Tak mnie przed końcem roku naszło na podsumowania. I na to co bym chciała żeby było w przyszłym. W końcu kiedy myśli się pozytywnie o przyszłości wiele dobrego się spełnia.
Rok trochę jak rzeka. Dużo się działo i jedyne co można było zrobić to wskoczyć i jakoś płynąć. To był dobry rok. Nie utonęłam. Często byłam szczęśliwa, nie chowałam głowy w piasek i brałam życie jak leci. Rok nie zmarnowany. Pełny dźwięków, zapachów i książek. Pod koniec roku odblokowałam się w pisaniu. I niech tak zostanie.
Po wielkiej histerii wróciłam do pracy i dobrze mi to zrobiło. Uczę się. I wszystko jakoś szybciej do przodu idzie. Poza tym zrobiłam coś czego się bałam, a to dodaje pewności siebie. Prywatnie: Blisko. Z Kocurem z Nat. Chociaż Nat zaczynam czuć, że pomału rozluźnia tą ścisłą symbiozie ze mną. I dobrze (-; Rozwija się i chyba nic nie cieszy bardziej. Jest już nie częścią mnie – a sobą. Córką, którą kocham.
W tym roku dusze też obtłukłam, ale to też nie źle. Tak musiało być. To jest jak wodospad - huk, ból, a potem duże oczyszczenie. I też siła, kiedy wiedzieć, że potrafię się nie oglądać za siebie. Siła, że nie żałuję czegoś co mnie zaczynało niszczyć.
Jedynego czego w roku żałuje to epizodów dołów i marudzenia. Czasami nie widzi się przepaski na własnym nosie.
Jestem ciekawa następnego roku.
Chciałabym być blisko ludzi ważnych. W zagonieniu praca – dom nie zapominać o rozmowach i wizytach. Nie wymienię , bo wszystkich i tak nie wymienię. Przema – jego najbardziej. Nat. Tym którzy byli i są.
Chciałabym pokazać Nat coś zaczarowanego.
Chciałabym zejść w głąb siebie i trochę tam pobuszować. I co z tym związane pojechać w Góry. Wyższe niż Bieszczady. Gdzieś tam śnią mi się Alpy. Posiłować się z własną fizycznością, ze skałami i z duszą. Od jakiegoś czasu śnią mi się niedźwiedzie. Nie wilki o jakich pisała Cantandora, ale właśnie te kudłate na pół drapieżniki – na pół duchy gór. Może przez pewien ślad, który znalazłam w
Chciałabym w pracy być lepsza. Dokładniejsza i skuteczniejsza. Z większą ilością radości robienia czegoś. A potem wychodzić i nie myśleć o pracy ani chwilki dłużej.
Chciałabym złapać kilka cudownych słów i dźwięków.
Chciałabym mieć oczy i uszy otwarte i nie żałować straconych szans.
Czekam też na Mikołaja – mojego -kiedyś – syna. I czuję, że to jeszcze nie w tym roku. To musi samo we mnie urosnąć. W końcu wszystko ma swój czas i porę. I kto jak kto, ale niedźwiedzice o tum wiedza.
wtorek, 30 grudnia 2008
piątek, 26 grudnia 2008
Motomysz i anisko dawno temu

To jest Moto-Mysz. A dokładnie jej rysunek autorstwa mojego dziecka. Mysz jest nakręcana i koty przed nią uciekają. Jest z tego zabawa. W ogóle patrząc na rysunki Nat, na to co opowiada to aż robi mi się miękko w kolanach patrząc jak się rozwija. Może to dziwne, ale te wszystkie pierwsze "mamo" nie robiły na mnie wrażenia. Najpierw był ten okres mleczny - czas doskonałego połączenia, a teraz zaczął się proces oddzielania. Oddzielania i wzrastania Nat jako osobnego człowieka. Kogoś kto błyskawicznie przyswaja wszystko co się jej mówi i pokazuje - a potem tworzy w swojej głowie swój własny obraz świata. Niesamowite to jest.
W czasie wizyty u rodziców wyszperane na komputerze ojca.
No, troszkę jestem do Natalisa podobna.
A swoją drogą Nat ma krostki - nie wiadomo jeszcze czy Ospa czy Odra. Jednego i drugiego nie miałam. Ryzyko zarażenia wynosi 90%. Super. Już się cieszę. Wrrrr.


środa, 24 grudnia 2008
Wesołych Świąt!
Wesołych Dobrych Świąt Wszystkim!
Życzę wam Miłości, Spokoju ducha, optymizmu i ciepła. Dobrych ludzi w około, oczu otwartych , żebyście nigdy w życiu nie zostawali w tyle i niczego się nie bali. Udanych skoków na głęboką wodę w tym roku życzę. Sobie i wam. Mru.
W sumie czego innego każdemu z was życzę. Inne życzenia pójdą myślami do Warszawy do Czarodziejów, inne nad morze, inne do Krakowa/Rudy śląskiej, inne do Gliwic. Inne do jeszcze innych miejsc., Tak czy inaczej ten świąteczny czas myślę o was ciepło.
Choinka z pozdrowieniami dla Choinki Zuzy.

I mały Natalis.

Nagła zmiana planów i w tym roku jednak nie w Łupkowie. Trochę mi żal, ale decyzja miała swoje podstawy. Jaka była Wigilia? Dobra. Bardzo dobra. Dorosła.
Po raz pierwszy w trójkę z kocurem. Po raz pierwszy wzięta odpowiedzialność na nas za to jakie to będą święta. Nie powiem, że się nie bałam jak to wyjdzie. Nie lubimy tych z rodzinną? Jasne, można się spotykać jak co roku i udawać męczennika. A tak wzięłam / wzięliśmy odpowiedzialność na siebie. To chyba taki czas tester – nie da się ukryć za dużo za choinką i uszkami. Coś się otwiera i wychodzi czy jest dobrze, czy pusto. Zresztą ja mam dużą traumę świąteczną i trochę mnie kosztuje żeby na tej dziurze coś budować.
Czuję się spokojnie, ciepło i jakoś dorośle. Jakbym poczuła, ze coś jest kawałkiem, mojego ( naszego) życia, mojej ( naszej) rodziny, moich ( naszych) Świąt. Trochę budzenie w sobie archetypicznej Hestii. I to nie w tym najpłytszym wymiarze „ posprzątaj ugotuj” ale w tym głębszym – tworzenia miejsca – domu – własnej przestrzeni. Bardzo to nowe, ale i przyjemne.
Nie obeszło się bez wpadek kulinarnych. Wymyśliłam kutię. Namoczyłam pszenicę, gotuję ją ( coś szybko dobra była, ale ok zrobiłam). Potem chce gotować kaszę pencak i patrzę na opakowanie a tam jak byk „ pszenica” - zrobiłam kutie z kaszy. Jest oryginalne. Jadalne nawet też, choć w tym roku gościły u nas smaczniejsze potrawy.
A w tle leci prezent Świąteczny – Bryn Terfel – Opera Arias. Ten pan mnie gotów do Wagnera przekonać. Co ja mówię do Wagnera, jakby tym głosem śpiewał pieśni weselne polskie to bym padła (-;
A i zapomniane sprawozdanie z remontu. Melduję że skończyliśmy. Na pierwszym planie Pająk Stefan. Tak jak widać ściany są fioletowo – lawendowe, sufit żółtawy, a na dole są kwiatki wszelakie i ślimaki. Dużo było z tym pracy. Bardzo dużo. Ale zrobiliśmy coś razem. Kawałek naszej przestrzeni, naszym pomysłem i pracą a nie tylko przelewam na rzecz firmy remontowej. To jest jakiś pierwotny instynkt – moja jaskinia – sama skóry wieszam. W każdym razie skłamałabym jakbym powiedziała, że nie jestem zadowolona. (-;




Życzę wam Miłości, Spokoju ducha, optymizmu i ciepła. Dobrych ludzi w około, oczu otwartych , żebyście nigdy w życiu nie zostawali w tyle i niczego się nie bali. Udanych skoków na głęboką wodę w tym roku życzę. Sobie i wam. Mru.
W sumie czego innego każdemu z was życzę. Inne życzenia pójdą myślami do Warszawy do Czarodziejów, inne nad morze, inne do Krakowa/Rudy śląskiej, inne do Gliwic. Inne do jeszcze innych miejsc., Tak czy inaczej ten świąteczny czas myślę o was ciepło.
Choinka z pozdrowieniami dla Choinki Zuzy.

I mały Natalis.

Nagła zmiana planów i w tym roku jednak nie w Łupkowie. Trochę mi żal, ale decyzja miała swoje podstawy. Jaka była Wigilia? Dobra. Bardzo dobra. Dorosła.
Po raz pierwszy w trójkę z kocurem. Po raz pierwszy wzięta odpowiedzialność na nas za to jakie to będą święta. Nie powiem, że się nie bałam jak to wyjdzie. Nie lubimy tych z rodzinną? Jasne, można się spotykać jak co roku i udawać męczennika. A tak wzięłam / wzięliśmy odpowiedzialność na siebie. To chyba taki czas tester – nie da się ukryć za dużo za choinką i uszkami. Coś się otwiera i wychodzi czy jest dobrze, czy pusto. Zresztą ja mam dużą traumę świąteczną i trochę mnie kosztuje żeby na tej dziurze coś budować.
Czuję się spokojnie, ciepło i jakoś dorośle. Jakbym poczuła, ze coś jest kawałkiem, mojego ( naszego) życia, mojej ( naszej) rodziny, moich ( naszych) Świąt. Trochę budzenie w sobie archetypicznej Hestii. I to nie w tym najpłytszym wymiarze „ posprzątaj ugotuj” ale w tym głębszym – tworzenia miejsca – domu – własnej przestrzeni. Bardzo to nowe, ale i przyjemne.
Nie obeszło się bez wpadek kulinarnych. Wymyśliłam kutię. Namoczyłam pszenicę, gotuję ją ( coś szybko dobra była, ale ok zrobiłam). Potem chce gotować kaszę pencak i patrzę na opakowanie a tam jak byk „ pszenica” - zrobiłam kutie z kaszy. Jest oryginalne. Jadalne nawet też, choć w tym roku gościły u nas smaczniejsze potrawy.
A w tle leci prezent Świąteczny – Bryn Terfel – Opera Arias. Ten pan mnie gotów do Wagnera przekonać. Co ja mówię do Wagnera, jakby tym głosem śpiewał pieśni weselne polskie to bym padła (-;
A i zapomniane sprawozdanie z remontu. Melduję że skończyliśmy. Na pierwszym planie Pająk Stefan. Tak jak widać ściany są fioletowo – lawendowe, sufit żółtawy, a na dole są kwiatki wszelakie i ślimaki. Dużo było z tym pracy. Bardzo dużo. Ale zrobiliśmy coś razem. Kawałek naszej przestrzeni, naszym pomysłem i pracą a nie tylko przelewam na rzecz firmy remontowej. To jest jakiś pierwotny instynkt – moja jaskinia – sama skóry wieszam. W każdym razie skłamałabym jakbym powiedziała, że nie jestem zadowolona. (-;




sobota, 6 grudnia 2008
Spadającity sufit, pająk, jeden mały cud, dużo teatru i panda zen. To tak w skrócie.
Hu, hu, hu. Jestem, nie padłam. Acz po ostatnim weekendzie myślałam, że padnę - ze zmęczenia.
Zeszła sobota. Robimy remont. I to już bardziej konkretnie. Z pędzlem. Mieliśmy skończyć o 20 skończyliśmy o 3 w nocy. Mały wypadek z sufitem co spadł nam na głowę. Cóż, zawsze lepiej sufit niż niebo. Jutro też robimy ale to wykańczanie. Zdjęcia będą ( pająka Stefana też), ale dopiero jak skończymy.
Ale zaraz zaraz, ja opowiadałam kto to Stefan? W czasie remontu wylazł zza pieca pająk. Gigantyczny. Taki jak z owej sceny z Kay prawie (-; Moja córka łypie i nie wie co myśleć. Więc ja żeby nie robić histerii zawołałam „ Jaki cudny pajączek nas odwiedził!” No więc ona się grzecznie pyta pająka jak ma na imię. Odpowiadam dyskretnie za niego że Stefan. Stefan dostał coś do jedzenia, ale do niego nie podchodzono, bo Stefan nie lubi. Cały wieczór gadała ze ( raczej do) Stefana. A w nocy budziła się co kilka godzin i leciała na ścianę patrzeć czy Stefan jest. Rano niestety Stefan wybrał wolność. Podejrzewam, że dalej żyje za piecem. Malowaliśmy ostrożnie. Relacje z remontu i wizyty Stefana jak skończymy czyli niebawem.
Poza tym wspaniała wiadomość z Warszawy. Jak to cieszy jak się ludziom układa. Zwłaszcza jak to układanie jest na granicy Cudu. Nie będę pisała co, żeby nie zapeszać. Ja jestem z wami myślami ciągle. Oby wiosna była pełna życia (-;
Poza tym ostatnio tygodnie teatralne.
Najpierw my Kraków Biesy. Bardzo, bardzo dobrze było. Kawał solidnej dramatycznej sztuki. Bez dziwactw i eksperymentów jakich spodziewałam się po teatrze STU. O tyle większe brawa, że Biesy to twardy kawał słowa, który nie tak łatwo w teatr przenieść. Stawrogin zagrany rewelacyjnie – oszczędnie, bez patosu, tak jak sobie wyobrażałam. On tu jest sukinsynem. Piotr Wierchowieńsk rewelacyjny. Trochę gorzej wyszły panie ( młodsze pokolenie). Pani Lebiadkin nie przekonała wcale. Zastanawiam się czy ta nadmierna teatralność to jej własna interpretacja czy pomysł reżysera.
Ale tak czy inaczej podobało się. To taki teatr dramatyczny na jakimś się wychowałam ( duże słowo, z jakim się zetknęłam będąc jeszcze młodsza i głupsza niż jestem (-; ) i ta forma cięgnie jak magnes. Bliskością aktora, mocą przekazu i słowami. Ja jestem już tydzień po i cały czas o tym myślę. Sięgam do książki. Siła Dostojewskiego, czy teatru? Nie wiem.
Dziś też polazłam do teatru. W ramach Mikołaja córka dostała na prezent bilety do teatru. ( Zgodnie z zasadą „daj coś co byś samemu chciała dostać”). Poszliśmy do Katowic na Klonowych Braci w Teatrze Ateneum. I byłam bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona. Zaskoczona mocą jej odbioru ( śmiała się i płakała i trzęsła) – i zaskoczona całkiem dobrym kawałkiem teatru. Fajna bajka, ładne lalki, dobrzy aktorzy. Zero bylejakości. Tylko teraz muszę tłumaczyć „że jak przyjdzie baba Jaga to my ją pogrzebaczem pogonimy”. Myślę, że za kilka lat przyjdzie czas na operową wersję Jasia i Małgosi. Sama jej jestem ciekawa.
Jak o tym piszę, to po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w posiadaniu dzieci jest możliwość dzielenia się swoimi pasjami i wartościami. Opowiadania i pokazywania świata. Teatru, opery i chyba najbardziej książek. Kupiliśmy ostatnio ( troszkę przypadkiem) Zdumiewające opowieści Pandy – czyli bajki filozofii zen. Cudownie ilustrowane, proste i niegłupie. Do tego stopnia, że kocur kazał mi je czytać codziennie i medytować nad nimi.
Zeszła sobota. Robimy remont. I to już bardziej konkretnie. Z pędzlem. Mieliśmy skończyć o 20 skończyliśmy o 3 w nocy. Mały wypadek z sufitem co spadł nam na głowę. Cóż, zawsze lepiej sufit niż niebo. Jutro też robimy ale to wykańczanie. Zdjęcia będą ( pająka Stefana też), ale dopiero jak skończymy.
Ale zaraz zaraz, ja opowiadałam kto to Stefan? W czasie remontu wylazł zza pieca pająk. Gigantyczny. Taki jak z owej sceny z Kay prawie (-; Moja córka łypie i nie wie co myśleć. Więc ja żeby nie robić histerii zawołałam „ Jaki cudny pajączek nas odwiedził!” No więc ona się grzecznie pyta pająka jak ma na imię. Odpowiadam dyskretnie za niego że Stefan. Stefan dostał coś do jedzenia, ale do niego nie podchodzono, bo Stefan nie lubi. Cały wieczór gadała ze ( raczej do) Stefana. A w nocy budziła się co kilka godzin i leciała na ścianę patrzeć czy Stefan jest. Rano niestety Stefan wybrał wolność. Podejrzewam, że dalej żyje za piecem. Malowaliśmy ostrożnie. Relacje z remontu i wizyty Stefana jak skończymy czyli niebawem.
Poza tym wspaniała wiadomość z Warszawy. Jak to cieszy jak się ludziom układa. Zwłaszcza jak to układanie jest na granicy Cudu. Nie będę pisała co, żeby nie zapeszać. Ja jestem z wami myślami ciągle. Oby wiosna była pełna życia (-;
Poza tym ostatnio tygodnie teatralne.
Najpierw my Kraków Biesy. Bardzo, bardzo dobrze było. Kawał solidnej dramatycznej sztuki. Bez dziwactw i eksperymentów jakich spodziewałam się po teatrze STU. O tyle większe brawa, że Biesy to twardy kawał słowa, który nie tak łatwo w teatr przenieść. Stawrogin zagrany rewelacyjnie – oszczędnie, bez patosu, tak jak sobie wyobrażałam. On tu jest sukinsynem. Piotr Wierchowieńsk rewelacyjny. Trochę gorzej wyszły panie ( młodsze pokolenie). Pani Lebiadkin nie przekonała wcale. Zastanawiam się czy ta nadmierna teatralność to jej własna interpretacja czy pomysł reżysera.
Ale tak czy inaczej podobało się. To taki teatr dramatyczny na jakimś się wychowałam ( duże słowo, z jakim się zetknęłam będąc jeszcze młodsza i głupsza niż jestem (-; ) i ta forma cięgnie jak magnes. Bliskością aktora, mocą przekazu i słowami. Ja jestem już tydzień po i cały czas o tym myślę. Sięgam do książki. Siła Dostojewskiego, czy teatru? Nie wiem.
Dziś też polazłam do teatru. W ramach Mikołaja córka dostała na prezent bilety do teatru. ( Zgodnie z zasadą „daj coś co byś samemu chciała dostać”). Poszliśmy do Katowic na Klonowych Braci w Teatrze Ateneum. I byłam bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona. Zaskoczona mocą jej odbioru ( śmiała się i płakała i trzęsła) – i zaskoczona całkiem dobrym kawałkiem teatru. Fajna bajka, ładne lalki, dobrzy aktorzy. Zero bylejakości. Tylko teraz muszę tłumaczyć „że jak przyjdzie baba Jaga to my ją pogrzebaczem pogonimy”. Myślę, że za kilka lat przyjdzie czas na operową wersję Jasia i Małgosi. Sama jej jestem ciekawa.
Jak o tym piszę, to po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w posiadaniu dzieci jest możliwość dzielenia się swoimi pasjami i wartościami. Opowiadania i pokazywania świata. Teatru, opery i chyba najbardziej książek. Kupiliśmy ostatnio ( troszkę przypadkiem) Zdumiewające opowieści Pandy – czyli bajki filozofii zen. Cudownie ilustrowane, proste i niegłupie. Do tego stopnia, że kocur kazał mi je czytać codziennie i medytować nad nimi.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Teatr
piątek, 21 listopada 2008
Daleko od bollywod
Biały Tygrys, Aravind Adiga
Coś dziwnego i wstrząsającego przeczytałam. Indie, bardzo inaczej niż w bollywod. Nie tajemnicze klimaty, realizm magiczny i zapachy. Nie, nie, Nie. Indie śmierdzące, głośne, okrutne. Książka wstrząsająca i cudowna zarazem. Chciałam jej dać 11 w skali 1-10, ale zakończenie odrobinę rozczarowuje. Może czegoś innego się spodziewałam. Dostojewskiego w Deli? Może. Nie będę pisała recenzji żeby nie spolerować. Jak kto chce może kliknąć w linka na górze. Ja od pierwszych stron czułam się jak na karuzeli. Było szybko i momentami chciało się zwracać obiad. Ale umysł krzyczał jeszcze, jeszcze i nie było nic poza kartkami książki. Cóż, nigdy nie lubiłam specjalni Indii i zawsze byłam zdania że przerost tradycji - zwyczaju ( jak w Indiach) lub ideologii ( jak w Chinach) nad etyką i człowieczeństwem ma złe skutki. I jeżeli ktoś nie widzi pogardy tamtych ludzi dla nas to tym bardziej to przeczytać. Tak czy inaczej polecam. Zwłaszcza miłośnikom bollywod. Powinno wam się spodobać. A jak nie spodobać, to na pewno przydać w ramach kuracji po bolly.
Coś dziwnego i wstrząsającego przeczytałam. Indie, bardzo inaczej niż w bollywod. Nie tajemnicze klimaty, realizm magiczny i zapachy. Nie, nie, Nie. Indie śmierdzące, głośne, okrutne. Książka wstrząsająca i cudowna zarazem. Chciałam jej dać 11 w skali 1-10, ale zakończenie odrobinę rozczarowuje. Może czegoś innego się spodziewałam. Dostojewskiego w Deli? Może. Nie będę pisała recenzji żeby nie spolerować. Jak kto chce może kliknąć w linka na górze. Ja od pierwszych stron czułam się jak na karuzeli. Było szybko i momentami chciało się zwracać obiad. Ale umysł krzyczał jeszcze, jeszcze i nie było nic poza kartkami książki. Cóż, nigdy nie lubiłam specjalni Indii i zawsze byłam zdania że przerost tradycji - zwyczaju ( jak w Indiach) lub ideologii ( jak w Chinach) nad etyką i człowieczeństwem ma złe skutki. I jeżeli ktoś nie widzi pogardy tamtych ludzi dla nas to tym bardziej to przeczytać. Tak czy inaczej polecam. Zwłaszcza miłośnikom bollywod. Powinno wam się spodobać. A jak nie spodobać, to na pewno przydać w ramach kuracji po bolly.
wtorek, 18 listopada 2008
Jak sie wali to wszystko - notka z bebechów
Jak sobie czytałam te moje wpisy, to coś za dobrze było. Za ciepło, za milusio, bez bebechów na wierzchu. No i się posypało. Ale po kolei:
W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.
Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.
Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.
I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.
Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.
Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.
Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”
Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”
Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.
I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.
Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.
Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?
A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.
Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )
A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.
W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.
Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.
Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.
I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.
Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.
Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.
Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”
Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”
Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.
I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.
Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.
Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?
A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.
Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )
A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.
wtorek, 11 listopada 2008
(-;
Jest bardzo bardzo dobra nowina!
Właśnie się ostatecznie ustaliło, że z Kocurem i Natalią jedziemy na wigilię do Łupkowa. Będzie chatkowy, może jeszcze kilka zgubionych po bieszczadzkich drogach dusz. Pierwsze od nastu lat święta na które się autentycznie cieszę i ich oczekuję. Pierwsze od pięciu na które się nie stresuję. Perspektywa bycia daleko od mojej rodziny generacyjnej napawa mnie jakąś dziwną radością. Perspektywa tego, co mnie kiedyś przerażało i budziło wtręt, tych wszystkich świątecznych atrybutów choinek i ciast, teraz sprawia że jestem szczęśliwa tak, że mam ochotę skakać pod sufit. Będzie dobrze. Musi być.
I przy tym ogłoszenie do czytających: My pojedziemy, ale pewnie jakoś się przy stole miejsce znajdzie z nami. Jeżeli też wasza perspektywa świąt nie cieszy to zapraszamy. Nie
umawiajcie się, nie meldujcie, nie zapowiadajcie. Po prostu jeżeli macie ochotę i myślicie o nas ciepło, macie ochotę na święta bez prądu, w ciszy, przyjaźni i miłości to wpadajcie. Będziemy mieli niespodziankę jak coś.
Właśnie się ostatecznie ustaliło, że z Kocurem i Natalią jedziemy na wigilię do Łupkowa. Będzie chatkowy, może jeszcze kilka zgubionych po bieszczadzkich drogach dusz. Pierwsze od nastu lat święta na które się autentycznie cieszę i ich oczekuję. Pierwsze od pięciu na które się nie stresuję. Perspektywa bycia daleko od mojej rodziny generacyjnej napawa mnie jakąś dziwną radością. Perspektywa tego, co mnie kiedyś przerażało i budziło wtręt, tych wszystkich świątecznych atrybutów choinek i ciast, teraz sprawia że jestem szczęśliwa tak, że mam ochotę skakać pod sufit. Będzie dobrze. Musi być.
I przy tym ogłoszenie do czytających: My pojedziemy, ale pewnie jakoś się przy stole miejsce znajdzie z nami. Jeżeli też wasza perspektywa świąt nie cieszy to zapraszamy. Nie
umawiajcie się, nie meldujcie, nie zapowiadajcie. Po prostu jeżeli macie ochotę i myślicie o nas ciepło, macie ochotę na święta bez prądu, w ciszy, przyjaźni i miłości to wpadajcie. Będziemy mieli niespodziankę jak coś.
sobota, 8 listopada 2008
A jednak się kręci
A jednak się kręci…i to szybko.
Nie tak zupełnie miało być. Miałam być sfrustrowana, przemęczona i zła. A tymczasem powrót do pracy dobrze mi robi. Sama praca sprawia mu strasznie dużo frajdy, nawet jakoś mi samodzielny projekt, nie jestem już tak zmęczona, raczej mam więcej energii. (-; Atmosfera dalej bardzo dobra. W środę zabieram na biurko roślinkę z parapetu i pewien upiorowi kubek w ramach „oswajania przestrzeni biura”.
Natalis się rozwija w przedszkolu. Zaczyna nawet ujawniać moje geny. Jest uparty. W piątek zrobił jeża z zapałek i ziemniaka, i jeż miał wylądować na przedszkolnej gablotce – wystawie. A Natalis zażądał zwrotu jeża do domu. „ Bo ja zrobiłam”. Panie, tłumaczą, proszą, że pani dyrektor i inne panie nie zobaczą jej prac. Natalis wysłuchał ich cierpliwie po czym skwitował. „ Trudno”. Moja krew, hough!
Poza tym zrobił ( pod moim kierownictwem technicznym ale sam) pierwsze ciasteczka. Wyszły dość smaczne, acz najczęstsza instrukcja brzmiała „ NIEEEE, tego nie dodawaj” „ NIEEE tego nie rozmazuj” „ Nieeee”
Zdjęcia tu:

A poza tym w telegraficznym skrócie depesze ze świata anisków:
- Świat kręci się tak szybko – praca a w weekendy wyjazdy, że aż się za głowę łapię.
- Jeno z najbardziej nastrojowych Świąt Zmarłych jakie pamiętam. Byliśmy na grobie babcie w czwórkę: Ja, Kocur, Natalis i Lampart-balonik. Żeby go pokazać prababci. Było ciepło. A potem Nat zaczęła śpiewać kołysankę którą tylko ta babcia mi śpiewała ( i którą teraz ja jej śpiewam czasem) a ja mało się nie poryczałam.
- Wygrałam dwa bilety w Rmf Classic – na Cygańską Orkiestrę Symfoniczną do Wrocławia – jedziemy w najbliższą niedzielę. Koncert zapowiada się fajne, a poza tym lubię wygrywać. Wolałabym lotto, ale też może być. Na razie. Szczęście trzeba trenować.
- Byliśmy na nowym Bondzie. Jest super. A za Toskę dałam mu 2 oczka więcej na imdb (-;
- Zabieram się do pisania dwóch ważnych listów. Oba może poprawią coś co zrobiłam nie tak. Jeden pojedzie nad morze ( po notce na zaprzyjaźnionym blogu było mi łyso), drugi aż za morze.
- Piszę jak fretka. Wróciłam do tego i rosną mi skrzydła od tego. Na następnym ŚKFie na 100% będę.
- Szlag mnie trafia, że mi jeszcze że jeszcze mi fryzjera nie otworzyli. Dorosłam do decyzji bardzo krótkich włosów. I nie lubię czekać.
- Nie mam już aparatu na zębach.
- Remont dalej trwa – koło 80 % ścian już jest super. A potem wielkie malowanie. Będzie relacja fotograficzna. A koty będą miały lawendowe ogony.
A Jam-part tu:
Nie tak zupełnie miało być. Miałam być sfrustrowana, przemęczona i zła. A tymczasem powrót do pracy dobrze mi robi. Sama praca sprawia mu strasznie dużo frajdy, nawet jakoś mi samodzielny projekt, nie jestem już tak zmęczona, raczej mam więcej energii. (-; Atmosfera dalej bardzo dobra. W środę zabieram na biurko roślinkę z parapetu i pewien upiorowi kubek w ramach „oswajania przestrzeni biura”.
Natalis się rozwija w przedszkolu. Zaczyna nawet ujawniać moje geny. Jest uparty. W piątek zrobił jeża z zapałek i ziemniaka, i jeż miał wylądować na przedszkolnej gablotce – wystawie. A Natalis zażądał zwrotu jeża do domu. „ Bo ja zrobiłam”. Panie, tłumaczą, proszą, że pani dyrektor i inne panie nie zobaczą jej prac. Natalis wysłuchał ich cierpliwie po czym skwitował. „ Trudno”. Moja krew, hough!
Poza tym zrobił ( pod moim kierownictwem technicznym ale sam) pierwsze ciasteczka. Wyszły dość smaczne, acz najczęstsza instrukcja brzmiała „ NIEEEE, tego nie dodawaj” „ NIEEE tego nie rozmazuj” „ Nieeee”
Zdjęcia tu:

A poza tym w telegraficznym skrócie depesze ze świata anisków:
- Świat kręci się tak szybko – praca a w weekendy wyjazdy, że aż się za głowę łapię.
- Jeno z najbardziej nastrojowych Świąt Zmarłych jakie pamiętam. Byliśmy na grobie babcie w czwórkę: Ja, Kocur, Natalis i Lampart-balonik. Żeby go pokazać prababci. Było ciepło. A potem Nat zaczęła śpiewać kołysankę którą tylko ta babcia mi śpiewała ( i którą teraz ja jej śpiewam czasem) a ja mało się nie poryczałam.
- Wygrałam dwa bilety w Rmf Classic – na Cygańską Orkiestrę Symfoniczną do Wrocławia – jedziemy w najbliższą niedzielę. Koncert zapowiada się fajne, a poza tym lubię wygrywać. Wolałabym lotto, ale też może być. Na razie. Szczęście trzeba trenować.
- Byliśmy na nowym Bondzie. Jest super. A za Toskę dałam mu 2 oczka więcej na imdb (-;
- Zabieram się do pisania dwóch ważnych listów. Oba może poprawią coś co zrobiłam nie tak. Jeden pojedzie nad morze ( po notce na zaprzyjaźnionym blogu było mi łyso), drugi aż za morze.
- Piszę jak fretka. Wróciłam do tego i rosną mi skrzydła od tego. Na następnym ŚKFie na 100% będę.
- Szlag mnie trafia, że mi jeszcze że jeszcze mi fryzjera nie otworzyli. Dorosłam do decyzji bardzo krótkich włosów. I nie lubię czekać.
- Nie mam już aparatu na zębach.
- Remont dalej trwa – koło 80 % ścian już jest super. A potem wielkie malowanie. Będzie relacja fotograficzna. A koty będą miały lawendowe ogony.
A Jam-part tu:
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
poniedziałek, 27 października 2008
M(efistodeles) i Małgorzata
Zanim napiszę cokolwiek o Wiedniu, który nie odbył się jak miał się pierwotnie odbyć z bardzo różnych przyczyn osobisto jakiśtam, najpierw kilka słów o samym wyjeździe.
Kocur jest najkocurzejszy na świecie. Miałam dwudniową randkę z moim własnym mężem. Zaczarowaną i niesamowitą. Pełną starych zegarów, zapachu jesieni, w surrealistycznym Wiedniu porannym, z modlitwą po arabsku słuchaną w romańskim kościele, z suszi nocną porą i tyloma rzeczami, że nie da się ich wymienić. Wracam zmęczona w stopniu ekstremalnym, ale zauroczona.
Było magicznie. O tak:

A w drodze do opery:

Ale miałam o samym Fauście. A właściwie o M. i Małgorzacie bo stanowczo postuluje, że powinni tak zmienić tytuł tej opery. Tak ogólnie: to podsumowując wszystko to jest to chyba najlepsza adaptacja operowa jaką widziałam. Ogólnie: bo rozkładając to na muzykę, śpiew, aktorstwo i warstwę wizualną wychodzi bardzo nierówno: od absolutnej euforii do chęci zadania bolesnych tortur niektórym osobom, które maczały w tym palce. Tak, miałam okazję buczeć i gwizdać. Niestety główny winowajca nie wyszedł po oklaski. Widać czuł ciężar swojej winy.
Ale po kolei…
1) Muzyka, głosy, aktorstwo…
Już rozumiem dlaczego osoby które słyszały już Coś Takiego nie zachwycały się Berlinem. Olśniewające, to jest dobre słowo.
Małgorzatę miała śpiewać Angela. Tyle, że zachorowała. Klops. Kocur miał minę kociątka któremu zabrali motek wełny jak się dowiedział. A potem przyznał, że jest szczerze wdzięczny Angeli za tą niedyspozycję. Dublerka była olśniewająca. Nie wiem jak to nazwać, ale nie wiedziałam, że śpiew może być tak doskonale melodyjny. Wspaniale aktorsko zagrała. Jeżeli któreś z nas miało jakąkolwiek wizję jaka powinna być Małgorzata, to była ona dokładnie taka. Tak pięknie zaśpiewanej arii z klejnotami jeszcze nie słyszałam.
Mefisto był w gorszej sytuacji na starcie. Raz że pan śpiewał basem, a ja 100% wolę w tej roli baryton. Dwa, że cokolwiek by robił to ja będę miała w głowie „Bryn Terfen to pan nie jesteś…”. I z tej przegranej pozycji udało mu się wyjść obronną ręką. On jest innym Mefistem, niż Terfel, ale też cudownym. I słuchałam jego głosu z ogromną przyjemnością. Tajemniczy, demoniczny. Dodatkowo pan świetnie to grał. Jeden z fenomenalnych pomysłów reżysera to dać mu jako atrybut czerwony wachlarz. Sam śpiewak był azjatą i wachlarz w jego rękach był bardzo sugestywny.
Faust. Hm, Alana śpiewa bardzo dobrze. Lepiej niż jakikolwiek tenor jakiego widziałam na żywo. Mam zastrzeżenia do jego gry aktorskiej. Nie przekonał mnie, że naprawdę kochał Małgorzatę, a na cynicznego sukinsyna był zbyt wesołkowaty. Cóż, czego się spodziewać po kimś dla kogo aktorsko rolą życia był Eliksir Miłosny… Tak czy inaczej Alana dostał najmniejsze brawa. I co mnie do niego zraziło to że „gwiazdorzy”. Dopominając się braw usiadł w geście „ to będę tu siedział aż nie zaczniecie przywozicie klaskać’. Niestety ( dla niego) publiczność na to w ogóle przestała klaskać i pan gwiazda musiał sobie iść. Łyso mu było.
Wszyscy inni tez byli fenomenalni. Tu specjalne oklaski dla Walentego. Ja zawsze jakoś pomijałam tą postać i nudziły mnie jej arie. A tu był porażający. Najpierw ta niewinność z jaką śpiewa o medaliku a potem jak po wojnie się z niego nieczuły sukinsyn zrobił. Ja to czekam aż zrobią w realiach II wojny światowej. Z motywem wojny i tego co robi z ludźmi w tle.
2) Reżyseria ( pręgierz i czterdzieści batów), scenografia ( zrobić podwiązki z bebechów tego pana) i interpretacja ( bardzo ciekawa ale nie wystarczająco zarysowana). Bosz czemu ci spece nie wyszli na brawa, pomidorem bym rzuciła i wybuczała.
Opera to sztuka będąca połączeniem śpiewu, muzyki, tekstu, aktorstwa, sztuki wizualnej i tańca. I to wszystko oddziaływuje razem. A jak człowiek dostaje na talerzu genialne głosy bez przestrzeni i warstwy wizualnej to się czuje jakby dostał żur bez zimniczków i kiełbasy. Było niby klasyczne. Stroje jak z dobrego wojaka Szwejka ( Austria w końcu…) tylko nie wiem czemu wszystkie szare. Na scenie zero (!) dekoracji tylko trzy obrotowe ściany półprzeźroczyste zapełniające jakoś przestrzeń. Robią to naprawę symbolicznie i nie wnoszą nic. Ba tym, że są nowoczesne przeszkadzają. Czasem co prawda pojawiają się na scenie i i om dekoracje, ale takie że nie wiadomo czy im wczoraj tych jakie miały być nie ukradli i czy banda techników za 20 euro nie miała szybko zrobić nowych. Domu Małgorzaty nie ma. Jest za to jej ogród. Wygląda jakby ktoś nagrobki obsadził papierową kapustą, sałatą i fasolą. A wszystko w kolorze mocnej zieleni. To już nie jest ten problem, że to nic nie przekazuje. To przeszkadza.
Reżyser z kolei zrobił kilka rzeczy fajnych, nawet bardzo fajnych. Miał wizję i pomysł. Ale spieszył też kilka rzeczy z które miałam mu ochoty nakopać wić. Po tej całej posusze dekoracyjnej zaczęła się scena sabatu. Na scenie trumny, z których wychodzą zielonkawe baletnice obłapujące Mefista i Fausta. Jest dobrze, myślę sobie. W tle na drzewach szubienicach wiszą dzieci. Jest cholernie dobrze. Dobra scenografia, jak one zatańczą teraz sabat to mnie w fotel wbije. Inna sprawa że ta scena jest ważna dla interpretacji. Dość kluczowe jest jak się Faustowie na tej imprezie podobało. Mefisto mówi ze będzie Impreza, laski go obłapiają….a Algana zaczyna ze chce do Małgorzaty. Coś mu się pomylił tekst, myślę. Ale nie, opada kurtyna i nastąpże scena w więzieniu. I tu w duchu puściłam największa dawkę przekleństw jaką stworzyłam ostatnio.
Druga wtopa reżysera to sama końcówka. Na Małgorzatę pana światło z góry ( jakby na scenie to takie dziwne było) a Mefisto i Faust sobie idą. Ot tak. Jakby im się znudziło stać. W sumie nie wiadomo czy to koniec czy ma być jeszcze jakiś akt, ale za chwilkę. Napięcie rośnie, rośnie, a potem nie wiadomo co.
Nie mówię, że reżyserii nie było. Kilka pomysłów i scen było wstrząsających. Sam spektakl miał też jakiś pomysł. Punkt ciężkości przeniesiono tu na Małgorzatę – Mefista. Faust jako taki był tu raczej postacią drugoplanową, kimś kim chciał się posłużyć Mefisto do zniszczenia Małgorzaty. To był ich duchowy pojedynek. Nawet w więziennej scenie Faust stoi z boku a dramat rozgrywa się na linii M – M. Oni walczą i do siebie to śpiewają. Najlepszą sceną jest jednak zdecydowanie scena w kościele. To też jest walka. Ona broni swojej duszy i wiary, ale on wyciąga coraz mocniejsze argumenty. Nie ma tu wątpliwości że sam Faust jest tylko marionetką, a młodość została mu zwrócona żeby mógł zniszczyć Małgorzatę. I powiem tyle: Małgorzata, w przeciwieństwie do Fausta, jest jego godnym przeciwnikiem. Musiał jej zabrać wszystko, żeby upadła, a i potem się podniosła. Baaaardzo mi się ta interpretacja podoba. Jest mało romantyczna, sukinsyńska , ale przemawia do mnie najbardziej. Zakochanemu Faustowi mówimy nie.
Kilka innych perełek potwierdzających tą teorię interpretacji. Pojedynek Walentego i Fausta. Czerwone światło, oni bez broni naprzeciwko siebie. Nie ma w ogóle szpady. Mefisto dyryguje a oni poruszają się jak marionetki zastygając co chwila. Nie ma wątpliwości że Faust jest tylko przedmiotem, rekwizytem Mefista.
I czemu marudzę? Bo MAŁO! Bo oczekiwałam jak w Berlinie współgranie muzyki-aktorstwa- reżyserii. A nie pojedynczych perełek jak wachlarz Mefista. Nie nie nie.
W sumie 200% na tak. A do reżyserii mam tak emocjonalny stosunek, bo bo zrobili kilka rzeczy bardzo denerwujących ( brak baletu, brak zagospodarowania przestrzeni sceny, urwany koniec) ale poszli w moją ulubioną linię interpretacyjną. Małgorzata nie jest słaba. Hough!
A to bonus specjalny. Dla tych co wiedzą, czemu on taki:

Cóż. Lustra, maski i piękne kobiety. Może i jestem odrobinkę fetyszystką, ale jak kocur zobaczył ten obraz wiedział że mi się spodoba. I miał cholera rację.
Kocur jest najkocurzejszy na świecie. Miałam dwudniową randkę z moim własnym mężem. Zaczarowaną i niesamowitą. Pełną starych zegarów, zapachu jesieni, w surrealistycznym Wiedniu porannym, z modlitwą po arabsku słuchaną w romańskim kościele, z suszi nocną porą i tyloma rzeczami, że nie da się ich wymienić. Wracam zmęczona w stopniu ekstremalnym, ale zauroczona.
Było magicznie. O tak:

A w drodze do opery:

Ale miałam o samym Fauście. A właściwie o M. i Małgorzacie bo stanowczo postuluje, że powinni tak zmienić tytuł tej opery. Tak ogólnie: to podsumowując wszystko to jest to chyba najlepsza adaptacja operowa jaką widziałam. Ogólnie: bo rozkładając to na muzykę, śpiew, aktorstwo i warstwę wizualną wychodzi bardzo nierówno: od absolutnej euforii do chęci zadania bolesnych tortur niektórym osobom, które maczały w tym palce. Tak, miałam okazję buczeć i gwizdać. Niestety główny winowajca nie wyszedł po oklaski. Widać czuł ciężar swojej winy.
Ale po kolei…
1) Muzyka, głosy, aktorstwo…
Już rozumiem dlaczego osoby które słyszały już Coś Takiego nie zachwycały się Berlinem. Olśniewające, to jest dobre słowo.
Małgorzatę miała śpiewać Angela. Tyle, że zachorowała. Klops. Kocur miał minę kociątka któremu zabrali motek wełny jak się dowiedział. A potem przyznał, że jest szczerze wdzięczny Angeli za tą niedyspozycję. Dublerka była olśniewająca. Nie wiem jak to nazwać, ale nie wiedziałam, że śpiew może być tak doskonale melodyjny. Wspaniale aktorsko zagrała. Jeżeli któreś z nas miało jakąkolwiek wizję jaka powinna być Małgorzata, to była ona dokładnie taka. Tak pięknie zaśpiewanej arii z klejnotami jeszcze nie słyszałam.
Mefisto był w gorszej sytuacji na starcie. Raz że pan śpiewał basem, a ja 100% wolę w tej roli baryton. Dwa, że cokolwiek by robił to ja będę miała w głowie „Bryn Terfen to pan nie jesteś…”. I z tej przegranej pozycji udało mu się wyjść obronną ręką. On jest innym Mefistem, niż Terfel, ale też cudownym. I słuchałam jego głosu z ogromną przyjemnością. Tajemniczy, demoniczny. Dodatkowo pan świetnie to grał. Jeden z fenomenalnych pomysłów reżysera to dać mu jako atrybut czerwony wachlarz. Sam śpiewak był azjatą i wachlarz w jego rękach był bardzo sugestywny.
Faust. Hm, Alana śpiewa bardzo dobrze. Lepiej niż jakikolwiek tenor jakiego widziałam na żywo. Mam zastrzeżenia do jego gry aktorskiej. Nie przekonał mnie, że naprawdę kochał Małgorzatę, a na cynicznego sukinsyna był zbyt wesołkowaty. Cóż, czego się spodziewać po kimś dla kogo aktorsko rolą życia był Eliksir Miłosny… Tak czy inaczej Alana dostał najmniejsze brawa. I co mnie do niego zraziło to że „gwiazdorzy”. Dopominając się braw usiadł w geście „ to będę tu siedział aż nie zaczniecie przywozicie klaskać’. Niestety ( dla niego) publiczność na to w ogóle przestała klaskać i pan gwiazda musiał sobie iść. Łyso mu było.
Wszyscy inni tez byli fenomenalni. Tu specjalne oklaski dla Walentego. Ja zawsze jakoś pomijałam tą postać i nudziły mnie jej arie. A tu był porażający. Najpierw ta niewinność z jaką śpiewa o medaliku a potem jak po wojnie się z niego nieczuły sukinsyn zrobił. Ja to czekam aż zrobią w realiach II wojny światowej. Z motywem wojny i tego co robi z ludźmi w tle.
2) Reżyseria ( pręgierz i czterdzieści batów), scenografia ( zrobić podwiązki z bebechów tego pana) i interpretacja ( bardzo ciekawa ale nie wystarczająco zarysowana). Bosz czemu ci spece nie wyszli na brawa, pomidorem bym rzuciła i wybuczała.
Opera to sztuka będąca połączeniem śpiewu, muzyki, tekstu, aktorstwa, sztuki wizualnej i tańca. I to wszystko oddziaływuje razem. A jak człowiek dostaje na talerzu genialne głosy bez przestrzeni i warstwy wizualnej to się czuje jakby dostał żur bez zimniczków i kiełbasy. Było niby klasyczne. Stroje jak z dobrego wojaka Szwejka ( Austria w końcu…) tylko nie wiem czemu wszystkie szare. Na scenie zero (!) dekoracji tylko trzy obrotowe ściany półprzeźroczyste zapełniające jakoś przestrzeń. Robią to naprawę symbolicznie i nie wnoszą nic. Ba tym, że są nowoczesne przeszkadzają. Czasem co prawda pojawiają się na scenie i i om dekoracje, ale takie że nie wiadomo czy im wczoraj tych jakie miały być nie ukradli i czy banda techników za 20 euro nie miała szybko zrobić nowych. Domu Małgorzaty nie ma. Jest za to jej ogród. Wygląda jakby ktoś nagrobki obsadził papierową kapustą, sałatą i fasolą. A wszystko w kolorze mocnej zieleni. To już nie jest ten problem, że to nic nie przekazuje. To przeszkadza.
Reżyser z kolei zrobił kilka rzeczy fajnych, nawet bardzo fajnych. Miał wizję i pomysł. Ale spieszył też kilka rzeczy z które miałam mu ochoty nakopać wić. Po tej całej posusze dekoracyjnej zaczęła się scena sabatu. Na scenie trumny, z których wychodzą zielonkawe baletnice obłapujące Mefista i Fausta. Jest dobrze, myślę sobie. W tle na drzewach szubienicach wiszą dzieci. Jest cholernie dobrze. Dobra scenografia, jak one zatańczą teraz sabat to mnie w fotel wbije. Inna sprawa że ta scena jest ważna dla interpretacji. Dość kluczowe jest jak się Faustowie na tej imprezie podobało. Mefisto mówi ze będzie Impreza, laski go obłapiają….a Algana zaczyna ze chce do Małgorzaty. Coś mu się pomylił tekst, myślę. Ale nie, opada kurtyna i nastąpże scena w więzieniu. I tu w duchu puściłam największa dawkę przekleństw jaką stworzyłam ostatnio.
Druga wtopa reżysera to sama końcówka. Na Małgorzatę pana światło z góry ( jakby na scenie to takie dziwne było) a Mefisto i Faust sobie idą. Ot tak. Jakby im się znudziło stać. W sumie nie wiadomo czy to koniec czy ma być jeszcze jakiś akt, ale za chwilkę. Napięcie rośnie, rośnie, a potem nie wiadomo co.
Nie mówię, że reżyserii nie było. Kilka pomysłów i scen było wstrząsających. Sam spektakl miał też jakiś pomysł. Punkt ciężkości przeniesiono tu na Małgorzatę – Mefista. Faust jako taki był tu raczej postacią drugoplanową, kimś kim chciał się posłużyć Mefisto do zniszczenia Małgorzaty. To był ich duchowy pojedynek. Nawet w więziennej scenie Faust stoi z boku a dramat rozgrywa się na linii M – M. Oni walczą i do siebie to śpiewają. Najlepszą sceną jest jednak zdecydowanie scena w kościele. To też jest walka. Ona broni swojej duszy i wiary, ale on wyciąga coraz mocniejsze argumenty. Nie ma tu wątpliwości że sam Faust jest tylko marionetką, a młodość została mu zwrócona żeby mógł zniszczyć Małgorzatę. I powiem tyle: Małgorzata, w przeciwieństwie do Fausta, jest jego godnym przeciwnikiem. Musiał jej zabrać wszystko, żeby upadła, a i potem się podniosła. Baaaardzo mi się ta interpretacja podoba. Jest mało romantyczna, sukinsyńska , ale przemawia do mnie najbardziej. Zakochanemu Faustowi mówimy nie.
Kilka innych perełek potwierdzających tą teorię interpretacji. Pojedynek Walentego i Fausta. Czerwone światło, oni bez broni naprzeciwko siebie. Nie ma w ogóle szpady. Mefisto dyryguje a oni poruszają się jak marionetki zastygając co chwila. Nie ma wątpliwości że Faust jest tylko przedmiotem, rekwizytem Mefista.
I czemu marudzę? Bo MAŁO! Bo oczekiwałam jak w Berlinie współgranie muzyki-aktorstwa- reżyserii. A nie pojedynczych perełek jak wachlarz Mefista. Nie nie nie.
W sumie 200% na tak. A do reżyserii mam tak emocjonalny stosunek, bo bo zrobili kilka rzeczy bardzo denerwujących ( brak baletu, brak zagospodarowania przestrzeni sceny, urwany koniec) ale poszli w moją ulubioną linię interpretacyjną. Małgorzata nie jest słaba. Hough!
A to bonus specjalny. Dla tych co wiedzą, czemu on taki:

Cóż. Lustra, maski i piękne kobiety. Może i jestem odrobinkę fetyszystką, ale jak kocur zobaczył ten obraz wiedział że mi się spodoba. I miał cholera rację.
piątek, 24 października 2008
Młynek. Ja sama nie wiem jak życie może toczyć się tak szybko. Ale, że toczy się w dobrym kierunku to nie marudzę. W pracy o dziwo mi się podoba i to bardzo. Atmosfera fajna. Dostałam pierwsze samodzielne zlecenie i aż mnie palce świerzbią, żeby się do niego zabrać. Zwłaszcza, że nie wygląda nie niewykonalne. Trudne, ale myślę, że wykonalne.
Kandydaci potrafią zaskoczyć. Jest i pan który uparł się, żeby jechać do pracy do Belgii z …teściową. Jest i pani która chce jechać na pakowaczkę warzyw z fakultetem z prawa i ekonomii. A specyfikacje firm nie mniej zabawne. Dziś doczytałam, że kandydat ma obowiązek „ eskalować problemy i konflikty z kontrahentami”. Ómarłam. Jak rozumiem pani z działu personalnego zna się na swojej pracy, ale na trudnych wyrazach już mniej. Robiłam pierwszy od kilku lat DS. czyli wyciąganie kandydatów bezpośrednio z firm. Taki miły dreszczyk adrenalinki żeby przekonać panią w sekretariacie ze ma cię połączyć z inżynierem spawalnikiem. To jest jak jazda na rowerze – nie zapomina się. A że uczyłam się tego sama chałupniczo prawie, to pamiętam.
Natalis cudny. Już chyba się przyzwyczaił od sytuacji, pomaga drzeć mi tapety w pokoju i zagaduje. Potrafi rozbawiać nawet kiedy wracam zmęczona jak pies ( suka? hihi) albo wzruszyć że robię się miękka jak kaczuszka. Mam jej ciągle mało i teraz doceniam każdą godzinkę razem.
Do rzeczy które mnie tak bolały zdążyłam przywyknąć. Im dłużej na to patrzę, to myślę, że prędzej czy później tak się musiało stać. Pewnych rzeczy, różnic w patrzeniu na świat nie da się przeskoczyć. I obecny stan ma też dobre strony. Kiedy wali się świat, nie trzeba marudzić, bo on po prostu układa się w nowy wzór. Wszystko się cięgle zmienia i jeżeli się chciało zatrzymać świat w takim stanie jak jest, trzeba liczyć potem na większą rewolucję. Tylko włosów jeszcze nie ścięłam jak obiecałam. Czekam aż mi otworzą fryzjera na dole. Czyli jeszcze jakieś trzy tygodnie.
Jutro bladym świtem jadę. I cholernie się na ten weekend cieszę. Kocur zresztą też. Co prawda mój organizm mówi, że on woli zostać w łóżku i pospać, ale jak zwykle się nim nie przejmuję. Dostanie apfelsztrudla i kawał dobrej sztuki.Z okazji wyjazdu ( i premii) kupiłam sobie to: ( i bardzo mi się podobają)

Opowiem jak wrócę, choć myślę, ze bez recenzji.
Kandydaci potrafią zaskoczyć. Jest i pan który uparł się, żeby jechać do pracy do Belgii z …teściową. Jest i pani która chce jechać na pakowaczkę warzyw z fakultetem z prawa i ekonomii. A specyfikacje firm nie mniej zabawne. Dziś doczytałam, że kandydat ma obowiązek „ eskalować problemy i konflikty z kontrahentami”. Ómarłam. Jak rozumiem pani z działu personalnego zna się na swojej pracy, ale na trudnych wyrazach już mniej. Robiłam pierwszy od kilku lat DS. czyli wyciąganie kandydatów bezpośrednio z firm. Taki miły dreszczyk adrenalinki żeby przekonać panią w sekretariacie ze ma cię połączyć z inżynierem spawalnikiem. To jest jak jazda na rowerze – nie zapomina się. A że uczyłam się tego sama chałupniczo prawie, to pamiętam.
Natalis cudny. Już chyba się przyzwyczaił od sytuacji, pomaga drzeć mi tapety w pokoju i zagaduje. Potrafi rozbawiać nawet kiedy wracam zmęczona jak pies ( suka? hihi) albo wzruszyć że robię się miękka jak kaczuszka. Mam jej ciągle mało i teraz doceniam każdą godzinkę razem.
Do rzeczy które mnie tak bolały zdążyłam przywyknąć. Im dłużej na to patrzę, to myślę, że prędzej czy później tak się musiało stać. Pewnych rzeczy, różnic w patrzeniu na świat nie da się przeskoczyć. I obecny stan ma też dobre strony. Kiedy wali się świat, nie trzeba marudzić, bo on po prostu układa się w nowy wzór. Wszystko się cięgle zmienia i jeżeli się chciało zatrzymać świat w takim stanie jak jest, trzeba liczyć potem na większą rewolucję. Tylko włosów jeszcze nie ścięłam jak obiecałam. Czekam aż mi otworzą fryzjera na dole. Czyli jeszcze jakieś trzy tygodnie.
Jutro bladym świtem jadę. I cholernie się na ten weekend cieszę. Kocur zresztą też. Co prawda mój organizm mówi, że on woli zostać w łóżku i pospać, ale jak zwykle się nim nie przejmuję. Dostanie apfelsztrudla i kawał dobrej sztuki.Z okazji wyjazdu ( i premii) kupiłam sobie to: ( i bardzo mi się podobają)

Opowiem jak wrócę, choć myślę, ze bez recenzji.
poniedziałek, 13 października 2008
Sueńos
Jeden z tych ważnych snów o których się pamięta.
Płynę łodzią po rzece. Rzeka jest głęboka, wezbrana i rwąca. Łódką rzuca na wszystkie strony, wygląda jakby miała wypaść na zakręcie. Siedzę z przodu, wiatr wieje mi w twarz. Ona siedzi obok. Chyba. Nie pamiętam dobrze, w końcu to sen.
Patrzę w dół i chociaż łódka ciągle się porusza nie ma wody. Płyniemy w powietrzu a na dnie rzeki obok kamieni leżą kości. Szkielety wojowników, olbrzymie amfory, kamionkowe naczynka i omszałe monety. Wyciągam rękę żeby wyciągnąć maleńką filiżankę z dna, a ona rozbija się na dwie części.
No i niestety mnie obudzili. Idę śnić dalej.
Płynę łodzią po rzece. Rzeka jest głęboka, wezbrana i rwąca. Łódką rzuca na wszystkie strony, wygląda jakby miała wypaść na zakręcie. Siedzę z przodu, wiatr wieje mi w twarz. Ona siedzi obok. Chyba. Nie pamiętam dobrze, w końcu to sen.
Patrzę w dół i chociaż łódka ciągle się porusza nie ma wody. Płyniemy w powietrzu a na dnie rzeki obok kamieni leżą kości. Szkielety wojowników, olbrzymie amfory, kamionkowe naczynka i omszałe monety. Wyciągam rękę żeby wyciągnąć maleńką filiżankę z dna, a ona rozbija się na dwie części.
No i niestety mnie obudzili. Idę śnić dalej.
sobota, 11 października 2008
Depesze ze świata anisków
Miała być ponura jesienna depresja. Ogromny stres „ zeżrą mnie w pracy”, kac emocjonalny po Wiadomo Czym i w ogóle Rwanie Włosów z Głowy. A tymczasem…
Jest dobrze. Nadspodziewanie dobrze.
1) Co do pracy. ( Może jednak a) nikt z pracy tego nie wyszpera b) jak wyszpera to mnie nie wywali). Jestem przemęczona. Nie jestem jeszcze na pełen etat, choć czuję, że jeżeli mam robić to co chcę, wyrabiać się z projektami to jest to nieuniknione. Jestem zmęczona w poniedziałki i środy do granic możliwości, a jednak…
….zaczyna mi się to podobać. Bolesne jest to, że strasznie mało jeszcze umiem i jestem tego świadoma. Fajne natomiast jest to, że jest naprawdę dobra atmosfera, takie poczucie, że się robi coś razem i ma to jakiś sens. Że ma się możliwość uczenia cały czas nowych rzeczy. Dostałam pracowy angielski ( o 8 rano ale zawsze) i szkolenie do pracy w DS. ( Direct Serch czyli kradziejstwie pracowników bezpośrednim). Nudzić się nie nudzę. Dla gryfona i ślizgona ta praca jest jak znalazł. Cholera, chcę się tego nauczyć. I lubię coś robić. Jest stres, że mi nie wyjdzie – ale jak to mawiają, jest ryzyko – jest zabawa.
2) Jak się po takiej pracy do domu wraca to się docenia to co się ma. Jestem na nowo rozkochana w kocurze i Nat. Fakt młoda fika i sprawia problemy, ale potrafi też zapodać tekstem po którym od razu robi mi się miło. Jak choćby wczorajszy „ zakończyłam proces skakania” czy Sarenki o których już niektórym pisałam.
3) Robimy WRESZCIE remont pokoju Natalia. Na raty – drapiemy dwa, trzy paski tapet, sprzątamy i wszystko wraca do normy. Darcie tapet mnie odpręża. Perspektywa malowania kolorami i tego, że będzie to wyglądało naprawdę fajnie też jest bardzo miła. Aniołaku, niedługo pędzle w dłoń i kffiatki maluj.
4) Kot niestety u nas już nie mieszka. Niestety nie jest u Kamili, tylko u dawnych właścicieli. Formalnie nie mieliśmy im niczego do zarzucenia, choć tradycyjne śląskie rodziny nie budzą naszej sympatii. Dostali młodego tylko dlatego, że robili o niego duże halo. Cóż, życzymy im dobrze o tyle, o ile to ma wpłynąć na pozytywny los kota. I lepiej żebyśmy się nie dowiedzieli że był inny!
5) Jesień jest złota i słoneczna. Za tydzień w piątek Kraków i rpg. Potem imprezy tak jak pisałam. Prawie wszystkie. Jest już termin mikołajek fokowych i może wigilia z trójkę w Łupkowie. I pewnie Carmen w marcu z Aniołakiem. Kusi termin urodzinowy (-;
Poza tym czytam Roberta Blya’a Żelaznego Jana i się zachwycam. Wiem, psychoanaliza ale mądra i zabawna. I o tym aspekcie męskiej duszy, który jest mi jakoś szczególnie bliski. O tym Dionizyjsko – Posejdońskim dzikim czymś. Kiedyś dawno temu to czytałam, ale mnie wzięło na odkurzenie. Następny w kolejce będzie Zen i sztuka oporządzania motocykla. Poza tym piszę. I tysiąc fajnych ciepłych szczegółów. Kolczyki upatrzone z trendymanii. Muzyka Toma Waitsa i Cohena . I Ajde jano. Tak to najbardziej za mną chodzi. Cały czas.
Jest dobrze. Nadspodziewanie dobrze.
1) Co do pracy. ( Może jednak a) nikt z pracy tego nie wyszpera b) jak wyszpera to mnie nie wywali). Jestem przemęczona. Nie jestem jeszcze na pełen etat, choć czuję, że jeżeli mam robić to co chcę, wyrabiać się z projektami to jest to nieuniknione. Jestem zmęczona w poniedziałki i środy do granic możliwości, a jednak…
….zaczyna mi się to podobać. Bolesne jest to, że strasznie mało jeszcze umiem i jestem tego świadoma. Fajne natomiast jest to, że jest naprawdę dobra atmosfera, takie poczucie, że się robi coś razem i ma to jakiś sens. Że ma się możliwość uczenia cały czas nowych rzeczy. Dostałam pracowy angielski ( o 8 rano ale zawsze) i szkolenie do pracy w DS. ( Direct Serch czyli kradziejstwie pracowników bezpośrednim). Nudzić się nie nudzę. Dla gryfona i ślizgona ta praca jest jak znalazł. Cholera, chcę się tego nauczyć. I lubię coś robić. Jest stres, że mi nie wyjdzie – ale jak to mawiają, jest ryzyko – jest zabawa.
2) Jak się po takiej pracy do domu wraca to się docenia to co się ma. Jestem na nowo rozkochana w kocurze i Nat. Fakt młoda fika i sprawia problemy, ale potrafi też zapodać tekstem po którym od razu robi mi się miło. Jak choćby wczorajszy „ zakończyłam proces skakania” czy Sarenki o których już niektórym pisałam.
3) Robimy WRESZCIE remont pokoju Natalia. Na raty – drapiemy dwa, trzy paski tapet, sprzątamy i wszystko wraca do normy. Darcie tapet mnie odpręża. Perspektywa malowania kolorami i tego, że będzie to wyglądało naprawdę fajnie też jest bardzo miła. Aniołaku, niedługo pędzle w dłoń i kffiatki maluj.
4) Kot niestety u nas już nie mieszka. Niestety nie jest u Kamili, tylko u dawnych właścicieli. Formalnie nie mieliśmy im niczego do zarzucenia, choć tradycyjne śląskie rodziny nie budzą naszej sympatii. Dostali młodego tylko dlatego, że robili o niego duże halo. Cóż, życzymy im dobrze o tyle, o ile to ma wpłynąć na pozytywny los kota. I lepiej żebyśmy się nie dowiedzieli że był inny!
5) Jesień jest złota i słoneczna. Za tydzień w piątek Kraków i rpg. Potem imprezy tak jak pisałam. Prawie wszystkie. Jest już termin mikołajek fokowych i może wigilia z trójkę w Łupkowie. I pewnie Carmen w marcu z Aniołakiem. Kusi termin urodzinowy (-;
Poza tym czytam Roberta Blya’a Żelaznego Jana i się zachwycam. Wiem, psychoanaliza ale mądra i zabawna. I o tym aspekcie męskiej duszy, który jest mi jakoś szczególnie bliski. O tym Dionizyjsko – Posejdońskim dzikim czymś. Kiedyś dawno temu to czytałam, ale mnie wzięło na odkurzenie. Następny w kolejce będzie Zen i sztuka oporządzania motocykla. Poza tym piszę. I tysiąc fajnych ciepłych szczegółów. Kolczyki upatrzone z trendymanii. Muzyka Toma Waitsa i Cohena . I Ajde jano. Tak to najbardziej za mną chodzi. Cały czas.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
sobota, 4 października 2008
Pracywa się. Bez komentarza.
Tematu pracy nie porusza się specjalnie i świadomie. I nie będzie się. Chyba że odkryję, jak można zahasłować dla znajomych blogspota. Nie chcę jakby co wylecieć z dużym hukiem ( z małym tez nie). Tak cm razy inaczej pozostaje mi podsumować, że radę. No bo w końcu co, ja mam nie dać?
niedziela, 28 września 2008
Wczoraj poszliśmy na imprezie urodzinową Agi-Od-Brusa. I przed domem, familokiem pośrodku niczego widzimy kota. Małego czarnego jak węgielek kociaka. Kociak wlazł do bloku. Pytaliśmy wszystkich sąsiadów, ale nikt się nie poczuwał. Obok nie było innych bloków, za to była droga po której pędziło szybko dużo samochodów. Bruce, który kotów nie znoisz kategorycznie odmawiał wzięcia malucha do domu. Ja, Aniołak i Aga brusowa kategorycznie odmawiałyśmy zostawienia do na ulicy. I tak wylądował u nas. Tymczasowo, bo ma iść do Kamili do Krakowa. Ale tymczasem mamy cyrk.
Młode fika, bawi się, Atakuje duże koty. ( Podobno wygląda to jakby Gruzja atakowała Rosję). Jest zdrowe, zadziorne i waleczne. Będzie u nas przez następne tygodnie. Mercedes chce się ogólnie zaprzyjaźnić, ale małe ją drażni. Hella od wczoraj nie wylazła z sypialni. Nie je, nie pije – syczy i prycha.
Wygląda to tak:



A poza tym? Prawie nie wyglądam jak w proszku. Staram się. Dusza nie szklanka się nie rozleci. A jak boli? Zazwyczaj wystarczała odpowiedz „ pieprzę to”. Teraz tez musi.
Młode fika, bawi się, Atakuje duże koty. ( Podobno wygląda to jakby Gruzja atakowała Rosję). Jest zdrowe, zadziorne i waleczne. Będzie u nas przez następne tygodnie. Mercedes chce się ogólnie zaprzyjaźnić, ale małe ją drażni. Hella od wczoraj nie wylazła z sypialni. Nie je, nie pije – syczy i prycha.
Wygląda to tak:



A poza tym? Prawie nie wyglądam jak w proszku. Staram się. Dusza nie szklanka się nie rozleci. A jak boli? Zazwyczaj wystarczała odpowiedz „ pieprzę to”. Teraz tez musi.
piątek, 26 września 2008
Zimna suka
Ostatnie wydarzenia nauczyły mnie, że należy być bardzo ostrożnym w wykorzystywaniu bloga ( przestrzeni bądź co bądź publicznej) do notek prywatnych i osobistych. Stało się. Któryś raz się przekonuję, że w sytuacji dużego stresu zachowuję się jak mała bomba wodorowa. Zupełnie nieświadomie robię coś co można nazwać „rozpiernicz totalny”. Może kocur ze mną wytrzymuje, bo wie jak to czasem rozbroić?
Tak czy inaczej po raz kolejny okazało się, ze mam rolę Tej Złej. Ja wszystko zepsułam, ja okazałam się podła suką. Niedługo przylepi się do mnie opinia osoby która żywcem zżera małe kotki i zagryza puszystymi kurczaczkami. Tylko dlaczego tym razem jakoś nie czuję się winna?
Dochodzę do siebie. Najpierw było poczucie winy a teraz jest małe wkurwienie i cos co przypomina kaca. Kaca po roku chlania bez przerwy. W każdym razie z racji, że los dał mi już dozgonnie etykietkę Głównej Złej zamierzam ( takie małe postanowienia przed-noworoczne poprawiające humor)
- Zaczęłam jeść mięso ( jestem cholernym drapieżnikiem – osoba, która zżera małe kotki nie może być wege. Poza tym mam smaka na mięso)
- Chcę zaciąć włosy na krótko
- Chodzić głównie na wysokich obcasach ( nie potykając się i nie kwicząc z bólu)
- Nauczyć się dobrze prowadzić
- I otwarcie przyznać: Jestem wredną suką.
Powiedziałam o tym wczoraj Kocurowie. I dodałam – Cyniczna się robię.
- Nie, zawsze taka byłaś – odpowiedział z uśmiechem.
A co się nie zmienia? Dalej chcę urodzić syna i nazwać go Mikołaj. Dalej potajemnie tęsknię za Bieszczadami. I po raz kolejny przyznaję, że na Kocura można liczyć w 200% w wspieraniu i stawianiu mnie do pionu. Mimo, że nazwał mnie dziś chomikiem.
Tak czy inaczej po raz kolejny okazało się, ze mam rolę Tej Złej. Ja wszystko zepsułam, ja okazałam się podła suką. Niedługo przylepi się do mnie opinia osoby która żywcem zżera małe kotki i zagryza puszystymi kurczaczkami. Tylko dlaczego tym razem jakoś nie czuję się winna?
Dochodzę do siebie. Najpierw było poczucie winy a teraz jest małe wkurwienie i cos co przypomina kaca. Kaca po roku chlania bez przerwy. W każdym razie z racji, że los dał mi już dozgonnie etykietkę Głównej Złej zamierzam ( takie małe postanowienia przed-noworoczne poprawiające humor)
- Zaczęłam jeść mięso ( jestem cholernym drapieżnikiem – osoba, która zżera małe kotki nie może być wege. Poza tym mam smaka na mięso)
- Chcę zaciąć włosy na krótko
- Chodzić głównie na wysokich obcasach ( nie potykając się i nie kwicząc z bólu)
- Nauczyć się dobrze prowadzić
- I otwarcie przyznać: Jestem wredną suką.
Powiedziałam o tym wczoraj Kocurowie. I dodałam – Cyniczna się robię.
- Nie, zawsze taka byłaś – odpowiedział z uśmiechem.
A co się nie zmienia? Dalej chcę urodzić syna i nazwać go Mikołaj. Dalej potajemnie tęsknię za Bieszczadami. I po raz kolejny przyznaję, że na Kocura można liczyć w 200% w wspieraniu i stawianiu mnie do pionu. Mimo, że nazwał mnie dziś chomikiem.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
jestem zua
poniedziałek, 22 września 2008
Edytuję posta, bo narobił więcej złego niż dobrego. Ja chciałam tylko być uczciwa. Ja chciałam tylko... Cholera.
niedziela, 21 września 2008
czwartek, 18 września 2008
Turandot, czyli jestem jak inżynier Mamoń.
Dowiedziałam się, że nie powinnam pisać recenzji. Jako osoba niebędąca zawodowym muzykiem nie mam do tego prawa, bo się nie znam. Na szczęście pozostaje mi prawo pisania własnego bloga – z subiektywnymi opiniami. Uff, co za ulga! Mogę zatem gdzieś przelać zachwyty.
Deutsche Oper w Berlinie nie wystawia oper jako takich. Wystawia rewelacyjne przedstawienia dramatyczne okraszone muzyką. O samej muzyce nie będę się wypowiadać inaczej niż „bardzo mi się podobało”, bo faktycznie nie wiem, co można więcej powiedzieć. Swoje zachwyty ograniczę do reżyserii, aktorstwa, scenografii i interpretacji libretta. Bo tak jak po ostatnim Rigoletcie – padałam na kolana. Może nawet jeszcze bardziej zachwycona.
Turandot, Deutsche Oper Berlin, 12 września
Za chwilę kurtyna idzie w górę…
Pierwsza scena, jeszcze zanim podnosi się kurtyna, jest wprowadzeniem. Kilku kolegów żegna się z będącym w stanie wskazującym na spożycie kompanem. Po chwili zjawia się kilku umundurowanych panów i zabiera delikwenta. To następca tronu Persji, skazany na śmierć za to, że nie odgadł zagadek Turandot.
Teraz kurtyna idzie w górę i na scenie widzimy porozkładane plastikowe krzesełka. Zjawia się tłum i ustawia przodem do publiczności, a właściwie do podestu wybudowanego na scenie. Motyw teatru w teatrze, niby stary, ale robi wrażenie. Zaczyna się przedstawienie. Kilku komików komentuje aktualne wydarzenia w państwie. Księżniczka Turandot odda swoją rękę tylko temu, kto odgadnie jej trzy zagadki. Tego, kto nie sprosta próbie, czeka śmierć. Śpiewając, aktorzy tego drugiego teatru pokazują scenki dla uciechy tłumu. Plastikowy topór, maleńki gong, dekapitacja księcia i w końcu książę perski z głową schowaną pod ubraniem kłania się publiczności.
„ Trudno, niechaj ginie, jak śmierć, to śmierć” i chwilę później: „ Śmierć, śmierć, śmierć, dzięki pięknej Turandot!” wrzeszczy ubawiony tłum. Całe życie dworu, śmierć konkurentów i sama Turandot są uciechą dla gawiedzi spragnionej skandalu. Tu przypatrzmy się widzom. Ubrani byle jak, jedzą, rozmawiają, głupie twarze, pusty śmiech – ogólnie wyłazi jakaś bylejakość (nie scenografii, ale celowa bylejakość ludu). W tym całym zamieszaniu spotykają się książę Calaf ze swym ojcem Timurem. Uderzają dwie rzeczy. Pierwsza to ogromna anonimowość tłumu – spotyka się ojciec z zaginionym synem, radość, ale nikt tego nie zauważa, ludzie mają swoje rozrywki, teatrzyk satyryczny i żarcie kanapek. A druga to ogólne „zdziadzienie” księcia i jego ojca. Timur w wymiętym płaszczu i z reklamówką. Jego syn w źle dopasowanej skórzanej kamizelce. Nie ma wątpliwości, że oni napadnę wegetują. Schorowanym ojcem opiekuje się niewolnica Liu – szare, niepozorne dziewczę z naszytymi na kurtce skrzydełkami. Mały aniołek dla ubogich, który kocha się skrycie w Calafie. Kiedy książę pyta ją, kim jest, odpowiada, że nikim – i tak też będzie przez niego do końca sztuki traktowana.
W pewnym momencie na scenę wchodzą prawdziwi oprawcy razem z księciem perskim. I tu tłumowi rzednie mina. Bo się śmiać z komedii to jedno, a z prawdziwej egzekucji – drugie. Bardzo mi się to podobało dlatego, że w trakcie czytania libretta, bez aranżacji teatru w teatrze, nie bardzo mi pasowało, że tłum tak szybko zmienił zdanie. Księżniczka staje się dla tłumu „Widmem bezdusznym i upiorem”. Tu pojawia się Turandot, nie na scenie, tylko na wysokim balkonie, w woalce, z grupą ochroniarzy. Widzimy ją tak, jak widzi ją tłum, odległą i niedostępną. Tłum skanduje „Łaski, łaski”, ale wyrok Turandot jest nieubłagany. Książę perski, osądzony z numerem dwunastym, zostaje odprowadzony na śmierć.
I tu dzieje się coś ciekawego. Calaf się zakochuje. W Turandot. Jest to o tyle ciekawe, że nie mógł jej dobrze zobaczyć, była zbyt wysoko, miała na twarzy woalkę. W kim w takim razie się zakochał? We władzy, prestiżu? Sam był księciem, a stał wśród gawiedzi, ubrany w idiotyczną kamizelkę, z reklamówką. W tekście libretta Calaf cały czas mówi o księżniczce „ona” i można to rozumieć jako Turandot - kobietę, ale też jako Turandot – personifikację władzy. Książę zachowuje się, jakby obudził się ze snu i pojął, po co żyje. Dość tego letargu, tej bierność, marazmu, chce życia pełnią! Oczywiście w tym momencie absolutnie wszyscy próbują mu wybić z głowy pomysł, by próbować odgadnąć zagadki księżniczki.
Ojciec, Liu i trzej dworacy, Ping, Pong i Pang – każdy argumentuje jak może. „Zbyt wysoko jej tron” – argumentuje ojciec, który sam tron utracił. Liu próbuje przekonać Calafa, biorąc go na litość, ustawia w tym byle jakim otoczeniem prowizoryczny stoliczek, przygotowując kolację przy świecach. Jakby chciała powiedzieć: „Będę ci służyć, gotować obiady, możemy wieść nędzne, ale normalne życie”. Ping, Pong i Pang argumentują najsilniej. Wciskają mu w ręce małą Liu w świetnej scenie, w której siłą kładą niewolnicę na ziemię i rzucają Calafa na nią. Jakby chcieli powiedzieć: „ No masz, możesz kopulować, jeść, spać, czego ty jeszcze chcesz od życia?”.
I jeszcze mały szczegół, który dużo mówi o księciu. Pojawia się aspekt religii. Ping, Pang i Pong tłumaczą księciu, że wszystko jest złudne, nawet jego pożądanie i sama Turandot. „Prawdą jest Bóg Tao”. Na to on odpowiada: „ Dla mnie tą prawdą jest moja miłość”.
To jest bluźnierstwo. On już tu jest osobą, która poważy się na wszystko, a jedynym prawem są dla niego własne pragnienia. I chwilę później mówi: „Lecz pójdę swoją drogą, cokolwiek się stanie”. Cokolwiek się stanie – zatem nawet i po trupach. To są dość mocne słowa i zapowiedź tego, co się wydarzy. Bo książę już wydał wyrok na Liu i ojca. Cokolwiek się stanie, on nie zawróci.
A książę ma marzenia. Woli zginąć, próbując coś osiągnąć, niż żyć w tym byle jakim socjomatriksie. Już wkładano mu kapelusz pana młodego, już Liu niosła welon, a on wyrywa się i wołając imię „Turandot, Turandot, Turandot!” trzykrotnie uderza w gong. Obwieszcza, że chce walczyć o rękę księżniczki. Co znaczy słowo Turandot dla Calafa? Kobieta – może, choć nawet jej nie widział. Władza – w dużym stopniu też. Ale chyba najbardziej – życie, życie pełnią, ponad innymi, spełnianie swoich pragnień. Książę mówi o Turandot: „Tu źródło życia bije”. Życia, nie miłości.
Początek aktu drugiego należy w całości do Pinga, Ponga i Panga. Podobno zazwyczaj przedstawiają te postacie na wpół żartobliwie. Tutaj było śmiertelnie poważnie i bardzo gorzko. Trzej słudzy mają już dość życia w pałacu, dość mordów Turandot i marzą, żeby żyć inaczej i wrócić do spokojnego, normalnego życia. W pewnym monecie przebierają się –jeden za Turandot, drugi za zalotnika, trzeci za kata. I odgrywają ponure scenki, których byli świadkami. Pokazują, jak zwabieni pożądaniem (scena, kiedy aktor - zalotnik próbuje dobierać się do aktora - Turandot) nie zgadują zagadek i zostają skazani na śmierć. Znowu teatr w teatrze. Ping, Pong i Pang są na dworze aktorami w ponurej komedii, są marionetkami w rękach Turandot. Scenki wydają się komiczne, ale mają w sobie jakąś gorycz i zmęczenie. Wreszcie trzech aktorów postanawia się powiesić, ale nawet na to nie starcza im energii, nawet tu pozostają bierni.
A tymczasem rozpoczyna się scena rozwiązywania zagadek. Zanim zaczniemy się zajmować tym, co się dzieje na scenie, kilka słów o tym, czym są same zagadki. Zagadka jest zawsze jakąś przynętą, wyzwaniem. Zagadki nie są tylko po to, żeby odsiać kandydatów, do tego aż nadto dobrze nadają się testy matematyczne, o ile pamiętam. Zagadki są jakimś przekazem, kluczem, którym otwiera się drzwi, ponieważ za nimi jest coś ważnego. Odpowiedź na zagadki ma też o czymś mówić. Trzy odpowiedzi na zagadki księżniczki brzmiały: „Nadzieja, Krew, Turandot”. Można to interpretować najprościej – jako nadzieję zalotników i krew, ich śmierć. Dlaczego zatem Turandot? Dlaczego księżniczka każe zgadywać własne imię? Mam wrażenie, że wszystkie zagadki opowiadają o niej – JĄ trzeba odgadnąć, trzeba ją poznać, zajrzeć w jej duszę, zrozumieć.
Wracajmy jednak do inscenizacji. Kurtyna opada i znowu znajdujemy się na scenie teatru w teatrze. Publiczność jeszcze nie widzi, co się dzieje. Cała atmosfera ma w sobie coś z teleturnieju. Zaraz zacznie się spektakl. Księżniczka patrzy na Calafa z góry – ot, jeszcze jeden cieć, byle kto, kto chce się ze mną zmierzyć. Ostrzega go, że zagadki są trzy, a śmierć jest jedna, na co książę odpowiada, że „Zagadki są trzy, a życie jest jedno”. Zdziwiona księżniczka przez jeden bardzo krótki moment niemal pada mu w ramiona. Czyżby zobaczył, kim jestem? Czyżby był taki sam? Ale zaraz pojawia się widmo sukienki ślubnej i Turandot odskakuje ze wstrętem. Ona nie ucieka przed mężczyzną, ale przed rolą kobiety. Przed byciem samicą, matką, żoną. Chce władzy, chce kogoś równego sobie, choć nie wierzy, że ktoś taki mógłby się znaleźć. Jaka jest Turandot za kulisami tego show? Denerwuje się. Jest przytłoczona. Świetna jest scena, kiedy księżniczka na chwilkę upada i zaraz dopada ją paparazzo. Zagląda nerwowo za kurtynę, gdzie ludzie już zbierają się na show. Przerażona Turandot siada naprzeciwko księcia, zamieniają się miejscami i ma się wrażenie, że to ona się broni, a on atakuje. Podnosi się kurtyna i pada pierwsza zagadka.
Kim zatem jest Turandot? Jaka jest jej historia?
Klucz pierwszy: Nadzieja.
„Pośród ciemnej nocy,
Błądzi i krąży zjawa promienna!
Wznosi się wzwyż i spada,
Nieuchwytna, leciutka, niby mgła!
Każdy chce ją zatrzymać
I wzlecieć na jej skrzydłach!
Ale ona rozwiewa się o świcie,
Złudny czar jej szybko mija!
Łaskawa noc ją rodzi,
Okrutny dzień zabija!”
Każda zagadka jest wieloznaczna. Może to być oczywiście nadzieja zalotników, ale moim zdaniem to Nadzieja Turandot. Coś, o czym śni, czym chciałaby się stać, jakieś marzenie, które ginie wraz z nastaniem dnia. Czy Turandot śni o władzy? Czy Turandot śni o miłości?
Klucz drugi: Krew.
„Płonie żywo jak ogień, lecz nie jest ogniem!
Płynie wartkim strumieniem,
A jednak nie jest to rzeka!
Nie róża to, choć w czerwień się obleka!
W chwili śmierci, w klęski czas,
Zastyga lodem!
Zwycięstwo zaś podsyca jej płomienie!
Na jej zew, po szczęście lub po zatracenie
Zdążamy ślepo do piekła i do gwiazd”
Jak dla mnie – chyba najbardziej znacząca zagadka. Krew jest bardzo wieloznacznym symbolem. Krew straconych zalotników, krew utarty dziewictwa. Ale w tej reżyserii zupełnie odrzucono te interpretacje. Krew to – Życie. Życie pełnią, ponad zasadami, namiętność, również chęć zniszczenia, władzy, destrukcji. Dla mnie kluczowym zdaniem całej opery jest:
„Na jej zew, po szczęście lub po zatracenie
Zdążamy ślepo do piekła i do gwiazd”
To jest to, czego chce zarówno Turandot, jak i książę. Co ważne, w libretto nie jest napisane: „do piekła lub do gwiazd”, ale zdanie połączone jest spójnikiem „i”. Tak jakby ta osoba brała jedno i drugie. To jest rodzaj szaleństwa, bierze to, co jest na szczycie, ale i to, co niesie ból i zagładę.
Klucz trzeci: Turandot
„Lód, co płomień wyzwala,
Lecz w jego blasku sam nie topnieje!
Ciemny jest, choć świetlisty!
Odpłynąć pragniesz, on w okowach trzyma!
Lecz gdy skruszysz zimny pancerz,
Będziesz królem.”
I jak dopowiedzielibyście na tą zagadkę? Ja bym poległa, mówiąc, że to Władza. Odpowiedź „Turandot” wskazywała, że książę wie, rozumie, że Turandot jest władzą. Nawet nie w sensie urzędowania, ale w sensie filozoficznym. Ona jest duchem ponad innych, nie podlega i nie chce podlegać kategoriom moralnym. Kim jest Turandot? Jest z zewnątrz zimnym lodem, z zewnątrz promienna i jasna, a w środku pełna mrocznych stron. I co obiecuje, kiedy się ją odgadnie, kiedy „skruszysz zimny pancerz”? Nie będziesz mym mężem ani ukochanym. Będziesz Królem.
Książę odgaduje zagadki Turandot. Z każdą poprawą odpowiedzią księżniczka staje się jakby bardziej naga, pozbawiona władzy przed tłumem, który z niej szydzi. Nie rozumie jeszcze, że książę jest taki sam jak ona. Czuje się zrozpaczona, bo jakiś prostak zajrzał w jej duszę. A co gorsza, teraz w nagrodę dostanie ją: zredukowaną do roli żony, brzucha do rodzenia, samicy. W rozpaczy zrzuca koronę i wybiega w tłum. Sama nie wiedząc, co robi, wyrywa broń ochroniarzowi i drżącymi rękami celuje w księcia. Bardzo mocna scena, pokazuje jej rozpacz, bezradność, śmieszność. Turandot błaga ojca, żeby jej nie oddawał w ręce prostaka. Odwołuje się do uczuć ojcowskich, ale słyszy, że prawo jest święte. W tym momencie przestała być już jego córką, stała się zwierzęciem, które się sprzedaje. Przestaje dziwić scena finałowa spektaklu.
Calaf może ją sobie teraz wziąć, ale tego nie chce. Chce, żeby ona go też poznała, zrozumiała, że jest taki sam. Chce razem z nią stać na szczycie. I daje jej zagadkę: „Jeżeli odgadniesz moje imię, możesz mnie zabić”. Był pewien nie tyle, że go nie odgadnie, ile że jeżeli je pozna, nie będzie już chciała tego zrobić. Imię jest symbolem duszy. On chce, żeby go zobaczyła takim, jakim jest.
Akt trzeci dzieje się w nocy. W głębi sceny śpi Turandot, a z przodu na cienkiej zasłonie pokazana jest z rzutnika trójka dzieci. Wewnętrzne dzieci bohaterów, chińska dziewczyna – Liu – zagryza wargi przez sen i śni niespokojny sen. Sen strachu o ukochanego i goryczy przegranej. Mały chłopczyk przekrada się pałacowymi komnatami. Jest ciekawy i podniecony, jak dzieciak, który nocą wstaje, żeby wyjadać czekoladki z komody. Mała blond dziewczynka o poważnym, chłodnym spojrzeniu – Turandot – obraca się za siebie. Jakby pytała: „Kim jest ten, który za mną idzie?”. I nie przeszkadza tu, że na ekranie widać pałac, który wygląda jak Luwr. To jest sen, w logice onirycznej pałac, który śnią, może sobie wyglądać jak chce.
Turandot budzi się i cały dwór jest już na nogach. Księżniczka wpada w szał. Każe przesłać każdego, kto może pomóc jej odgadnąć imię księcia. Ping, Pong i Pang próbują namówić księcia, żeby wyjawił im swoje imię i uciekał. Ofiarowują mu piękne kobiety, majątek, sławę. On jednak odrzuca wszystko, bo zaprzedał już duszę Turandot. W końcu ktoś przypomniał sobie, że książę rozmawiał z kimś poprzedniego dnia. Przyprowadzają Timura i Liu. Liu desperacko rzuca się do stóp księżniczki, mówiąc, że tylko ona zna imię, ale go nie wyjawi. Ratuje tym nie samego księcia, ale jego ojca. Skoro tylko ona zna imię, po co zawracać sobie głowę starym. Zresztą wolą księcia było, aby opiekowała się jego ojcem i chroniła go. W czasie tortur wyznaje, że to miłość daje jej taką siłę, by nie zdradzić tajemnicy Calafa, a potem, wgrywając nóż oprawcy, popełnia samobójstwo.
Księciem jakby przez chwilę targają wyrzuty sumienia. On i chór zbierają się wokół martwej Liu, a po chwili, kiedy ludzie odchodzą (jakoś im głupio) – ciało niewolnicy unosi się do góry i zawisa nad sceną na linie. Dziewczyna wisi z opuszczoną głową i śmiesznymi, dorysowanymi skrzydełkami. Nie mogę skupić się na scenie i patrzę na Liu. Wygląda biednie. Mały, szary, niepotrzebny aniołek unosi się w powietrzu, jakby nie umiał się wznieść do nieba. Głupia dziewczyna oddała życie za głupią sprawę. Niepotrzebna. Nikt już na nią nie patrzy. Moim zdaniem, jeżeli chodzi o reżyserię, to nie tyle wisi Liu, co jej śmierć „wisi w powietrzu”, jak niedokończone zdanie. I nikt nie zwraca na nią uwagi.
Calaf po chwili zapomina o wyrzutach sumienia i zrywa Turandot welon. Ona jest przestraszona, nazywa go przybłędą, profanem. Równie dobrze mogłaby go nazwać pogardliwie „człowiekiem” bo sama o sobie mówi „nie jestem ziemską istotą”.
„Chcę się upić tobą, zjednoczyć z tobą,
Spłonąć z tobą” – odpowiada księże.
Dość znaczące jest, że zwrot „upić się” może być stosowany równie dobrze w stosunku do miłości, jak i władzy. To tak, jakby książę mówił: „Jestem taki sam jak ty, chcę się z tobą zjednoczyć, razem będziemy na szczycie. W niemieckiej wersji pełnej aluzji seksualnych on tu nie wykazuje żadnych chęci do odbierania jej dziewictwa. Raczej ubiera jej suknię ślubną. „Zjednoczyć się” jest tu interpretowane nie w sensie stosunku, ale połączenia dusz i panowania. Turandot opiera się, ale daje sobie założyć suknię ślubną. I kiedy Calaf ją całuje, pada w jego ramiona, choć sama nie wie, czemu to robi. „ Więc stało się, przegrałam?”; „Hańba i wstyd”. Ona ulega, zakłada suknię ślubną, oddaje pocałunek, ale nie wie czemu. I wtedy książę zdradza jej swoje imię. Tak jakby pokazywał jej lustro, mówiąc: „Spójrz na mnie, Turandot, poznaj mnie, jestem taki jak ty”. Calaf kocha szczerze Turandot, kocha ją, bo ona jest taka jak on, ona jest władzą. Nie tylko w sensie otrzymania wraz z jej ręką królestwa.
Samo zakończenie, dopisane już po śmierci autora, jest jak dla mnie słodkawe i mdłe. Turandot mówi, że imię zwycięskiego zalotnika to Miłość – i zapewne żyją długo i szczęśliwie, płodząc licznych dziedziców dynastii. Bałam się tego.
Tylko nagle zauważyłam coś porażająco niepokojącego. Oni sobie stoją, gadając o miłości, a nad nimi wisi trup Liu. Po drugiej stronie sceny leży z butelką alkoholu ojciec księcia. Jak to tak? Miłość, wyznania, a trupy wokoło, i nic? Bardzo to niepokojące. Znaczy to, że oni się nie liczą z nikim, zdepczą na swojej drodze wszystko. Ta miłość jest już wtedy zaprawiona czymś gorzkim i strasznym.
Tutaj, bez żadnych ingerencji w tekst oryginału, dzieje się coś zupełnie innego niż w klasycznym zakończeniu. Tak, jego imię to Miłość. Calaf i Turandot stają razem na scenie, biorą się za ręce, a ojciec-cesarz i dworzanie im gratulują. A potem główni bohaterowie biorą noże i zaczyna się rzeź. Turandot morduje swojego ojca, Calaf swojego. Oczywiście Turandot nie musiała tego zrobić, żeby otrzymać władzę. Ale mogła to zrobić i na tym ta władza polegała. Ojciec sam jej się wyparł. Calaf nie musiał zabijać Timura. Tym mordem odcina się od tamtego byle jakiego życia. To jest złamanie największego tabu, własnoręczny mord na własnych rodzicach to ich ślubowanie. Podobno nic tak nie łączy, jak wspólna zbrodnia. Jeżeli razem zdobyli się na to, zdobędą się na wszystko. Są jak państwo Makbet, tyle że ich nie dotkną wyrzuty sumienia ani szaleństwo.
W tym wykonaniu to nie jest sztuka o miłości. To dramat władzy i zatracenia. Władzy nie tyle politycznej, ile etycznej. Turandot i Calaf stali się nadludźmi. Przypomniały mi się słowa pewnego notabene Niemca : „Ze wszystkiego, co napisano, to tylko miłuję, co ktoś pisze własną krwią. Pisz krwią, a doświadczysz, że krew jest duchem (...) Albowiem taka jest prawda: odszedłem z domu uczonych i jeszcze drzwi zatrzasnąłem za sobą. Zbyt długo dusza moja głodowała przy ich stole; nie jestem tak jak oni wyćwiczony w poznawaniu niczym w rozgryzaniu orzechów. Wolność miłuję i powietrze ponad rześką ziemią”.
I jeszcze ten sam pan, choć z innego dzieła: „Co jest dobre? – Wszystko, co uczucie mocy, wolę mocy, moc samą w człowieku podnosi. Co jest złe? – Wszystko, co z słabości pochodzi. Co jest szczęściem? – Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór”.
Niektórzy zastanawiają się, po co takie wydziwianie w teatrze? Czy nie można klasycznie, po bożemu, Turandot w Chinach, Holendra na morzu? Ano to wydziwianie po to, żeby wyciągnąć ze sztuki coś nowego – w granicach logicznej interpretacji. Pokazać, że treść, przekaz, archetyp jest ciągle ten sam niezależnie od scenografii. Opera, sztuka czy książka to jest plastyczny materiał, z którym można bardzo wiele zrobić. Dobra sztuka powinna być jak ciasto – spójna i smaczna (ciasto i ścieg mają być spójne, według słów pewnej divy). Wszystkie te udziwnienia są nie tyle kontrowersyjnym dodatkiem, który ma tylko szokować, ale są kolejnymi kanałami przekazu, które podkreślają jakiś trop interpretacyjny. Oczywiście nie zawsze łatwo się przestawić. Większość odbiorców (ze mną włącznie) jest jak inżynier Mamoń – lubi to, co zna. Ja lubię teatr, więc muzykę puszczam mimo uszu, zawodowi muzycy będą psioczyć na udziwnienia. Chodzi nie tyle o to, żeby na trzy-cztery zmieniać gust, ale żeby być w pewnym zakresie otwartym. Obserwować i myśleć. I dlatego następny spektakl muzycznie i klasycznie. W Wiedniu.
Przy okazji dziękuję Babilasom, że mnie zabrały. I Aniołakowi za rozmowę o Turandot, cenne uwagi i drogę.
Mrauk
Deutsche Oper w Berlinie nie wystawia oper jako takich. Wystawia rewelacyjne przedstawienia dramatyczne okraszone muzyką. O samej muzyce nie będę się wypowiadać inaczej niż „bardzo mi się podobało”, bo faktycznie nie wiem, co można więcej powiedzieć. Swoje zachwyty ograniczę do reżyserii, aktorstwa, scenografii i interpretacji libretta. Bo tak jak po ostatnim Rigoletcie – padałam na kolana. Może nawet jeszcze bardziej zachwycona.
Turandot, Deutsche Oper Berlin, 12 września
Za chwilę kurtyna idzie w górę…
Pierwsza scena, jeszcze zanim podnosi się kurtyna, jest wprowadzeniem. Kilku kolegów żegna się z będącym w stanie wskazującym na spożycie kompanem. Po chwili zjawia się kilku umundurowanych panów i zabiera delikwenta. To następca tronu Persji, skazany na śmierć za to, że nie odgadł zagadek Turandot.
Teraz kurtyna idzie w górę i na scenie widzimy porozkładane plastikowe krzesełka. Zjawia się tłum i ustawia przodem do publiczności, a właściwie do podestu wybudowanego na scenie. Motyw teatru w teatrze, niby stary, ale robi wrażenie. Zaczyna się przedstawienie. Kilku komików komentuje aktualne wydarzenia w państwie. Księżniczka Turandot odda swoją rękę tylko temu, kto odgadnie jej trzy zagadki. Tego, kto nie sprosta próbie, czeka śmierć. Śpiewając, aktorzy tego drugiego teatru pokazują scenki dla uciechy tłumu. Plastikowy topór, maleńki gong, dekapitacja księcia i w końcu książę perski z głową schowaną pod ubraniem kłania się publiczności.
„ Trudno, niechaj ginie, jak śmierć, to śmierć” i chwilę później: „ Śmierć, śmierć, śmierć, dzięki pięknej Turandot!” wrzeszczy ubawiony tłum. Całe życie dworu, śmierć konkurentów i sama Turandot są uciechą dla gawiedzi spragnionej skandalu. Tu przypatrzmy się widzom. Ubrani byle jak, jedzą, rozmawiają, głupie twarze, pusty śmiech – ogólnie wyłazi jakaś bylejakość (nie scenografii, ale celowa bylejakość ludu). W tym całym zamieszaniu spotykają się książę Calaf ze swym ojcem Timurem. Uderzają dwie rzeczy. Pierwsza to ogromna anonimowość tłumu – spotyka się ojciec z zaginionym synem, radość, ale nikt tego nie zauważa, ludzie mają swoje rozrywki, teatrzyk satyryczny i żarcie kanapek. A druga to ogólne „zdziadzienie” księcia i jego ojca. Timur w wymiętym płaszczu i z reklamówką. Jego syn w źle dopasowanej skórzanej kamizelce. Nie ma wątpliwości, że oni napadnę wegetują. Schorowanym ojcem opiekuje się niewolnica Liu – szare, niepozorne dziewczę z naszytymi na kurtce skrzydełkami. Mały aniołek dla ubogich, który kocha się skrycie w Calafie. Kiedy książę pyta ją, kim jest, odpowiada, że nikim – i tak też będzie przez niego do końca sztuki traktowana.
W pewnym momencie na scenę wchodzą prawdziwi oprawcy razem z księciem perskim. I tu tłumowi rzednie mina. Bo się śmiać z komedii to jedno, a z prawdziwej egzekucji – drugie. Bardzo mi się to podobało dlatego, że w trakcie czytania libretta, bez aranżacji teatru w teatrze, nie bardzo mi pasowało, że tłum tak szybko zmienił zdanie. Księżniczka staje się dla tłumu „Widmem bezdusznym i upiorem”. Tu pojawia się Turandot, nie na scenie, tylko na wysokim balkonie, w woalce, z grupą ochroniarzy. Widzimy ją tak, jak widzi ją tłum, odległą i niedostępną. Tłum skanduje „Łaski, łaski”, ale wyrok Turandot jest nieubłagany. Książę perski, osądzony z numerem dwunastym, zostaje odprowadzony na śmierć.
I tu dzieje się coś ciekawego. Calaf się zakochuje. W Turandot. Jest to o tyle ciekawe, że nie mógł jej dobrze zobaczyć, była zbyt wysoko, miała na twarzy woalkę. W kim w takim razie się zakochał? We władzy, prestiżu? Sam był księciem, a stał wśród gawiedzi, ubrany w idiotyczną kamizelkę, z reklamówką. W tekście libretta Calaf cały czas mówi o księżniczce „ona” i można to rozumieć jako Turandot - kobietę, ale też jako Turandot – personifikację władzy. Książę zachowuje się, jakby obudził się ze snu i pojął, po co żyje. Dość tego letargu, tej bierność, marazmu, chce życia pełnią! Oczywiście w tym momencie absolutnie wszyscy próbują mu wybić z głowy pomysł, by próbować odgadnąć zagadki księżniczki.
Ojciec, Liu i trzej dworacy, Ping, Pong i Pang – każdy argumentuje jak może. „Zbyt wysoko jej tron” – argumentuje ojciec, który sam tron utracił. Liu próbuje przekonać Calafa, biorąc go na litość, ustawia w tym byle jakim otoczeniem prowizoryczny stoliczek, przygotowując kolację przy świecach. Jakby chciała powiedzieć: „Będę ci służyć, gotować obiady, możemy wieść nędzne, ale normalne życie”. Ping, Pong i Pang argumentują najsilniej. Wciskają mu w ręce małą Liu w świetnej scenie, w której siłą kładą niewolnicę na ziemię i rzucają Calafa na nią. Jakby chcieli powiedzieć: „ No masz, możesz kopulować, jeść, spać, czego ty jeszcze chcesz od życia?”.
I jeszcze mały szczegół, który dużo mówi o księciu. Pojawia się aspekt religii. Ping, Pang i Pong tłumaczą księciu, że wszystko jest złudne, nawet jego pożądanie i sama Turandot. „Prawdą jest Bóg Tao”. Na to on odpowiada: „ Dla mnie tą prawdą jest moja miłość”.
To jest bluźnierstwo. On już tu jest osobą, która poważy się na wszystko, a jedynym prawem są dla niego własne pragnienia. I chwilę później mówi: „Lecz pójdę swoją drogą, cokolwiek się stanie”. Cokolwiek się stanie – zatem nawet i po trupach. To są dość mocne słowa i zapowiedź tego, co się wydarzy. Bo książę już wydał wyrok na Liu i ojca. Cokolwiek się stanie, on nie zawróci.
A książę ma marzenia. Woli zginąć, próbując coś osiągnąć, niż żyć w tym byle jakim socjomatriksie. Już wkładano mu kapelusz pana młodego, już Liu niosła welon, a on wyrywa się i wołając imię „Turandot, Turandot, Turandot!” trzykrotnie uderza w gong. Obwieszcza, że chce walczyć o rękę księżniczki. Co znaczy słowo Turandot dla Calafa? Kobieta – może, choć nawet jej nie widział. Władza – w dużym stopniu też. Ale chyba najbardziej – życie, życie pełnią, ponad innymi, spełnianie swoich pragnień. Książę mówi o Turandot: „Tu źródło życia bije”. Życia, nie miłości.
Początek aktu drugiego należy w całości do Pinga, Ponga i Panga. Podobno zazwyczaj przedstawiają te postacie na wpół żartobliwie. Tutaj było śmiertelnie poważnie i bardzo gorzko. Trzej słudzy mają już dość życia w pałacu, dość mordów Turandot i marzą, żeby żyć inaczej i wrócić do spokojnego, normalnego życia. W pewnym monecie przebierają się –jeden za Turandot, drugi za zalotnika, trzeci za kata. I odgrywają ponure scenki, których byli świadkami. Pokazują, jak zwabieni pożądaniem (scena, kiedy aktor - zalotnik próbuje dobierać się do aktora - Turandot) nie zgadują zagadek i zostają skazani na śmierć. Znowu teatr w teatrze. Ping, Pong i Pang są na dworze aktorami w ponurej komedii, są marionetkami w rękach Turandot. Scenki wydają się komiczne, ale mają w sobie jakąś gorycz i zmęczenie. Wreszcie trzech aktorów postanawia się powiesić, ale nawet na to nie starcza im energii, nawet tu pozostają bierni.
A tymczasem rozpoczyna się scena rozwiązywania zagadek. Zanim zaczniemy się zajmować tym, co się dzieje na scenie, kilka słów o tym, czym są same zagadki. Zagadka jest zawsze jakąś przynętą, wyzwaniem. Zagadki nie są tylko po to, żeby odsiać kandydatów, do tego aż nadto dobrze nadają się testy matematyczne, o ile pamiętam. Zagadki są jakimś przekazem, kluczem, którym otwiera się drzwi, ponieważ za nimi jest coś ważnego. Odpowiedź na zagadki ma też o czymś mówić. Trzy odpowiedzi na zagadki księżniczki brzmiały: „Nadzieja, Krew, Turandot”. Można to interpretować najprościej – jako nadzieję zalotników i krew, ich śmierć. Dlaczego zatem Turandot? Dlaczego księżniczka każe zgadywać własne imię? Mam wrażenie, że wszystkie zagadki opowiadają o niej – JĄ trzeba odgadnąć, trzeba ją poznać, zajrzeć w jej duszę, zrozumieć.
Wracajmy jednak do inscenizacji. Kurtyna opada i znowu znajdujemy się na scenie teatru w teatrze. Publiczność jeszcze nie widzi, co się dzieje. Cała atmosfera ma w sobie coś z teleturnieju. Zaraz zacznie się spektakl. Księżniczka patrzy na Calafa z góry – ot, jeszcze jeden cieć, byle kto, kto chce się ze mną zmierzyć. Ostrzega go, że zagadki są trzy, a śmierć jest jedna, na co książę odpowiada, że „Zagadki są trzy, a życie jest jedno”. Zdziwiona księżniczka przez jeden bardzo krótki moment niemal pada mu w ramiona. Czyżby zobaczył, kim jestem? Czyżby był taki sam? Ale zaraz pojawia się widmo sukienki ślubnej i Turandot odskakuje ze wstrętem. Ona nie ucieka przed mężczyzną, ale przed rolą kobiety. Przed byciem samicą, matką, żoną. Chce władzy, chce kogoś równego sobie, choć nie wierzy, że ktoś taki mógłby się znaleźć. Jaka jest Turandot za kulisami tego show? Denerwuje się. Jest przytłoczona. Świetna jest scena, kiedy księżniczka na chwilkę upada i zaraz dopada ją paparazzo. Zagląda nerwowo za kurtynę, gdzie ludzie już zbierają się na show. Przerażona Turandot siada naprzeciwko księcia, zamieniają się miejscami i ma się wrażenie, że to ona się broni, a on atakuje. Podnosi się kurtyna i pada pierwsza zagadka.
Kim zatem jest Turandot? Jaka jest jej historia?
Klucz pierwszy: Nadzieja.
„Pośród ciemnej nocy,
Błądzi i krąży zjawa promienna!
Wznosi się wzwyż i spada,
Nieuchwytna, leciutka, niby mgła!
Każdy chce ją zatrzymać
I wzlecieć na jej skrzydłach!
Ale ona rozwiewa się o świcie,
Złudny czar jej szybko mija!
Łaskawa noc ją rodzi,
Okrutny dzień zabija!”
Każda zagadka jest wieloznaczna. Może to być oczywiście nadzieja zalotników, ale moim zdaniem to Nadzieja Turandot. Coś, o czym śni, czym chciałaby się stać, jakieś marzenie, które ginie wraz z nastaniem dnia. Czy Turandot śni o władzy? Czy Turandot śni o miłości?
Klucz drugi: Krew.
„Płonie żywo jak ogień, lecz nie jest ogniem!
Płynie wartkim strumieniem,
A jednak nie jest to rzeka!
Nie róża to, choć w czerwień się obleka!
W chwili śmierci, w klęski czas,
Zastyga lodem!
Zwycięstwo zaś podsyca jej płomienie!
Na jej zew, po szczęście lub po zatracenie
Zdążamy ślepo do piekła i do gwiazd”
Jak dla mnie – chyba najbardziej znacząca zagadka. Krew jest bardzo wieloznacznym symbolem. Krew straconych zalotników, krew utarty dziewictwa. Ale w tej reżyserii zupełnie odrzucono te interpretacje. Krew to – Życie. Życie pełnią, ponad zasadami, namiętność, również chęć zniszczenia, władzy, destrukcji. Dla mnie kluczowym zdaniem całej opery jest:
„Na jej zew, po szczęście lub po zatracenie
Zdążamy ślepo do piekła i do gwiazd”
To jest to, czego chce zarówno Turandot, jak i książę. Co ważne, w libretto nie jest napisane: „do piekła lub do gwiazd”, ale zdanie połączone jest spójnikiem „i”. Tak jakby ta osoba brała jedno i drugie. To jest rodzaj szaleństwa, bierze to, co jest na szczycie, ale i to, co niesie ból i zagładę.
Klucz trzeci: Turandot
„Lód, co płomień wyzwala,
Lecz w jego blasku sam nie topnieje!
Ciemny jest, choć świetlisty!
Odpłynąć pragniesz, on w okowach trzyma!
Lecz gdy skruszysz zimny pancerz,
Będziesz królem.”
I jak dopowiedzielibyście na tą zagadkę? Ja bym poległa, mówiąc, że to Władza. Odpowiedź „Turandot” wskazywała, że książę wie, rozumie, że Turandot jest władzą. Nawet nie w sensie urzędowania, ale w sensie filozoficznym. Ona jest duchem ponad innych, nie podlega i nie chce podlegać kategoriom moralnym. Kim jest Turandot? Jest z zewnątrz zimnym lodem, z zewnątrz promienna i jasna, a w środku pełna mrocznych stron. I co obiecuje, kiedy się ją odgadnie, kiedy „skruszysz zimny pancerz”? Nie będziesz mym mężem ani ukochanym. Będziesz Królem.
Książę odgaduje zagadki Turandot. Z każdą poprawą odpowiedzią księżniczka staje się jakby bardziej naga, pozbawiona władzy przed tłumem, który z niej szydzi. Nie rozumie jeszcze, że książę jest taki sam jak ona. Czuje się zrozpaczona, bo jakiś prostak zajrzał w jej duszę. A co gorsza, teraz w nagrodę dostanie ją: zredukowaną do roli żony, brzucha do rodzenia, samicy. W rozpaczy zrzuca koronę i wybiega w tłum. Sama nie wiedząc, co robi, wyrywa broń ochroniarzowi i drżącymi rękami celuje w księcia. Bardzo mocna scena, pokazuje jej rozpacz, bezradność, śmieszność. Turandot błaga ojca, żeby jej nie oddawał w ręce prostaka. Odwołuje się do uczuć ojcowskich, ale słyszy, że prawo jest święte. W tym momencie przestała być już jego córką, stała się zwierzęciem, które się sprzedaje. Przestaje dziwić scena finałowa spektaklu.
Calaf może ją sobie teraz wziąć, ale tego nie chce. Chce, żeby ona go też poznała, zrozumiała, że jest taki sam. Chce razem z nią stać na szczycie. I daje jej zagadkę: „Jeżeli odgadniesz moje imię, możesz mnie zabić”. Był pewien nie tyle, że go nie odgadnie, ile że jeżeli je pozna, nie będzie już chciała tego zrobić. Imię jest symbolem duszy. On chce, żeby go zobaczyła takim, jakim jest.
Akt trzeci dzieje się w nocy. W głębi sceny śpi Turandot, a z przodu na cienkiej zasłonie pokazana jest z rzutnika trójka dzieci. Wewnętrzne dzieci bohaterów, chińska dziewczyna – Liu – zagryza wargi przez sen i śni niespokojny sen. Sen strachu o ukochanego i goryczy przegranej. Mały chłopczyk przekrada się pałacowymi komnatami. Jest ciekawy i podniecony, jak dzieciak, który nocą wstaje, żeby wyjadać czekoladki z komody. Mała blond dziewczynka o poważnym, chłodnym spojrzeniu – Turandot – obraca się za siebie. Jakby pytała: „Kim jest ten, który za mną idzie?”. I nie przeszkadza tu, że na ekranie widać pałac, który wygląda jak Luwr. To jest sen, w logice onirycznej pałac, który śnią, może sobie wyglądać jak chce.
Turandot budzi się i cały dwór jest już na nogach. Księżniczka wpada w szał. Każe przesłać każdego, kto może pomóc jej odgadnąć imię księcia. Ping, Pong i Pang próbują namówić księcia, żeby wyjawił im swoje imię i uciekał. Ofiarowują mu piękne kobiety, majątek, sławę. On jednak odrzuca wszystko, bo zaprzedał już duszę Turandot. W końcu ktoś przypomniał sobie, że książę rozmawiał z kimś poprzedniego dnia. Przyprowadzają Timura i Liu. Liu desperacko rzuca się do stóp księżniczki, mówiąc, że tylko ona zna imię, ale go nie wyjawi. Ratuje tym nie samego księcia, ale jego ojca. Skoro tylko ona zna imię, po co zawracać sobie głowę starym. Zresztą wolą księcia było, aby opiekowała się jego ojcem i chroniła go. W czasie tortur wyznaje, że to miłość daje jej taką siłę, by nie zdradzić tajemnicy Calafa, a potem, wgrywając nóż oprawcy, popełnia samobójstwo.
Księciem jakby przez chwilę targają wyrzuty sumienia. On i chór zbierają się wokół martwej Liu, a po chwili, kiedy ludzie odchodzą (jakoś im głupio) – ciało niewolnicy unosi się do góry i zawisa nad sceną na linie. Dziewczyna wisi z opuszczoną głową i śmiesznymi, dorysowanymi skrzydełkami. Nie mogę skupić się na scenie i patrzę na Liu. Wygląda biednie. Mały, szary, niepotrzebny aniołek unosi się w powietrzu, jakby nie umiał się wznieść do nieba. Głupia dziewczyna oddała życie za głupią sprawę. Niepotrzebna. Nikt już na nią nie patrzy. Moim zdaniem, jeżeli chodzi o reżyserię, to nie tyle wisi Liu, co jej śmierć „wisi w powietrzu”, jak niedokończone zdanie. I nikt nie zwraca na nią uwagi.
Calaf po chwili zapomina o wyrzutach sumienia i zrywa Turandot welon. Ona jest przestraszona, nazywa go przybłędą, profanem. Równie dobrze mogłaby go nazwać pogardliwie „człowiekiem” bo sama o sobie mówi „nie jestem ziemską istotą”.
„Chcę się upić tobą, zjednoczyć z tobą,
Spłonąć z tobą” – odpowiada księże.
Dość znaczące jest, że zwrot „upić się” może być stosowany równie dobrze w stosunku do miłości, jak i władzy. To tak, jakby książę mówił: „Jestem taki sam jak ty, chcę się z tobą zjednoczyć, razem będziemy na szczycie. W niemieckiej wersji pełnej aluzji seksualnych on tu nie wykazuje żadnych chęci do odbierania jej dziewictwa. Raczej ubiera jej suknię ślubną. „Zjednoczyć się” jest tu interpretowane nie w sensie stosunku, ale połączenia dusz i panowania. Turandot opiera się, ale daje sobie założyć suknię ślubną. I kiedy Calaf ją całuje, pada w jego ramiona, choć sama nie wie, czemu to robi. „ Więc stało się, przegrałam?”; „Hańba i wstyd”. Ona ulega, zakłada suknię ślubną, oddaje pocałunek, ale nie wie czemu. I wtedy książę zdradza jej swoje imię. Tak jakby pokazywał jej lustro, mówiąc: „Spójrz na mnie, Turandot, poznaj mnie, jestem taki jak ty”. Calaf kocha szczerze Turandot, kocha ją, bo ona jest taka jak on, ona jest władzą. Nie tylko w sensie otrzymania wraz z jej ręką królestwa.
Samo zakończenie, dopisane już po śmierci autora, jest jak dla mnie słodkawe i mdłe. Turandot mówi, że imię zwycięskiego zalotnika to Miłość – i zapewne żyją długo i szczęśliwie, płodząc licznych dziedziców dynastii. Bałam się tego.
Tylko nagle zauważyłam coś porażająco niepokojącego. Oni sobie stoją, gadając o miłości, a nad nimi wisi trup Liu. Po drugiej stronie sceny leży z butelką alkoholu ojciec księcia. Jak to tak? Miłość, wyznania, a trupy wokoło, i nic? Bardzo to niepokojące. Znaczy to, że oni się nie liczą z nikim, zdepczą na swojej drodze wszystko. Ta miłość jest już wtedy zaprawiona czymś gorzkim i strasznym.
Tutaj, bez żadnych ingerencji w tekst oryginału, dzieje się coś zupełnie innego niż w klasycznym zakończeniu. Tak, jego imię to Miłość. Calaf i Turandot stają razem na scenie, biorą się za ręce, a ojciec-cesarz i dworzanie im gratulują. A potem główni bohaterowie biorą noże i zaczyna się rzeź. Turandot morduje swojego ojca, Calaf swojego. Oczywiście Turandot nie musiała tego zrobić, żeby otrzymać władzę. Ale mogła to zrobić i na tym ta władza polegała. Ojciec sam jej się wyparł. Calaf nie musiał zabijać Timura. Tym mordem odcina się od tamtego byle jakiego życia. To jest złamanie największego tabu, własnoręczny mord na własnych rodzicach to ich ślubowanie. Podobno nic tak nie łączy, jak wspólna zbrodnia. Jeżeli razem zdobyli się na to, zdobędą się na wszystko. Są jak państwo Makbet, tyle że ich nie dotkną wyrzuty sumienia ani szaleństwo.
W tym wykonaniu to nie jest sztuka o miłości. To dramat władzy i zatracenia. Władzy nie tyle politycznej, ile etycznej. Turandot i Calaf stali się nadludźmi. Przypomniały mi się słowa pewnego notabene Niemca : „Ze wszystkiego, co napisano, to tylko miłuję, co ktoś pisze własną krwią. Pisz krwią, a doświadczysz, że krew jest duchem (...) Albowiem taka jest prawda: odszedłem z domu uczonych i jeszcze drzwi zatrzasnąłem za sobą. Zbyt długo dusza moja głodowała przy ich stole; nie jestem tak jak oni wyćwiczony w poznawaniu niczym w rozgryzaniu orzechów. Wolność miłuję i powietrze ponad rześką ziemią”.
I jeszcze ten sam pan, choć z innego dzieła: „Co jest dobre? – Wszystko, co uczucie mocy, wolę mocy, moc samą w człowieku podnosi. Co jest złe? – Wszystko, co z słabości pochodzi. Co jest szczęściem? – Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór”.
Niektórzy zastanawiają się, po co takie wydziwianie w teatrze? Czy nie można klasycznie, po bożemu, Turandot w Chinach, Holendra na morzu? Ano to wydziwianie po to, żeby wyciągnąć ze sztuki coś nowego – w granicach logicznej interpretacji. Pokazać, że treść, przekaz, archetyp jest ciągle ten sam niezależnie od scenografii. Opera, sztuka czy książka to jest plastyczny materiał, z którym można bardzo wiele zrobić. Dobra sztuka powinna być jak ciasto – spójna i smaczna (ciasto i ścieg mają być spójne, według słów pewnej divy). Wszystkie te udziwnienia są nie tyle kontrowersyjnym dodatkiem, który ma tylko szokować, ale są kolejnymi kanałami przekazu, które podkreślają jakiś trop interpretacyjny. Oczywiście nie zawsze łatwo się przestawić. Większość odbiorców (ze mną włącznie) jest jak inżynier Mamoń – lubi to, co zna. Ja lubię teatr, więc muzykę puszczam mimo uszu, zawodowi muzycy będą psioczyć na udziwnienia. Chodzi nie tyle o to, żeby na trzy-cztery zmieniać gust, ale żeby być w pewnym zakresie otwartym. Obserwować i myśleć. I dlatego następny spektakl muzycznie i klasycznie. W Wiedniu.
Przy okazji dziękuję Babilasom, że mnie zabrały. I Aniołakowi za rozmowę o Turandot, cenne uwagi i drogę.
Mrauk
niedziela, 7 września 2008
Sezon. Na łosia.
Sezon jesienny rozpoczęty. Czekają rzeczy przyjemne i nieprzyjemne.
Rozpoczęty awanturą w rodzinie. Bawi mnie jak ludzie nie wierzą, oni są aż tak porąbani. I muszą jak Fi lub Przem troszkę posłuchać lub zobaczyć żeby uwierzyć. Już się nie przejmuję i zostają tylko potem dziwne sny z dużą dawką agresji, ohydy i strychów. I rzeczy które zostają na dnie pamięci z tamtych czasów.
Sezon ma kilka rzeczy paskudnych i trudnych i kilak fajnych. Nie fajne to powrót do pracy ( ja się nie nadaję do wstawania i etatowej pracy w biurze) i oddawanie Natalii do Przedszkola. Będę kombinować jak koń pod górkę z etatem 35 h żeby jakoś ją odbierać przed drzemką choć będzie mnie to kosztować 3 dni wstawania 5:30 i wychodzenia o 6. I kolejne dwa dni siedzenia po 10 godzin. Zobaczymy. Twardym trza być nie miętkim.
Na plus: Fajności (-;
13 września Turandot (Berlninie na nowocześnie)
Jakoś we wrześniu – sesja ars magica
26 października Faust Wiedeń
11 Listopad – Upiór Opery na baletowo – Praga
29 listopad – Biesy Teatr STU w Krakowie
06 12 - mikołajki folkowe Lublin
Grudzień – święta tylko dla nas
(-; No to da się żyć ogólnie, nie?
Rozpoczęty awanturą w rodzinie. Bawi mnie jak ludzie nie wierzą, oni są aż tak porąbani. I muszą jak Fi lub Przem troszkę posłuchać lub zobaczyć żeby uwierzyć. Już się nie przejmuję i zostają tylko potem dziwne sny z dużą dawką agresji, ohydy i strychów. I rzeczy które zostają na dnie pamięci z tamtych czasów.
Sezon ma kilka rzeczy paskudnych i trudnych i kilak fajnych. Nie fajne to powrót do pracy ( ja się nie nadaję do wstawania i etatowej pracy w biurze) i oddawanie Natalii do Przedszkola. Będę kombinować jak koń pod górkę z etatem 35 h żeby jakoś ją odbierać przed drzemką choć będzie mnie to kosztować 3 dni wstawania 5:30 i wychodzenia o 6. I kolejne dwa dni siedzenia po 10 godzin. Zobaczymy. Twardym trza być nie miętkim.
Na plus: Fajności (-;
13 września Turandot (Berlninie na nowocześnie)
Jakoś we wrześniu – sesja ars magica
26 października Faust Wiedeń
11 Listopad – Upiór Opery na baletowo – Praga
29 listopad – Biesy Teatr STU w Krakowie
06 12 - mikołajki folkowe Lublin
Grudzień – święta tylko dla nas
(-; No to da się żyć ogólnie, nie?
Etykiety:
Codzienności wombacie,
jesień
sobota, 6 września 2008
Okno
Apropos wczorajszego posta. Skoro mam zdolności " Naturalist" to z pasją bawię się w ziemi. Przesadzam, robię szczepki, ogólnie kwiecę. A jako efekt okno w kuchni.
W akcie gorzkiej ironii nad moim nieudanym życiem zawodowym zastanawiałam się co można robić mając zdolności " Naturalist, Verbal, Interpersonal" - Można być akwizytorem ekologicznych nawozów rolniczych. Kinestetic tez 40% wiec dawaj taczkę z obornikiem i verbalnie chłopstwo przekonywać. Hmmm, tylko czy to jest to co chce robić...
A oto moje okno.
W akcie gorzkiej ironii nad moim nieudanym życiem zawodowym zastanawiałam się co można robić mając zdolności " Naturalist, Verbal, Interpersonal" - Można być akwizytorem ekologicznych nawozów rolniczych. Kinestetic tez 40% wiec dawaj taczkę z obornikiem i verbalnie chłopstwo przekonywać. Hmmm, tylko czy to jest to co chce robić...
A oto moje okno.
piątek, 5 września 2008
Już po wakacjach. Hardkon i Jawornik minęły dobrze. Mnóstwo drobnych szczegółów, rozmów smaków. Fafle, gorzka różnica między kochaniem i zakochaniem ( do dziś odbija mi sie czkawką moralną), jedna większa awantura, i kilak dobrych rozmów. Czas blisko kocura i widok Natalisa szczęśliwego.
Teraz Natalis w przedszkolu. Znosi to źle. Ja jeszcze gorzej. Raz że tęsknię, a dwa to kiedy wiedzę że jej tam niefajnie to mam ochotę zadusić te wszystkie bachory i panie, które sprawiają ze płacze. Staram się być rozsądna. Tym niemniej kiedy usłyszałam że „ Natalis jest uparty i nie da mu się nic wytłumaczyć i walnął panią łyżką” poczułam przyjemne łechtanie, że ma moje geny. Lepiej to niż żebym słyszała że jest grzeczna i da ze sobą zrobić wszystko.
Zbieram się do życia. I do napisania pewnego ważnego listu. Trzeba się przed jesienią będzie ratować białą herbatą i wejściem w siebie. Usiłuję medytować, ale boję się, że kiedy się zatrzymam rozpadnę się na tysiąc kawałków.
Czytam: Helen Oyeyemi „Mała Ikar”
Słucham: Cezarea Evora
Oglądam: Casablanka ( bardzo zabawny film, wcale nie smutny. Jaka ze mnie cyniczna suka się zrobiła).
Teraz Natalis w przedszkolu. Znosi to źle. Ja jeszcze gorzej. Raz że tęsknię, a dwa to kiedy wiedzę że jej tam niefajnie to mam ochotę zadusić te wszystkie bachory i panie, które sprawiają ze płacze. Staram się być rozsądna. Tym niemniej kiedy usłyszałam że „ Natalis jest uparty i nie da mu się nic wytłumaczyć i walnął panią łyżką” poczułam przyjemne łechtanie, że ma moje geny. Lepiej to niż żebym słyszała że jest grzeczna i da ze sobą zrobić wszystko.
Zbieram się do życia. I do napisania pewnego ważnego listu. Trzeba się przed jesienią będzie ratować białą herbatą i wejściem w siebie. Usiłuję medytować, ale boję się, że kiedy się zatrzymam rozpadnę się na tysiąc kawałków.
Czytam: Helen Oyeyemi „Mała Ikar”
Słucham: Cezarea Evora
Oglądam: Casablanka ( bardzo zabawny film, wcale nie smutny. Jaka ze mnie cyniczna suka się zrobiła).
niedziela, 27 lipca 2008
Ślub
Byliśmy na weselu. Takim prawdziwym wiejskim weselu z bimbrem i prosiakiem pieczonym zamiast tortu. Plus przekonałam się że mój ojciec ma rodzinę – i to całkiem sympatyczną.. Fajne było, sympatyczni ludzie i bardzo fajnie się z kocurem bawiłam. Wszystkie dobre życzenia i myśli dzisiaj dla młodej pary! Nich im będzie ze sobą dobrze.
Tylko, że zdałam sobie sprawę, że gdybym tego ślubu nie brała te sześć lat temu to bym teraz się na niego za chińskiego boga nie zgodziła. Sama obecność w kościele moich rodziców była co najmniej krępująca. Perspektywa tego, ze miałabym przysięgać coś ważnego a potem jeść i bawić się w towarzystwie całej rodziny była wstrząsająca. Jak ja mogłam to znieść? Nie mam ze swoim ślubem jakich niemiłych wspomnień ( wręcz przeciwnie) i dziwię się jak mogłam tak bezboleśnie przejść przez coś tak przerażającego. Może przez te lata zupełnie odcięłam się od swojej generacyjnej rodziny – do tego stopnia, że nie są mi obojętni ale budzą we mnie atak histerii.
Być może mogłabym żyć z kocurem jako panna. Być może ( i bardziej prawdopodobne) byłby ślub gdzieś w Bieszczadach dla nas i małej grupki znajomych. Nie wiem co się we mnie zmieniło. Czy miałam może kiedyś jakąś iluzję że są fajni, czy tak bardzo marzyłam, żeby byli, czy może przez te lata stałam się bardziej krytyczna i zamknięta w sobie. Może jeszcze bardziej znienawidziłam socjomatrixu – bo bycie Żoną i Matką zupełnie nic nic znaczy. Bycie z Kocurem i Natalią znaczy natomiast Wszystko.
Nie mieliśmy niestety aparatu na ślubie wiec w ramach ilustracji i wspomnień nasze zdjęcie. Bo co raz odkrywam, ze Kocur jest najwspanialszym mężczyzna na ziemi.
Tylko, że zdałam sobie sprawę, że gdybym tego ślubu nie brała te sześć lat temu to bym teraz się na niego za chińskiego boga nie zgodziła. Sama obecność w kościele moich rodziców była co najmniej krępująca. Perspektywa tego, ze miałabym przysięgać coś ważnego a potem jeść i bawić się w towarzystwie całej rodziny była wstrząsająca. Jak ja mogłam to znieść? Nie mam ze swoim ślubem jakich niemiłych wspomnień ( wręcz przeciwnie) i dziwię się jak mogłam tak bezboleśnie przejść przez coś tak przerażającego. Może przez te lata zupełnie odcięłam się od swojej generacyjnej rodziny – do tego stopnia, że nie są mi obojętni ale budzą we mnie atak histerii.
Być może mogłabym żyć z kocurem jako panna. Być może ( i bardziej prawdopodobne) byłby ślub gdzieś w Bieszczadach dla nas i małej grupki znajomych. Nie wiem co się we mnie zmieniło. Czy miałam może kiedyś jakąś iluzję że są fajni, czy tak bardzo marzyłam, żeby byli, czy może przez te lata stałam się bardziej krytyczna i zamknięta w sobie. Może jeszcze bardziej znienawidziłam socjomatrixu – bo bycie Żoną i Matką zupełnie nic nic znaczy. Bycie z Kocurem i Natalią znaczy natomiast Wszystko.
Nie mieliśmy niestety aparatu na ślubie wiec w ramach ilustracji i wspomnień nasze zdjęcie. Bo co raz odkrywam, ze Kocur jest najwspanialszym mężczyzna na ziemi.
niedziela, 20 lipca 2008
Karta Praw Bohatera Literackiego
Zastanawia mnie pewna kwestia. Właściwie to myślałam już o tym kiedy pisałam fanfiction i kiedy próbowałam się w swoich własnych literackich wypocinach. Mianowicie:
Czy bohater literacki ma prawo być szczęśliwy?
Albo:
Czy autor ma prawo napisać happy end.
Dotychczas byłam zdania że jeżeli autor umie pisać dobrze i uzasadni coś przekonywająco to ma prawo pisać co mu się żywnie podoba. Ale już w czasie kariery fanfictiopisarza zetknęłam się z tym, ze kiedy mordowałam bohaterów lub raczyłam czytelników dozą goryczy wszyscy bili brawo. A kiedy śmiałam pozwolić im na cokolwiek milszego było że kicz i kicha.
Problem powrócił kiedy jedna z moich znajomych napisała całkiem dobry i solidny kawałek prozy ( nie ff twórczość własna). I miała czelność pozwolić bohaterom żyć. Ba więcej, miała czelność zaserwować im po długich perypetiach ślub i całkiem szczęśliwe choć wcale nie nudne życie. I co? Jeden z autorytetów w dziedzinie humanistyki orzekł że wyszła z tego mieszczańska kicha ( czyli telenowela, choć nie użyto tego słowa). I tu zdziwienie. Czy mamy jako autorzy obowiązek mordować bohaterów, fundować im pełne goryczy rozstania? Czy każda próba pisania innego zakończenia jest od razu klasyfikowana jako nowela, socjomatrix i kicha.
Przejrzałam listę ulubionych książek i filmów i ze zgrozą obserwuję jak autorzy poddają się temu terrorowi.
Ja protestuję czytelnicy! To jest zniewolenie autora!
Oczywiście szczęcie opisać trudniej. Gorycz i rozpacz to brzmi lepiej i od razu ciśnie się czytelnikowi słowa „ mocne to było”. Tylko czy sztuka to za przeproszeniem kawa ekspreso że musi być mocna i basta? Noramlanie to musi być krew, zaraza i Kosiński, żeby się podobało. Może jeszcze w starszych tekstach tak tego nie pilnowano. Szekspir ośmielał się pisać komedie, a u Hugo czasem w tym całym smutku iskierka nadziei i walki o szczęcie się przewija. Teraz niestety nie – szczęcie to przeżytek i obciach.
Zawsze miałam naiwną nadzieję, że jak się pisze dobrze, można pisać co się chce. Zawsze myślałam, ze pisarz musi być obserwatorem świata. A jak to świetnie Nabokov „Life is beautiful. Life is sad. That's all you need to know.” Bo życie cholera czasem ma piękne zakończenia, czasem bardzo pokręcone, bolesne, ale bywa szczęśliwie. I jeżeli ktoś ma na tyle talentu i odwagi żeby je tak opisywać to jego prawo. Swoją drogą coraz bardziej szanuję panią Rowing za epilog do VII Harego Pottera. Naiwny może, ale ona tak tych bohaterów, tak po prostu, jak ludzi, znała i tak im życie ułożyła. Mimo że psy wieszano za niej za to okrutnie.
I w tym miejscu apeluję o poszanowanie praw Bohatera Literackiego. Dbamy o wszystkie elementy psychologicznego i fizycznego realizmu i prawdopodobieństwa książek. Wiec dajmy też im tą najbardziej podstawową motywację: dążenie do szczęścia. I choć nikłe szanse na jego osiągnięcie.
Czy bohater literacki ma prawo być szczęśliwy?
Albo:
Czy autor ma prawo napisać happy end.
Dotychczas byłam zdania że jeżeli autor umie pisać dobrze i uzasadni coś przekonywająco to ma prawo pisać co mu się żywnie podoba. Ale już w czasie kariery fanfictiopisarza zetknęłam się z tym, ze kiedy mordowałam bohaterów lub raczyłam czytelników dozą goryczy wszyscy bili brawo. A kiedy śmiałam pozwolić im na cokolwiek milszego było że kicz i kicha.
Problem powrócił kiedy jedna z moich znajomych napisała całkiem dobry i solidny kawałek prozy ( nie ff twórczość własna). I miała czelność pozwolić bohaterom żyć. Ba więcej, miała czelność zaserwować im po długich perypetiach ślub i całkiem szczęśliwe choć wcale nie nudne życie. I co? Jeden z autorytetów w dziedzinie humanistyki orzekł że wyszła z tego mieszczańska kicha ( czyli telenowela, choć nie użyto tego słowa). I tu zdziwienie. Czy mamy jako autorzy obowiązek mordować bohaterów, fundować im pełne goryczy rozstania? Czy każda próba pisania innego zakończenia jest od razu klasyfikowana jako nowela, socjomatrix i kicha.
Przejrzałam listę ulubionych książek i filmów i ze zgrozą obserwuję jak autorzy poddają się temu terrorowi.
Ja protestuję czytelnicy! To jest zniewolenie autora!
Oczywiście szczęcie opisać trudniej. Gorycz i rozpacz to brzmi lepiej i od razu ciśnie się czytelnikowi słowa „ mocne to było”. Tylko czy sztuka to za przeproszeniem kawa ekspreso że musi być mocna i basta? Noramlanie to musi być krew, zaraza i Kosiński, żeby się podobało. Może jeszcze w starszych tekstach tak tego nie pilnowano. Szekspir ośmielał się pisać komedie, a u Hugo czasem w tym całym smutku iskierka nadziei i walki o szczęcie się przewija. Teraz niestety nie – szczęcie to przeżytek i obciach.
Zawsze miałam naiwną nadzieję, że jak się pisze dobrze, można pisać co się chce. Zawsze myślałam, ze pisarz musi być obserwatorem świata. A jak to świetnie Nabokov „Life is beautiful. Life is sad. That's all you need to know.” Bo życie cholera czasem ma piękne zakończenia, czasem bardzo pokręcone, bolesne, ale bywa szczęśliwie. I jeżeli ktoś ma na tyle talentu i odwagi żeby je tak opisywać to jego prawo. Swoją drogą coraz bardziej szanuję panią Rowing za epilog do VII Harego Pottera. Naiwny może, ale ona tak tych bohaterów, tak po prostu, jak ludzi, znała i tak im życie ułożyła. Mimo że psy wieszano za niej za to okrutnie.
I w tym miejscu apeluję o poszanowanie praw Bohatera Literackiego. Dbamy o wszystkie elementy psychologicznego i fizycznego realizmu i prawdopodobieństwa książek. Wiec dajmy też im tą najbardziej podstawową motywację: dążenie do szczęścia. I choć nikłe szanse na jego osiągnięcie.
sobota, 19 lipca 2008
Nienajlepiej
Nosił wilka razy kilka, ponieśli i wilka.
Trudno że boli, twardym trzeba być. Dusza nie szklanka się nie rozbije.
Chyba.
Zresztą czego ja się spodziewałam. To teraz łopatka i mach-mach wygrzebywać się z dołka.
Kiedyś ktoś bliski dał mi płytę z tym kawałkiem. To teraz mam jak znalazł. Pieprzona ironia losu. Cholera.
A boli jak jasna cholera. I nawet nie wiadomo co, bo nic się w sumie nie stało. W sumie.
Trudno że boli, twardym trzeba być. Dusza nie szklanka się nie rozbije.
Chyba.
Zresztą czego ja się spodziewałam. To teraz łopatka i mach-mach wygrzebywać się z dołka.
Kiedyś ktoś bliski dał mi płytę z tym kawałkiem. To teraz mam jak znalazł. Pieprzona ironia losu. Cholera.
A boli jak jasna cholera. I nawet nie wiadomo co, bo nic się w sumie nie stało. W sumie.
poniedziałek, 14 lipca 2008
Wróconam z 8 dni w Bieszczadach. Zupełnie dziwny wyjazd. Szliśmy od Cisnej przez Wolę Michową ( troszkę kolejką bieszczadzką) do Łupkowa, potem 3 dno w Łupkowie, na Jaworzec, do bacówki w zapominanych wsiach w dolinie Sanu i do Wetliny. Trochę stopem (Łaz to jednak niezawodna maszyna), potkaliśmy tropy niedźwiedzia, szliśmy w burzy i gradzie.
I zawsze wracam z tym samym. Ze świadomością, że cały czas żyję w jakimś depresyjnym śnie, w robieniu wszystkiego na pół gwizdka, że budzę się dopiero jak mam niebo gwiaździste nad sobą, ciszę, deszcz czysty, wiatr we włosach. Bieszczady to jest jakiś dziwny fenomen, kraj wyludniony, zamieszkałe przez zwierzęta cmentarzysko kultur i historii. Pełne dziwnych ludzi których nie wiadomo czemu tu przygnał los. Przy okazji kupiłam świetną książkę o tychże Zakapiorach Bieszczadzkich, którzy przez ostanie 30 lat tworzą historię tego miejsca.
I przez cały czas na szlaku przewijały mi się w głowie jak na filmie wiersze Leśmiana i Harasymowicza.
Poistniały czerwienie na niebiosów uboczu -
Poistniały dla nikogo, samym sobie raczej - wbrew...
I nie umiem powiedzieć, skąd uległość mych oczu
Tym zarysom drzew na chmurze... Trzebaż oczom takich drzew?...
Wiem, że muszę wypatrzeć w nicość śniącą się drogę.
Odchodzimy gdzieś co chwila i co chwila brak nam lic...
I nie mogę cię pieścić i nie pieścić nie mogę -
Tylko patrzę w zmierzch za tobą i nie pragnę widzieć nic.
I jeszcze to:
Tańczył
Tańczył stary buk
Jednooki
Z siedmioma rękami
Wzniesionymi w górę
Tańczył i runął
Uniosłem ręce
Tańczę
Tańczę
Pęka serce
Sypią się wiersze
I marzenie
Upaść jak tamten
W tańcu
Razem z górami
Na oczy położą się
Czerwone listki
Krajobrazów
Ciało poniosą chmury
Pochowa mnie
Góra
I wszystkie modlitwy
Szepty liści wygasłych
I cała muzyka
Późny
Jesienny grom
Nad Rawką
Pochowa mnie góra
Zarośnie las
I to…
Oto cmentarz
zielem zarosły
Oto poręba
po krzyżach zwalonych
wiatrołom
świętego drzewa
Oto cmentarze Łemków
w Złockiem
w Szczawniku
w Leluchowie
Oto śpią na podłodze
dawno już spróchniałej
bez krzyża nad głową
Fiłypy
Nykyfory
Harasymy
jesień im tylko
ostu zapala
świecę
liści szumi
wieniec
czort niepotrzebny
wilkiem w zarośla
czmycha




I zawsze wracam z tym samym. Ze świadomością, że cały czas żyję w jakimś depresyjnym śnie, w robieniu wszystkiego na pół gwizdka, że budzę się dopiero jak mam niebo gwiaździste nad sobą, ciszę, deszcz czysty, wiatr we włosach. Bieszczady to jest jakiś dziwny fenomen, kraj wyludniony, zamieszkałe przez zwierzęta cmentarzysko kultur i historii. Pełne dziwnych ludzi których nie wiadomo czemu tu przygnał los. Przy okazji kupiłam świetną książkę o tychże Zakapiorach Bieszczadzkich, którzy przez ostanie 30 lat tworzą historię tego miejsca.
I przez cały czas na szlaku przewijały mi się w głowie jak na filmie wiersze Leśmiana i Harasymowicza.
Poistniały czerwienie na niebiosów uboczu -
Poistniały dla nikogo, samym sobie raczej - wbrew...
I nie umiem powiedzieć, skąd uległość mych oczu
Tym zarysom drzew na chmurze... Trzebaż oczom takich drzew?...
Wiem, że muszę wypatrzeć w nicość śniącą się drogę.
Odchodzimy gdzieś co chwila i co chwila brak nam lic...
I nie mogę cię pieścić i nie pieścić nie mogę -
Tylko patrzę w zmierzch za tobą i nie pragnę widzieć nic.
I jeszcze to:
Tańczył
Tańczył stary buk
Jednooki
Z siedmioma rękami
Wzniesionymi w górę
Tańczył i runął
Uniosłem ręce
Tańczę
Tańczę
Pęka serce
Sypią się wiersze
I marzenie
Upaść jak tamten
W tańcu
Razem z górami
Na oczy położą się
Czerwone listki
Krajobrazów
Ciało poniosą chmury
Pochowa mnie
Góra
I wszystkie modlitwy
Szepty liści wygasłych
I cała muzyka
Późny
Jesienny grom
Nad Rawką
Pochowa mnie góra
Zarośnie las
I to…
Oto cmentarz
zielem zarosły
Oto poręba
po krzyżach zwalonych
wiatrołom
świętego drzewa
Oto cmentarze Łemków
w Złockiem
w Szczawniku
w Leluchowie
Oto śpią na podłodze
dawno już spróchniałej
bez krzyża nad głową
Fiłypy
Nykyfory
Harasymy
jesień im tylko
ostu zapala
świecę
liści szumi
wieniec
czort niepotrzebny
wilkiem w zarośla
czmycha




sobota, 28 czerwca 2008
Ciepło i warzywa to raz.
Dwa to wyjazdy, a właściwie praca poprzetykana wyjazdami, żeby jedno i drugie upchnąć. Były 4 dni w Londynie. Cudowny, niesamowity czas. Pozostaje wciąż w nastroju zauroczenia i zakochania. Z bardzo różnych względów jeden z najbardziej udanych wyjazdów, bardzo bliski, zaczarowany, pełny cudownych miejsc. I jeszcze spełnione pewne marzenie sprzed lat.


Pewnie w lipcu, za tydzień wybieramy się za plackiem w Bieszczady ( lub Beskid Niski). Potem może Poznań na weekend, Hardkon, Jawornik. Ogólnie poprztykane jak ciasto rodzynkami. Trzeba się w życiu rozpieszczać, a co!
Co do pracy to podejście pewnego naszego klienta nie przestaje mnie zadziwiać. A zawsze myślałam, że to ja mam bałagan.
Dwa to wyjazdy, a właściwie praca poprzetykana wyjazdami, żeby jedno i drugie upchnąć. Były 4 dni w Londynie. Cudowny, niesamowity czas. Pozostaje wciąż w nastroju zauroczenia i zakochania. Z bardzo różnych względów jeden z najbardziej udanych wyjazdów, bardzo bliski, zaczarowany, pełny cudownych miejsc. I jeszcze spełnione pewne marzenie sprzed lat.
Pewnie w lipcu, za tydzień wybieramy się za plackiem w Bieszczady ( lub Beskid Niski). Potem może Poznań na weekend, Hardkon, Jawornik. Ogólnie poprztykane jak ciasto rodzynkami. Trzeba się w życiu rozpieszczać, a co!
Co do pracy to podejście pewnego naszego klienta nie przestaje mnie zadziwiać. A zawsze myślałam, że to ja mam bałagan.
środa, 11 czerwca 2008
Londyn
To jadę. Jutro rano.Zobaczyć jak Oni to zrobili. Wysmażę recenzję. To jutro o tej porze na Piccadilly Circus, Fidelio? Hasta pronto!
Wybór, czyli feministki na marsa, księża na księżyc.
Kot jest zły. Wkurza mnie głupota ludzka posunięta do absurdu. Głupota która szkodzi. Pisałam już w ty temacie jakiś czas temu ale mam wielką ochotę wyrzucić z siebie kilka spraw nie tylko trud Fi przez kominek.
Cała Polska żyje ostatnio sprawą 14-stolatki w ciąży. I absolutnie wszyscy wycierają sobie tym mordę do celów politycznych. I Kościół i SLD. Jest to żenujące i śmierdzi na kilometr brakiem dobrych intencji. Sprawa jest bardzo trudna i niejasna. Bo na ten przykład: Jeżeli to był gwałt, to dlaczego gwałciciel nie siedzi w więzieniu ( poprawczaku)?
Ostatnio jestem wściekle cięta i na polskie feministki i na radiomaryjny odłam kościoła. Jak niektórzy pewnie wiedzą jestem absolutnie anty-aborcyjna. W jakiś sposób uważam że uchwalony w polce kompromis jest dobry – są przypadki tak dramatyczne, że tu już jest wybór między jedną a drugą tragedią.
A teraz po kolei do obu stron ( choć zapewne obie strony boga nie czytują)
Drogie Feministki:
Obserwując waszą działalność w Polsce ma się wrażenie że poza prawem do aborcji nie macie żadnych innych postulatów. Dać kobiecie prawo do zabijania i po kłopocie. Ma wybór. Może uwinąć, albo nie – ale w drugim przypadku niech się sama o wszystko martwi. Jej wybór, nie?
Ja jestem pro choice! Za prawem do wyboru, u zgadzając się z waszą tezą że to jest „moja macica” uważam co do niej wkładam.
Pro choice to dla mnie:
- dobra rzetelna edukacja seksualna w szkołach
- refundowane środki antykoncepcyjne
- Łatwiejsza dostępność u lekarzy pigułki 24 po – na wypadek gwałtu dawnej automatycznie
- system domów samotnych matek i mądrze prowadzony system adopcyjny ( z adopcją ze wskazaniem), możliwość zostawiana dziecka w szpitalu tak żeby od razu znalazło się w rodzinie adopcyjnej
- skuteczna egzekucja alimentów
- przyjazne matkom prawo pracy
- system żłobków i przedszkoli
Bo jaki to „ choice” oferują feministki, kiedy aborcja ma być odpowiedzą na wszystkie problemy, a jak sobie urodzisz to sobie radz. Kiedy kobieta jest w rzeczywistości podstawiona pod ścianą. Czy broniąc praw kobiet nie znajcie sobie sprawy że proponując aborcje na życzenie zwalnianie panów z odpowiedzialności? „ weź się wyskrob, nie mój problem” – i zostawia to kobietę z nieprzyjemnym zabiegiem, aspektem moralnym, bólem. Przy dzisiejszych możliwościach testów ojcostwa gdyby panowie mieli podobne konsekwencje prawne/społeczne/finansowe rodzicielstwa to by wymyślili prezerwatyw których przyczepiane na stałe (-;
Historycznie szafujecie argumentami pana Boja-Żeleńskiego i Nałkowskiej – gdzie niemal widzimy sytuację beznadziejną sytuację symbolicznej „ służącej Hanki” którą zgwałcił/ zbałamucił zły pan, nie ma dostępnej aborcji i wykrwawia się po jakimś lewem zabiegu. Drogie panie, nie chodzi o to żeby owa Hanka mogła legalnie zabić dziecko, ale żeby nie miała takiej potrzeby. Żeby „ zły pan” był skazany na płacenie alimentów, a jeszcze lepiej Hanka nie musiała mu ulegać z obawy przed stratą pracy, lub gdyby chciała, wiedziała jak i mogła się zabezpieczyć.
Radiomarujne oszołomy denerwują mnie nie mniej.
Drodzy Obrońcy Życia. Macie rację w kwestii meritum choć jesteście debilami jakich mało. Przez wasze akcje już w naprawdę wstyd się przygnać że jest się pro life! Jednym efektem waszego działania będzie kompromitacja i wprowadzenie aborcji na życzenie do 22 tygodnia. Czasami myślę, że jedynym waszym celem jest znalezienie przeciwka I Wielkiego Złego Z Którym Można Walczyć, a nie rzeczywista pomoc matkom i dzieciom.
Argumenty o „ Boskim prawie” i duszy są absolutnie bez wartości bo równe prawo powinno dotyczy wszystkich obywateli nie tylko katolików. Nie stosujecie rzetelnej argumentacji uświadamiającej rozwój płodu, kiedy to młode zaczyna się poruszać, czuć, słyszeć. Nie powołujecie się na dane o stacjach kiedy dzieci czasem przeżywają 22 tygodniową aborcję. Nie mównice o tym że może powodować ona bezpłodność, że zwalnia mężczyzn z odpowiedzialności. Swoją propaganda czystości i nagonką na samotne grzesznice dzieckiem tworzycie presję do poddania się nielegalnej aborcji. Byle cicho, byle sąsiedzi nie wiedzieli.
Dlaczego przeciwnicy kary śmieci nie powołują się na argumenty świętości życia, tylko humanizmu i statystyki błędów sądów? Czy ateisty nie da się przekonać przeciwko aborcji? Moim zdaniem da się. Gdyby się nie dało, to by znaczyło, że powinna być legalna.
Byłam w ciąży. Na samym początku przeżyłam pewną historię której tu nie chcę opowiadać, a która daje mi pewne prawo moralne do dość kategorycznych sądów. Nie i koniec. To jest bardzo wczesna forma człowieka, może nie myśli tak jak dorosły, nie czuje tak ( noworodek też jeszcze jak „człowiek „ nie widzi i nie myśli – śpi i je) ale wiedziałam ze to jest Dziecko – Człowiek. Ktoś kto jest ze mnie. Ktoś z kimś jestem połączona więzami nie tyle Religi i Duszy – ale Biologii.
W tym sporze z jednej strony mamy „ embrion, zlepek komórek” a z drugiej „ dzieciątko, duszyczkę”. A nikt nie kwapi się powiedzieć, że to co jest w środku to ( niezależnie czy dusze ma czy nie – bo to kwestia wiary a nie argumentów).
W 11 – 12 tygodniu ciąży – ma 6 cm bije mu serce, kształtuje się skóra, zaczynają rosnąć paznokcie, zaczyna reagować na bodźce np. dotyk
W 15 tygodniu ciąży ( do 22 legalna aborcja w „ cywilizowanej” Europie) – ma zmysł smaku, pocztami mięśni i stawów, ma koło 10 cm porusza się i czuje dotyk.
W 20 tygodniu ciąży ma 14-16 cm, w dużym stopniu ukształtowany mózg, reaguje na bodźce, słuszny, odczuwa emocje matki
W 22 tygodniu ciąży – ma około 19 cm śni, słyszy, ssie palce, ma ukształtowaną skórę
Do mnie to przemawia bardziej niż argumenty o świętości życia.
Wszyscy jesteśmy zlepkami komórek. Różnimy się stopniem organizacji. I ja postuluję, żeby komórek które są ręką/sercem/głowę człowieka nie wyciągać skalpelem w kawałkach. Zwłaszcza ze dorośli mogą się dwa razy zastanowić zanim spowodują ze ów człowiek powstanie. Dusza i religia nie ma tu nic do tego.
Toczy się tu jakiś chory bój w którym obie strony mają gdzieś matkę i małe coś w środku. W chwili obecnej Polska ma jedne z bardziej sensownych ustaw w tej materii. I obie strony zdecydowały się to zniszczyć. A kiedy już wprowadzą nam „ oświecone” prawo ja wybiorę się pod sejm protestować. Z dwoma kobiałkami jaj – na obie strony rzucać.
Nie będę się wypowiadać o sprawie „ Agaty lat 14” bo nie wiem co się tam naprawdę stało. Morał z tej historii taki że trzeba dziecko dobrze uświadomić seksualnie. I zrobić to wcześnie. A gdyby jednak przyszło do mnie podwójne, to chciałabym żeby miała wybór. Wybór czy z moją pomocą wychować dziecko i dzielić czas miedzy nie a szkołę. Czy może urodzić i jeszcze w ciąży zastanowić się kto może je adoptować.
Cała Polska żyje ostatnio sprawą 14-stolatki w ciąży. I absolutnie wszyscy wycierają sobie tym mordę do celów politycznych. I Kościół i SLD. Jest to żenujące i śmierdzi na kilometr brakiem dobrych intencji. Sprawa jest bardzo trudna i niejasna. Bo na ten przykład: Jeżeli to był gwałt, to dlaczego gwałciciel nie siedzi w więzieniu ( poprawczaku)?
Ostatnio jestem wściekle cięta i na polskie feministki i na radiomaryjny odłam kościoła. Jak niektórzy pewnie wiedzą jestem absolutnie anty-aborcyjna. W jakiś sposób uważam że uchwalony w polce kompromis jest dobry – są przypadki tak dramatyczne, że tu już jest wybór między jedną a drugą tragedią.
A teraz po kolei do obu stron ( choć zapewne obie strony boga nie czytują)
Drogie Feministki:
Obserwując waszą działalność w Polsce ma się wrażenie że poza prawem do aborcji nie macie żadnych innych postulatów. Dać kobiecie prawo do zabijania i po kłopocie. Ma wybór. Może uwinąć, albo nie – ale w drugim przypadku niech się sama o wszystko martwi. Jej wybór, nie?
Ja jestem pro choice! Za prawem do wyboru, u zgadzając się z waszą tezą że to jest „moja macica” uważam co do niej wkładam.
Pro choice to dla mnie:
- dobra rzetelna edukacja seksualna w szkołach
- refundowane środki antykoncepcyjne
- Łatwiejsza dostępność u lekarzy pigułki 24 po – na wypadek gwałtu dawnej automatycznie
- system domów samotnych matek i mądrze prowadzony system adopcyjny ( z adopcją ze wskazaniem), możliwość zostawiana dziecka w szpitalu tak żeby od razu znalazło się w rodzinie adopcyjnej
- skuteczna egzekucja alimentów
- przyjazne matkom prawo pracy
- system żłobków i przedszkoli
Bo jaki to „ choice” oferują feministki, kiedy aborcja ma być odpowiedzą na wszystkie problemy, a jak sobie urodzisz to sobie radz. Kiedy kobieta jest w rzeczywistości podstawiona pod ścianą. Czy broniąc praw kobiet nie znajcie sobie sprawy że proponując aborcje na życzenie zwalnianie panów z odpowiedzialności? „ weź się wyskrob, nie mój problem” – i zostawia to kobietę z nieprzyjemnym zabiegiem, aspektem moralnym, bólem. Przy dzisiejszych możliwościach testów ojcostwa gdyby panowie mieli podobne konsekwencje prawne/społeczne/finansowe rodzicielstwa to by wymyślili prezerwatyw których przyczepiane na stałe (-;
Historycznie szafujecie argumentami pana Boja-Żeleńskiego i Nałkowskiej – gdzie niemal widzimy sytuację beznadziejną sytuację symbolicznej „ służącej Hanki” którą zgwałcił/ zbałamucił zły pan, nie ma dostępnej aborcji i wykrwawia się po jakimś lewem zabiegu. Drogie panie, nie chodzi o to żeby owa Hanka mogła legalnie zabić dziecko, ale żeby nie miała takiej potrzeby. Żeby „ zły pan” był skazany na płacenie alimentów, a jeszcze lepiej Hanka nie musiała mu ulegać z obawy przed stratą pracy, lub gdyby chciała, wiedziała jak i mogła się zabezpieczyć.
Radiomarujne oszołomy denerwują mnie nie mniej.
Drodzy Obrońcy Życia. Macie rację w kwestii meritum choć jesteście debilami jakich mało. Przez wasze akcje już w naprawdę wstyd się przygnać że jest się pro life! Jednym efektem waszego działania będzie kompromitacja i wprowadzenie aborcji na życzenie do 22 tygodnia. Czasami myślę, że jedynym waszym celem jest znalezienie przeciwka I Wielkiego Złego Z Którym Można Walczyć, a nie rzeczywista pomoc matkom i dzieciom.
Argumenty o „ Boskim prawie” i duszy są absolutnie bez wartości bo równe prawo powinno dotyczy wszystkich obywateli nie tylko katolików. Nie stosujecie rzetelnej argumentacji uświadamiającej rozwój płodu, kiedy to młode zaczyna się poruszać, czuć, słyszeć. Nie powołujecie się na dane o stacjach kiedy dzieci czasem przeżywają 22 tygodniową aborcję. Nie mównice o tym że może powodować ona bezpłodność, że zwalnia mężczyzn z odpowiedzialności. Swoją propaganda czystości i nagonką na samotne grzesznice dzieckiem tworzycie presję do poddania się nielegalnej aborcji. Byle cicho, byle sąsiedzi nie wiedzieli.
Dlaczego przeciwnicy kary śmieci nie powołują się na argumenty świętości życia, tylko humanizmu i statystyki błędów sądów? Czy ateisty nie da się przekonać przeciwko aborcji? Moim zdaniem da się. Gdyby się nie dało, to by znaczyło, że powinna być legalna.
Byłam w ciąży. Na samym początku przeżyłam pewną historię której tu nie chcę opowiadać, a która daje mi pewne prawo moralne do dość kategorycznych sądów. Nie i koniec. To jest bardzo wczesna forma człowieka, może nie myśli tak jak dorosły, nie czuje tak ( noworodek też jeszcze jak „człowiek „ nie widzi i nie myśli – śpi i je) ale wiedziałam ze to jest Dziecko – Człowiek. Ktoś kto jest ze mnie. Ktoś z kimś jestem połączona więzami nie tyle Religi i Duszy – ale Biologii.
W tym sporze z jednej strony mamy „ embrion, zlepek komórek” a z drugiej „ dzieciątko, duszyczkę”. A nikt nie kwapi się powiedzieć, że to co jest w środku to ( niezależnie czy dusze ma czy nie – bo to kwestia wiary a nie argumentów).
W 11 – 12 tygodniu ciąży – ma 6 cm bije mu serce, kształtuje się skóra, zaczynają rosnąć paznokcie, zaczyna reagować na bodźce np. dotyk
W 15 tygodniu ciąży ( do 22 legalna aborcja w „ cywilizowanej” Europie) – ma zmysł smaku, pocztami mięśni i stawów, ma koło 10 cm porusza się i czuje dotyk.
W 20 tygodniu ciąży ma 14-16 cm, w dużym stopniu ukształtowany mózg, reaguje na bodźce, słuszny, odczuwa emocje matki
W 22 tygodniu ciąży – ma około 19 cm śni, słyszy, ssie palce, ma ukształtowaną skórę
Do mnie to przemawia bardziej niż argumenty o świętości życia.
Wszyscy jesteśmy zlepkami komórek. Różnimy się stopniem organizacji. I ja postuluję, żeby komórek które są ręką/sercem/głowę człowieka nie wyciągać skalpelem w kawałkach. Zwłaszcza ze dorośli mogą się dwa razy zastanowić zanim spowodują ze ów człowiek powstanie. Dusza i religia nie ma tu nic do tego.
Toczy się tu jakiś chory bój w którym obie strony mają gdzieś matkę i małe coś w środku. W chwili obecnej Polska ma jedne z bardziej sensownych ustaw w tej materii. I obie strony zdecydowały się to zniszczyć. A kiedy już wprowadzą nam „ oświecone” prawo ja wybiorę się pod sejm protestować. Z dwoma kobiałkami jaj – na obie strony rzucać.
Nie będę się wypowiadać o sprawie „ Agaty lat 14” bo nie wiem co się tam naprawdę stało. Morał z tej historii taki że trzeba dziecko dobrze uświadomić seksualnie. I zrobić to wcześnie. A gdyby jednak przyszło do mnie podwójne, to chciałabym żeby miała wybór. Wybór czy z moją pomocą wychować dziecko i dzielić czas miedzy nie a szkołę. Czy może urodzić i jeszcze w ciąży zastanowić się kto może je adoptować.
Etykiety:
Femiznim,
O Świecie marudzenie
niedziela, 8 czerwca 2008
2:0 BU
Graliśmy jak nigdy, skończyło się jak zwykle.
Pisałam już to kiedyś: Oglądanie polskiej reprezentacji przypomina zaburzenia orgazmu: już, już, już, juz, prawie...i nic. Cholera oni naprawdę fajnie grali, i walecznie. Tylko skutek nie ten. SZLAG!
Btw cała sytuacja może być wynikiem interwencji pewnej niedouczonej wiedzmy, która rzuciła czar „ Niech Polak strzeli gola” No i strzelił: Podolski. Niech go dunder świśnie.
( Kot Ómiera – po meczu w I programie polskiego radia, relacji z czuba. II połowa na słuchawce z Babilasami a w tle rmf classic Cyganeria. Włochy normalnie: na obiad spagetti a potem mecz i opera. Tylko wynik nie ten)
Panu Kubicy gratulujemy.
Pisałam już to kiedyś: Oglądanie polskiej reprezentacji przypomina zaburzenia orgazmu: już, już, już, juz, prawie...i nic. Cholera oni naprawdę fajnie grali, i walecznie. Tylko skutek nie ten. SZLAG!
Btw cała sytuacja może być wynikiem interwencji pewnej niedouczonej wiedzmy, która rzuciła czar „ Niech Polak strzeli gola” No i strzelił: Podolski. Niech go dunder świśnie.
( Kot Ómiera – po meczu w I programie polskiego radia, relacji z czuba. II połowa na słuchawce z Babilasami a w tle rmf classic Cyganeria. Włochy normalnie: na obiad spagetti a potem mecz i opera. Tylko wynik nie ten)
Panu Kubicy gratulujemy.

