Mam wyjątkowo parszywy nastrój. Tak parszywy, że zgodnie z całym prawdopodobieństwem zaraz odbiję się od dna i będzie dobrze. Dalsza część epopei rodzinnej – choć w sumie nic nowego – to wszystko zaczyna przypomina brazylijski. Matka dalej budzi we mnie pokłady agresji zdolne rozwalić Pałac Kultury ( Demonku pamiętasz ten ostatni wybuch u ciebie?). Z ojcem z kolei miałam niefajną wymianę maili, która usankcjonowała stan, że się nie znamy. A wszystko to, że mam czelność żyć po swojemu i jestem nieudacznikiem bo nie mam pracy dającej mi składki emerytalne ( bo to przecież najważniejsze!). No i odrzucam wielką matczyną miłość.
Cóż, ludzie którzy przez większość życia byli zgorzkniali, nieszczęśliwi i umęczeni nie są najlepszymi drogowskazami. A emeryturę mam głęboko gdzieś, podobnie jak spóźnione próby wychowawcze. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że oni będą na emeryturze szczęśliwi, bo całe życie poświecili żeby ją mieć. Ja na dzień dzisiejszy muszę się nauczyć żyć z tą złością, z dwóch powodów. Po pierwsze żeby moi bliscy przez nią nie oderwali a dwa, żeby mi nie podcinała skrzydeł.
To co wyniosłam z domu to takie wielkie ołowiane ciężarki przygniatające w dół. Ponieważ mnie naturalnie ciągnie w górę i przed siebie to często się uśredniało i stałam w zawieszeniu. Za dużo żeby się nie utopić, za mało żeby pofrunąć. W zawieszeniu. Bo to się nie uda, jest bez sensu, i trzeba ciężko pracować na emeryturę. Może już wystarczy.
A że teraz mi niefajnie? Cóż, komu innemu bym powiedziała „ dusza nie szklanka się nie stłucze”. I nie oglądaj się za siebie. Jak w bajkach, gdzie uciekając przed potworem rzucało się magiczne przedmioty i nie patrzyło się za siebie. Nigdy. Ja to wszytko wiem, a jednak takie sytuacje potwornie męczą mnie to.
Może na mój nastrój nakładają się też nadchodzące święta?
Na to wszystko nałożył się dziwny sen. Jeden z tych które pamięta się w każdym szczególe. Kraków, deszczowy współczesny. Idę z kimś po rynku. Obok mnie przechodzi jakaś religijna procesja na koniach – nagle pod nogi spada mi krzyż. Podnoszę go i podaję – widzę, że jest zrobiony z posklejanych ludzkich kości. Po chwili wchodzimy z koleżanką w jedną z bocznych uliczek. Tam kamienny kościół i wykopki ( koparki, robotnicy archeolodzy) – informacja że przenoszą jakiś stary miejski cmentarz. Przez przypadek wchodzę w kupę błota wymieszaną z kośćmi, przewracam się, ta masa mnie wciąga i zatapia po szyję. Dopiero kiedy jestem już znużona po szyję w szkieletach, żebrach, piszczelach i czaszkach komuś udaje się podać mi rękę i jakoś wyciągnąć.
A z dobrych rzeczy?
Czytam Stasiuka. Bardzo mi na ten czas pasuje, szczególnie nielinearna forma. Wciąga.
Mam nadzieję mieć do nowego roku 100 stron Tego Nowego co piszę. Na razie mam połowę i dokładne notatki do reszty. Podoba mi się ten tekst. Teraz wiem, że jeżeli nawet nie wydaja Luster to dużo się na nich nauczyłam.
Mam bilety na Dziadka do Orzechów. Niestety spektakl szkolny o 11. Widać Opera w Bytomiu nie zakłada, że rodzic może sam z dzieckiem po południu lub w sobotę chcieć iść do Opery.
Jedziemy na Mikołajki Folkowe i Króla Leara. Bardzo się cieszę. Takie pozytywne rzeczy w grudniu.
No i zaczęłam 19 tydzień. Młody bezproblemowy. Nawet schudłam kilogram. Młody podobno już zaczyna słyszeć. Puszczam mu ścieżkę z Truposza.
W niedzielę urodziny Williama Blaka. Trzeba będzie jakoś to uczcić. Ogólnie nie widzę powodu dla którego po śmierci nie należy obchodzić urodzin. Wszystkiego najlepszego Will! Teraz nie mogę, ale chętnie wypiłabym za ciebie wypiłabym twoje zdrowie jakąś dymiącą mikstura godną Fausta. Zasadniczo trudno Ci czegokolwiek życzyć – musi cie być nieźle tam gdzie jesteś, Bóg musi się dobrze czuć w otoczeniu Mistyków. I pozdrowienia dla Catherine po drugiej stronie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzina. Pokaż wszystkie posty
piątek, 26 listopada 2010
sobota, 13 czerwca 2009
Gorzej mi (-;
Sytuacja z poprzedniej notki ma dość zaskakujący finał. Matka się nagle odezwała i jest miła jak miodek. Ciekawe na jak długo. Już sama nie wiem czy mnie czytuje czy nie. I nie mam ochoty się nad tym zastanawiać. Możliwie są wszystkie warianty włącznie z tym że podczytuje ojciec a blefował żeby mnie „ skłonić do myślenia”. Komunikacja w mojej rodzinie to rzecz złożona.
Z aktualności. Dosyłam do pewnego punktu, w którym wiem, że pewne rzeczy bym chciała w życiu zmienić. Sprawy z półki „nierealne, można pomarzyć” przeniosłam na miejsce z opisem „ trudne, wiec weź się w garść i pokombinuj”. Tak czy inaczej jak pójdzie dobrze program Spełniamy Marzenia i Eksperymentujemy to za około rok przewrócę po raz kolejny życie o 180 stopni. I nie chodzi tu o następne młode. Jeszcze nie (-; Nie będę na tym etapie pisać o co chodzi. Kocur wie, popiera. Ja zaczynam wierzyć i aż się tego boje. Jak się uda to w marcu 2010 sobie strzelę na urodziny wyrąbisty prezent. A jak go nie będzie znaczy jestem cykor.
Poza tym czytam jak wściekła.
Hełm Grozy. Wiktora Pielina.
Wiedźmikołaj.
Magazyn Osobliwości ( idzie pocztą, więc właściwie to będę czytać w tym tygodniu)
Z aktualności. Dosyłam do pewnego punktu, w którym wiem, że pewne rzeczy bym chciała w życiu zmienić. Sprawy z półki „nierealne, można pomarzyć” przeniosłam na miejsce z opisem „ trudne, wiec weź się w garść i pokombinuj”. Tak czy inaczej jak pójdzie dobrze program Spełniamy Marzenia i Eksperymentujemy to za około rok przewrócę po raz kolejny życie o 180 stopni. I nie chodzi tu o następne młode. Jeszcze nie (-; Nie będę na tym etapie pisać o co chodzi. Kocur wie, popiera. Ja zaczynam wierzyć i aż się tego boje. Jak się uda to w marcu 2010 sobie strzelę na urodziny wyrąbisty prezent. A jak go nie będzie znaczy jestem cykor.
Poza tym czytam jak wściekła.
Hełm Grozy. Wiktora Pielina.
Wiedźmikołaj.
Magazyn Osobliwości ( idzie pocztą, więc właściwie to będę czytać w tym tygodniu)
niedziela, 31 maja 2009
Diabeł z pudełka
Jak obiecywałam - ostrzegam. Notka z bebechów, z trzewi czy z czego tam.
Z jelita grubego (-;
A wiecie, że w pudełku mieszka diabeł?
Zaglądanie…a tu ŁUP…i nagle się okazuje, że spodziewaliśmy się czegoś innego. Nie przestają mnie zadziwiać ludzie, którzy najpierw sami się proszą o jakieś informacje, zaglądają do pudełka a potem BU - bo nie to chcieli usłyszeć. Znacie to? Czytanie pamiętników, śledzenie blogów, szperanie po listach, przyciskanie do muru pod pozorami pomocy i chęci wparcia ( to przerabiałam jesienią) a potem……O, to nie tak miało wyglądać. Ja tego słyszeć nie chcę. Obrażam się.
Ale co się stało. Po kolei. Dzwonie dziś do rodziny, bo rozważaliśmy niedzielne sushi. I pytam się czy są chętni na zrzut Natalisa. Dowiaduje się od ojca, że nie, bo atmosfera ogólnie zła, ja coś narobiłam i muszę to z mamą wyjaśnić. Ponieważ nic ostatnio się nie stało, dodałam dwa do dwóch i wyszło mi, że mi się matka do bloga dorwała. A niech jej na zdrowie idzie. ( Późniejsze informacje potwierdziły tą teorię)
Notabene poprzedni blog na mylogu był na hasło właśnie z tego względu. Tyle, że mylog się zacina. A nie będę hasłowała bloga tylko dla ludzi z gmaila, ze względu na ochronę potencjalnych strat moralnych mojej rodziny.
Zrozumiałam ostatnio czemu nasze relacje zupełnie zepsuły się po urodzeniu Natalii. Przedtem były falowo, raz do góry raz na dół. I to „w górę” przypadało dziwnym trafem kiedy matka miała doła i nie miała już nikogo, wtedy jej się zabiegać o mnie chciało. Tyle, że teraz na świecie jest Natalia. Ktoś mały, śliczny – kto lubi kocha i z kim się nie ma przekopanych relacji. I nie trzeba się o mnie strać. A mnie jak się okazało, też na tym straniu aż tak nie zależy.
Tak jak jesienią dochodzę do wniosku, że jestem zimna suka. Bo jak to tak? Matkę rodzoną? No, musze z nią porozmawiać. Otóż: nic nie muszę. I nie muszę się zastanawiać, czy ona mnie kocha, czy nie. Bo nawet jeśli tak, to jakiś czas temu przestało mnie to ruszać. Wole ludzi którzy nie - kochają, a lubią, ale da się z nimi porozumieć. A takie „muszę” – przypomina mi żony które są latami z kimś kto pije i bije – bo to przecież mąż – i rodzina, a przecież w gruncie rzeczy on kocha… Tylko, że ja jestem naprawdę wredna suka. Lepiej być suką niż męczennicą. A na pewno wygodniej (-;
I nie dam się wpędzić w taka atmosferę jakbym to ja „coś namotała”. Jest jak jest. Od wielu lat. Ja o tym pisze. Bo jestem dorosła, bo mi wolno. Bo mam ochotę. A patrzenie na to jak na czyn niegrzecznej nastolatki, która była niemiła, coś namotała, napisała coś w pamiętniku, - takie myślenie jest nie na miejscu. Przechodziło piętnaście lat temu. Teraz już nie.
Kocur mówi że nie mam pisać o tym notek na bloga. Mam o tym pisać książki. O Śląsku, rodzinie, relacjach z matką. Na ostro i ekshibicjonistyczne. Cóż. Kiedyś czytałam Pianistkę Jelinek i nie mogłam się oprzeć, że to jest …taka zwyczajna saga rodzinna. Trochę nudna. W końcu u mnie było podobnie i jakoś się nikt tym nie emocjonuje. Ale swoją drogą – kiedyś to zrobię. Przestane ukrywać się za mitami i przeleje na klawiaturę każdy zapach, smak, rozmowy z pierwszych piętnastu lat życia.
Nie, nie mam sobie nienawiści. Złość zostawiałam gdzieś za sobą, zeskrobałam ją z siebie podczas ciężkiej pracy pozbywania się z siebie smętnej pryszczatej nastolatki, która cała klasa waliła po głowie za niedostosowanie. Ot po prostu dorosłam. Dorosłam i wymagam, żeby inni zachowywali się w sposób dorosły. I wszystkie koszmary komunikacyjne mojej matki zaczęły mnie drażnić. ( Przeczytajcie kiedyś jakąś książkę o komunikacji interpersonalnej - apotem wyobraźcie sobie, że może być zupełnie odwrotnie). Męczy mnie jej nałogowe kłamstwo i iście w zaparte ( „ ja już zapłaciłam za przedszkole Natalii z góry wiec ona musi iść w lipcu do tego blisko nas” – dzwonie i oczywiście to był blef). Frustrują mnie jej podwójne komunikaty, nieudolne manipulacje. To, że jest osobą tak bezwolną, że można jej wiadro pomyj wylać na głowę, ale UWAGA – tak długo jak robi się to niesprawiedliwie i bezsensu. Wtedy wybacza wszystko męczeńskim „ ale ja i tak cię kocham”. Jeżeli kiedykolwiek próbuje się zwrócić uwagę mojej matce na coś co ma w sobie ziarno prawdy – reaguje od razu atakiem i to baaardzo agresywnym.
Ojciec mówi, że mnie kocha i mam tylko nie słuchać tego co mówi. Tylko, że ja dorosłam i nie wiem, czemu muszę zakładać, że inni w wieku lat 50 tego nie zrobią.
Kiedy byłam mała miałam taki sen – powtarzał się przez całe lata. Kłóciłyśmy się o cos, a ja potem wychodziłam z domu z ojcem. Byliśmy na spacerze i ogólnie było fajnie. A jak wróciłam do domu to okazywało, się ona z rozpaczy, że jej nie kocham popełniała samobójstwo. Ponieważ był to sen – i obowiązywała inna logika- to po śmierci nie umierała zupełnie, ale zmieniała się w pół człowieka pół wilka z zakrwawionymi łapami. I podchodziła do mnie mówić „ patrz co mi zrobiłaś”.
Odkąd wyprowadziłam się z domu sen zniknął. Zupełnie. Pozbyłam się poczucia winy. I doszłam do tego, że każdy odpowiada za swoje Życie. Wiec warto zanim coś zrobić. I jestem spokojna. Można powiedzieć, że moim największym osiągnięciem jest wywalenie ze swojej osobowości wszystkiego co wpajano mi, czym nasiąkłam przez pierwsze 15 lat życia.
A tamten koszmar wynikał z tego, że byłam zapracowana, a Kocura nie było.
Notabene jestem w sumie jakieś siedem lat po ślubie i mogę powiedzieć, że jest dobrze. A jest dobrze, bo zaraz na początku wywaliłam w diabły naczelną zasadę postępowania z mężczyznami którą w ramach „mądrości kobiecych” przekazywała mi moja matka. „Ma wszystko jeść, a nie wszystko wiedzieć” czyli idź w zaparte bo chłop to zawsze „obcy człowiek” nie rodzina. Chyba jest na odwrót – nie wszystko je, ale wszystko wie. (-;
Bosz, ja nie tylko nie mam nienawiści, ani nawet żalu. Mało mnie obchodzi czy zostałam w dzieciństwie na dłużej czy krócej u babci. Po prostu nie mam już cierpliwości do takiej komunikacji, i nigdy nie czułam związku, bycia rozumianą. Może dlatego teraz czasem tak bardzo szukam w ludziach tego rozumienia mnie, tego drugiego „lustereczka”.
Dobrze, koniec notek ekshibicjonistycznych.
Robię coś jeszcze niż tylko pławie się w patologicznych relacjach z przeszłości.
Ogólnie brakuje mi wakacji. Za miesiąc Jawornik, a potem Bieszczady z Nat (Łupków!!!! – tęsknie do domu! ). Walencja z różnych powodów przestała być prawdopodobna. Ale dalej kombinujemy. Marzy mi się plaża. Nie taka do kąpieli, taka, żeby iść wieczorem na zimny już piasek i słuchać morza. Oprócz tego marzy mi się Irlandia i Walia – najlepiej z Anią i pewną książką Marie Heaney. Żeby pozaglądać, czy te magiczne stwory tam są. Czekam na wyjazdy muzyczne – czyli do 20 06 – bo wtedy jedziemy na Don Giovanniego ( wersja kinowa z Rogal Opera House) do Krakowa. I przy okazji na najlepsze lody na świecie (-;
Z muzyki to dostałam wczoraj Potępienie Fausta Berlioza ( wersja filmowa z Met). Bardzo nam się podoba. Szczeka opada, co można zrobić z opery dobrą reżyserią i efektami specjalnymi. Zdumiewające. Muzycznie przekonuje mnie wprawdzie dużo mniej niż wersja Gounda ( jedna z niewielu oper które mogę słuchać non stop), ale za to jeżeli chodzi o fabułę ( jestem łoś szukam w operze fabuły – takie zboczenie po przygodzie z teatrem!) – jeżeli chodzi o fabułę, to Potępienie Fausta przekonuje mnie sto razy bardziej. Jest tu dużo więcej ich relacji, emocji i samego Fausta. Cała opera to starania Mefista o jego duszę, a nie tylko jak u Gounda podpisany zaprzedana dusza w I akcie.
Hmm z takimi problemami rodzinnymi powinnam sobie raczej Mozarta posłuchać. Arii królowej nocy. Tak w ramach ilustracji do relacji rodzinnych.
Z jelita grubego (-;
A wiecie, że w pudełku mieszka diabeł?
Zaglądanie…a tu ŁUP…i nagle się okazuje, że spodziewaliśmy się czegoś innego. Nie przestają mnie zadziwiać ludzie, którzy najpierw sami się proszą o jakieś informacje, zaglądają do pudełka a potem BU - bo nie to chcieli usłyszeć. Znacie to? Czytanie pamiętników, śledzenie blogów, szperanie po listach, przyciskanie do muru pod pozorami pomocy i chęci wparcia ( to przerabiałam jesienią) a potem……O, to nie tak miało wyglądać. Ja tego słyszeć nie chcę. Obrażam się.
Ale co się stało. Po kolei. Dzwonie dziś do rodziny, bo rozważaliśmy niedzielne sushi. I pytam się czy są chętni na zrzut Natalisa. Dowiaduje się od ojca, że nie, bo atmosfera ogólnie zła, ja coś narobiłam i muszę to z mamą wyjaśnić. Ponieważ nic ostatnio się nie stało, dodałam dwa do dwóch i wyszło mi, że mi się matka do bloga dorwała. A niech jej na zdrowie idzie. ( Późniejsze informacje potwierdziły tą teorię)
Notabene poprzedni blog na mylogu był na hasło właśnie z tego względu. Tyle, że mylog się zacina. A nie będę hasłowała bloga tylko dla ludzi z gmaila, ze względu na ochronę potencjalnych strat moralnych mojej rodziny.
Zrozumiałam ostatnio czemu nasze relacje zupełnie zepsuły się po urodzeniu Natalii. Przedtem były falowo, raz do góry raz na dół. I to „w górę” przypadało dziwnym trafem kiedy matka miała doła i nie miała już nikogo, wtedy jej się zabiegać o mnie chciało. Tyle, że teraz na świecie jest Natalia. Ktoś mały, śliczny – kto lubi kocha i z kim się nie ma przekopanych relacji. I nie trzeba się o mnie strać. A mnie jak się okazało, też na tym straniu aż tak nie zależy.
Tak jak jesienią dochodzę do wniosku, że jestem zimna suka. Bo jak to tak? Matkę rodzoną? No, musze z nią porozmawiać. Otóż: nic nie muszę. I nie muszę się zastanawiać, czy ona mnie kocha, czy nie. Bo nawet jeśli tak, to jakiś czas temu przestało mnie to ruszać. Wole ludzi którzy nie - kochają, a lubią, ale da się z nimi porozumieć. A takie „muszę” – przypomina mi żony które są latami z kimś kto pije i bije – bo to przecież mąż – i rodzina, a przecież w gruncie rzeczy on kocha… Tylko, że ja jestem naprawdę wredna suka. Lepiej być suką niż męczennicą. A na pewno wygodniej (-;
I nie dam się wpędzić w taka atmosferę jakbym to ja „coś namotała”. Jest jak jest. Od wielu lat. Ja o tym pisze. Bo jestem dorosła, bo mi wolno. Bo mam ochotę. A patrzenie na to jak na czyn niegrzecznej nastolatki, która była niemiła, coś namotała, napisała coś w pamiętniku, - takie myślenie jest nie na miejscu. Przechodziło piętnaście lat temu. Teraz już nie.
Kocur mówi że nie mam pisać o tym notek na bloga. Mam o tym pisać książki. O Śląsku, rodzinie, relacjach z matką. Na ostro i ekshibicjonistyczne. Cóż. Kiedyś czytałam Pianistkę Jelinek i nie mogłam się oprzeć, że to jest …taka zwyczajna saga rodzinna. Trochę nudna. W końcu u mnie było podobnie i jakoś się nikt tym nie emocjonuje. Ale swoją drogą – kiedyś to zrobię. Przestane ukrywać się za mitami i przeleje na klawiaturę każdy zapach, smak, rozmowy z pierwszych piętnastu lat życia.
Nie, nie mam sobie nienawiści. Złość zostawiałam gdzieś za sobą, zeskrobałam ją z siebie podczas ciężkiej pracy pozbywania się z siebie smętnej pryszczatej nastolatki, która cała klasa waliła po głowie za niedostosowanie. Ot po prostu dorosłam. Dorosłam i wymagam, żeby inni zachowywali się w sposób dorosły. I wszystkie koszmary komunikacyjne mojej matki zaczęły mnie drażnić. ( Przeczytajcie kiedyś jakąś książkę o komunikacji interpersonalnej - apotem wyobraźcie sobie, że może być zupełnie odwrotnie). Męczy mnie jej nałogowe kłamstwo i iście w zaparte ( „ ja już zapłaciłam za przedszkole Natalii z góry wiec ona musi iść w lipcu do tego blisko nas” – dzwonie i oczywiście to był blef). Frustrują mnie jej podwójne komunikaty, nieudolne manipulacje. To, że jest osobą tak bezwolną, że można jej wiadro pomyj wylać na głowę, ale UWAGA – tak długo jak robi się to niesprawiedliwie i bezsensu. Wtedy wybacza wszystko męczeńskim „ ale ja i tak cię kocham”. Jeżeli kiedykolwiek próbuje się zwrócić uwagę mojej matce na coś co ma w sobie ziarno prawdy – reaguje od razu atakiem i to baaardzo agresywnym.
Ojciec mówi, że mnie kocha i mam tylko nie słuchać tego co mówi. Tylko, że ja dorosłam i nie wiem, czemu muszę zakładać, że inni w wieku lat 50 tego nie zrobią.
Kiedy byłam mała miałam taki sen – powtarzał się przez całe lata. Kłóciłyśmy się o cos, a ja potem wychodziłam z domu z ojcem. Byliśmy na spacerze i ogólnie było fajnie. A jak wróciłam do domu to okazywało, się ona z rozpaczy, że jej nie kocham popełniała samobójstwo. Ponieważ był to sen – i obowiązywała inna logika- to po śmierci nie umierała zupełnie, ale zmieniała się w pół człowieka pół wilka z zakrwawionymi łapami. I podchodziła do mnie mówić „ patrz co mi zrobiłaś”.
Odkąd wyprowadziłam się z domu sen zniknął. Zupełnie. Pozbyłam się poczucia winy. I doszłam do tego, że każdy odpowiada za swoje Życie. Wiec warto zanim coś zrobić. I jestem spokojna. Można powiedzieć, że moim największym osiągnięciem jest wywalenie ze swojej osobowości wszystkiego co wpajano mi, czym nasiąkłam przez pierwsze 15 lat życia.
A tamten koszmar wynikał z tego, że byłam zapracowana, a Kocura nie było.
Notabene jestem w sumie jakieś siedem lat po ślubie i mogę powiedzieć, że jest dobrze. A jest dobrze, bo zaraz na początku wywaliłam w diabły naczelną zasadę postępowania z mężczyznami którą w ramach „mądrości kobiecych” przekazywała mi moja matka. „Ma wszystko jeść, a nie wszystko wiedzieć” czyli idź w zaparte bo chłop to zawsze „obcy człowiek” nie rodzina. Chyba jest na odwrót – nie wszystko je, ale wszystko wie. (-;
Bosz, ja nie tylko nie mam nienawiści, ani nawet żalu. Mało mnie obchodzi czy zostałam w dzieciństwie na dłużej czy krócej u babci. Po prostu nie mam już cierpliwości do takiej komunikacji, i nigdy nie czułam związku, bycia rozumianą. Może dlatego teraz czasem tak bardzo szukam w ludziach tego rozumienia mnie, tego drugiego „lustereczka”.
Dobrze, koniec notek ekshibicjonistycznych.
Robię coś jeszcze niż tylko pławie się w patologicznych relacjach z przeszłości.
Ogólnie brakuje mi wakacji. Za miesiąc Jawornik, a potem Bieszczady z Nat (Łupków!!!! – tęsknie do domu! ). Walencja z różnych powodów przestała być prawdopodobna. Ale dalej kombinujemy. Marzy mi się plaża. Nie taka do kąpieli, taka, żeby iść wieczorem na zimny już piasek i słuchać morza. Oprócz tego marzy mi się Irlandia i Walia – najlepiej z Anią i pewną książką Marie Heaney. Żeby pozaglądać, czy te magiczne stwory tam są. Czekam na wyjazdy muzyczne – czyli do 20 06 – bo wtedy jedziemy na Don Giovanniego ( wersja kinowa z Rogal Opera House) do Krakowa. I przy okazji na najlepsze lody na świecie (-;
Z muzyki to dostałam wczoraj Potępienie Fausta Berlioza ( wersja filmowa z Met). Bardzo nam się podoba. Szczeka opada, co można zrobić z opery dobrą reżyserią i efektami specjalnymi. Zdumiewające. Muzycznie przekonuje mnie wprawdzie dużo mniej niż wersja Gounda ( jedna z niewielu oper które mogę słuchać non stop), ale za to jeżeli chodzi o fabułę ( jestem łoś szukam w operze fabuły – takie zboczenie po przygodzie z teatrem!) – jeżeli chodzi o fabułę, to Potępienie Fausta przekonuje mnie sto razy bardziej. Jest tu dużo więcej ich relacji, emocji i samego Fausta. Cała opera to starania Mefista o jego duszę, a nie tylko jak u Gounda podpisany zaprzedana dusza w I akcie.
Hmm z takimi problemami rodzinnymi powinnam sobie raczej Mozarta posłuchać. Arii królowej nocy. Tak w ramach ilustracji do relacji rodzinnych.
wtorek, 18 listopada 2008
Jak sie wali to wszystko - notka z bebechów
Jak sobie czytałam te moje wpisy, to coś za dobrze było. Za ciepło, za milusio, bez bebechów na wierzchu. No i się posypało. Ale po kolei:
W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.
Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.
Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.
I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.
Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.
Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.
Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”
Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”
Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.
I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.
Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.
Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?
A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.
Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )
A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.
W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.
Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.
Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.
I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.
Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.
Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.
Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”
Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”
Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.
I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.
Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.
Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?
A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.
Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )
A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.
poniedziałek, 9 kwietnia 2007
I się święta skończyły. Całe szczęcie. O ile Wielki Czwartek, Piątek i Sobota były bardzo miłe i ciepłe – pełne modlitwy, ciepłej atmosfery z Kocurem i miłego krzątania się ( wyszło mi ciasto drożdżowe!), to po Rezurekcji Święta by się mogły skończyć.
Wizyty rodzinne są dla mnie stresujące, nieprzyjemnie i irytujące. W różnym stopniu drażni i irytuje mnie rodzina Kocura co moja. Każda jest na swój sposób durna że boli. I w każdej czuję się tak samo obco.
Kiedy byłam mała moja ciotka mi powtarzała ze po porodzie mnie podrzuciła jakaś ukraińska położna – i teraz ich dzieciątko cierpi u chacharstwa a durny bachor ( czyli ja) u nich ma się dobrze. Historia jak się potem okazało była wyssana z palca, ale ma ironiczne zakończenie. Nie mogę się pozbyć wrażenia braku korzeni. Zerowych związków emocjonalnych z własną rodziną. I olbrzymiej tęsknoty do Rodziny której nie mam i mieć nigdy nie będę. Taką którą gdzieś w środku w tajemnicy sobie wymyślam. Jak każda zła rzecz ta też ma jakieś swoje pozytywy. Jako osoba bez korzeni strasznie łatwo się adaptuję. W nowym środowisku, domu, kraju, kulturze – po kilku minutach czuję się jak u siebie. A że są to relacje często powierzchowne i tak często się z nich wycofuję równie łatwo jak w nie wchodzę.
Muszę sobie kiedyś z tym poradzić. Tylko ni cholery nie wiem jak.
Dobrze koniec marudzenia. Zabieram się do Pisania. Za długo nie pisałam. Nie powiem czego, pokaże jak będzie. Jest we mnie tyle goryczy, że trzeba korzystać. (-;
Wizyty rodzinne są dla mnie stresujące, nieprzyjemnie i irytujące. W różnym stopniu drażni i irytuje mnie rodzina Kocura co moja. Każda jest na swój sposób durna że boli. I w każdej czuję się tak samo obco.
Kiedy byłam mała moja ciotka mi powtarzała ze po porodzie mnie podrzuciła jakaś ukraińska położna – i teraz ich dzieciątko cierpi u chacharstwa a durny bachor ( czyli ja) u nich ma się dobrze. Historia jak się potem okazało była wyssana z palca, ale ma ironiczne zakończenie. Nie mogę się pozbyć wrażenia braku korzeni. Zerowych związków emocjonalnych z własną rodziną. I olbrzymiej tęsknoty do Rodziny której nie mam i mieć nigdy nie będę. Taką którą gdzieś w środku w tajemnicy sobie wymyślam. Jak każda zła rzecz ta też ma jakieś swoje pozytywy. Jako osoba bez korzeni strasznie łatwo się adaptuję. W nowym środowisku, domu, kraju, kulturze – po kilku minutach czuję się jak u siebie. A że są to relacje często powierzchowne i tak często się z nich wycofuję równie łatwo jak w nie wchodzę.
Muszę sobie kiedyś z tym poradzić. Tylko ni cholery nie wiem jak.
Dobrze koniec marudzenia. Zabieram się do Pisania. Za długo nie pisałam. Nie powiem czego, pokaże jak będzie. Jest we mnie tyle goryczy, że trzeba korzystać. (-;
niedziela, 11 lutego 2007
Jednym z powodów dla których mam bloga na hasło jest to, że nie życzę sobie, żeby czytała go moja funkcjonująca w internecie rodzina. Zresztą myślę, że rodzina też nie chciała by wiedzieć tego co piszę. Bo od ostatnich pięciu lat, moje i tak już nie najlepsze, stosunki z rodzicami cały czas się pogarszają.
Ot, na ten przykład, wczoraj pokłóciłam się z matką. I nie chodzi tu o tak banalną kwestię, że się matka do czegoś wtrąca. Ona nawet stara się być miła, to ja reaguje na nią histerycznie i agresywnie. Nie wiem czemu akurat właśnie po urodzeniu Natalii, otwarło się we mnie całe morze żalów, gniewu i niechęci do niej. Za to jak całe życie wyglądały nasze układy.
Kiedy byłam mała w większość czasu zajmowała się mną babcia i ciotka. I najlepsze jest to, że nigdy za matką nie tęskniłam, raczej się jej bałam i była mi zupełnie obca. Potem wiedziałam, że w jakiś sposób się o mnie stara, martwi się, ale nigdy nie miałyśmy ze sobą nic wspólnego. Nigdy nic razem nie robiłyśmy ( a przepraszam, raz, jak leżałam w szpitalu na wyrostek narysowała mi arbuza), nie rozumiała tego co dla mnie ważne, nie rozmawiałyśmy. Każde wczasy albo wyjazd kończył się awanturą. Nie miałam w niej nigdy wzoru zachowań kobiecych, bo jest osobą antykobiecą, i w jakiś sposób się jej z wyglądu i zachowania wstydziłam.
A przy tym wszystkim w jakiś głupi i nadgorliwy sposób chciała mi dać wszystko. Woziła mnie na korki, dawała wszystko i w jakiś sposób się rzucała. Bo jest osobą o całkowitej nieumiejętności porozumienia i empatii.
Ja nie twierdzę, że miałam jakiś makabrycznie fatalny dom. Mój dom był przede wszystkim nierówny. Czasami było tak, że mi wspaniałych, mądrych i kochających rodziców było można mi pozazdrościć. A czasami były niemal wszystkie mechanizmy patologiczne z alkoholem, przemocą i biciem włącznie. Musiałam się szybko adaptować.
Tylko, że mimo to, nasze stosunki w końcu się jakoś ułożyły. Koło studiów to nawet całkiem poprawnie były. I wszystko zniszczyło się po urodzeniu Natalii. Raz- ona oszalała na punkcie małej, świata poza nią nie widzi. A Dwa – to we mnie otworzyły się jakieś stare rany. Jak czasem już sobie nie radzę z małą – jestem zmęczona i zirytowana to mam taką mantrę „ nie będę jak moja matka, nie będę jak moja matka”. Nie mam do niej żalu za to jaka była, bo nie czułam wobec niej nic. Mam żal za to jaka nie była. I nie pozwolę jej być kimś wiecej niż babcią. Swoją szansę na bycie matką już maiła i nie dała rady.
I nie wiem co z tym zrobić. Pomijając już fakt że na co którejś wizycie udaje jej się mnie czymś sprowokować i dostaje napadu agresji z wyzywaniem od ostatnich i wypominaniem wszystkiego co powyżej. Wczoraj zasugerowała, że jestem przez Kocura nieszczęśliwa skora „taka jestem” i jestem zła matka. I to ma czelność mówić baba, która sama przez 99% życia ma depresję - to się zaczęło.
Ale nie o to chodzi. Z tym sobie dam jakoś radę. Martwię się tylko czy z takimi pokładami złości w sobie i tak marnymi wzorcami relacjo matka-córka, w stanie być dobrą mamą dla Nat.
Ola na swoim blogu napisała kiedś mądrą rzecz. Że w dorosłym życiu nie potrzebujemy już rodziców, ale wspomnień o nic. I trudno się żyje bez tego.
Ot, na ten przykład, wczoraj pokłóciłam się z matką. I nie chodzi tu o tak banalną kwestię, że się matka do czegoś wtrąca. Ona nawet stara się być miła, to ja reaguje na nią histerycznie i agresywnie. Nie wiem czemu akurat właśnie po urodzeniu Natalii, otwarło się we mnie całe morze żalów, gniewu i niechęci do niej. Za to jak całe życie wyglądały nasze układy.
Kiedy byłam mała w większość czasu zajmowała się mną babcia i ciotka. I najlepsze jest to, że nigdy za matką nie tęskniłam, raczej się jej bałam i była mi zupełnie obca. Potem wiedziałam, że w jakiś sposób się o mnie stara, martwi się, ale nigdy nie miałyśmy ze sobą nic wspólnego. Nigdy nic razem nie robiłyśmy ( a przepraszam, raz, jak leżałam w szpitalu na wyrostek narysowała mi arbuza), nie rozumiała tego co dla mnie ważne, nie rozmawiałyśmy. Każde wczasy albo wyjazd kończył się awanturą. Nie miałam w niej nigdy wzoru zachowań kobiecych, bo jest osobą antykobiecą, i w jakiś sposób się jej z wyglądu i zachowania wstydziłam.
A przy tym wszystkim w jakiś głupi i nadgorliwy sposób chciała mi dać wszystko. Woziła mnie na korki, dawała wszystko i w jakiś sposób się rzucała. Bo jest osobą o całkowitej nieumiejętności porozumienia i empatii.
Ja nie twierdzę, że miałam jakiś makabrycznie fatalny dom. Mój dom był przede wszystkim nierówny. Czasami było tak, że mi wspaniałych, mądrych i kochających rodziców było można mi pozazdrościć. A czasami były niemal wszystkie mechanizmy patologiczne z alkoholem, przemocą i biciem włącznie. Musiałam się szybko adaptować.
Tylko, że mimo to, nasze stosunki w końcu się jakoś ułożyły. Koło studiów to nawet całkiem poprawnie były. I wszystko zniszczyło się po urodzeniu Natalii. Raz- ona oszalała na punkcie małej, świata poza nią nie widzi. A Dwa – to we mnie otworzyły się jakieś stare rany. Jak czasem już sobie nie radzę z małą – jestem zmęczona i zirytowana to mam taką mantrę „ nie będę jak moja matka, nie będę jak moja matka”. Nie mam do niej żalu za to jaka była, bo nie czułam wobec niej nic. Mam żal za to jaka nie była. I nie pozwolę jej być kimś wiecej niż babcią. Swoją szansę na bycie matką już maiła i nie dała rady.
I nie wiem co z tym zrobić. Pomijając już fakt że na co którejś wizycie udaje jej się mnie czymś sprowokować i dostaje napadu agresji z wyzywaniem od ostatnich i wypominaniem wszystkiego co powyżej. Wczoraj zasugerowała, że jestem przez Kocura nieszczęśliwa skora „taka jestem” i jestem zła matka. I to ma czelność mówić baba, która sama przez 99% życia ma depresję - to się zaczęło.
Ale nie o to chodzi. Z tym sobie dam jakoś radę. Martwię się tylko czy z takimi pokładami złości w sobie i tak marnymi wzorcami relacjo matka-córka, w stanie być dobrą mamą dla Nat.
Ola na swoim blogu napisała kiedś mądrą rzecz. Że w dorosłym życiu nie potrzebujemy już rodziców, ale wspomnień o nic. I trudno się żyje bez tego.
niedziela, 24 grudnia 2006
Wigilia. Chyba mój najbardziej nie lubiany dzień roku. Szlag mnie zaczyna trafiać już na jakieś trzy tygodnie przed nim. Po pierwsze chordy mikołajów i histeria zakupów. Kiczowate dekoracje i natrętne promocje. Obłęd. Potem dochodzi histeria rodziny „A co kupić na prezenty? A co zrobić do żarcia?” Nie ma tak fajnie, żebyśmy mogli z kocurem mieć Święta razem. Za dobrze by było, niemożliwie i już. Spęczamy więc z całą zgrają mojej; moi rodzice, ciotka, teściowe i siostra męża ( którą akurat nawet lubię). Zasadniczo już jakiś tydzień przed świętami chodzę podminowana, na przemian smutna i zła. W zeszłym roku pisałam w tym czasie Ćmę – kto czytał ten zna moje nastroje. A czemu to mnie tak wkurzają?
Po pierwsze to nie bardzo się dogaduję ze swoją rodziną i teściem. ( Eufemizm taki w zasadzie to się w ogóle nie dogaduję). I raz w roku muszę z nimi ( wszystkimi na raz!) siadać razem i udawać jak jest fajnie. I nie mam słodkiej alternatywy, że jak coś, to się pożrę, trzasnę drzwiami i wyjdę. No, no, jak to – toć wigilia.
Dwa, prezenty. Chyba najbardziej nie lubiana część świąt. Trzeba ( podkreślam trzeba a nie można) je wymyślać i za nimi latać. A i tak najczęściej nie trafiają. W tym roku obarczono mnie wybraniem ( ba nawet i kupieniem) prezentu dla siebie. Bo by nie mamy czasu. A jak mówię ze nic nie chce, że sobie po świętach kupię, to nie, bo tradycja i prezenty muszą być.
Trzy, wymiar religijny. To nie jest pieprzona gwiazdka. To jest Boże Narodzenie. I jak siadam do stołu z osobami, które w większości nie wierzą, to ja się pytam po co. Na pamiątkę czego? Ostatnio za granicą grzmiano, że powinno się zlikwidować religijny charakter świąt. To ja powiem, przewrotnie ( mam nadzieję, że nikogo z czytelników za bardzo nie obrażę), że nie mnie drażni jak osoby dla których to święto nie ma wymiaru religijnego je świętują. To może zaczniemy od przyszłego roku ramadan, co? A najgorsze to, że przez te całe przepychanki i awantury sama mam nieuporządkowane stosunki z Górą. Jeżeli w jakąś części roku jestem najdalej od Boga to w Święta. Bo przeważnie jestem zła i zmierzła.
Cztery. Karpie. Ja ryby jem, ale tego co się wyprawia z tymi stworzeniami w imię tradycji to pojąć nie mogę. I robi mi się niedobrze, bo oczywiście u moich rodziców karp musi być „tradycyjny”
Z tego wszystkiego rozpaczliwie w jakiś sposób tęsknie za miłymi rzeczami na święta. Po pierwsze to mamy z kocurem „glejt na choinkę” – czyli układ, że cała jazda i perturbacje związane ze świętami nie dotyczą choinki. Ubieramy nasza z przyjemnością i wkładamy w to całkiem sporo serca. Dwa lubię robić uszka. Trzy dostawać życzenia – Nawe te p[rzez gg i hurtowo wysyłane maile. Niby nic ale troszkę cieszy.
Zatem kończąc temat Świąt: Życzę wam spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. I żebyście się wzajemnie kochali i byli blisko. Mry. I pomyziajcie koty na Święta.
A z inszych newsów ze świata labrujów to
- kończę pisać pojedynek i nawet to jakoś idzie, acz pewnie będę musiała Sem prosić o dwa dni więcej
- byłam na spotkaniu ŚKF-u ( Śląskiego Klubu Fantastyki) sekcji pisaniowej io strasznie mi się podobało. Pewnikiem będę się tam pojawiać co miesiąc pisząc tekty do pastwienia się.
- dzisiaj znowu mnie dorwała tęsknota Afrykańska. Nie lubię zimy. A pewne rzeczy w duszy siedzą. Kocham Natalia i cieszę się, że jest, ale jakby go nie było….to by mnie tu gdzie jestem pewnie też.
- strasznie żałuję, że mnie nie było na wigilii Tn-owej. Ale bywa konieczność wyższa. Nie wiem czy tam w Wawie to czuli, ale intensywnie o nich myślałam
To tyle. Jutro wigilia. Łatwo nie będzie, więc trzymajcie kciuki. Mry.
ps. a po świętach zrobię sobie prezent. Zabiorę się wreszcie za nowy szblon na bloga. A co.
Po pierwsze to nie bardzo się dogaduję ze swoją rodziną i teściem. ( Eufemizm taki w zasadzie to się w ogóle nie dogaduję). I raz w roku muszę z nimi ( wszystkimi na raz!) siadać razem i udawać jak jest fajnie. I nie mam słodkiej alternatywy, że jak coś, to się pożrę, trzasnę drzwiami i wyjdę. No, no, jak to – toć wigilia.
Dwa, prezenty. Chyba najbardziej nie lubiana część świąt. Trzeba ( podkreślam trzeba a nie można) je wymyślać i za nimi latać. A i tak najczęściej nie trafiają. W tym roku obarczono mnie wybraniem ( ba nawet i kupieniem) prezentu dla siebie. Bo by nie mamy czasu. A jak mówię ze nic nie chce, że sobie po świętach kupię, to nie, bo tradycja i prezenty muszą być.
Trzy, wymiar religijny. To nie jest pieprzona gwiazdka. To jest Boże Narodzenie. I jak siadam do stołu z osobami, które w większości nie wierzą, to ja się pytam po co. Na pamiątkę czego? Ostatnio za granicą grzmiano, że powinno się zlikwidować religijny charakter świąt. To ja powiem, przewrotnie ( mam nadzieję, że nikogo z czytelników za bardzo nie obrażę), że nie mnie drażni jak osoby dla których to święto nie ma wymiaru religijnego je świętują. To może zaczniemy od przyszłego roku ramadan, co? A najgorsze to, że przez te całe przepychanki i awantury sama mam nieuporządkowane stosunki z Górą. Jeżeli w jakąś części roku jestem najdalej od Boga to w Święta. Bo przeważnie jestem zła i zmierzła.
Cztery. Karpie. Ja ryby jem, ale tego co się wyprawia z tymi stworzeniami w imię tradycji to pojąć nie mogę. I robi mi się niedobrze, bo oczywiście u moich rodziców karp musi być „tradycyjny”
Z tego wszystkiego rozpaczliwie w jakiś sposób tęsknie za miłymi rzeczami na święta. Po pierwsze to mamy z kocurem „glejt na choinkę” – czyli układ, że cała jazda i perturbacje związane ze świętami nie dotyczą choinki. Ubieramy nasza z przyjemnością i wkładamy w to całkiem sporo serca. Dwa lubię robić uszka. Trzy dostawać życzenia – Nawe te p[rzez gg i hurtowo wysyłane maile. Niby nic ale troszkę cieszy.
Zatem kończąc temat Świąt: Życzę wam spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. I żebyście się wzajemnie kochali i byli blisko. Mry. I pomyziajcie koty na Święta.
A z inszych newsów ze świata labrujów to
- kończę pisać pojedynek i nawet to jakoś idzie, acz pewnie będę musiała Sem prosić o dwa dni więcej
- byłam na spotkaniu ŚKF-u ( Śląskiego Klubu Fantastyki) sekcji pisaniowej io strasznie mi się podobało. Pewnikiem będę się tam pojawiać co miesiąc pisząc tekty do pastwienia się.
- dzisiaj znowu mnie dorwała tęsknota Afrykańska. Nie lubię zimy. A pewne rzeczy w duszy siedzą. Kocham Natalia i cieszę się, że jest, ale jakby go nie było….to by mnie tu gdzie jestem pewnie też.
- strasznie żałuję, że mnie nie było na wigilii Tn-owej. Ale bywa konieczność wyższa. Nie wiem czy tam w Wawie to czuli, ale intensywnie o nich myślałam
To tyle. Jutro wigilia. Łatwo nie będzie, więc trzymajcie kciuki. Mry.
ps. a po świętach zrobię sobie prezent. Zabiorę się wreszcie za nowy szblon na bloga. A co.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Rodzina,
Święta
piątek, 24 marca 2006
Plany na sobotę: Wizyta u rodziców. Bla, bla, bla mądre słowa o budowaniu relacji i tolerancji. Tylko, że moja matka zadzwoniła, żeby mnie zaprosić, a ja jak ją usłyszałam zrobiłam się zielona i stwierdziłam, że co jak, co, ale nie przyjdę. Kocur powiedział kiedyś że ja mam falowo – raz relacje fatalne z ojcem ( neutralne z mamą), raz na odwrót.
Chwilowo alergia na rodzicielkę. Nie, nie zmuszą mnie do wizyty.
Z tym zrywaniem korzeni o których pisałam to jest tak, że nie wystarczy zerwać kontakt – bo stuk stuk sumienie się odzywa. I okazuje się, że ich w sumie kocham, że oni tacy biedni i mają tylko mnie, a ja taka podłą. I poczucie winy i dalejże nakręcać się od początku. To trzeba jakoś pozytywnie poukładać. Tylko jak? Skoro krótka rozmowa przez telefon sprawia moja dobra energia gdzieś się ulatnia. Ile to razy usłyszałam, że szantażuję i jestem podła. To jestem i w zad mnie ugryźcie. Wyrywać serca razem wraz z migdałkami.
Rozważam dezercję ze Świąt. Optymalnie byłoby gdybym wszystkich zaprosiła, przygotowała, a potem poszła na długi spacer. Wróciłabym po i posprzątała. Wszyscy by byli zadowoleni. Tylko tak się chyba nie da.
Zabieram się wreszcie do rozmyślań przepojedynkowych. I do przekopywania się przez stosy literatury historycznej. Na co mi to był? Nie miała baba kłopotu rzuciła se rękawicą.
Dobra wiadomość na dziś: od czwartku kocur ma niech kapkę więcej czasu. Wreszcie.
ZDECYDOWAŁAM: NIE ROBIĘ ŚWIĄT NIECH MNIE W ZAD UGRYZĄ
Chwilowo alergia na rodzicielkę. Nie, nie zmuszą mnie do wizyty.
Z tym zrywaniem korzeni o których pisałam to jest tak, że nie wystarczy zerwać kontakt – bo stuk stuk sumienie się odzywa. I okazuje się, że ich w sumie kocham, że oni tacy biedni i mają tylko mnie, a ja taka podłą. I poczucie winy i dalejże nakręcać się od początku. To trzeba jakoś pozytywnie poukładać. Tylko jak? Skoro krótka rozmowa przez telefon sprawia moja dobra energia gdzieś się ulatnia. Ile to razy usłyszałam, że szantażuję i jestem podła. To jestem i w zad mnie ugryźcie. Wyrywać serca razem wraz z migdałkami.
Rozważam dezercję ze Świąt. Optymalnie byłoby gdybym wszystkich zaprosiła, przygotowała, a potem poszła na długi spacer. Wróciłabym po i posprzątała. Wszyscy by byli zadowoleni. Tylko tak się chyba nie da.
Zabieram się wreszcie do rozmyślań przepojedynkowych. I do przekopywania się przez stosy literatury historycznej. Na co mi to był? Nie miała baba kłopotu rzuciła se rękawicą.
Dobra wiadomość na dziś: od czwartku kocur ma niech kapkę więcej czasu. Wreszcie.
ZDECYDOWAŁAM: NIE ROBIĘ ŚWIĄT NIECH MNIE W ZAD UGRYZĄ
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Jest źle,
Rodzina,
Święta
poniedziałek, 20 marca 2006
Micia mawia, że widzę w ludziach strasznie dużo zła. Nie wiem czy tak jest, czy nie, fakt faktem, że czasem czuję, że we mnie jest może nie tyle sporo zła, co agresji. Właśnie dzwonił telefon. Dzwonił Ktoś, nie ważne kto – ktoś z rodziny – nie mojej a Kocura, kto samym głosem doprowadza mnie do jasnej cholery. Potem muszę się długo uspokajać, a chwilę po telefonie miałam ochotę bić, kopać, gryźć. Kiedy byłam mała miewałam napady furii i agresji – jedyne co pomagało to je przespać. Teraz już mniej więcej nad złością panuję, ale ciągle jeszcze miewam to coś, co fizycznie czuć w gardle i co sprawia, że wiem że za chwile stracę nad sobą kontrolę. Psychologicznie jestem idealnym kandydatem na sprawcę przemocy. Ha. Paradoksalnie jak spojrzę na Dom który mam teraz ( ten Nalatowo – Kocurowy) to wydaje mi się, że to jedno z bardziej przyjaznych miejsc z jakim się spotkałam. Chyba oboje wkładamy sporo wysiłku i serca, żeby to tak wyglądało. Żeby samemu mieć dom i chować Dziecka w domu bez agresji. Tyle razy słyszę, że kogoś stać, lub nie stać na dziecko i śmiech mnie ogarnia. Bo nikt się nie zastanawia czy emocjonalnie stać go na dziecko.
Tylko mając takie miejsce czasem chwyta mnie przerażenie, że mam tylko je.
Od kilku lat bezskutecznie próbuję odciąć psychiczne korzenie od rodziny. Wybudować taki ogromny wysoki mur, tak żeby mnie już zupełnie nie obchodziło, co jest za nim. Nie, nie mam rodziców alkoholików, ani nie-kochających mnie potworów. Wręcz przeciwnie im na swój sposób bardzo na mnie zależy i są fajnymi ludźmi. I tym smutniejsze co ze swoim życiem robią. Pomijam już relacje między nimi, bo słowo „fatalne” chyba nie jest dość mocne. Pomijam prawdopodobne Borderline, ostre stany depresyjne i sto zmarnowanych szans. Kiedy do niech przychodzę, albo rozmawiam przez telefon, to co czuję można porównać do mieszanki wściekłej agresji, ze jest jak jest, żalu i bezsilności. Trochę jak po filmie Zabić Prezydenta. Smutno i bardzo bez sensu.
Od jakiegoś czasu usiłuję się absolutnie odciąć emocjonalnie. I mało mi wychodzi. Rodzina ma to do siebie, że nawet ja wyjedziesz na Madagaskar, ciągnie się za tobą to w tobie zostawili. Przypomina to uciekanie od własnego cienia. ( Przypomina mi się Ogród i to co miałam w głowie kiedy go pisałam). Zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi sie odciąć na tyle, żeby utrzymując z nimi kontakt i czerpiąc to co dobre, nie brać na siebie tego złego bagażu negatywnej energii..
A czemu ja o tym dziś nawijam? Bo święta niedługo. Czyli histerii przedświątecznej odcinek pierwszy. Wielki rodzinny obiad na którym wszyscy udają jak jest fajnie, a ja widzę jak bardzo nie jest. Może zniosłabym takie obiady sto razy lepiej, gdyby były o tak w środku roku.. A tak? Dodatkowo nie mam świąt, znaczy mam takie jakich nie chcę. I jestem zła, tak zła że czuje to fizycznie w sobie. Znowu.
Dobrą stroną złości we mnie jest prawie nie posiadanie stanów depresyjnego - smutnych. Zawsze coś. I tym pozytywnym akcentem kończę i udaje się do dentysty. Dzisiaj zapełnianie kanału zębowego.
Tylko mając takie miejsce czasem chwyta mnie przerażenie, że mam tylko je.
Od kilku lat bezskutecznie próbuję odciąć psychiczne korzenie od rodziny. Wybudować taki ogromny wysoki mur, tak żeby mnie już zupełnie nie obchodziło, co jest za nim. Nie, nie mam rodziców alkoholików, ani nie-kochających mnie potworów. Wręcz przeciwnie im na swój sposób bardzo na mnie zależy i są fajnymi ludźmi. I tym smutniejsze co ze swoim życiem robią. Pomijam już relacje między nimi, bo słowo „fatalne” chyba nie jest dość mocne. Pomijam prawdopodobne Borderline, ostre stany depresyjne i sto zmarnowanych szans. Kiedy do niech przychodzę, albo rozmawiam przez telefon, to co czuję można porównać do mieszanki wściekłej agresji, ze jest jak jest, żalu i bezsilności. Trochę jak po filmie Zabić Prezydenta. Smutno i bardzo bez sensu.
Od jakiegoś czasu usiłuję się absolutnie odciąć emocjonalnie. I mało mi wychodzi. Rodzina ma to do siebie, że nawet ja wyjedziesz na Madagaskar, ciągnie się za tobą to w tobie zostawili. Przypomina to uciekanie od własnego cienia. ( Przypomina mi się Ogród i to co miałam w głowie kiedy go pisałam). Zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi sie odciąć na tyle, żeby utrzymując z nimi kontakt i czerpiąc to co dobre, nie brać na siebie tego złego bagażu negatywnej energii..
A czemu ja o tym dziś nawijam? Bo święta niedługo. Czyli histerii przedświątecznej odcinek pierwszy. Wielki rodzinny obiad na którym wszyscy udają jak jest fajnie, a ja widzę jak bardzo nie jest. Może zniosłabym takie obiady sto razy lepiej, gdyby były o tak w środku roku.. A tak? Dodatkowo nie mam świąt, znaczy mam takie jakich nie chcę. I jestem zła, tak zła że czuje to fizycznie w sobie. Znowu.
Dobrą stroną złości we mnie jest prawie nie posiadanie stanów depresyjnego - smutnych. Zawsze coś. I tym pozytywnym akcentem kończę i udaje się do dentysty. Dzisiaj zapełnianie kanału zębowego.