Jestem, jestem.
Od poniedziałku do środy miałam nie-przyjemność siedziałam w Zakopanym. Przez kilka okoliczności, o których tu wspominać nie będę wyjazdu nie mogę zaliczyć do udanych. Kocur była na konferencji, a ja siedziałam z małą w pokoju. Nudziłam się jak dziki mops – dlaczego to długa historia – nie warta zresztą notki.
Koniec końców miałam okazję przypatrzeć się w tym czasie dziwnej i nieznanej mi machinie. Chodzi mianowicie o Telewizor. Zobaczyłam jeden odcinek słynnego Lostu – sromotnie mnie zresztą zawiódł. Chodzi ekipa po plaży i rozmawia. A w krzakach nie-wiadomo-co robi mroczny nastrój. Oprócz rzeczonego serialu zetknęłam się z wprost zastraszającą ilością reklam. Po pierwsze nie przypuszczałam, że jest ich aż tak dużo. Po drugie chyba stanowię, jakiś odrębny gatunek, do którego nie są one skierowane. Ja rozumiem, że produkt trza sprzedać i reklama się przydaje. Tylko dlaczego wszędzie te same sztuczne mordy z przylepionym uśmiechem. Dlaczego wszędzie te same teksty, dobór idealnego, świeżego, super, ekstra słownictwa? Toż to nie niesie ze sobą żadnych emocji. Chyba tylko kilka reklam około mundialowych zrobiło na mnie jakieś wrażenie. Chłopaki grające na ulicy z Beckhamem i resztą gwiazd. I komentatorzy pijący Calsberg.
Natomiast reszta jest po prostu niesmaczna. I zastanawia mnie tylko czy ci do których kierowane są reklamy są aż tak głupi, czy może ich twórcy z jakiś powodów nie wychodzą poza pewien szablon? A może są tworzone automatycznie przez komputer? Jeżeli tak, to myślę że program tworzący reklamy jest Microsoftowy. Mój kocur napisałby lepszy. (-:
Kolejna rzecz to udało mi się kupić na allegro dla Natalisa moje ukochane bajki z dzieciństwa. O złotym Żółwiu Baśnie Birmy i Brzechwa Dzieciom z ilustracjami Szancego. Zresztą nie ma lepszej inwestycji niż w książki dla dzieci. Bo jak ktoś w młodości nie zacznie czytać, to czytać już nie będzie. A jak się chwyci bakcyla to potem dostani grosz, wyrwany z gardła dziecka czy babki, zamieni sie na słowo pisane. I jakoś nie ciągnie mnie do kupowania jej milusich ubranek w misie. Ale w księgarni na dziele dziecięcym aż mi się oczy świecą. Tylko niestety czasem chce się opowiedzieć patrząc na niektóre super książeczki „ za naszych czasów to...”. Bo jakoś nie przekonują mnie przygody Barbie, czy przygody różowego słonia z kreskówki Dysneya. Trudno, zostaje mi allegro i polowanie na pewne wydanie baśnie Andersena. Mam nadzieję, że będzie jej się podobało kiedyś. A przynajmniej mamie będzie się to fajnie czytało. (-:
Aaaa i nieśmiało przypominam, że zostało jeszcze kilka książek nie odgadniętych kilka postów niżej. (-: Daję wam jeszcze tydzień.
A dziś ważny mecz. Trzymamy kciuki za Argentynę. Prawda?
piątek, 30 czerwca 2006
piątek, 9 czerwca 2006
Piłka nożna ma coś z magii. Przejmuję się. Piszczę przed odbiornikiem radiowym.
Tymczasem gra naszych jest jak zaburzenia orgazmu. Niby już, już, już prawie…a po chwili się okazuje, że jednak nie. I klops. A w środę będzie już tylko wstyd.
Nasi ze Sierra Leone nie grają. Trudno trzeba kibicować Wybrzeżu Kości Słoniowej. Albo Togo. Jak nie piłkarzy to może czarowników mają lepszych. Ech.
Tymczasem gra naszych jest jak zaburzenia orgazmu. Niby już, już, już prawie…a po chwili się okazuje, że jednak nie. I klops. A w środę będzie już tylko wstyd.
Nasi ze Sierra Leone nie grają. Trudno trzeba kibicować Wybrzeżu Kości Słoniowej. Albo Togo. Jak nie piłkarzy to może czarowników mają lepszych. Ech.
niedziela, 4 czerwca 2006
Nie, nie będzie w żadnym wypadku o gryzieniu metaforycznym. Będzie o zwykłym zębowym wgryzaniu się w smaczne obiekty. Gryzienie jest przyjemne. Jest częścią życia. Mam oczy patrzę, mam uszy słucham, mam nogi chodzę, mam zęby wgryzam się. Niemal jak w bajce o Czerwonym kapturku. A dlaczego ja się nad tym rozwodzę? Bo jestem tej możliwości obecnie pozbawiona. I cierpię. Otóż mam wreszcie aparat. Nie wygląda aż tak tragicznie, boli też do wytrzymania. Problem w tym, że jedzenie papek i płynów nie wystarcza. Zaspokaja głód żołądka, ale pozostawia jakiś inny prastary głód, głód wgryzania się. Nie jestem mięsożercą. W zupełności wystarczyłby mi mięsisty pomidorek, albo wilgotny świeży ogóreczek. O skórce z chlebie już nie wspomnę.
Zatem Carpe Diem, Carpe Tomate i inne dobrocie! Carpe i gryźcie, skoro możecie. A mnie zostają marzenia i zmiksowana papka o kolorze zmieszanym z wszystkich barw Hogwartu. Błeh. Nie miała baba kłopotu. Ale trudno sam chciałam nie marudzę.
Zatem Carpe Diem, Carpe Tomate i inne dobrocie! Carpe i gryźcie, skoro możecie. A mnie zostają marzenia i zmiksowana papka o kolorze zmieszanym z wszystkich barw Hogwartu. Błeh. Nie miała baba kłopotu. Ale trudno sam chciałam nie marudzę.