poniedziałek, 28 maja 2012

Układy i znajomości


Teraz o dwóch sprawach. Jedna sprawiła, że ręce opadły, druga mnie potężnie zirytowała.

Pierwsza wiadomość, to że Natalka zdała egzamin do szkoły muzycznej. Chciała. Fajnie. Bez łapówek i koneksji. Prawda, że rok już grała w stowarzyszeniu przy Szkole Muzycznej i już ją tam znali, ale sama sobie na to zapracowała. Jeżeli to jej pomogło, to już jest jej praca i jej zasługa. Ja nikogo o nic nie prosiłam.

I przy tej okazji usłyszałam od moich rodziców „ Że ty też zdawałaś, ale się nie dostałaś, bo nie daliśmy ł a p ó w k i'. Pamiętam mój egzamin jakby to było wczoraj. Napieraj mnie tygodniami straszyli, że „Jak zdam to się skończy leniuchowanie i już mi tam dają popalić, nauczą dyscypliny i będę musiała ćwiczyć”. A potem dziecka, które nigdy nie chodziło do przedszkola nikt nie nauczył żadnej piosenki. Jak miałam zaśpiewać? Powiedziałam że nie umiem żadnej. Pani zachęciła, że może przynajmniej „Wlazł kotek na płotek”. To znałam, ale mając w pamięci groźbę, że „tu mnie nuczą moresu” milczałam jak grób. No i się nie dostałam. A teraz jest wersja, że dlatego, że łapówki nie dali. Cokolwiek by mówić o moich rodzicach, to porządni i pracowici ludzie, ale ich zdolności społeczne są równe zeru. Nie nauczyć dziecka prostej piosenki, a potem szukać winnych w korupcyjnym układzie.

No i komentarz teścia na wieść o egzaminach Nataki „ To może znacie, tam wiecie kogo trzeba, kto tam jest nad tą szkołą”. Nie znamy i znać nie chcemy.

Ręce opadają.


Druga historia. Od października wybieram się na podyplomowe studia „Terapia pedagogiczna” W wieku lat trzydziestu...plus lat się przekwalifikowuję. Na psychologa szkolnego lub pedagoga. I znajoma nauczycielka zaczyna biadolenie, że do szkoły gdzie pracuje (w której psycholog jest rodem z epoki neolitu) mam nawet dokumentów nie składać, bo na pewno już jest jakiś znajomy na to miejsce jest. W ogóle mam w szkole nie szukać żadnej bo to tylko znajomości to szkoda czasu szukać. Mogę sobie zapotnieć. A najlepiej siedzieć w domu do starości. Bo pracy bez znajomości nie znajdziesz. Nie warto próbować.

Cudowna polska mentalność. To nie politycy są winni korupcji, ale zwykli ludzie. Tacy, którzy nawet nie próbuję inaczej. Którzy, takie zwyczaje przekazują swoim dzieciom ( dla ich dobra). Czyżby próba samousprawiedliwienia osób, które same przez łapówki coś sobie załatwiły?

A i jeszcze chce wydać powieść. Bez wujka w wydawnictwie. I sądząc po ostatniej wymianie maili to jak wprowadzę sto poprawek to może się udać.

Ogólnie szczam na to. Szczam na znajomości i układy. Na studia dzienne dostałam się bez łapówki, pracę tak samo znalazłam. I mam zamiar się dokształcać i znaleźć ją teraz w szkole. Po prostu robić swoje najlepiej jak się da. I mieć trochę szczęścia. Innego wyjścia nie widzę. 

 A to hit sprzed dobrych kilku lat ze Sierra Leone. Pamiętam, że wtedy tam to wszyscy nucili. Z dedykacją dla tych, którzy uważają że się inaczej nie da.  



( A z zupełnie innej beczki: lista obecności. Odkryłam ostatnio na blogerze że widzę z jakiego kraju kto do wombaciego grajdołka zagląda.  Katar się domyślam kto, ale mogę się mylić. Jeżeli to ta osoba, to pozdrawiam. Czechy i Szwecja to wiem i śle pozdrowienia. Ale Rosja i USA niech się odmeldują jeżeli mają ochotę, bo nie poznaję (-;   ) 

piątek, 25 maja 2012

Bzyt.

To jest Bzyt. Bzyt jest broszką, pszczoło-osą, która robi zielony, przeźroczysty lub biały miód. Zrobiła go moja córka. Przypomina mi jak cudownie być mamą i potrafi dziabnąć, kiedy przestaje być fajną mamą (-; Jestem z nim w wielkiej przyjaźni i jestem z niego dumna.
Projekt inspirowany świetną książeczką Wyszywanki i inne robótki ręczne autorstwa atarzyny Proniewskiej - Mazurek

sobota, 19 maja 2012

Za górami, za lasami...

No i zaległa notka baśniowa.
Na urodziny dostałam Baśnie Arabskie, potem dokupiłam Japońskie. Baśnie to jeden z moich ulubionych tematów. Jeżeli miałabym babrać się w czymś po łokcie, to byłoby to właśnie ukryte znaczenia i symbole zawarte w mitach i baśniach. Problem w tym, że większość pozycji ( zwłaszcza tych z półki dla dzieci) jest tylko przeróbką bajek z naszego kręgu kulturowego w inne stroje. Natalia kiedyś dostała takie Baśnie Rosyjskie bez Kościeje, Baby Jagi, ale za to z Carem zamiast króla i Iwankiem zamiast Jasia. Masakra. Obrazki byle jakie, a treść typu „Ej no pani Halinko, jakieś baśnie dla dzieciaczków byśmy wydali. Takie, no, niemieckie to nie, bo nikt tego nie kupi, ale może rosyjskie. Pani napisze na wtorek coś o Iwanku, Katiuszy. I może żeby niedźwiedź był. I żeby nie za strasznie było.” Potem nikt się nie stara nawet o dobrą korektę i tak to leci. W twardej oprawie i z dużymi obrazkami. Więc jestem nieufna.

Te Baśnie Arabskie czytałomi się całkiem fajnie. Tak jak pisałam nie są to baśnie dla dzieci, raczej etnograficzny tekst źródłowy. Jest tu wiele rzeczy kulturowo typowych z kręgu arabskiego, Ifryty i Ghule. A jednoocznie baśnie które dobrze znałam np z francuskich, ale z inaczej położonymi akcentami opowieści.

Swoją drogą ciekawe czy opowieści przechodziły z naszego kręgu kulturowego tam, czy na odwrót? Bo są na tyle podobne, że nie mogły powstać niezależnie od siebie. A może mogły?

Czy opowieści i symbole powstają w różnych kulturach niezależnie od siebie, czy przechodzą? Czy to możliwe, żeby motywy, symbole tkwiły głęboko w podświadomości, a potem wychodziło w różnych kombinacjach, z różnym postawieniem akcentów? A jeżeli te motywy wędrują między kulturami, to w jaki sposób się zmieniają podczas tych przejść?

Problem w tym, że istnieje bardzo niewiele przekazów pisanych Baśni, bo są to historie niejako z definicji opowiadane. Na przykłada co opowiadano sobie sto, dwieście, trzysta lat temu? Dużo z folkloru ludowego zaczerpnął Grimm ( w przeciwieństwo do Andersena, który w dużym stopniu sam opowiadał - wymyślając swoje historie).

I przy tej okazji mnie naszło na to jakie ja baśnie uwielbiałam jako dziecko. Katarzyna Miler i Tatiana Cichocka w Bajkach rozebranych twierdziły, że poruszają nas te a nie inne historie z jakiegoś powodu. Zaspokajają jakąś naszą konkretną potrzebę i dużo mówią o człowieku. Ogólnie wolałam Grimma niż Andersena. Z Andersena kochałam tylko Królową Śniegu. W ogóle kręcił mnie motyw dziewczynki ratującej czy to braci, czy to księcia. Małej odważnej bohaterki. Czy to w Dwunastu Krukach czy Pięknej i Bestii.

Druga sprawa, którą zjałowiałym tak u Grimma jak i w Baśniach Birmańskich, to motyw przejścia duszy. Dusza która staje się drzewem, ptakiem, żółwiem. Zabita dziewczyna wraca jako biały ptak, albo olbrzymie drzewo. Baśnie które dotykały tajemnicy życia i nie-życia. Dalej. Lubiłam baśnie drogi. Gdzie bohater podróżował, miał jakiś cel, coś zdobywał. A kiedy uciekał rzucał za siebie magiczne przedmioty.


A co do baśni Arabskich.
To może opowiem kilka. Zobaczymy czy rozpoznacie. Osoby niezainteresowane tematyką mogą w tym momencie notki zaprzestać czytanie (-;

Pierwsza historia bardzo bardzo podobna do znanej nam z dzieciństwa.

Zielony ptak.
Mężczyzna z żoną i dwójką dzieci. Żona umiera, a on bierze sobie nową. Macocha nie znosi dzieci, a zwłaszcza synka. Kiedy przychodzą goście, a ona nie am czego im podać postanawia pozbyć się chłopca. Z bierną pomocą siostry zabija chłopca a jego mięso przyrządza dla męża. Zapłakana siostra nie jadła potrawy, zebrałam kości i zakopała obok kurnika. Potem zjawił się w nim zielony kogut śpiewając
Macocha życie mi odebrała
ojciec na obiad zjadł z kompanami
kochana siostra kości zebrała
i skryła przed grzesznikami

Potem ptaszek w nagrodę za śpiew dostał od ludzi różne przedmioty. Za pomocą gwoździ zemścił się na ojcu i macosze, a siostrze daje nagrodę.

Poznajecie? Krzak jałowca braci Grimm.
Nawet rymowanka jest podobna.
Matula obcięła mi główkę,
tatulo w potrawce mnie zjadł,
a siostrzyczka Maryjka
zebrała kosteczki
w węzełek chusteczki
i pod jałowcem złożyła.
Ćwir, ćwir piękny ze mnie ptak.

Co ciekawe w wersji Arabskiej kara dotyka macochę i ojca, który nieświadomie zjadł syna, podczas gdy u Grimmów kara dotyka tylko macochy.


Dobra. Druga zagadka będzie bardzo, bardzo łatwa.
Czerwona rybka i złoty chodak.
Żona rybaka utopiła się w jeziorze i mężczyzna został sam z córeczką. Wkrótce pojawiła się macocha ze swoją brzydką córką. Kobieta oczywiście zrzucała na córkę rybaka najgorsze obowiązki, nie dawała jej mydła do mycia, ani ładnych strojów. Pewnego dnia dziewczyna wracając znad rzeki z rybami złowionymi przez ojca usławszy jak rybka błaga, żeby ja wypuścić. Zlitowała się nad nią, a ta uwolniona obiecała, że „zostanie jej matką”. Jakiś czas potem odbyło się przyjecie w domu kupca, w którym panny z pomalowanymi stopami henną mogły znaleźć mężów. Córka macochy poszła, a córka rybaka oczywiście nie. Na pomoc przyszła rybka, która kazała jednak „wyjść z przyjęcia zanim opuści je macocha”. Wracając zgubiła w rzece bucik, który popłyną do królewskiego pałacu. Książę stwierdził, ze może poślubić tylko właścicielkę zgubionego bucika i i rozpoczęły się poszukiwania. Tu również macocha próbowała wyswatać swoją brzydką córkę zamiast pasierbicy, ale prawdę wyjawił piejący kogut. I na końcu macocha próbowała oszpecić dziewczynę za pomocą wapna i arszeniku, ale ostateczni zemsta dosięgnęła jej własnej córki.

Dziwny kopciuszek prawda? Jeżeli porównać go do pierwotnego Grimma ( tego z gołąbkami z drzewa na grobie matki) to wersja naprawdę podobna. Bo w końcu w tej historii chodzi o swoisty pojedynek matek - tej żywej i tej umarłej. Każda chce jak najlepiej „ustawić” swoją córkę. Nawet kosztem obciętych palców.



Dalej. Ciekawostka. Przygody czarnoksiężnika Chorwata - pamięta ktoś? O uczniu czarodzieja, który ukradł jego księgę,a potem musiał z nim walczyć. Opowieść mam z Baśniach Ziemi Lubuskiej, ale chyba znam ją też z innego miejsca I tu w Baśniach Arabskich jest spisana niemal identyczna historia ( „Młody czarownik" baśń z Maroko). Jak się z ziemi Lubuskiej do Maroka - bądź na odwrót- dostała nie mam pojęcia.

Tak samo bardzo bardzo podobna jest Dziewczyna w Oślej Szacie - baśń z Egiptu do Oślej Skórki - baśni Francuskiej. Chociaż akurat tutaj związki między dwoma krajami łatwiej sobie wyobrazić. Tak samo mamy tu króla, który chce poślubić własną córkę. Księżniczka musi uciekać z przebiera się w paskudny strój z pozszywanych skór. A na końcu podstępem i sprytem zdobywa serce księcia. Kilka inaczej położonych akcentów, ale baśń ta sama.

Jest też „Dziewczyna, która odprawiła siedmiu” opowieść z Maroka - bardzo dziwna i cudna wersja siedmiu braci zamienionych w kruki, oraz „Dobry i zły czeladnik” wariacja na temat Głupiego Jasia. Oraz coś co mnie zupełnie zaskoczyło „panna z drzewa Rarajn i Taranj” z Iraku, którą w dość zmienionej wersji znałam „Trzy pomarańcze” z Brazylii. Tu i tu jest panna z owocu drzewa, którą najpierw trzeba napoić, a potem zła wiedźma próbuje się pod nią podszyć zamieniając w ptaka. Skąd obie historie tu i tu. Wot zagowzdka.

A swoją drogą przyszło mi do głowy. Jakie wy mieliście ulubione bajki? Jakie was w dzieciństwie najbardziej poruszały? 


Dobra mogę tak pisać i opowiadać pół nocy. Ale jak rozumiem nikogo to nie interesuje. Więc dla tych którzy doczekali do końca prezentuje jedno z trzech zdjęć, które zostały wybrane do powieszenia. Już obrobione. Podoba się?

czwartek, 17 maja 2012

Może morze?


Zrobiło się paskudnie zimno, a u nas dojrzały plany wakacje. I przy okazji pomarudzę sobie na rzeczy, które mi się w naszej ojczyźnie nie podobają.

Wakacje wyznaczamy już w czerwcu. Najpierw 4 dni Smołdzino - 5 km od morza, a potem 10 dni na Kaszubach ( 5 z kotem, potem sama z młodymi). Po kilkuletniej przerwie wracam nas Bałtyk. Nasze morze kocham, nie tak jak Łemkowszczyznę, ale też mocno i to miłością zupełnie nieuzasadnioną. Bo mamy cudne, piękne lasy, szerokie plaże, wydmy, szare tajemnicze morze. Pięknie. I wszystko to w otoczeniu rodem z najgorszego koszmaru. Zabudowa małych miejscowości składa się w większości z koszmarnie pobudowanych domków wczasowych z betonu, dziwacznych niby to wiejsko-górskich domków do wynajęcia, a wszystko upstrzone stoiskami z chińską tandetą, goframi, lodami i innym cholerstwem. Jest brzydko. Cały urok małych nadmorskich miejscowości, spokoju, wąskich uliczek - a niech będzie, że turystycznych - ale estetycznych - tu nie istnieje.

Druga sprawa to jedzenie. Przyjeżdża taki turysta. Zapewne ma pieniądze i ktoś chciałby je pozyskać. Rozumiem. Ale niech to nie będzie tak prostacki. Kilka lat temu w Międzywodziu przez trzy dni szukałam miejsca gdzie możemy zjeść z Natalią ze szklanych talerzy i sztućcami - a w tym czasie jadłyśmy warzywa i jogurty. Bo jakoś do rybki z chińskich rzek na plastiku nie mam ochoty. Regionalnych potraw brak. W powietrzu zapach starego tłuszczu i techno. Bo polska rodzinka głodna to i tak zje. Byle jak, byle gdzie.
Miejsca, gdzie można przysiąść w dobrym towarzystwie, pojeść zdrowe lokalne specjały przy lampce wina i popatrzeć na morze, nie istnieją. Chociaż może i są - jako jakiś wąski luksusowy segment. Ale czy dobrze zrobiony dorsz z talerza, zamiast panki z tacki, to aż taki luksus.

Więc w tym roku wyprowadzamy się pięć kilometrów dalej na maleńkie agro z jedzonkiem. A na wydmy przejdziemy się lasem. O!

czwartek, 3 maja 2012

Z kraju i z wombata

Ponieważ, jak już pisałam, komputer zeżarł notkę, i szlag trafił całą konstrukcję wypowiedzi, to może ja w punktach. Co u wombata.


Pokręciło się z wakacjami. Na razie jest wielka amba, ale może wyjść z tego coś ciekawego. Zaczęło się od tego, że mieliśmy jechać z przyjaciółmi na Kaszuby. Tydzień wszyscy, potem ja z młodymi. Znajomi z powodów którym się nie dziwię odpadli, potem doszło jeszcze kilka spraw i żeśmy się z Kotem pożarli. Oczywiście nie o wakacje - ale o to jak siebie nawzajem słuchamy i szanujemy. Niezbyt miło było, ale mogą być z tego całkiem fajne wakacje jak się dogadamy. Na razie nie pytajcie gdzie pojedziemy. Pomysłów jest mnóstwo, zresztą Kaszuby też nie odpadły. Pewny jest tylko Jawornik. Oraz to, że mnie na Śląsku szlag trafi. I gdzie pojadę z Kotem, a gdzieś bez kota.


***

Ostatnio minęły pierwsze urodziny Młodego. Jest cudny. Ma przedziwny charakter; spokojny, radosny, ale uparty. Lubi to co zna, do nowego jest nieufny. Kiedy chciałam go posadzić na trawie lub piaskownicy kurczowo podnosił nóżki, żeby tego paskudztwa nie dotknąć. A potem siedział na kocyku, ewentualnie nieśmiało ręką dotykając trawy. Dla Nat w jego wieku nie było sensu nawet koca rozkładać, bo tak szybko z niego złaziła. A on, nie - miejskie dziecko. I tyle z nim problemu, że nie je. Je mleko mamy i tyle. Poza tym coś pomamla, popróbuje. Czasem coś zje, jak już poznał, ale nie pije nic. Kubek i butelka są owszem, bardzo fajne, ale do rozlewania. Wagowo się mieści w normie, to przestałam się przejmować.

To był bardzo dobry rok z nim. Czasami jestem zmęczona, chcę czegoś nowego. Nowych krajobrazów, przestrzeni. Ale nie zamieniłabym tego roku na nic innego. Zatem, wszystkiego najlepszego synu. Odwagi, mądrości i pogody ducha.

A tu Młody z siostrą. Udało nam się go namówić żeby stanął na trawie. Piaskownica jest dalej plugastwem i brudem.


***


Natalis się zakochał we Władny Pierścienia. Na razie w wersji filmowej, ale czytać też będziemy. A ja tymczasem czytam baśnie Arabskie (z serii Baśnie Etniczne +18) i Baśnie Japońskie. Po wydawnictwu firmowanym przez National Geografic, które jest bardziej popularne jak naukowe, spodziewałam się niewiele, ale czyta to się bardzo ciekawie. Dość topornym językiem momentami napisane, ale w sumie chodzi mi bardziej o porównanie mitów i baśni, tych samych opowieści i różnych w nich akcentów. Czytam to bardziej jak opracowanie naukowe niż beletrystykę. A ponieważ wniosków mam dużo i nie każdy ma ochotę to czytać to przeniosę na inną notkę.

***

A z obserwacji socjologicznych z ogrodu botanicznego. Rozmawiałam dziś z dwiema paniami - jedna na oko po 70, druga po 50. Babcia i prababcia chłopca o dzień starszego od Mikołaja. Nachwalić mi się syna nie mogły, a co powiedziały to żeby sobie w zawoalowany sposób na synową ponarzekać. Że on taki zgrabny, a ich tak utył ( bo go synowa przekarmia), bo oni tak tłusto jedzą. Ale to w sumie geny, bo pani taka drobna, a synowa taka przy kości. Że ja taka dobra, że piersią karmię, a synowej się nie chciało. I zaczynam się cieszyć, że moja teściowa jest aspołeczna, nieufna i mało wylewna. Jak sobie wyobrażam jakby mnie mogła obrabiać, to włos się jeży na głowie.

***

Kontynuuję akcję sprzedawania na allegro i strasznie to lubię. Po pierwsze zebrało się już dużo kasy na Nadplanowy-Ale-Bardzo-Fajny-Cel. A poza tym robię luz w szafie młodych i swojej i sprawiam ludziom dużo radości. Mi coś zalegało, a ktoś kupił i się cieszy (-;

***

A mój mąż mi śpiewa Ko-ko, ko-ko wombat spoko. Sądzę, że chyba może dojść do rękoczynów.


Z rozmów domowych. Oglądam na FB jakaś straszliwą piosenkę po węgiersku, którą ktoś wkleił: „bo nie tylko Polacy mają debilne piosenki piłkarskie”. Przychodzi Kot. Ogląda ( banda skaczących lachonów w bikini)
- No ale się przyjemniej prezentują lepiej niż nasze ( Komentuje K.)
- E tam, ta z tyłu cycków nie ma prawie. ( Odpowiadam sceptycznie)
- Cycki to tylko stan umysłu.
(Zamyśliłam się. Głębokie to. Zastanawiam się, czy moje nadprogramowo duże biodra też można podciągnąć pod tą kategorię i zaprzestać ćwiczeń)

Roz-majona

Oj, a gdzie się wombat podział? Pisał dwa razy notkę, ale awaria komputera ją zjadła. A tyle się dzieje. To ja najważniejsze. Maj przyszedł. A notka się pisze. A wygląda ona tak: