Piszę na szybki bo w domu jestem tylko na chwilkę. Dłuższa notka potem.
W środę Natalis się poparzył. U babci wylała na siebie gar wrzątku z kuchenki. Nóżka, 6% powierzchni ciała, oparzenia typu 2 b ( raczej nie 3). Na 98% nie będzie przeszczepu skóry. Siedzę z nią cały czas w szpitalu. Jak będzie ok., to w ciągu 2 lub 3 tygodni nas puszczą.
Jest lepiej choć morfina idzie co 4 razy na dobę.
Nie będę pisać, że jest dobrze bo nie jest. Dziś mam kilka godzin poza bo na twixach, Red Bulach i antybiotykach tych 3 tygodni nie wytrzymam.
Dziś pierwsza noc w miarę spokojnie przespana przez Natalisa. Czyli idzie ku dobremu. A ja odżywam bo mi z Sali Babcię – Terrorystkę zabrali. Opowiem potem. Lecę, Dobre myśli i zaklęcia mile widziane. Telefony nie, jak już to smsmy.
Wracamy na wiosnę. Obie.
sobota, 28 lutego 2009
środa, 25 lutego 2009
Ale tylko jeden raz, Taki ze mnie Maxi Kaz.
Wrażenia na gorąco z wczorajszego wyjścia do Opery Krakowskiej zacznę cytatem ze znajomego reżysera: „Jak się dzieła nie wychędoży, to się nic z tego nie urodzi”.
Po pierwsze jestem troszkę w trudnej sytuacji bo Osiem i pół Felliniego wiedziałam wielki temu i pamiętam jak przez mgłę. A zastanawiam się czy i na ile można te dwie rzeczy rozpatrywać osobno. Będę musiała.
Ogólnie bardzo mi się podobało. Z niektórymi rzeczami bym dyskutowała, ale były i takie które wgniotły mnie w fotel. Ale za co panu Znanieckiemu dziękuję najbardziej to, że jakąś wizje miał i na tle całej miernej – ale - klasycznej polskiej sceny miał odwagę to pokazać.
Dla mnie zawsze Do Giovanni był kimś kto szuka. Kimś kto nie może zaspokoić apetytu, personifikacje psychoanalitycznego Id, może trochę macho, takim który i normy boskie i ludzkie ma gdzieś głęboko. Bardzo lubię te współczesne realizacje z nożem i rozchełstaną koszulą.
Tu miałam coś zupełnie innego. Coś tak nieprawdopodobnego, że aż trudno uwierzyć. Don Giovanni impotent. Ktoś wypalony, zblazowany, zmęczony, cyniczny. Poza Fellinim do którego nawiązanie było bezpośrednie mnie się skojarzył James Bond. Jeden z tych z lat ’90, pusty, nie wkładający w zasadzie wysiłku w to całe podrywanie. Ba więcej to jest James Bond któremu się nic nie udało. Taki Bondzik dla ubogich z Ciechocinka. I tylko tłumy głupich bab na niego lecą. On w zasadzie nawet ich nie pożąda. Kiedy śpiewa słynną arie o podawaniu ręki stoi przodem do publiczności. To one go molestują. On z tym biczem jest bardziej jak pogromca zwierząt niż jak uwodziciel. Zresztą same archetypy kobiece są tu celowo pokazane jako straszliwe kretynki. One same się puszczają i z chęcią dopisują do listy milletre a potem mają za złe, ze jeszcze kogoś dopisano.
Bardzo fajny motyw w Komandorem. Ja nie jestem pewna czy on naprawdę w ogóle staniał. Czy Don Giovanni fizycznie go zabił, czy to nie działo się tylko w przestrzeni archetypu i jego wyobrażani.
O ile cały spektakl był dla mnie fajny ale miałam zastrzeżenia ( bo to cholera nie była moja wizja DG i czegoś mi brakowało!) to zakończenie wgniotło mnie w fotel. Komandor przychodzi na ucztę. Tyle, że w przeciwieństwie do innych interpretacji nie są tam sami. Tam jest tłum ludzi, gra orkiestra, ludzie tańczą. I nikt nie widzi Komandora. To jest głos w głowie Don Giovanniego. Może słyszy go też Leporello od tylu lat związany z DG.
Poczułam się wgnieciona w fotel. Nie ma nic. Nie ma metafizyki, nie Am duchów, nie ma piekła. Jest tylko przesyt, gorycz, wypalenie. I w tym momencie DG strzela sobie w łeb. Jakby nie mógł już tego znieść.
Niezależnie od wszystkiego powinnam dziękować Znanieckiemu za pokazanie wiedeńskiej wersji bez umorlanijącego zakończenia, gdzie wszyscy wychodzą i się cieszę że złego szlag trafił. Tu oni nawet nie do końca zauważają, że on nie żyje.
Co podobało mi się troszkę mniej to chwilami plastikowe dekoracje które się chwiały. Miałam stracha że się zawalą zabijając pana Kwietnia. Dodatkowo sopran koloraturowy Donny Anny wcale mnie nie przekonał. Nie mam prawa do komentarzy w tym zakresie ale ona piszczała chwilami. Z tych wersji które dotychczas słyszałam to brzmiało inaczej. Lepiej.
Dalej twierdzę, ze to nie jest mój DG. Ale jestem za jedna rzecz panu Znienackiemu bezgranicznie wdzięczna. Za odwagę, wizję, coś co ja nazywam „pozbawianiem opery lanoliny” ( Od futer z lanoliną w jakich przychodzą dostojne babcie).
Obok nas siedział pewien starszy pan koneser z żoną. I się bulwersował „ Że co to, to w ogóle jest? Że kto to, to wiedział? Że poważna opera nie może eksperymentować! Że toż to jest Mozart! Że to jest obsceniczne kuriozum! Że to jest dla takich co z tymi mptrójnikami chodzą ( ja akurat odtwarzacz mp3 miałam torebce – a na nim Don Giovanni z Raimondim)” I tak dalej. Próbowałam z panem dyskutować nie dało się. Ostatecznie zaszokowałam go stwierdzeniem, ze tak podoba mi się. Bardzo. Don Giovanni jest sztuką o seksocholiku. I nie mówcie mi że musi to być uduchowione.
Mam wrażenie, że teatr na swoje szczęcie przechodził tą rewolucję już jakiś czas temu. I teraz cieszy się różnymi formami, wolno reżyserom łączyć, bawić się formą, interpretować. Nie widzę powodu dla którego można coś zrobić z Szekspirem ( a robiono wiele, ze skutkiem rewelacyjnym i miernym) a nie można tego zrobić z Mozartem. Można. Czasem trzeba. Jako fanka DeutcheOper w Berlinie cieszę się, ze coś zaczyna się dziać. Ktoś ma pomysł i odwagę. Cóż Tadeusza Kantora też nie wszyscy lubili.
Lemurko cieszę się że twoja Hania zetknęła się właśnie z tą interpretacją. Możesz ją skierować na mojego bloga jestem ciekawa jej opinii. Lepiej tu niż do ziejącej naftaliną bylejakości.. Byle klasycznie, byle się nie wychylać. W końcu po co odpowiadać na pytanie kto to był Don Giovanni. Po co mówić „jaki on był, czemu to” Przecież to tylko taka sobie kostiumowa historyjka o ukaranym grzeszniku.
Mogło się podobać lub nie. Ale tak długo jak nie pozwolimy operze na eksperymenty i interpretacje, nawet te mniej udane, te bardziej udane nie powstaną wcale. I nie będzie się działo nic. Będą tylko bardziej i mnie wypucowane grzeczne bajki.
A zupełnie z innej beczki z przedstawieniem Don Giovanniego w sanatorium kojarzy mi się jeszcze jeden motyw. Może odrobinkę profanacja ( hihi) ale jak się z dystansem podejdzie to pasuje jak ulał. W końcu archetypy się przeplatają. Te ze sztuki z górnej półki i te z zupełnie niziutkiej:
W okolicy z tego słynę,
Że gdy spojrzę na dziewczynę,
Zanim zacznę grać to ona mówi pas.
Może właśnie wiec dlatego,
Wszystkie damy mój kolego
Już po randce mówią na mnie Maxi Kaz.
W sanatorium lub na wczasach,
Raczej łatwo o grubasa,
Łysy, stary, sztuczna szczęka, szkła jak dwa od piwa denka.
Wtedy ja do akcji wkraczam,
Swoim wdziękiem je uraczam.
Zawsze wszystko daje z siebie,
Żeby były w siódmym niebie.
Ale tylko jeden raz,
Taki ze mnie Maxi Kaz.
Zimny jak polodowcowy głaz.
W Ciechocinku,
Tam gdzie dom zdrojowy,
Maxi Kaz
Rusza na łowy.
Na deptaku czai się na panie,
Każda szansę dziś dostanie.
Taki ze mnie Maxi Kaz.
Panny i zamężne damy,
Chciałyby jakiejś odmiany,
Na wywczasach to normalne mówię wam.
A ja tę odmiane daję
W nocy.
Kiedy rano wstaję,
Do mojego domu wracam zawsze sam.
Po pierwsze jestem troszkę w trudnej sytuacji bo Osiem i pół Felliniego wiedziałam wielki temu i pamiętam jak przez mgłę. A zastanawiam się czy i na ile można te dwie rzeczy rozpatrywać osobno. Będę musiała.
Ogólnie bardzo mi się podobało. Z niektórymi rzeczami bym dyskutowała, ale były i takie które wgniotły mnie w fotel. Ale za co panu Znanieckiemu dziękuję najbardziej to, że jakąś wizje miał i na tle całej miernej – ale - klasycznej polskiej sceny miał odwagę to pokazać.
Dla mnie zawsze Do Giovanni był kimś kto szuka. Kimś kto nie może zaspokoić apetytu, personifikacje psychoanalitycznego Id, może trochę macho, takim który i normy boskie i ludzkie ma gdzieś głęboko. Bardzo lubię te współczesne realizacje z nożem i rozchełstaną koszulą.
Tu miałam coś zupełnie innego. Coś tak nieprawdopodobnego, że aż trudno uwierzyć. Don Giovanni impotent. Ktoś wypalony, zblazowany, zmęczony, cyniczny. Poza Fellinim do którego nawiązanie było bezpośrednie mnie się skojarzył James Bond. Jeden z tych z lat ’90, pusty, nie wkładający w zasadzie wysiłku w to całe podrywanie. Ba więcej to jest James Bond któremu się nic nie udało. Taki Bondzik dla ubogich z Ciechocinka. I tylko tłumy głupich bab na niego lecą. On w zasadzie nawet ich nie pożąda. Kiedy śpiewa słynną arie o podawaniu ręki stoi przodem do publiczności. To one go molestują. On z tym biczem jest bardziej jak pogromca zwierząt niż jak uwodziciel. Zresztą same archetypy kobiece są tu celowo pokazane jako straszliwe kretynki. One same się puszczają i z chęcią dopisują do listy milletre a potem mają za złe, ze jeszcze kogoś dopisano.
Bardzo fajny motyw w Komandorem. Ja nie jestem pewna czy on naprawdę w ogóle staniał. Czy Don Giovanni fizycznie go zabił, czy to nie działo się tylko w przestrzeni archetypu i jego wyobrażani.
O ile cały spektakl był dla mnie fajny ale miałam zastrzeżenia ( bo to cholera nie była moja wizja DG i czegoś mi brakowało!) to zakończenie wgniotło mnie w fotel. Komandor przychodzi na ucztę. Tyle, że w przeciwieństwie do innych interpretacji nie są tam sami. Tam jest tłum ludzi, gra orkiestra, ludzie tańczą. I nikt nie widzi Komandora. To jest głos w głowie Don Giovanniego. Może słyszy go też Leporello od tylu lat związany z DG.
Poczułam się wgnieciona w fotel. Nie ma nic. Nie ma metafizyki, nie Am duchów, nie ma piekła. Jest tylko przesyt, gorycz, wypalenie. I w tym momencie DG strzela sobie w łeb. Jakby nie mógł już tego znieść.
Niezależnie od wszystkiego powinnam dziękować Znanieckiemu za pokazanie wiedeńskiej wersji bez umorlanijącego zakończenia, gdzie wszyscy wychodzą i się cieszę że złego szlag trafił. Tu oni nawet nie do końca zauważają, że on nie żyje.
Co podobało mi się troszkę mniej to chwilami plastikowe dekoracje które się chwiały. Miałam stracha że się zawalą zabijając pana Kwietnia. Dodatkowo sopran koloraturowy Donny Anny wcale mnie nie przekonał. Nie mam prawa do komentarzy w tym zakresie ale ona piszczała chwilami. Z tych wersji które dotychczas słyszałam to brzmiało inaczej. Lepiej.
Dalej twierdzę, ze to nie jest mój DG. Ale jestem za jedna rzecz panu Znienackiemu bezgranicznie wdzięczna. Za odwagę, wizję, coś co ja nazywam „pozbawianiem opery lanoliny” ( Od futer z lanoliną w jakich przychodzą dostojne babcie).
Obok nas siedział pewien starszy pan koneser z żoną. I się bulwersował „ Że co to, to w ogóle jest? Że kto to, to wiedział? Że poważna opera nie może eksperymentować! Że toż to jest Mozart! Że to jest obsceniczne kuriozum! Że to jest dla takich co z tymi mptrójnikami chodzą ( ja akurat odtwarzacz mp3 miałam torebce – a na nim Don Giovanni z Raimondim)” I tak dalej. Próbowałam z panem dyskutować nie dało się. Ostatecznie zaszokowałam go stwierdzeniem, ze tak podoba mi się. Bardzo. Don Giovanni jest sztuką o seksocholiku. I nie mówcie mi że musi to być uduchowione.
Mam wrażenie, że teatr na swoje szczęcie przechodził tą rewolucję już jakiś czas temu. I teraz cieszy się różnymi formami, wolno reżyserom łączyć, bawić się formą, interpretować. Nie widzę powodu dla którego można coś zrobić z Szekspirem ( a robiono wiele, ze skutkiem rewelacyjnym i miernym) a nie można tego zrobić z Mozartem. Można. Czasem trzeba. Jako fanka DeutcheOper w Berlinie cieszę się, ze coś zaczyna się dziać. Ktoś ma pomysł i odwagę. Cóż Tadeusza Kantora też nie wszyscy lubili.
Lemurko cieszę się że twoja Hania zetknęła się właśnie z tą interpretacją. Możesz ją skierować na mojego bloga jestem ciekawa jej opinii. Lepiej tu niż do ziejącej naftaliną bylejakości.. Byle klasycznie, byle się nie wychylać. W końcu po co odpowiadać na pytanie kto to był Don Giovanni. Po co mówić „jaki on był, czemu to” Przecież to tylko taka sobie kostiumowa historyjka o ukaranym grzeszniku.
Mogło się podobać lub nie. Ale tak długo jak nie pozwolimy operze na eksperymenty i interpretacje, nawet te mniej udane, te bardziej udane nie powstaną wcale. I nie będzie się działo nic. Będą tylko bardziej i mnie wypucowane grzeczne bajki.
A zupełnie z innej beczki z przedstawieniem Don Giovanniego w sanatorium kojarzy mi się jeszcze jeden motyw. Może odrobinkę profanacja ( hihi) ale jak się z dystansem podejdzie to pasuje jak ulał. W końcu archetypy się przeplatają. Te ze sztuki z górnej półki i te z zupełnie niziutkiej:
W okolicy z tego słynę,
Że gdy spojrzę na dziewczynę,
Zanim zacznę grać to ona mówi pas.
Może właśnie wiec dlatego,
Wszystkie damy mój kolego
Już po randce mówią na mnie Maxi Kaz.
W sanatorium lub na wczasach,
Raczej łatwo o grubasa,
Łysy, stary, sztuczna szczęka, szkła jak dwa od piwa denka.
Wtedy ja do akcji wkraczam,
Swoim wdziękiem je uraczam.
Zawsze wszystko daje z siebie,
Żeby były w siódmym niebie.
Ale tylko jeden raz,
Taki ze mnie Maxi Kaz.
Zimny jak polodowcowy głaz.
W Ciechocinku,
Tam gdzie dom zdrojowy,
Maxi Kaz
Rusza na łowy.
Na deptaku czai się na panie,
Każda szansę dziś dostanie.
Taki ze mnie Maxi Kaz.
Panny i zamężne damy,
Chciałyby jakiejś odmiany,
Na wywczasach to normalne mówię wam.
A ja tę odmiane daję
W nocy.
Kiedy rano wstaję,
Do mojego domu wracam zawsze sam.
wtorek, 24 lutego 2009
Pogięło mnie
Dwa dni spędzone w górach i mnie pogięło. Zima jest zua.
Sam wyjazd świetny. Dzięki za gościnę. Odpoczęłam psychicznie i się zregenerowałam. Niestety moje ciało mówi zimie: nie. Kilka godzin na dworze sprawiło, że było mi naprawdę źle. Dodatkowo wymyśliłam że świetnym pomysłem będzie wciąganie Natalia na sankach na szczyt górki. Zgrabiona. No i pogięło mnie. W niedzielę było kiepsko. Teraz nie lepiej. Pogięło mnie. Kręgosłup mówi, że chce mnie opuścić. Prawdopodobnie dysk się obsunął i uciska. Nie pierwszy raz skubaniec ma taką manierę. Bu.
Z wyjazdem wiąże się zabawna ( teraz!) historia. Otóż: bawiłam się z Natalią na śniegu. Byłam całkiem spory kawałek od niej ( sama też troszkę chciałam pozjeżdżać) a mała kopała w śniegu. Nagle mnie woła „Mamo mam pieska!” Zdębiałam ”Mamo, tu jest piesek, jemu jest zimno, zabierzmy go do domu”. Zrobiłam się zielona. Bo to że tam jest piesek, a dokładnie coś co kiedyś nim było wcale nie jest takie nieprawdopodobne. Z okrzykiem NIEEEE zbiegłam na dół. Okazało się że córka wchodzi w fazę zabawek wyimaginowanych. Pieski ( obecnie przebywające w naszym domu) były wyobrażone i niewidzialne. Ułożyliśmy je na sankach, z wielką ulgą. Uff.
Mimo tego, że mnie pokręciło jadę dziś do Krakowa. Don Giovanni ma eufemistycznie mówiąc recenzje krytyczne. Słowa „Kontrowersyjny” „ Muzyka broni się sama ( znaczy ma przed czym!)” „Dyskusyjny”’ „Nienajgorszy” „Wydumany” znaczą nie mniej nie więcej niż KATASTROFA. Zresztą sama nie jestem przekonana do Don Giovanniego wypalonego i zblazowanego. Ja go widziałam jakoś jako bohatera z głodem którego nie można zaspokoić, z popędem do śmierci, tym freudowskim Tanatos, nawet jako samą śmierć lub chorobę. Tam ma być nawiązanie do Felliniego. Hmmm. Tak czy inaczej zobaczyć to chciałam. Bo należy pozwolić reżyserom na eksperymenty. Nawet te nieudane. Inaczej opera czy teatr zaczną przypominać jakąś nabożną i napuszoną świątynię sztuki gdzie wszystko może być miernie, byle wiernie …klasycznie.
Cóż mnie już pogięło. Mam nadzieję, że reżysera nie pogięło gorzej.
Tyle się boję, że jadę z osobą dla której to będzie pierwszy kontakt z operą. Miejmy nadzieję nie ostatni.
Sam wyjazd świetny. Dzięki za gościnę. Odpoczęłam psychicznie i się zregenerowałam. Niestety moje ciało mówi zimie: nie. Kilka godzin na dworze sprawiło, że było mi naprawdę źle. Dodatkowo wymyśliłam że świetnym pomysłem będzie wciąganie Natalia na sankach na szczyt górki. Zgrabiona. No i pogięło mnie. W niedzielę było kiepsko. Teraz nie lepiej. Pogięło mnie. Kręgosłup mówi, że chce mnie opuścić. Prawdopodobnie dysk się obsunął i uciska. Nie pierwszy raz skubaniec ma taką manierę. Bu.
Z wyjazdem wiąże się zabawna ( teraz!) historia. Otóż: bawiłam się z Natalią na śniegu. Byłam całkiem spory kawałek od niej ( sama też troszkę chciałam pozjeżdżać) a mała kopała w śniegu. Nagle mnie woła „Mamo mam pieska!” Zdębiałam ”Mamo, tu jest piesek, jemu jest zimno, zabierzmy go do domu”. Zrobiłam się zielona. Bo to że tam jest piesek, a dokładnie coś co kiedyś nim było wcale nie jest takie nieprawdopodobne. Z okrzykiem NIEEEE zbiegłam na dół. Okazało się że córka wchodzi w fazę zabawek wyimaginowanych. Pieski ( obecnie przebywające w naszym domu) były wyobrażone i niewidzialne. Ułożyliśmy je na sankach, z wielką ulgą. Uff.
Mimo tego, że mnie pokręciło jadę dziś do Krakowa. Don Giovanni ma eufemistycznie mówiąc recenzje krytyczne. Słowa „Kontrowersyjny” „ Muzyka broni się sama ( znaczy ma przed czym!)” „Dyskusyjny”’ „Nienajgorszy” „Wydumany” znaczą nie mniej nie więcej niż KATASTROFA. Zresztą sama nie jestem przekonana do Don Giovanniego wypalonego i zblazowanego. Ja go widziałam jakoś jako bohatera z głodem którego nie można zaspokoić, z popędem do śmierci, tym freudowskim Tanatos, nawet jako samą śmierć lub chorobę. Tam ma być nawiązanie do Felliniego. Hmmm. Tak czy inaczej zobaczyć to chciałam. Bo należy pozwolić reżyserom na eksperymenty. Nawet te nieudane. Inaczej opera czy teatr zaczną przypominać jakąś nabożną i napuszoną świątynię sztuki gdzie wszystko może być miernie, byle wiernie …klasycznie.
Cóż mnie już pogięło. Mam nadzieję, że reżysera nie pogięło gorzej.
Tyle się boję, że jadę z osobą dla której to będzie pierwszy kontakt z operą. Miejmy nadzieję nie ostatni.
piątek, 13 lutego 2009
Zagadka śniezna
Dziś było zimno. Nie było burzy, ani nie byłam na morzu jednak marznąć w zadymce na przystanku przypomniałam sobie ten fragment. Ktoś poznaje z czego to jest? Nagroda do uzgodnienia (-;
„ Burza śnieżna na morzu jest zjawiskiem niezbadanym, sprawa niezrozumiałą, ciemną w każdym tego słowa znaczeniu. (…)
Świat staje się nagle niczym sklepienie lochu. Wśród nocy owej sypie się biały pył, zawisły miedzy niebem a morzem. Plamki te, piaseczki śniegu, opadają, unoszą się, błądzą. Są one jakby łzy śmiertelnego całunu, co zacząłby nagle poruszać się i żyć. A posiewowi temu towarzyszy zawsze szalony wiatr północno zachodni. Czarność osypująca się biało, wściekłość w mroku, zgiełku, do jakiego zdolny jest tylko, grobowiec, huragan u stóp katafalku, oto czym jest burza śnieżna.”
Ktoś wie? Czekam na dobre odpowiedzi.
Przynajmniej macie wyobrażenie jak wymarzłam.
„ Burza śnieżna na morzu jest zjawiskiem niezbadanym, sprawa niezrozumiałą, ciemną w każdym tego słowa znaczeniu. (…)
Świat staje się nagle niczym sklepienie lochu. Wśród nocy owej sypie się biały pył, zawisły miedzy niebem a morzem. Plamki te, piaseczki śniegu, opadają, unoszą się, błądzą. Są one jakby łzy śmiertelnego całunu, co zacząłby nagle poruszać się i żyć. A posiewowi temu towarzyszy zawsze szalony wiatr północno zachodni. Czarność osypująca się biało, wściekłość w mroku, zgiełku, do jakiego zdolny jest tylko, grobowiec, huragan u stóp katafalku, oto czym jest burza śnieżna.”
Ktoś wie? Czekam na dobre odpowiedzi.
Przynajmniej macie wyobrażenie jak wymarzłam.
niedziela, 8 lutego 2009
(-;
sobota, 7 lutego 2009
I wrócić masz tą ścieżką z żyjącą Eurydyką…
(notka tematyczna, nijak nie pasuje do tego co poniżej wiec piszę osobno)
Miałam okazję oglądać ostatnio dwa utwory w sposób specjalny z muzyką. Opery w których Muzyka jako taka odgrywa rolę niemal jednego z bohaterów. Orfeusz i Eurydyka i Czarodziejski Flet. Oba w wykonaniu Metropolita Opera. ( Nie, nie na żywo, tak dobrze to nie ma – kino Kijów w Krakowie i płytką DVD)
Te dwa utwory dzieli w czasie jedynie 29 lat, a muzycznie jest to cała przepaść. Orfeusza słuchało mi się w warstwie muzycznej bardzo trudno. Interpretacja była rewelacyjna Właściwie nie tyle współczesna co dokonane ponadczasowa. W Hadesie spotykamy dość zaskakujący zestaw: Lincoln, Kleopatra, Einstein, Marie Curie, Prince Diana, Mao Zediong i wielu innych. Warto zerknąć tu. Cudownie i zaśpiewane i zatańczone. Tam jest wiele chwil samej muzyki bez śpiewu i ją wizualnie zapełnił taniec. Powiedziałabym nawet że był tak samo ważny jak muzyka. I ciekawa interpretacja
- Orfeusz śpiewał schodząc do Hadesu żeby się na czymś skupić i nie patrzeć na straszydła
- W założeniu Amora, który mu tą podróż zaproponował, Orfeusz POWINIEN obejrzeć się za Eurydyką. Bo jaka była by ta jego miłość w końcu jakby się nie obejrzał? Jaka by była gdyby pozostał głuchy na błagania Eurydyki? Bardzo bajkowe zakończenie kiedy Amor po raz drugi zwraca ją Orfeuszowi i żyją długo i szczęśliwie.
Na pewno warto to było zobaczyć, chociaż warstwa muzyczna trudna. Długie pieśni, w których słowa praktycznie co wers się powtarzają. Gdybym nie wiedziała nic o Glucku i Mozarcie po samej muzyce powiedziałabym że jest tu bardzo długi okres pomiędzy tymi dwom dziełami.
29 lat jak cała przepaść. Może właśnie na tym polega geniusz Mozarta, że słucha się go jak coś absolutnie widzowi współczesnego. Magiczny Flet w reżyserii Julie Taymor. Tej samej czarodziejki, która reżyserowała Tytusa Andronikusa. Wizualnie olśniewające. Śpiewane po angielsku sprawia wrażenie niemal współczesnego musicalu. Nie wiem czy powinni iść tak daleko – ale powiem tylko tyle myślę, ze Mozartowi by się podobało. To było bajkowe, jak dziwna magiczna podróż do krainy marzeń.
Magiczny Flet jest pierwszym kandydatem do oglądania z Natalisem. I jednym z moich faworytów na najulubieńszą operę. Teraz sobie ostrzę zęby na wersję Kennetha Branagha i Bergmana. Zupełnie różne, ale myślę ze obie ciekawe. Po tym jak widziałam fragmenciki na youtubie przeżyłam opad szczęki i to już wiem o co kocura będę po powrocie męczyć. (-;
Miałam okazję oglądać ostatnio dwa utwory w sposób specjalny z muzyką. Opery w których Muzyka jako taka odgrywa rolę niemal jednego z bohaterów. Orfeusz i Eurydyka i Czarodziejski Flet. Oba w wykonaniu Metropolita Opera. ( Nie, nie na żywo, tak dobrze to nie ma – kino Kijów w Krakowie i płytką DVD)
Te dwa utwory dzieli w czasie jedynie 29 lat, a muzycznie jest to cała przepaść. Orfeusza słuchało mi się w warstwie muzycznej bardzo trudno. Interpretacja była rewelacyjna Właściwie nie tyle współczesna co dokonane ponadczasowa. W Hadesie spotykamy dość zaskakujący zestaw: Lincoln, Kleopatra, Einstein, Marie Curie, Prince Diana, Mao Zediong i wielu innych. Warto zerknąć tu. Cudownie i zaśpiewane i zatańczone. Tam jest wiele chwil samej muzyki bez śpiewu i ją wizualnie zapełnił taniec. Powiedziałabym nawet że był tak samo ważny jak muzyka. I ciekawa interpretacja
- Orfeusz śpiewał schodząc do Hadesu żeby się na czymś skupić i nie patrzeć na straszydła
- W założeniu Amora, który mu tą podróż zaproponował, Orfeusz POWINIEN obejrzeć się za Eurydyką. Bo jaka była by ta jego miłość w końcu jakby się nie obejrzał? Jaka by była gdyby pozostał głuchy na błagania Eurydyki? Bardzo bajkowe zakończenie kiedy Amor po raz drugi zwraca ją Orfeuszowi i żyją długo i szczęśliwie.
Na pewno warto to było zobaczyć, chociaż warstwa muzyczna trudna. Długie pieśni, w których słowa praktycznie co wers się powtarzają. Gdybym nie wiedziała nic o Glucku i Mozarcie po samej muzyce powiedziałabym że jest tu bardzo długi okres pomiędzy tymi dwom dziełami.
29 lat jak cała przepaść. Może właśnie na tym polega geniusz Mozarta, że słucha się go jak coś absolutnie widzowi współczesnego. Magiczny Flet w reżyserii Julie Taymor. Tej samej czarodziejki, która reżyserowała Tytusa Andronikusa. Wizualnie olśniewające. Śpiewane po angielsku sprawia wrażenie niemal współczesnego musicalu. Nie wiem czy powinni iść tak daleko – ale powiem tylko tyle myślę, ze Mozartowi by się podobało. To było bajkowe, jak dziwna magiczna podróż do krainy marzeń.
Magiczny Flet jest pierwszym kandydatem do oglądania z Natalisem. I jednym z moich faworytów na najulubieńszą operę. Teraz sobie ostrzę zęby na wersję Kennetha Branagha i Bergmana. Zupełnie różne, ale myślę ze obie ciekawe. Po tym jak widziałam fragmenciki na youtubie przeżyłam opad szczęki i to już wiem o co kocura będę po powrocie męczyć. (-;
Depesze ze świata anisków
Znowu mnie wieki nie było, spieszę więc z postem typu Depesze ze Świata Anisków.
Miałam nie pisać o pracy. Nie wiadomo kto to przeczyta i albo się okaże że jestem niezadowolonym leniwym pracownikiem, który do wszystkich ma pretensje a nic nie mówi. Albo że mam maniakalnym entuzjastą. Nie wiadomo co gorsze.
Tyle, że praca pochłania mi całkiem dużo czasu i trudno mi pisać o tym co kot robi z wyłączeniem pracy. Trudno, najwyżej ktoś się kiedyś poczuje urażony/sfrustrowany aniskiem. Przeżyję.
Rozmawiałam już o przejściu na cały etat. I tak zawsze coś w domu muszę dodłubać. Zasadniczo ciągle jestem na etapie, że wszystko mnie cieszy. Lubię mieć coś do zrobienia na już, lubię tych ludzi wyszukiwać. Nie nudzi mi się, bo każda rozmowa jest inna. Wspólnie robimy szkolenie komunikacji. Na początku byłam przerażona, a teraz im więcej czytam tym bardziej mi się to podoba. Ale w sumie nie tyle rodzaj pracy jest ważny co atmosfera. Pamiętam, że kiedy po 4 dniach uciekłam z pracy urzędzie to nie sam rozdaj pracy mnie przeraził a towarzystwo. A tu są ludzie czasem o zupełnie różnych niż ja charakterach, ale co ważne niegłupi. A nic tak mnie nie męczy jak przebywanie w towarzystwie kretynów. Jak sobie te laski z urzędu przypomnę, to dalej mam traumę. Poza tym, może jestem naiwna, ale w jakiś sposób wierze w to co robimy. W sensie że nie jestem tylko pracownikiem, któremu się płaci, ale ze z grupą ludzi robię coś i ma to jakiś pozytywny wpływ na świat. Poczucie celowości i wspólnego działania jest cholernie ważne.
I na tym optymistycznym akcencie poprzestanę. Bez komentarza że mam ochotę ubić klienta X i jego projekty przyprawią mnie o jasną cholerę. Co jakiś czas z tym projektem tak mam: trzeba sobie pomarudzić wypiąć melisę…i dalej to robić. W sumie nasz klient X uczy mnie jednej cholernie ważnej rzeczy. Rób co możesz najlepiej jak możesz. Jak wyjdzie to się ciesz. A jak nie to sobie odpuść i nie myśl o tym ani chwilę dłużej. Po prostu dalej rób co możesz jak najlepiej.
A poza pracą to
- Ciągle chce mi się spać. Ale jak to trafnie ujął mój pan Kocur, są takie dni kiedy:
Ciśnienie
niskie
jest
Cząsteczka tlenu
spada
i siostry swej nie spotyka
- Natalis rośnie. Gada. Ścięłam jej włosy na krótko co jeszcze bardziej pokazało podobieństwo do kocura. Dyskutujemy sobie. Między innymi o tym czy siatka z walizki Przema nada się na durszlak na jagódki. Taki duży durszlak dla brontozaura. No bo przecież, jak brontozaur znajdzie w lesie jagódki, które najpierw obsika tyranozaur ( tyranozaury są złe! Obsikują jagódki!) to będzie je musiał je jakoś umyć. I wtedy siatka jak znalazł. Durszlak na jagódki przyprawił kocura o atak śmiechu.
Ogólnie bunt 3-latka przeszedł bezboleśnie. Rośnie mi dziecko pewne siebie, asertywne, potrafiące powiedzieć co i jak, opowiedzieć, że się złości. Ale jednocześnie pogodne i takie z którym da się wszystko spokojnie uzgodnić.
- Kocur w Portugali. Naukowo. Dom bardzo pusty. Z tej okazji założyłam sobie skypa: ania.glomb - zapraszam (-; Skype był na użytek rozmów z kocurem ale może się ogolnie tez przydać.
Natalis tez tęskni. Patrzy w okno i mówi że czeka na tatę. Ech.
Właśnie dostałam od Przema smsa, że mają tam bibliotekę z ŻYWYMI nietoperzami. Zjadają robaki więc są na posadzie bibliotekarzy niejako. Świat jest jednak fajny – chciałabym kiedyś zobaczyć nietoperze w bibliotece.
Przez tydzień bez Przema jeździłam do pracy z matką. Udało mi się nie pożreć. Ale negatywna energia utkwiła mi chyba w gardle bo teraz mam paskudną ropną anginę. Migdały jak kokosy. Błe. Chyba zdejmę z półki Księżniczkę Anginę. Podobne lecz podobnym. (-; Albo może fajnie sobie wyobrazić anginę, która nie jest anginą.
No bo co w końcu ( jak mawia mikołajek ) muszę być zdrowa. Fajności mnie czekają. W lutym Don Giovanni Kraków. Potem w marcu Carmen i Latający Holender. Sesja Ars Magica w Krakowie i wieczór tylko dla nas ( cudny sushi bar znalazłam w Bytomiu). I obecany Upiorowy tekst aniołaka na zamówienie.
A poza tym wiosna idzie. Czuć to było w powietrzu dziś. Na pohybel kalendarzom, które mówią ze luty. Na pohybel anginie!
Miałam nie pisać o pracy. Nie wiadomo kto to przeczyta i albo się okaże że jestem niezadowolonym leniwym pracownikiem, który do wszystkich ma pretensje a nic nie mówi. Albo że mam maniakalnym entuzjastą. Nie wiadomo co gorsze.
Tyle, że praca pochłania mi całkiem dużo czasu i trudno mi pisać o tym co kot robi z wyłączeniem pracy. Trudno, najwyżej ktoś się kiedyś poczuje urażony/sfrustrowany aniskiem. Przeżyję.
Rozmawiałam już o przejściu na cały etat. I tak zawsze coś w domu muszę dodłubać. Zasadniczo ciągle jestem na etapie, że wszystko mnie cieszy. Lubię mieć coś do zrobienia na już, lubię tych ludzi wyszukiwać. Nie nudzi mi się, bo każda rozmowa jest inna. Wspólnie robimy szkolenie komunikacji. Na początku byłam przerażona, a teraz im więcej czytam tym bardziej mi się to podoba. Ale w sumie nie tyle rodzaj pracy jest ważny co atmosfera. Pamiętam, że kiedy po 4 dniach uciekłam z pracy urzędzie to nie sam rozdaj pracy mnie przeraził a towarzystwo. A tu są ludzie czasem o zupełnie różnych niż ja charakterach, ale co ważne niegłupi. A nic tak mnie nie męczy jak przebywanie w towarzystwie kretynów. Jak sobie te laski z urzędu przypomnę, to dalej mam traumę. Poza tym, może jestem naiwna, ale w jakiś sposób wierze w to co robimy. W sensie że nie jestem tylko pracownikiem, któremu się płaci, ale ze z grupą ludzi robię coś i ma to jakiś pozytywny wpływ na świat. Poczucie celowości i wspólnego działania jest cholernie ważne.
I na tym optymistycznym akcencie poprzestanę. Bez komentarza że mam ochotę ubić klienta X i jego projekty przyprawią mnie o jasną cholerę. Co jakiś czas z tym projektem tak mam: trzeba sobie pomarudzić wypiąć melisę…i dalej to robić. W sumie nasz klient X uczy mnie jednej cholernie ważnej rzeczy. Rób co możesz najlepiej jak możesz. Jak wyjdzie to się ciesz. A jak nie to sobie odpuść i nie myśl o tym ani chwilę dłużej. Po prostu dalej rób co możesz jak najlepiej.
A poza pracą to
- Ciągle chce mi się spać. Ale jak to trafnie ujął mój pan Kocur, są takie dni kiedy:
Ciśnienie
niskie
jest
Cząsteczka tlenu
spada
i siostry swej nie spotyka
- Natalis rośnie. Gada. Ścięłam jej włosy na krótko co jeszcze bardziej pokazało podobieństwo do kocura. Dyskutujemy sobie. Między innymi o tym czy siatka z walizki Przema nada się na durszlak na jagódki. Taki duży durszlak dla brontozaura. No bo przecież, jak brontozaur znajdzie w lesie jagódki, które najpierw obsika tyranozaur ( tyranozaury są złe! Obsikują jagódki!) to będzie je musiał je jakoś umyć. I wtedy siatka jak znalazł. Durszlak na jagódki przyprawił kocura o atak śmiechu.
Ogólnie bunt 3-latka przeszedł bezboleśnie. Rośnie mi dziecko pewne siebie, asertywne, potrafiące powiedzieć co i jak, opowiedzieć, że się złości. Ale jednocześnie pogodne i takie z którym da się wszystko spokojnie uzgodnić.
- Kocur w Portugali. Naukowo. Dom bardzo pusty. Z tej okazji założyłam sobie skypa: ania.glomb - zapraszam (-; Skype był na użytek rozmów z kocurem ale może się ogolnie tez przydać.
Natalis tez tęskni. Patrzy w okno i mówi że czeka na tatę. Ech.
Właśnie dostałam od Przema smsa, że mają tam bibliotekę z ŻYWYMI nietoperzami. Zjadają robaki więc są na posadzie bibliotekarzy niejako. Świat jest jednak fajny – chciałabym kiedyś zobaczyć nietoperze w bibliotece.
Przez tydzień bez Przema jeździłam do pracy z matką. Udało mi się nie pożreć. Ale negatywna energia utkwiła mi chyba w gardle bo teraz mam paskudną ropną anginę. Migdały jak kokosy. Błe. Chyba zdejmę z półki Księżniczkę Anginę. Podobne lecz podobnym. (-; Albo może fajnie sobie wyobrazić anginę, która nie jest anginą.
No bo co w końcu ( jak mawia mikołajek ) muszę być zdrowa. Fajności mnie czekają. W lutym Don Giovanni Kraków. Potem w marcu Carmen i Latający Holender. Sesja Ars Magica w Krakowie i wieczór tylko dla nas ( cudny sushi bar znalazłam w Bytomiu). I obecany Upiorowy tekst aniołaka na zamówienie.
A poza tym wiosna idzie. Czuć to było w powietrzu dziś. Na pohybel kalendarzom, które mówią ze luty. Na pohybel anginie!
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Natalis,
Praca
