I się święta skończyły. Całe szczęcie. O ile Wielki Czwartek, Piątek i Sobota były bardzo miłe i ciepłe – pełne modlitwy, ciepłej atmosfery z Kocurem i miłego krzątania się ( wyszło mi ciasto drożdżowe!), to po Rezurekcji Święta by się mogły skończyć.
Wizyty rodzinne są dla mnie stresujące, nieprzyjemnie i irytujące. W różnym stopniu drażni i irytuje mnie rodzina Kocura co moja. Każda jest na swój sposób durna że boli. I w każdej czuję się tak samo obco.
Kiedy byłam mała moja ciotka mi powtarzała ze po porodzie mnie podrzuciła jakaś ukraińska położna – i teraz ich dzieciątko cierpi u chacharstwa a durny bachor ( czyli ja) u nich ma się dobrze. Historia jak się potem okazało była wyssana z palca, ale ma ironiczne zakończenie. Nie mogę się pozbyć wrażenia braku korzeni. Zerowych związków emocjonalnych z własną rodziną. I olbrzymiej tęsknoty do Rodziny której nie mam i mieć nigdy nie będę. Taką którą gdzieś w środku w tajemnicy sobie wymyślam. Jak każda zła rzecz ta też ma jakieś swoje pozytywy. Jako osoba bez korzeni strasznie łatwo się adaptuję. W nowym środowisku, domu, kraju, kulturze – po kilku minutach czuję się jak u siebie. A że są to relacje często powierzchowne i tak często się z nich wycofuję równie łatwo jak w nie wchodzę.
Muszę sobie kiedyś z tym poradzić. Tylko ni cholery nie wiem jak.
Dobrze koniec marudzenia. Zabieram się do Pisania. Za długo nie pisałam. Nie powiem czego, pokaże jak będzie. Jest we mnie tyle goryczy, że trzeba korzystać. (-;
0 komentarze:
Prześlij komentarz