niedziela, 22 maja 2011

Mru



sobota, 21 maja 2011

Truskawki

Pół litra jogurtu naturalnego. Pół kilograma truskawek. Dwie wielkie łyżki miodu.

Bzyyyt.

A najpierw przychodzę do sklepu i proszę o truskawki.
- Ojej, to pani nie karmi piersią - mówi zatroskana sprzedawczyni.
( Mój interes czy karmię czy nie)
- Karmię. Ale są jeszcze dzieci, które nie są alergikami. I jeszcze proszę dwie pomarańcze.




A truskawki kojarzą mi się ze studiami. Po egzaminach kupowałam na stawowej truskawki w torebce. Gorzej jak kupowałam je przed egzaminami i szłam na ustny z bluzką ufafraną czerwonymi plamami.

poniedziałek, 16 maja 2011

Zakochana w życiu

Dochodzę do siebie. Odżywam (-; Na biurku pachną bzy i jest wiosennie. Młody je co dwie godzinki , ale mój organizm się przyzwyczaił i nie jestem już tak zmęczona. Cały mój stan z poprzedniej notki nie był wynikiem sytuacji zewnętrznej, ale mojej w głowie. Jak większość problemów. Wystarczy wyluzować i cieszyć się tym co jest dobre.

Dla Natalisa czasu ma mało i ochoty na zabawę czasem też, więc wymyśliłam, że skoro mnie się wyhodowywać nie chce, niech zrobią to...Książki. No i jej czytam. Kilogramami. Skończyłyśmy wszystkie Muminki, Narnię, teraz w kolejce czeka Cudowna Podróż, Ronja córka zbójnika, O czym szumią wierzby. I jest dobrze. Jest bardzo dobrze. Narnia bardzo trafiła, bo Natalis ma duża potrzebę porządkowania świata i dzielenia go na dobry i słuszny oraz zły i paskudny. Więc siedzimy całymi dniami - młody na piersi, Nat obok zasłuchana. Bo nie ma nic fajniejszego niż dzielenie się z dziećmi tym co ma się najfajniejsze. A ja mam mleko i książki.


Poza tym znalazłam jej Niekończącą się Opowieść - film z 1984 - widziałam jak miałam 4 lata i się podobał. No i zaczęliśmy sezon truskawkowy wielkim kubem sorbetu z truskawek. Z jogurtem żeby było mniej kalorycznie, ale z dwoma łychami miodu, żeby było smacznie (-;

Poza tym kupiłam sobie kolczyki. Takie.



Czytam
Oryks i Derkacz M. Atwood
Nagość Życia j. Hatzfeld
Bezduszna G. Carriger
Portret Damy H. James
Cafe Muzeum R. Makłowicz

I jest dobrze. Jestem zakochana w życiu. Jak zwykle. I sa już palny wakacyjne. Jawornikowe. I Beskid Niski z Masiami. Ciesze się.

A to na dobranoc. Jutro oglądamy (-;

sobota, 7 maja 2011

Na huśtawce

O ile moja waga już się stabilizuje, to sytuacje nie. I latam na huśtawce nastrojów - od stanów euforycznych do depresyjnych ( oba stany często w ciągu kwadransa). Mikołaj jest cudowny, ale je co dwie godziny przez co jestem chronicznie przemęczona. Jest bardzo dobrze i źle. W tej samej chwili.

Dodatkowo Natalis złamał nogę. I siedzi w domu do czerwca, nie może się ruszać i nudzi się potwornie. Stara się być grzeczny i miły. Tylko ja mam non stop, albo małego, albo ją ( żeby jakieś rozrywki zapewnić) albo dom - i zaczynam gubić w tym siebie. Potrzebuję przestrzeni. Naturalnie potrzebuję przestrzeni życiowej jak stado bizonów na prerii, więc teraz ten stan jest dość trudny. Spacer mało możliwy z nimi razem. Cóż, nawet Mama Munimka potrzebuje czasem być sama. I idzie wtedy do ogrodu.

W pierwszy dzień Nat dostała burę za żywota, ale teraz staram się jakoś ogarniać emocje i znaleźć choć kapinkę czasu dla siebie. I wyciągać jakieś pozytywy tej sytuacji. Na przykład malujemy gips, jak widać.

O pisaniu na razie mogę zapomnieć, chociaż bardzo chcę skończyć kolejny rozdział. Może wieczorami się uda. Spróbuję.

Chcę; Żeby już były truskawki. Mniej furczeć na Natalisa. Wyrzucić 3/4 moje garderoby i zastąpić ją nową. Otrzymać już książkowe przesyłki z allegro. Iść na bardzo długi spacer. I długo, długo biec przed siebie. Przez połoniny, trawiaste łąki i miejsca bezludne. A potem wrócić do tych których kocham.

Banalna życzenia. Wiem.

A jutro może będą zdjęcia z ogrodu botanicznego. Jak pogoda się nie popsowa.