niedziela, 31 października 2010

W poszukiwaniu jesieni






sobota, 30 października 2010

Kota w potrzebie

Trzymajcie kciuki i ślijcie dobre zaklęcia bo są w rodzinie problemy zdrowotne. Zaczęło się czwartek rano. Wymieniali nam okna. Zanim przyszli robotnicy zamykałam koty i zobaczyłam co się dzieje z Hellą. Siedziała cała skulona i trzęsącą się w szafie. Spieszyłam się, więc dałam ją szybko do pokoju Nat żeby się nie pałętała.

Po godzinie przyszłam. Robotnicy faktycznie hałasowali, ale jej reakcja była dziwna. Kot robi pod siebie i w tym leży, a poza tym się trzęsie. Umyłam, uspokoiłam.

Od tego czasu czyli ponad 50 godzin kot leży. Nie je. Karmię ją z ręki i wtedy trochę je. Kocimiętką się nie interesuje. Nie pije wcale. Poję ją co kilka godzin strzykawką. Posadzona w wannie lub w kuwecie przewraca się. Co dziwniejsze chodzić umie, ale robi to na podkurczonych nogach. Jak się ją dotyka po kręgosłupie podnosi charakterystycznie ogon ( a jest 6 lat po sterylizacji).

Nie wiem co jej jest. Gosia i moja wetka mówią że stres. Może przez remont. Może kocia depresja. Jak się ją wysadza do kuwetki nawet coś robi, ale sam tam nie chodzi. Podobnie sama wcale nie pije. Stópor. Zdaje się że szykuje się kroplówka. Czyli mamy koci odział noworodkowy.


Bardzo się martwię. Wszystkich kociarzy proszę o pomoc co to może być i co robić. Możecie tez kogo mądrego popytać. Wszystkich innych o dobre zaklęcia.

Ps. Wszyscy mówią, że stres, a mi coś nie gra. Bo jak daje z ręki karmie to je jak dzika. Ale kładę na podłodze metr od niej i nie chce jej się podejść. Ona ma jakiś problemy z chodzeniem. Poza tym ten kot zazwyczaj zajadał stres.

Ale wygląda to tak jak powiedziałaś Zuza - jakby się odwróciła do życia. Kot jest pojony, karmiony ma spokój i miłość. Zawrócimy skubańca.

A to Hella z dobrych ( szczupłych) lat.

niedziela, 24 października 2010

Moje własne piekło

Wróciliśmy właśnie z Don Giovanniego w Deutsche Oper w Berlinie. Don Giovanni jest moją absolutnie ulubioną operą - zarówno pod względem libretta jak i muzyki. Opera w Berlinie jest moją ulubioną sceną muzyczną. Czytałam recenzje, były nieszczególne, więc trochę się obawiałam. Na szczęście scen obscenicznych szczególnie nie było, była za to solidna dawka symbolizmu i bardzo dobra muzyka. A skracając wszystko do kilku zdań, można powiedzieć, że pan Roland Schwab zrobił coś, co nijak nie zgadza się z m o j ą prywatną interpretacja mitu Don Juana. Ale zrobił to tak przekonywująco i nowatorsko, że jestem mu wdzięczna i podejmuję z nim dialog. Bo sztuka, czy to teatr czy książka, jest dla mnie przede wszystkim formą komunikacji między autorem/reżyserem, a odbiorcą. Rzeczywiście nie było milusio i zabawnie, ale jak ktoś chce uroczej sztuki o seksoholiku i mordercy to chyba powinien się zastanowić czy taka ma sens.

Zanim zacznę o Berlinie, może najpierw kilka słów o tym, kim dla mnie jest Don Giovanni. Ulubiona inscenizacja to chyba ta z Royal Opera House z Simonem Keenlysidem. Dla mnie Don Giovanni to ktoś, kto nie czuje strachu. Nie posiada też żadnych norm i ograniczeń. Ba, niczego nie czuje, a strasznie potrzebuje jakiś emocji, więc serwuje sobie coraz silniejsze przeżycia. Uwielbiam tą scenę kiedy Keenlyside po zabiciu komandora całuje go w dość erotyczny sposób i tuli. „O poczułem coś, to jest nowe i dość przyjemne”. W braku swoich ograniczeń gardzi nawet światem pozagrobowym, a kiedy duch przychodzi zabrać jego duszę do piekła, do końca zostaje twardy – „nie, nie będę żałować” Nie ukorzę się. Choćby całe piekło i szatani, nie. Ten właśnie aspekt braku strachu, w połączeniu z silną wolą i konsekwencją do końca, kocham w DG najbardziej. Chociaż podoba mi się też to, co pisze o DG Søren Kierkegaard. Mit o Don Juanie to personifikacja zmysłowości, głodu życia i erotyki. Czyli to o co Freud traktował jako Libido.

Jadąc do Berlina nie myślałam, że coś jest w stanie mnie zaskoczyć. Z libretta można wysunąć bardzo wiele sensownych hipotez, ale czy można jeszcze powiedzieć coś nowego? Roland Schwab zabrał nas w psychodeliczną podróż do umysłu Don Giovanniego. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest DG można go obserwować, albo próbować zrozumieć, pokusić się o analizę jego duszy. I wbrew pozorom, wbrew nagości na scenie ( której było mniej niż obiecywały recenzje...) erotyki i seksu jest bardzo mało. Jest destrukcja, chaos, rozbicie, szaleństwo, tęsknota i wyobcowanie.

Ale po kolei.

Przy dźwiękach uwertury na scenę wchodzi grupa podobnie ubranych mężczyzn. Wśród nich Leporello i Don Giovanni. Tłumek będzie się przewijał do końca spektaklu jak w pantomimie naśladując ruchy DG, ale też Leporella. To nie jest banda służących, ale sam DG w wielu postaciach. To jest jego wnętrze, rozbite na małe kawałki. Dopiero po jakimś czasie zauważyłam i kolejne sceny to potwierdzają, że sam Leporello też jest w rzeczywistości aspektem Don Giovanniego i fragmentem jego osobowości. Taka idea już mi kiedyś przyszła do głowy, ale nie słyszałam, żeby ktoś miał na tyle charakteru żeby to tak przekazać.

Tu chociaż na scenie mamy kilkanaście osób i dwa głosy, to cały czas jest to monodramat na jednego aktora, którego psychika rozbita jest na małe kawałki. Zresztą sam Komandor ginie nie z ręki DG, ale w wyniku ciosów całej bandy. A przecież wiemy kto zabił. Kiedy trup pada na ziemię ląduje obok niego żółta krateczka z numerem 7. Przypomina do złudzenia karteczki jakimi policja oznacza dowody zbrodni. Numer 7, jak siedem kręgów piekła. I jak można domyślać, wraz z kolejnymi zbrodniami pojawią się kolejne numerki aż do 1. Bo wszystko jest podróżą przez siedem kręgów piekła, prywatnego piekła Gon Giovanniego.

Mord dokonany jest kijem golfowym, który w całej sztuce przewija się jako symbol – zarówno szpady na początku, jak i męskiego członka. No cóż, kij golfowy jest doskonałym symbolem czegoś długiego, co kojarzone jest raczej z mężczyznami. Zresztą nie jest to tylko symbol szpady i penisa – ale szeroko pojętego „przedłużenia faceta” jego ręki, jego szpady, penisa, woli i władzy.

Druga doskonała scena, to aria katalogowa ( mille tre!). Zazwyczaj te katalogi są bardzo dobrze utrzymane. Księgi, pliki zdjęć, laptopy. A przecież Don Giovanni kobiet nie szanuje i pewnie tak samo nie szanuje pamięci o nich. Tu pojawia się doskonały wątek śmieci. Leporello ( a właściwie ten bardziej złośliwy ale i społeczny aspekt DG) wyciąga Donnie Elwirze jakieś pomięte papiery z worka na śmieci. Te wspomnienia są zatem takie jak śmieci – chaotyczne, pomięte, brudne i mało warte. Bardzo podoba mi się pomysł śmieci =pamięć. Zresztą zazwyczaj w tej scenie pojawiają się obrazy kobiet – albo modelki, albo zdjęcia. Tu jest tłumek postaci, kawałków osobowości DG leżących na leżakach w okularach słonecznych. W tych wspomnieniach nie ma kobiet – jest tylko sam DG i jego zaspokajanie się nimi.

Kiedy na scenie pojawiają się Zerlina i Masetto mam skojarzenia z kartą tarota Kochankowie. Zresztą motyw z kart Tarota pojawi się jeszcze później. Zerlina i Masetto traktowani są brutalnie i instrumentalnie. Dość mocna scena to chwila kiedy, w arii o czułym podaniu ręki, DG zakłada gumową rękawiczkę. (!) Chyba najlepszy możliwy sposób pokazania jego przedmiotowego podejścia do kobiet. Jak do trupa, jak do mięsa. Zresztą Masetto też pada ofiarą napaści seksualnej. I nie chodzi tu o erotyczny pociąg Leporella-Don Giovanniego do mężczyzn, ale aspektu dominacji i upokorzenia przeciwnika poprzez gwłat. Zresztą czy patrzenie na przemoc seksualną na swojej partnerce, nie jest też rodzajem mentalnego gwałtu? Nie chodzi zatem o to, czy Leporello dokonał fizycznego aktu za pomocą wspominanego kija golfowego – ale raczej o to, co to co symbolizujący ów kij narząd uczynił psychice Masetta. Po pierwsze ładna symbolika, a po drugie ( jak stwierdziłyśmy z Madzią, Kamilą i Dorotą) mniej symboliczny narząd mógłby być gorzej widoczny z naszego 20 rzędu. ( Nie uwłaczając panu Illdebrano).

Przy okazji tej sceny pokazana jest dość ciekawa relacja DG – Donna Elwira. Ona przez dłuższy czas przypatruje się scenie uwodzenia/gwałcenia Zerliny i dość późno interweniuje. DG ma ciągle na nią taki wpływ, czysto fizyczny, że w jakiś sposób uczestniczy w całej scenie.

Porzućcie wszelką nadzieję, mówi namalowany farbą napis pod którym przechodzą bohaterowie. Kolejne kręgi piekła, kolejne numerki i dom Don Giovanniego. Dom, a może raczej środek jego duszy. Jaki jest DG-L od środka? Po pierwsze chaos. Walające się śmieci pamięci. Dwie dziwne podświetlane neonami machiny będące jednocześnie kieratem biczowników. DG ma tu swoje własne piekło, które napędza cierpieniem własnym i czyimś. Nagie kobiety które się tu przechadzają są okaleczone. Przy jednej z nich mam skojarzenia z filmem Crash gdzie seks łączył się z okaleczaniem. Te postacie są chore. Z jednym bardzo ważnym wyjątkiem, o którym za chwileczkę. I przy okazji kolejny symbol tarota. Postać kobieca w białej chuście zwisa z sufitu przypominając kartę Wisielec. A więc zastoju, duchowej izolacji od świata, skupieniu się na własnym wnętrzu.

W końcu kiedy dochodzi do konfrontacji DG sam podaje gościom miecz i klęka przed nimi. Tak jakby chciał powiedzieć „ Zróbcie to, jeżeli jesteście równie szaleni jak ja. Zróbcie to i przyjmijcie moje reguły. Jeżeli starczy wam odwagi”

W drugim akcie nad sceną świeci dziwny czerwony księżyc. Czerwony jak nosy klaunów, które noszą alter ega DG-L. Ale w końcu zaczyna się maskaradą. Przebrany Leporello zajmuje się Donną Elwirą, a DG ma okazję uwieść jej młodą służącą. I to jest chyba najciekawsza i najbardziej znacząca scena całego spektaklu. Kim jest ta służąca? Ponieważ Mozart nie napisał jej ani jednej nutki, zazwyczaj pojawia się co najwyżej jako postać w oknie. Tu jest duchem. Widmem, które widzieliśmy w domu-duszy DG. Duchem niewinności, doskonałości młodziutkiej dziewczyny w białym stroju. Duchem, którego sam DG zamordował, a teraz próbuje go wskrzesić. Kiedy aspekt Leporello zajmował się Donną Elwirą – aspekt DG pogrążył się w samym sobie, w marzeniach o tej nierealnej zjawie. I była to pierwsza interpretacja gdzie zobaczyłam, że DG coś kocha. On ją wielbił i dotykał dłonią ( bez gumowej rękawiczki). W przeciwieństwie do poprzednich scen nie było tu nic obscenicznego ani wulgarnego. Było za to dużo tęsknoty i erotyzmu. Oczywiście do czasu, kiedy zauważa, że to tyko zjawa i porzuca ją martwą na ziemi.

W chwili kiedy akcja skupiona jest na aspekcie Leporella aspekt Don Giovanniego pogrąża się w medytacji. Jest to jedno z kilku nawiązań do religii. Mnie osobiście, w kontekście dalszych scen, skojarzył się z Modlitwą w Ogrójcu. Z przygotowaniem na to, co ma nastąpić.

W scenie cmentarnej nie ma cmentarza, ani pomnika Komandora. Nie ma nic. Jest szaro niebieska mgła. Zagubienie. Rewelacyjnie wychodzi „zagranie tego do publiczności” część osób się śmiała, choć mi akurat nie było do śmiechu. Czy jako część społeczeństwa jestem duchem, który ma oskarżać Don Giovanniego? Poza tym zza sceny wyłażą trupy myszki miki, które tańczą razem z Leporellem. Czy jest coś bardziej obśmianego i komercyjnego niż myszka miki? On daje tu wyraz swojego lekceważenia sferze duchowej, jakiemukolwiek aspektowi nadprzyrodzonemu, czy to w postaci Boga czy Zmarłych.

Kolacja zmienia się w cenę przedstawiającą Ostania Wieczerzę Leonarda. DG i jego odbicia. Ostania kolacja. To było już wcześniej kilkakrotnie sygnalizowane, ale tu jest powiedziane wprost. DG jest swoim własnym Bogiem. Nie ma innego. Dla niego istnieje tylko jego własny wewnętrzny świat, w którym jest uwięziony. Wyrzeka się Boga. I nie ma już poza nim nic. Absolutnie nic.

Dlatego jedynym możliwym wyjściem jest Komandor który pojawia się jedynie jako głos zza sceny. Skoro świata nadprzyrodzonego nie ma, nie istnieją też duchy i wszystko jest wytworem choregu umysłu Don Giovanniego. Jego aspekt Leporello ( mniej szalony, ale bardziej zdeprawowany) odciąga go od Komandora. DG jako część, która w tym momencie nie jest już w stanie zatrzymać procesu autodestrukcji wyciąga w jego kierunku rękę. I wtedy następuje coś genialnego. Najpierw pojawia się jego własne piekło. Te same machiny, który były w jego domu. Jakżeby inaczej, skoro innego piekła nie ma? Potem wszystko się rozpada. Scena porusza się i poszczególne rzędy odbić DG rozwarstwiają się. Wszystko zapada się w sobie i na koniec upadają razem DG i Leporello. Ostatni numerek – 1 – ostatni krąg piekła i numer ostatniej zbrodni DG rzuca na siebie. Jest swoją ostatnią ofiarą.

Głosowo było cudownie. Ildebrando d'Arcangelo wokalnie wspaniały a i było na czym oko zawiesić. Podobnie Alex Esposito jako Leporello. Jemu szczególne brawa za grę aktorską. Panie też były rewelacyjne, Donna Anna i Elwira czarowały głosem, Zerlina odrobinę bardziej aktorsko, ale całość robiła naprawdę wspaniałe wrażenie.

Nie wiem czy publiczność coś sobie przemyślała od premiery, ale kiedy wyszedł reżyser słychać było tyle samo gwizdów, co okrzyków brawo. Zresztą całość nie była w żaden sposób obsceniczna, ani nie zawierała niepotrzebnych elementów przemocy. W każdym razie nie bardziej niż pokazane to jest w wielu współczesnych teatrach. W świecie gdzie pornografia jest dostępna na każdym dworcu i stacji benzynowej na wyciągnięcie ręki całkowicie dopuszczam użycie jej elementów w sztuce jako środka przekazu. I nie róbmy tu z opery skansenu, ze zbyt sieriożna na gołe cycki.

Jestem zadowolona, że mogłam pojechać do Berlina. Nie przekonałam się, że Don Giovanni jest historią o wyobcowaniu i destrukcji, ale strasznie się cieszę, że scena operowa jest miejscem twórczym, miejscem dialogu i odkrywania nowych znaczeń. A po tych wszystkich doskonałych i nudnych transmisjach z Met ten Don Giovanni był dla mnie czymś odświeżającym. Szkoda tylko, że kiedy pojawiają się eksperymenty w Polsce są tak durne i niedopracowane jak Wrocławska Turandot.

A czy ktoś wie czy W Berlinie nie byliby łaskawi wsiąść Fausta w obroty?

*W całości posta użyłam stwierdzeń z rozmowy z Panem Kocurem, Demonkiem, Madzią, Kamilą i Pawłem. Nie we wszystkich kwestiach się zgadzaliśmy, ale w większości tak, dlatego pozwoliłam sobie czasami was cytować. I dziękuję za wyjazd (-;









czwartek, 14 października 2010

Jesienne depesze ze świata Wombatów. Różności. Jak w zupie kurkowej.

Jesień. Z jednej strony przeraża mnie zimno. Nawet nie to teraz, ale perspektywa tego co będzie za dwa miesiące. Teraz i tak jest na styk mojej wytrzymałości termicznej. A z drugiej strony nie mogłabym żyć bez takiej jesieni. Nie, nie złotej polskiej. Takiej przede wszystkimi mglistej o poranku. Z zapachem zgniłych liści i dymu. Takiej gdzie czuje się Czas Zmarłych – niezależnie czy podoba mi się jego obchodzenie na naszej tradycji. Zbliżający się czas dziadów, czas przejścia, czas gnicia i rozkładu. Chodzę ulicami z półprzymknetymi oczami i wdycham ten zapach. A pod nogami mam mokre liście.

Jutro porobię trochę zdjęć tej jesieni.

Poza tym piszę. Mam dużo pomysłów. Dużo wymagań wobec siebie, czasem więcej skreślam niż zostawiam. Daje mi to mniej więcej tyle samo radości co przysparza trudności. No ale co w końcu, tylko z relacjami międzyludzkimi mam mieć kłopoty?

W garnku zupa kurkowa. Nie podaję przepisu, bo prawa autorskie należą do cudownego White Plate. Tak czy inaczej, pyszna była.


Byłam na kolejnych badaniach i Mikołaj ( tak, raczej on) ma się dobrze. 6 cm. Termin lądowania na naszej planecie 23 lub 29 kwietnia. Lekarze nie mogą się zdecydować. Liczę że 30, bo dzień wcześniej jest Trubadur w transmisji z Met.
Komentarz Kocura po badaniach ( patrząc na wydruk usg); - Ty, wszystko fajnie, ale czemu on taki czarny?
Ja; >zgon<

Z racji ciąży mam nagły przypływ akceptacji i afirmacji własnego ciała i kobiecości. Nie wiem czy to mój system hormonalny, czy wpływy metafizyczne, ale absolutnie kocham moje ciało. Bez fałszywej skromności to jest poczucie piękna i bycia w tym ciele, w którym mam być.

Z innej beczki.
Muzycznie za tydzień wybieram się na wyprawę Mozartową. Dam relację ( czyli jak zwykle będę się czepiać).

Tymczasem odpoczywam od opery moim nowym odkryciem jesienno wiedźmowym. Południca z Krakowa.





( A jakby kto chciał podśpiewywać...)

Białolica córuś moja piękna
Na twe lica księżyc wstydem pęka
Bójże się ty sama chodzić nocą
Nocą diobły kopytem łomocą

Hej ty, maty, nie płakajże, maty
Jednym rózgi, a mnie jeno kwiaty
Bo mnie diabły leśne pokochały
I za chwosty wodzić się dawały

Białolica córuś moja piękna
Ty Tumana na łąkach się lękaj
Nie chodź sama po lesie, we trawy
Tam chichoce upir sino-krwawy

Hej ty, maty, nie bójże się, maty
Snopek zwiążę witek rosochaty
Sama wejdę w bagna i we błota
Załaskocę upira chichota

Białolica córuś moja piękna
Ty nie słuchaj kto na lutni brzdęka
Choć latawiec oczy ma zielone
Lutni struny z żyłek ukręcone

Hej ty, maty, nie bójże się wcale
Srebrną duszę piękny ma latawiec
Na polanie gdy dopalę ogień
W ogniu duszę latawcową skąpię

Choć u stópek panny całe piekło
Białe lica zrazu piorun trzepnął
Tak skończyła na łąkach zabawy

Wziął do Nawii diobeł ją kulawy

niedziela, 10 października 2010

Opera o niespłaconym kredycie mieszkaniowym w stylu staro-germańskim



Zrobiliśmy wczoraj kolejne podejście do Wagnera. Złoto Renu w retransmisji z Met zadziwiło. Najkrócej mogę to podsumować jako „Niewiarygodnie doskonała aranżacja, niewiarygodnie durnej baśni”.

Zacznijmy od samego Wagnera. Fabuła jest bolesnym skrzyżowaniem haj-fantasy ( fantasy na dopalaczach) z elementami przeróżnych mitologii i baśni. Gdyby ktokolwiek napisał tą treść w książce to bym go wyśmiała.

A zaczyna się od... problemów ze spłaceniem kredytu na budowę domu. No bo Wotan, król Bogów, wybudował sobie chałupę. Budowało dwóch olbrzymów za co obiecał im siostrę żony Freję. Nie miał zamiaru się z tego wywiązywać – podobno jego prawnik Loge - bóg ognia „obiecał coś wymyślić”. Jak się okazało, tyle wymyślił, że popytał tu i tam „co mężczyźni kochają bardziej niż kobiety” i wyszło że ...złoto. Niejaki karzeł Alberyk wyrzekł się miłości ( a dokładnie trzech syrenek, które z niego żartowały i kpiły) i zebrał Złoto Renu. Olbrzymy po pewnych kalkulacjach zgadzają się zamienić Freję na skarby Alberyka. Nasi bohaterowie mają czas do wieczora na spłatę kredytu. Freja zostaje zabrana w zastaw.

Alberyk tymczasem zdołał przetopić owo złoto na pierścień dający wszelką władzę i hełm pozwalający zmieniać postać. Ale na nic zdały mu się owe artefakty, bo stosując metodę znaną z kota w butach ( „a w węża to żadna sztuka, w żabę malutką to byś się kolego nie umiał zamienić” ) Loge z Wotanem wszystko mu zabrali. Wotan chce oddać całe złoto olbrzymom w zastaw za Freję, ale pierścień sobie zostawić. Nie da się. Kiedy nie wie czy wybrać pierścień dający władzę – czy szwagierkę w której ogrodzie rosną owoce dające moc – przychodzi znienacka i nie wiadomo skąd Erda bogini ziemi ( baliśmy się że to teściowa w pierwszej chwili) nakrzyczała na niego i kazała oddawać pierścień, bo będą straszne nieszczęścia. Niemniej zaczynam Wotana lubić jak przeczytałam streszczania dalszych części. W ramach wyciągania z Erdy informacji co złego ma się zdarzyć, zrobi jej córkę. Wot, facet.

Tak czy inaczej, Freja zostaje okupiona, a cała rodzinka idzie szczęśliwie do nowego domu Walhalii. Rodzinkę stanowią oprócz Wotana i Freji jego żona Fryka oraz dwóch przedziwnych bogów: Donner, który nie robi nic tylko od czasu do czasu chce kogoś razić młotem, a na końcu wywołuje burzę z piorunami, oraz ( delikatnego i chłopięcego) Frocha boga deszczu który...robi tęczę. Skojarzenia nasuwają się same. Na samym końcu tylko Loge – jako jedyna rozsądna postać w tej ekipie – ma złe przeczucia co zapowiada kolejne części tej telenoweli.

Jak to zrobili w Met? Doskonale. Mistrz Levine prowadził orkiestrę tak, że tego się nawet dało słuchać. Zwłaszcza w chwilach orkiestrowych, bo śpiew u Wagnera jest dość mało wpadający w ucho. Wokalnie i aktorsko Bryn Terfel był niesamowity. Z tą walijską gębą i TYM głosem. Inscenizacyjnie jednocześnie super nowoczesna technolologicznie – śpiewacy na linach podwieszeni pod sufitem – syrenki pływające w Renie i efekty świetlno multimedialne – przy jednoczesnej klasyce kostiumów i wizji. Myślę, ze Wagnerowi by się spodobało. Jeżeli to ma być haj-fantsay to niech będzie haj-fantasy absolutnie i nie udawajmy, że ta sztuka jest czymś innym. Tak, to było w jakiś sposób niewiarygodne i niesamowite.

A to nie znaczy, że nie chcę się wybrać na Wagnera ma maju, bądź w Sztokholmie ze szwedzkimi miłośnikami Wagnera (-; Ale tak czy inaczej dzisiaj odpoczywam przy Jorgi Savallu.


A z książek skończyłam właśnie M. Atwood „Rok Potopu”. Atwood tak jak każdy pisarz wpada w pewne schematy, zwłaszcza przy pisaniu bohaterów – w pewnym momencie ma się wrażenie, tak jak u Łysiaka, że to są ci sami bohaterowie. Ale co z tego? Całość mnie mimo wszystko zaskoczyła. Rok Potopu jest porównywany do Roku 1884 Orwella. Coś w tym porównaniu jest. Nawet nie tyle w nakreśleniu świata totalitarnego, bo to wydaje mi się, Orwell robi lepiej, ale w pokazaniu współczesnych zagrożeń czy lęków. Czerwony brat upadł i widomo komunizmu nie krąży nad Europą, ale gdzieś pod skórą siedzi zagrożenie o wiele milsze przy pierwszym kontakcie i posiadające lepszy PR. Wielka miła globalna wioska, z wszechwładnymi korporacjami, podziałem świata na bogatych -cywilizowanych i biedne masy. Konsumpcjonizm. Odczłowieczenie. Inwigilacja. Ile w tym jest współczesnych fobii ile realnych, zagrożeń nie wiem. Pewnie sporo jednego i drugiego. Tak czy inaczej ja Atwood uwielbiam za styl, język i za bohaterów. Za Orykza, Derkacza. Madaddama i postacie kobiece we wszelkich odsłonach. I za nawiązania do twórczości Williama Blaka.

Tylko jeden miałam zgryz. Ponieważ teraz sama piszę „coś większego” z gatunku post-apo to przez pierwsze 80 stron niemal płakałam bo miałam bardzo wiele tych samych pomysłów. Ta sama epidemia, podobne konsekwencje. Na szczęście Atwood skupia się na tym, co było przed Potopem, a ja na tym co się stało po. I idziemy w inne strony. Choć ja bym nie miała nic przeciwko gdyby mnie ktoś kiedyś do niej porównał. Kiedyś. Jak już się nauczę pisać



* Wszystkie refleksie o Wagnerze pochodzą z twórczej a pociesznej wymiany myśli między Wombatem a jegoż mężem Kotem. Takoż różne porównania i skojarzenia nie należą jedynie do Wombata.