyzję o aborcji jak myślenie typu „ ty grzesznico, dziecko bez ślubu, co sąsiedzi powiedzą”.
A można przeciwko aborcji zrobić wiele. I chodziłam po stronkach i starałam się znaleźć fundację która się tym zajmuje. I nic. Albo prorodzinne bzdety, albo lewicowa propaganda.
Gdyby pan G. naprawdę chciał zmniejszyć ilość aborcji, powinien zająć się raczej
zostawieniem ustawy tak jak jest, bo jest dobrym kompromisem.
Program uświadamiania seksualnego dla młodzieży, aby wiedziały kiedy można zajść i jak do tego nie dopuścić ( i nie za pomocą abstynencji lub kalendarzyka)
tańsze i bardziej dostępne środki antykoncepcyjne
programy pro-adopcyjne, szpitale w których można oddać dzieci wprost do rodzin zastępczych lub rodzin adopcyjnych
kampania na rzec zmiany mentalności aby nie piętnować dziewczyn, które chce urodzić bez ślubu
program pomocy dla młodych mam w szkole ( indywidualnym tryb nauczania)
domy samotnej matki ( jeżeli chce urodzić i zatrzymać dziecko a nie ma warunków)
w razie gwałtu możliwość szybkiego podania Postironu
walka z podziemiem aborcyjnym i napiętnowanie lekarzy
przywrócenie funduszy alimentacyjnego
A co robi pan G.? Uczy dziewczyny „czystości i wierności” podwyższa ceny leków antykoncepcyjnych, skłania dyrektorów do pozbywania sie takich uczennic i ośmiesza przeciwników aborcji. Pięknie. I ciekawe ile maluchów przez coś takiego potajemnie sie zabije. Ba, tylko że to będą „ złe i z grzechu urodzone” bubuny. Tylko nie wiem czy pan G. Jest takim debilem, czy takim cynkiem że tego nie widzi.
czwartek, 1 marca 2007
Byliśmy w sobotę w Krakowie na spotkanie SWM. I powiem, ze mi tego tak strasznie brakowało. Spotkania z tamtymi ludźmi, ale też mądrych wykładów i czegoś co mi da impuls żeby się nad sobą zastanowić. Na ile jestem w zgodzie z sobą, na ile wypływam na głębię, a na ile jakoś tak uciekam w świat wyobrażeń, złudzeń i ogólnej bylejakości. Czasem takie konfrontacje bolą. Chyba będę jeździć na kolejne spotkania. I mocować się z sobą, choć wiem, ze efekt nie będzie nigdy taki jak bym chciała. W końcu nie można całego życia i wszystkich porażek zwalać na nieudane dzieciństwo.
I jeszcze jedna sprawa która mnie ostatnio bardzo zabolała. W ostatni piątek miałam gościa. I było mi strasznie miło, bo ja z natury towarzyska jestem. A potem na blogu gościa przeczytałam coś co może ( ale nie musi – może to być tylko moja paranoja), ze gościowi się nie podobało, uczył się urażony, traktowany niegrzecznie i uszczęśliwiany na siłę. Chciałabym się mylić, ale nie wiem jak mam inaczej interpretować te słowa. Chciałabym już to wyjaśnić. Bo ja tak się zachowuję, bo taką mam naturę. Staram się być przyjazna i pogodna i mówię co mi na sercu leży. Jak kogoś obraziłam to przepraszam. Ale uważam, że uczciwiej byłoby mi w tym momencie o tym wypowiedzieć, nieprawdaż? A tak się jakoś paskudnie czuję.
A z newsów niezwiązanych z powyższym to
wyszło słonce i zaraz zmykam na spacer
dziś mam pojedynek a Aniołak będzie ze mnie pasy darł
zmieniałam wystrój bloga żeby wam się milej czytało, postaram się dziś okrasić wszystko zdjęciami bubuna.
I jeszcze jedna sprawa która mnie ostatnio bardzo zabolała. W ostatni piątek miałam gościa. I było mi strasznie miło, bo ja z natury towarzyska jestem. A potem na blogu gościa przeczytałam coś co może ( ale nie musi – może to być tylko moja paranoja), ze gościowi się nie podobało, uczył się urażony, traktowany niegrzecznie i uszczęśliwiany na siłę. Chciałabym się mylić, ale nie wiem jak mam inaczej interpretować te słowa. Chciałabym już to wyjaśnić. Bo ja tak się zachowuję, bo taką mam naturę. Staram się być przyjazna i pogodna i mówię co mi na sercu leży. Jak kogoś obraziłam to przepraszam. Ale uważam, że uczciwiej byłoby mi w tym momencie o tym wypowiedzieć, nieprawdaż? A tak się jakoś paskudnie czuję.
A z newsów niezwiązanych z powyższym to
wyszło słonce i zaraz zmykam na spacer
dziś mam pojedynek a Aniołak będzie ze mnie pasy darł
zmieniałam wystrój bloga żeby wam się milej czytało, postaram się dziś okrasić wszystko zdjęciami bubuna.
poniedziałek, 12 lutego 2007
A i jeszcze jedna refleksja. Z innej beczki, więc w nowym temacie.
Ja czuję się częścią Kościoła Rzymskokatolickiego. I powiem, że brakuje mi tego, żeby Kościół miał dużo miejsca w moim życiu. Ale momentami już nie mogę.
Byłą kolęda. Trwała minutę. Nie było nawet modlitwy.
Byłam dziś na mszy. Czytano list biskupów z rysem historycznym polskiej emigracji.
Czy oni nas mają za debili? Czy oni są księżmi za karę? A gdzie tu Duch?
Czasami myślę, że powinnam się czuć obrażona.
Ha, ja wiem że są sensowni i wspaniali księża. Tylko że do mojej parafii, St. Antonio Parisch w Lungi w Sierra Leone mam troszkę daleko.
Ja czuję się częścią Kościoła Rzymskokatolickiego. I powiem, że brakuje mi tego, żeby Kościół miał dużo miejsca w moim życiu. Ale momentami już nie mogę.
Byłą kolęda. Trwała minutę. Nie było nawet modlitwy.
Byłam dziś na mszy. Czytano list biskupów z rysem historycznym polskiej emigracji.
Czy oni nas mają za debili? Czy oni są księżmi za karę? A gdzie tu Duch?
Czasami myślę, że powinnam się czuć obrażona.
Ha, ja wiem że są sensowni i wspaniali księża. Tylko że do mojej parafii, St. Antonio Parisch w Lungi w Sierra Leone mam troszkę daleko.
niedziela, 11 lutego 2007
Jednym z powodów dla których mam bloga na hasło jest to, że nie życzę sobie, żeby czytała go moja funkcjonująca w internecie rodzina. Zresztą myślę, że rodzina też nie chciała by wiedzieć tego co piszę. Bo od ostatnich pięciu lat, moje i tak już nie najlepsze, stosunki z rodzicami cały czas się pogarszają.
Ot, na ten przykład, wczoraj pokłóciłam się z matką. I nie chodzi tu o tak banalną kwestię, że się matka do czegoś wtrąca. Ona nawet stara się być miła, to ja reaguje na nią histerycznie i agresywnie. Nie wiem czemu akurat właśnie po urodzeniu Natalii, otwarło się we mnie całe morze żalów, gniewu i niechęci do niej. Za to jak całe życie wyglądały nasze układy.
Kiedy byłam mała w większość czasu zajmowała się mną babcia i ciotka. I najlepsze jest to, że nigdy za matką nie tęskniłam, raczej się jej bałam i była mi zupełnie obca. Potem wiedziałam, że w jakiś sposób się o mnie stara, martwi się, ale nigdy nie miałyśmy ze sobą nic wspólnego. Nigdy nic razem nie robiłyśmy ( a przepraszam, raz, jak leżałam w szpitalu na wyrostek narysowała mi arbuza), nie rozumiała tego co dla mnie ważne, nie rozmawiałyśmy. Każde wczasy albo wyjazd kończył się awanturą. Nie miałam w niej nigdy wzoru zachowań kobiecych, bo jest osobą antykobiecą, i w jakiś sposób się jej z wyglądu i zachowania wstydziłam.
A przy tym wszystkim w jakiś głupi i nadgorliwy sposób chciała mi dać wszystko. Woziła mnie na korki, dawała wszystko i w jakiś sposób się rzucała. Bo jest osobą o całkowitej nieumiejętności porozumienia i empatii.
Ja nie twierdzę, że miałam jakiś makabrycznie fatalny dom. Mój dom był przede wszystkim nierówny. Czasami było tak, że mi wspaniałych, mądrych i kochających rodziców było można mi pozazdrościć. A czasami były niemal wszystkie mechanizmy patologiczne z alkoholem, przemocą i biciem włącznie. Musiałam się szybko adaptować.
Tylko, że mimo to, nasze stosunki w końcu się jakoś ułożyły. Koło studiów to nawet całkiem poprawnie były. I wszystko zniszczyło się po urodzeniu Natalii. Raz- ona oszalała na punkcie małej, świata poza nią nie widzi. A Dwa – to we mnie otworzyły się jakieś stare rany. Jak czasem już sobie nie radzę z małą – jestem zmęczona i zirytowana to mam taką mantrę „ nie będę jak moja matka, nie będę jak moja matka”. Nie mam do niej żalu za to jaka była, bo nie czułam wobec niej nic. Mam żal za to jaka nie była. I nie pozwolę jej być kimś wiecej niż babcią. Swoją szansę na bycie matką już maiła i nie dała rady.
I nie wiem co z tym zrobić. Pomijając już fakt że na co którejś wizycie udaje jej się mnie czymś sprowokować i dostaje napadu agresji z wyzywaniem od ostatnich i wypominaniem wszystkiego co powyżej. Wczoraj zasugerowała, że jestem przez Kocura nieszczęśliwa skora „taka jestem” i jestem zła matka. I to ma czelność mówić baba, która sama przez 99% życia ma depresję - to się zaczęło.
Ale nie o to chodzi. Z tym sobie dam jakoś radę. Martwię się tylko czy z takimi pokładami złości w sobie i tak marnymi wzorcami relacjo matka-córka, w stanie być dobrą mamą dla Nat.
Ola na swoim blogu napisała kiedś mądrą rzecz. Że w dorosłym życiu nie potrzebujemy już rodziców, ale wspomnień o nic. I trudno się żyje bez tego.
Ot, na ten przykład, wczoraj pokłóciłam się z matką. I nie chodzi tu o tak banalną kwestię, że się matka do czegoś wtrąca. Ona nawet stara się być miła, to ja reaguje na nią histerycznie i agresywnie. Nie wiem czemu akurat właśnie po urodzeniu Natalii, otwarło się we mnie całe morze żalów, gniewu i niechęci do niej. Za to jak całe życie wyglądały nasze układy.
Kiedy byłam mała w większość czasu zajmowała się mną babcia i ciotka. I najlepsze jest to, że nigdy za matką nie tęskniłam, raczej się jej bałam i była mi zupełnie obca. Potem wiedziałam, że w jakiś sposób się o mnie stara, martwi się, ale nigdy nie miałyśmy ze sobą nic wspólnego. Nigdy nic razem nie robiłyśmy ( a przepraszam, raz, jak leżałam w szpitalu na wyrostek narysowała mi arbuza), nie rozumiała tego co dla mnie ważne, nie rozmawiałyśmy. Każde wczasy albo wyjazd kończył się awanturą. Nie miałam w niej nigdy wzoru zachowań kobiecych, bo jest osobą antykobiecą, i w jakiś sposób się jej z wyglądu i zachowania wstydziłam.
A przy tym wszystkim w jakiś głupi i nadgorliwy sposób chciała mi dać wszystko. Woziła mnie na korki, dawała wszystko i w jakiś sposób się rzucała. Bo jest osobą o całkowitej nieumiejętności porozumienia i empatii.
Ja nie twierdzę, że miałam jakiś makabrycznie fatalny dom. Mój dom był przede wszystkim nierówny. Czasami było tak, że mi wspaniałych, mądrych i kochających rodziców było można mi pozazdrościć. A czasami były niemal wszystkie mechanizmy patologiczne z alkoholem, przemocą i biciem włącznie. Musiałam się szybko adaptować.
Tylko, że mimo to, nasze stosunki w końcu się jakoś ułożyły. Koło studiów to nawet całkiem poprawnie były. I wszystko zniszczyło się po urodzeniu Natalii. Raz- ona oszalała na punkcie małej, świata poza nią nie widzi. A Dwa – to we mnie otworzyły się jakieś stare rany. Jak czasem już sobie nie radzę z małą – jestem zmęczona i zirytowana to mam taką mantrę „ nie będę jak moja matka, nie będę jak moja matka”. Nie mam do niej żalu za to jaka była, bo nie czułam wobec niej nic. Mam żal za to jaka nie była. I nie pozwolę jej być kimś wiecej niż babcią. Swoją szansę na bycie matką już maiła i nie dała rady.
I nie wiem co z tym zrobić. Pomijając już fakt że na co którejś wizycie udaje jej się mnie czymś sprowokować i dostaje napadu agresji z wyzywaniem od ostatnich i wypominaniem wszystkiego co powyżej. Wczoraj zasugerowała, że jestem przez Kocura nieszczęśliwa skora „taka jestem” i jestem zła matka. I to ma czelność mówić baba, która sama przez 99% życia ma depresję - to się zaczęło.
Ale nie o to chodzi. Z tym sobie dam jakoś radę. Martwię się tylko czy z takimi pokładami złości w sobie i tak marnymi wzorcami relacjo matka-córka, w stanie być dobrą mamą dla Nat.
Ola na swoim blogu napisała kiedś mądrą rzecz. Że w dorosłym życiu nie potrzebujemy już rodziców, ale wspomnień o nic. I trudno się żyje bez tego.
środa, 3 stycznia 2007
Sylwester cudowny. Bardzo zakręcony, polsko-szwedzko-hiszpański. Z lobstreami, krewetkami, białym winem i muzyką. I przefajną atmosferą. Troszkę taki „ą” „ę”, ale i na luzie i z jajem. I dawno mnie taks sztuczne ognie nie cieszyły. Oby to był dobry rok. A Przynajmniej taki jak ten poprzedni. Bo 2006 to był bardzo dobry rok. Taki mój, rok spokoju, czegoś dobrego, porządkowania siebie. Może chwilami wydawał się zbyt jednostajny, ale są też w nim jak rodzynki w cieście, niektóre książki, płyty, wyjazdy i filmy. I teksty własne. I ważne rozmowy. Dlatego żegnamy rok poprzedni z wszystkimi należnymi honorami.
wtorek, 2 stycznia 2007
Końcówka roku byłą jak z koszmaru. Dokładnie jeden dzień – 30 grudnia – kiedy to spadły na mnie jeden po drugim nieszczęśliwe wypadki. Najpierw umówiłam się z Natti do kina, ale nie do końca – bo ja czekałam na potwierdzenie, a Natti miała zadzwonić jak nie będzie mogła iść – i tak za minutę seans się dowiedziałam, że do kina nie idę. Było mi smutno. I głupio wobec Natti. Potem zaświtała nadzieja, że może jednak we wtorek się wybiorę choć by sama na Kopię Mistrza, ale zadzwonił tata i powiedział że wtedy nie ma czasu. Dwa zero.
Potem pojechaliśmy do Ikei po krzesło dla mnie, bo się stare rozwaliło. Nie było tego co chciałam, a to co było to koszmarnie drogie. Kupiliśmy w zamian poduszkę na krzesło w kuchni. Niby wygodna, ale się obeszłam smakiem nowego zakupu. Trzy zero.
Po drodze wpadłam do wypożyczali dvd i mało się z kocurem nie pożarłam na amen o wybór filmu. Się pogodziliśmy, ale jakoś tak było...Cztery zero.
Wróciłam do domu i stwierdziłam, że ukradziono mi komórkę. Nowiutką, miesiąc ja miałam. W dodatku na abonament. Oczywiście od razu zablokowałam, ale i tak szkoda. Zwłaszcza, ze nowej nie ma za co kupić. Pięć zero.
A na koniec zajrzałam na forum i zobaczyłam jak się sprawy mają. Normalnie bym się tylko uśmiechnęła, ale w moim stanie ducha spłynęłam pod dywan. Sześć zero. Nokaut.
Anisko potem leżało i myślało. Jakie to życie paskudne. Aż sobie spojrzało na Kocura, małego Natlisa, samą siebie w lustrze i pomyślało sobie, że jest bardzo szczęśliwym Aniskiem. I niezależnie od wszystkiego, to życie mogło dokopać o wiele bardziej, a tak, mimo, że trochę jestem zmechacona, mam to co najważniejsze. I że w sumie jest mi dobrze. Bardzo bardzo dobrze. I pomimo wszystkich nieszczęść poczułam się tamtego dnia absolutnie szczęśliwa.
A na sam koniec dnia obejrzeliśmy V jak Vendetta. I do teraz nie mogę się otrząsnąć. Ja cholera uwielbiam mrocznych, cierpiących, inteligentnych i złych sukinsynów w maskach. A przy lubiących Dumasa i słuchających muzyki klasycznej to już odlatuję. Fetysz jakiś czy co? Film serdecznie wszystkim polecam. A jak jakieś niewiasty będą miały po nim nastrój erotycznej egzaltacji to tu jest odtrutka; http://www.youtube.com/watch?v=V9rzMaAucI4
Potem pojechaliśmy do Ikei po krzesło dla mnie, bo się stare rozwaliło. Nie było tego co chciałam, a to co było to koszmarnie drogie. Kupiliśmy w zamian poduszkę na krzesło w kuchni. Niby wygodna, ale się obeszłam smakiem nowego zakupu. Trzy zero.
Po drodze wpadłam do wypożyczali dvd i mało się z kocurem nie pożarłam na amen o wybór filmu. Się pogodziliśmy, ale jakoś tak było...Cztery zero.
Wróciłam do domu i stwierdziłam, że ukradziono mi komórkę. Nowiutką, miesiąc ja miałam. W dodatku na abonament. Oczywiście od razu zablokowałam, ale i tak szkoda. Zwłaszcza, ze nowej nie ma za co kupić. Pięć zero.
A na koniec zajrzałam na forum i zobaczyłam jak się sprawy mają. Normalnie bym się tylko uśmiechnęła, ale w moim stanie ducha spłynęłam pod dywan. Sześć zero. Nokaut.
Anisko potem leżało i myślało. Jakie to życie paskudne. Aż sobie spojrzało na Kocura, małego Natlisa, samą siebie w lustrze i pomyślało sobie, że jest bardzo szczęśliwym Aniskiem. I niezależnie od wszystkiego, to życie mogło dokopać o wiele bardziej, a tak, mimo, że trochę jestem zmechacona, mam to co najważniejsze. I że w sumie jest mi dobrze. Bardzo bardzo dobrze. I pomimo wszystkich nieszczęść poczułam się tamtego dnia absolutnie szczęśliwa.
A na sam koniec dnia obejrzeliśmy V jak Vendetta. I do teraz nie mogę się otrząsnąć. Ja cholera uwielbiam mrocznych, cierpiących, inteligentnych i złych sukinsynów w maskach. A przy lubiących Dumasa i słuchających muzyki klasycznej to już odlatuję. Fetysz jakiś czy co? Film serdecznie wszystkim polecam. A jak jakieś niewiasty będą miały po nim nastrój erotycznej egzaltacji to tu jest odtrutka; http://www.youtube.com/watch?v=V9rzMaAucI4
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Filmy,
Jest źle

