Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don Giovannni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don Giovannni. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 października 2010

Moje własne piekło

Wróciliśmy właśnie z Don Giovanniego w Deutsche Oper w Berlinie. Don Giovanni jest moją absolutnie ulubioną operą - zarówno pod względem libretta jak i muzyki. Opera w Berlinie jest moją ulubioną sceną muzyczną. Czytałam recenzje, były nieszczególne, więc trochę się obawiałam. Na szczęście scen obscenicznych szczególnie nie było, była za to solidna dawka symbolizmu i bardzo dobra muzyka. A skracając wszystko do kilku zdań, można powiedzieć, że pan Roland Schwab zrobił coś, co nijak nie zgadza się z m o j ą prywatną interpretacja mitu Don Juana. Ale zrobił to tak przekonywująco i nowatorsko, że jestem mu wdzięczna i podejmuję z nim dialog. Bo sztuka, czy to teatr czy książka, jest dla mnie przede wszystkim formą komunikacji między autorem/reżyserem, a odbiorcą. Rzeczywiście nie było milusio i zabawnie, ale jak ktoś chce uroczej sztuki o seksoholiku i mordercy to chyba powinien się zastanowić czy taka ma sens.

Zanim zacznę o Berlinie, może najpierw kilka słów o tym, kim dla mnie jest Don Giovanni. Ulubiona inscenizacja to chyba ta z Royal Opera House z Simonem Keenlysidem. Dla mnie Don Giovanni to ktoś, kto nie czuje strachu. Nie posiada też żadnych norm i ograniczeń. Ba, niczego nie czuje, a strasznie potrzebuje jakiś emocji, więc serwuje sobie coraz silniejsze przeżycia. Uwielbiam tą scenę kiedy Keenlyside po zabiciu komandora całuje go w dość erotyczny sposób i tuli. „O poczułem coś, to jest nowe i dość przyjemne”. W braku swoich ograniczeń gardzi nawet światem pozagrobowym, a kiedy duch przychodzi zabrać jego duszę do piekła, do końca zostaje twardy – „nie, nie będę żałować” Nie ukorzę się. Choćby całe piekło i szatani, nie. Ten właśnie aspekt braku strachu, w połączeniu z silną wolą i konsekwencją do końca, kocham w DG najbardziej. Chociaż podoba mi się też to, co pisze o DG Søren Kierkegaard. Mit o Don Juanie to personifikacja zmysłowości, głodu życia i erotyki. Czyli to o co Freud traktował jako Libido.

Jadąc do Berlina nie myślałam, że coś jest w stanie mnie zaskoczyć. Z libretta można wysunąć bardzo wiele sensownych hipotez, ale czy można jeszcze powiedzieć coś nowego? Roland Schwab zabrał nas w psychodeliczną podróż do umysłu Don Giovanniego. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest DG można go obserwować, albo próbować zrozumieć, pokusić się o analizę jego duszy. I wbrew pozorom, wbrew nagości na scenie ( której było mniej niż obiecywały recenzje...) erotyki i seksu jest bardzo mało. Jest destrukcja, chaos, rozbicie, szaleństwo, tęsknota i wyobcowanie.

Ale po kolei.

Przy dźwiękach uwertury na scenę wchodzi grupa podobnie ubranych mężczyzn. Wśród nich Leporello i Don Giovanni. Tłumek będzie się przewijał do końca spektaklu jak w pantomimie naśladując ruchy DG, ale też Leporella. To nie jest banda służących, ale sam DG w wielu postaciach. To jest jego wnętrze, rozbite na małe kawałki. Dopiero po jakimś czasie zauważyłam i kolejne sceny to potwierdzają, że sam Leporello też jest w rzeczywistości aspektem Don Giovanniego i fragmentem jego osobowości. Taka idea już mi kiedyś przyszła do głowy, ale nie słyszałam, żeby ktoś miał na tyle charakteru żeby to tak przekazać.

Tu chociaż na scenie mamy kilkanaście osób i dwa głosy, to cały czas jest to monodramat na jednego aktora, którego psychika rozbita jest na małe kawałki. Zresztą sam Komandor ginie nie z ręki DG, ale w wyniku ciosów całej bandy. A przecież wiemy kto zabił. Kiedy trup pada na ziemię ląduje obok niego żółta krateczka z numerem 7. Przypomina do złudzenia karteczki jakimi policja oznacza dowody zbrodni. Numer 7, jak siedem kręgów piekła. I jak można domyślać, wraz z kolejnymi zbrodniami pojawią się kolejne numerki aż do 1. Bo wszystko jest podróżą przez siedem kręgów piekła, prywatnego piekła Gon Giovanniego.

Mord dokonany jest kijem golfowym, który w całej sztuce przewija się jako symbol – zarówno szpady na początku, jak i męskiego członka. No cóż, kij golfowy jest doskonałym symbolem czegoś długiego, co kojarzone jest raczej z mężczyznami. Zresztą nie jest to tylko symbol szpady i penisa – ale szeroko pojętego „przedłużenia faceta” jego ręki, jego szpady, penisa, woli i władzy.

Druga doskonała scena, to aria katalogowa ( mille tre!). Zazwyczaj te katalogi są bardzo dobrze utrzymane. Księgi, pliki zdjęć, laptopy. A przecież Don Giovanni kobiet nie szanuje i pewnie tak samo nie szanuje pamięci o nich. Tu pojawia się doskonały wątek śmieci. Leporello ( a właściwie ten bardziej złośliwy ale i społeczny aspekt DG) wyciąga Donnie Elwirze jakieś pomięte papiery z worka na śmieci. Te wspomnienia są zatem takie jak śmieci – chaotyczne, pomięte, brudne i mało warte. Bardzo podoba mi się pomysł śmieci =pamięć. Zresztą zazwyczaj w tej scenie pojawiają się obrazy kobiet – albo modelki, albo zdjęcia. Tu jest tłumek postaci, kawałków osobowości DG leżących na leżakach w okularach słonecznych. W tych wspomnieniach nie ma kobiet – jest tylko sam DG i jego zaspokajanie się nimi.

Kiedy na scenie pojawiają się Zerlina i Masetto mam skojarzenia z kartą tarota Kochankowie. Zresztą motyw z kart Tarota pojawi się jeszcze później. Zerlina i Masetto traktowani są brutalnie i instrumentalnie. Dość mocna scena to chwila kiedy, w arii o czułym podaniu ręki, DG zakłada gumową rękawiczkę. (!) Chyba najlepszy możliwy sposób pokazania jego przedmiotowego podejścia do kobiet. Jak do trupa, jak do mięsa. Zresztą Masetto też pada ofiarą napaści seksualnej. I nie chodzi tu o erotyczny pociąg Leporella-Don Giovanniego do mężczyzn, ale aspektu dominacji i upokorzenia przeciwnika poprzez gwłat. Zresztą czy patrzenie na przemoc seksualną na swojej partnerce, nie jest też rodzajem mentalnego gwałtu? Nie chodzi zatem o to, czy Leporello dokonał fizycznego aktu za pomocą wspominanego kija golfowego – ale raczej o to, co to co symbolizujący ów kij narząd uczynił psychice Masetta. Po pierwsze ładna symbolika, a po drugie ( jak stwierdziłyśmy z Madzią, Kamilą i Dorotą) mniej symboliczny narząd mógłby być gorzej widoczny z naszego 20 rzędu. ( Nie uwłaczając panu Illdebrano).

Przy okazji tej sceny pokazana jest dość ciekawa relacja DG – Donna Elwira. Ona przez dłuższy czas przypatruje się scenie uwodzenia/gwałcenia Zerliny i dość późno interweniuje. DG ma ciągle na nią taki wpływ, czysto fizyczny, że w jakiś sposób uczestniczy w całej scenie.

Porzućcie wszelką nadzieję, mówi namalowany farbą napis pod którym przechodzą bohaterowie. Kolejne kręgi piekła, kolejne numerki i dom Don Giovanniego. Dom, a może raczej środek jego duszy. Jaki jest DG-L od środka? Po pierwsze chaos. Walające się śmieci pamięci. Dwie dziwne podświetlane neonami machiny będące jednocześnie kieratem biczowników. DG ma tu swoje własne piekło, które napędza cierpieniem własnym i czyimś. Nagie kobiety które się tu przechadzają są okaleczone. Przy jednej z nich mam skojarzenia z filmem Crash gdzie seks łączył się z okaleczaniem. Te postacie są chore. Z jednym bardzo ważnym wyjątkiem, o którym za chwileczkę. I przy okazji kolejny symbol tarota. Postać kobieca w białej chuście zwisa z sufitu przypominając kartę Wisielec. A więc zastoju, duchowej izolacji od świata, skupieniu się na własnym wnętrzu.

W końcu kiedy dochodzi do konfrontacji DG sam podaje gościom miecz i klęka przed nimi. Tak jakby chciał powiedzieć „ Zróbcie to, jeżeli jesteście równie szaleni jak ja. Zróbcie to i przyjmijcie moje reguły. Jeżeli starczy wam odwagi”

W drugim akcie nad sceną świeci dziwny czerwony księżyc. Czerwony jak nosy klaunów, które noszą alter ega DG-L. Ale w końcu zaczyna się maskaradą. Przebrany Leporello zajmuje się Donną Elwirą, a DG ma okazję uwieść jej młodą służącą. I to jest chyba najciekawsza i najbardziej znacząca scena całego spektaklu. Kim jest ta służąca? Ponieważ Mozart nie napisał jej ani jednej nutki, zazwyczaj pojawia się co najwyżej jako postać w oknie. Tu jest duchem. Widmem, które widzieliśmy w domu-duszy DG. Duchem niewinności, doskonałości młodziutkiej dziewczyny w białym stroju. Duchem, którego sam DG zamordował, a teraz próbuje go wskrzesić. Kiedy aspekt Leporello zajmował się Donną Elwirą – aspekt DG pogrążył się w samym sobie, w marzeniach o tej nierealnej zjawie. I była to pierwsza interpretacja gdzie zobaczyłam, że DG coś kocha. On ją wielbił i dotykał dłonią ( bez gumowej rękawiczki). W przeciwieństwie do poprzednich scen nie było tu nic obscenicznego ani wulgarnego. Było za to dużo tęsknoty i erotyzmu. Oczywiście do czasu, kiedy zauważa, że to tyko zjawa i porzuca ją martwą na ziemi.

W chwili kiedy akcja skupiona jest na aspekcie Leporella aspekt Don Giovanniego pogrąża się w medytacji. Jest to jedno z kilku nawiązań do religii. Mnie osobiście, w kontekście dalszych scen, skojarzył się z Modlitwą w Ogrójcu. Z przygotowaniem na to, co ma nastąpić.

W scenie cmentarnej nie ma cmentarza, ani pomnika Komandora. Nie ma nic. Jest szaro niebieska mgła. Zagubienie. Rewelacyjnie wychodzi „zagranie tego do publiczności” część osób się śmiała, choć mi akurat nie było do śmiechu. Czy jako część społeczeństwa jestem duchem, który ma oskarżać Don Giovanniego? Poza tym zza sceny wyłażą trupy myszki miki, które tańczą razem z Leporellem. Czy jest coś bardziej obśmianego i komercyjnego niż myszka miki? On daje tu wyraz swojego lekceważenia sferze duchowej, jakiemukolwiek aspektowi nadprzyrodzonemu, czy to w postaci Boga czy Zmarłych.

Kolacja zmienia się w cenę przedstawiającą Ostania Wieczerzę Leonarda. DG i jego odbicia. Ostania kolacja. To było już wcześniej kilkakrotnie sygnalizowane, ale tu jest powiedziane wprost. DG jest swoim własnym Bogiem. Nie ma innego. Dla niego istnieje tylko jego własny wewnętrzny świat, w którym jest uwięziony. Wyrzeka się Boga. I nie ma już poza nim nic. Absolutnie nic.

Dlatego jedynym możliwym wyjściem jest Komandor który pojawia się jedynie jako głos zza sceny. Skoro świata nadprzyrodzonego nie ma, nie istnieją też duchy i wszystko jest wytworem choregu umysłu Don Giovanniego. Jego aspekt Leporello ( mniej szalony, ale bardziej zdeprawowany) odciąga go od Komandora. DG jako część, która w tym momencie nie jest już w stanie zatrzymać procesu autodestrukcji wyciąga w jego kierunku rękę. I wtedy następuje coś genialnego. Najpierw pojawia się jego własne piekło. Te same machiny, który były w jego domu. Jakżeby inaczej, skoro innego piekła nie ma? Potem wszystko się rozpada. Scena porusza się i poszczególne rzędy odbić DG rozwarstwiają się. Wszystko zapada się w sobie i na koniec upadają razem DG i Leporello. Ostatni numerek – 1 – ostatni krąg piekła i numer ostatniej zbrodni DG rzuca na siebie. Jest swoją ostatnią ofiarą.

Głosowo było cudownie. Ildebrando d'Arcangelo wokalnie wspaniały a i było na czym oko zawiesić. Podobnie Alex Esposito jako Leporello. Jemu szczególne brawa za grę aktorską. Panie też były rewelacyjne, Donna Anna i Elwira czarowały głosem, Zerlina odrobinę bardziej aktorsko, ale całość robiła naprawdę wspaniałe wrażenie.

Nie wiem czy publiczność coś sobie przemyślała od premiery, ale kiedy wyszedł reżyser słychać było tyle samo gwizdów, co okrzyków brawo. Zresztą całość nie była w żaden sposób obsceniczna, ani nie zawierała niepotrzebnych elementów przemocy. W każdym razie nie bardziej niż pokazane to jest w wielu współczesnych teatrach. W świecie gdzie pornografia jest dostępna na każdym dworcu i stacji benzynowej na wyciągnięcie ręki całkowicie dopuszczam użycie jej elementów w sztuce jako środka przekazu. I nie róbmy tu z opery skansenu, ze zbyt sieriożna na gołe cycki.

Jestem zadowolona, że mogłam pojechać do Berlina. Nie przekonałam się, że Don Giovanni jest historią o wyobcowaniu i destrukcji, ale strasznie się cieszę, że scena operowa jest miejscem twórczym, miejscem dialogu i odkrywania nowych znaczeń. A po tych wszystkich doskonałych i nudnych transmisjach z Met ten Don Giovanni był dla mnie czymś odświeżającym. Szkoda tylko, że kiedy pojawiają się eksperymenty w Polsce są tak durne i niedopracowane jak Wrocławska Turandot.

A czy ktoś wie czy W Berlinie nie byliby łaskawi wsiąść Fausta w obroty?

*W całości posta użyłam stwierdzeń z rozmowy z Panem Kocurem, Demonkiem, Madzią, Kamilą i Pawłem. Nie we wszystkich kwestiach się zgadzaliśmy, ale w większości tak, dlatego pozwoliłam sobie czasami was cytować. I dziękuję za wyjazd (-;









poniedziałek, 25 stycznia 2010

Don Giovanni

Dostałam od rodzica pod choinkę Don Giovanniego z Royal Opera House. Mnaimuśne. I na zachętę mały obrazek dla czytelniczek, które uważają, że opera jest nudna.

Czyli co Don Giovanni robił w piekle (-;
Mały screenshot (-;



Czekamy z kotem na interpretacje ze ten cały Komandor i porwanie do piekieł to była delirka ściema i jeszcze jedno kłamstwo i podstęp żeby się od niego odwalił Don Ottawio z policją. I ostania scena gdzie odchodzi w towarzystwie pięknych kobiet uzupełniać listę mille tre.

środa, 25 lutego 2009

Ale tylko jeden raz, Taki ze mnie Maxi Kaz.

Wrażenia na gorąco z wczorajszego wyjścia do Opery Krakowskiej zacznę cytatem ze znajomego reżysera: „Jak się dzieła nie wychędoży, to się nic z tego nie urodzi”.

Po pierwsze jestem troszkę w trudnej sytuacji bo Osiem i pół Felliniego wiedziałam wielki temu i pamiętam jak przez mgłę. A zastanawiam się czy i na ile można te dwie rzeczy rozpatrywać osobno. Będę musiała.

Ogólnie bardzo mi się podobało. Z niektórymi rzeczami bym dyskutowała, ale były i takie które wgniotły mnie w fotel. Ale za co panu Znanieckiemu dziękuję najbardziej to, że jakąś wizje miał i na tle całej miernej – ale - klasycznej polskiej sceny miał odwagę to pokazać.

Dla mnie zawsze Do Giovanni był kimś kto szuka. Kimś kto nie może zaspokoić apetytu, personifikacje psychoanalitycznego Id, może trochę macho, takim który i normy boskie i ludzkie ma gdzieś głęboko. Bardzo lubię te współczesne realizacje z nożem i rozchełstaną koszulą.

Tu miałam coś zupełnie innego. Coś tak nieprawdopodobnego, że aż trudno uwierzyć. Don Giovanni impotent. Ktoś wypalony, zblazowany, zmęczony, cyniczny. Poza Fellinim do którego nawiązanie było bezpośrednie mnie się skojarzył James Bond. Jeden z tych z lat ’90, pusty, nie wkładający w zasadzie wysiłku w to całe podrywanie. Ba więcej to jest James Bond któremu się nic nie udało. Taki Bondzik dla ubogich z Ciechocinka. I tylko tłumy głupich bab na niego lecą. On w zasadzie nawet ich nie pożąda. Kiedy śpiewa słynną arie o podawaniu ręki stoi przodem do publiczności. To one go molestują. On z tym biczem jest bardziej jak pogromca zwierząt niż jak uwodziciel. Zresztą same archetypy kobiece są tu celowo pokazane jako straszliwe kretynki. One same się puszczają i z chęcią dopisują do listy milletre a potem mają za złe, ze jeszcze kogoś dopisano.
Bardzo fajny motyw w Komandorem. Ja nie jestem pewna czy on naprawdę w ogóle staniał. Czy Don Giovanni fizycznie go zabił, czy to nie działo się tylko w przestrzeni archetypu i jego wyobrażani.
O ile cały spektakl był dla mnie fajny ale miałam zastrzeżenia ( bo to cholera nie była moja wizja DG i czegoś mi brakowało!) to zakończenie wgniotło mnie w fotel. Komandor przychodzi na ucztę. Tyle, że w przeciwieństwie do innych interpretacji nie są tam sami. Tam jest tłum ludzi, gra orkiestra, ludzie tańczą. I nikt nie widzi Komandora. To jest głos w głowie Don Giovanniego. Może słyszy go też Leporello od tylu lat związany z DG.

Poczułam się wgnieciona w fotel. Nie ma nic. Nie ma metafizyki, nie Am duchów, nie ma piekła. Jest tylko przesyt, gorycz, wypalenie. I w tym momencie DG strzela sobie w łeb. Jakby nie mógł już tego znieść.

Niezależnie od wszystkiego powinnam dziękować Znanieckiemu za pokazanie wiedeńskiej wersji bez umorlanijącego zakończenia, gdzie wszyscy wychodzą i się cieszę że złego szlag trafił. Tu oni nawet nie do końca zauważają, że on nie żyje.

Co podobało mi się troszkę mniej to chwilami plastikowe dekoracje które się chwiały. Miałam stracha że się zawalą zabijając pana Kwietnia. Dodatkowo sopran koloraturowy Donny Anny wcale mnie nie przekonał. Nie mam prawa do komentarzy w tym zakresie ale ona piszczała chwilami. Z tych wersji które dotychczas słyszałam to brzmiało inaczej. Lepiej.

Dalej twierdzę, ze to nie jest mój DG. Ale jestem za jedna rzecz panu Znienackiemu bezgranicznie wdzięczna. Za odwagę, wizję, coś co ja nazywam „pozbawianiem opery lanoliny” ( Od futer z lanoliną w jakich przychodzą dostojne babcie).

Obok nas siedział pewien starszy pan koneser z żoną. I się bulwersował „ Że co to, to w ogóle jest? Że kto to, to wiedział? Że poważna opera nie może eksperymentować! Że toż to jest Mozart! Że to jest obsceniczne kuriozum! Że to jest dla takich co z tymi mptrójnikami chodzą ( ja akurat odtwarzacz mp3 miałam torebce – a na nim Don Giovanni z Raimondim)” I tak dalej. Próbowałam z panem dyskutować nie dało się. Ostatecznie zaszokowałam go stwierdzeniem, ze tak podoba mi się. Bardzo. Don Giovanni jest sztuką o seksocholiku. I nie mówcie mi że musi to być uduchowione.

Mam wrażenie, że teatr na swoje szczęcie przechodził tą rewolucję już jakiś czas temu. I teraz cieszy się różnymi formami, wolno reżyserom łączyć, bawić się formą, interpretować. Nie widzę powodu dla którego można coś zrobić z Szekspirem ( a robiono wiele, ze skutkiem rewelacyjnym i miernym) a nie można tego zrobić z Mozartem. Można. Czasem trzeba. Jako fanka DeutcheOper w Berlinie cieszę się, ze coś zaczyna się dziać. Ktoś ma pomysł i odwagę. Cóż Tadeusza Kantora też nie wszyscy lubili.

Lemurko cieszę się że twoja Hania zetknęła się właśnie z tą interpretacją. Możesz ją skierować na mojego bloga jestem ciekawa jej opinii. Lepiej tu niż do ziejącej naftaliną bylejakości.. Byle klasycznie, byle się nie wychylać. W końcu po co odpowiadać na pytanie kto to był Don Giovanni. Po co mówić „jaki on był, czemu to” Przecież to tylko taka sobie kostiumowa historyjka o ukaranym grzeszniku.

Mogło się podobać lub nie. Ale tak długo jak nie pozwolimy operze na eksperymenty i interpretacje, nawet te mniej udane, te bardziej udane nie powstaną wcale. I nie będzie się działo nic. Będą tylko bardziej i mnie wypucowane grzeczne bajki.

A zupełnie z innej beczki z przedstawieniem Don Giovanniego w sanatorium kojarzy mi się jeszcze jeden motyw. Może odrobinkę profanacja ( hihi) ale jak się z dystansem podejdzie to pasuje jak ulał. W końcu archetypy się przeplatają. Te ze sztuki z górnej półki i te z zupełnie niziutkiej:


W okolicy z tego słynę,
Że gdy spojrzę na dziewczynę,
Zanim zacznę grać to ona mówi pas.

Może właśnie wiec dlatego,
Wszystkie damy mój kolego
Już po randce mówią na mnie Maxi Kaz.

W sanatorium lub na wczasach,
Raczej łatwo o grubasa,
Łysy, stary, sztuczna szczęka, szkła jak dwa od piwa denka.

Wtedy ja do akcji wkraczam,
Swoim wdziękiem je uraczam.
Zawsze wszystko daje z siebie,
Żeby były w siódmym niebie.

Ale tylko jeden raz,
Taki ze mnie Maxi Kaz.

Zimny jak polodowcowy głaz.
W Ciechocinku,
Tam gdzie dom zdrojowy,
Maxi Kaz
Rusza na łowy.
Na deptaku czai się na panie,
Każda szansę dziś dostanie.

Taki ze mnie Maxi Kaz.

Panny i zamężne damy,
Chciałyby jakiejś odmiany,
Na wywczasach to normalne mówię wam.

A ja tę odmiane daję
W nocy.
Kiedy rano wstaję,
Do mojego domu wracam zawsze sam.