Wróciłam z Wenecji. Nie z tej we Włoszech, choć efekt tej na której byłam nie była ani odrobinę mniejszy. Chcieliśmy z kotem iść na coś do kina, a oferta oscylowała między Szrekiem ileśtam a Drużyną A. Na szczęście znalazłam w Światowidzie Wenecję Jana Jakuba Kolskiego. Jego filmy zasadniczo lubię. Są sympatyczne, malarskie, oryginalne i magiczne. Podobała mi się i Afonia, i Jańcio i Jasminum, choć nie nazwałabym ich arcydziełem. Czegoś mi brakowało i to coś znalazłam w Wenecji.
Tematycznie Wenecja skojarzyła mi się z Labiryntem Fauna. Wrażliwość dziecka, okrucieństwo wojny i świat który nie wiadomo, czy do końca jest magiczny czy zmyślony. Ale Labirynt przy Wenecji wydaje mi się o wiele bardziej jednowątkowy i toporny. Zbyt dosłowny. W Wenecji elementów fantastycznych prawie nie ma. Właściwie zupełnie nie ma, jest za to świat marzeń, zmysłowa rzeczywistość pełna tęsknoty, zapachów i kolorów, która jest rozszarpywana przez rzeczywistość wojny.
Nie jest to do końca film o Marku – głównym bohaterze. Ma on bardziej rolę spajania wielu wątków i historii. Jego własnych marzeń o Wenecji, Wenecji mieście magicznym, wyśnionym, miejscem gdzie będzie szczęśliwy i kochany. Nie chcę tu być – cięgle powtarza Marek – i buduje sobie najpierw w wyobraźni potem w piwnicy swoją Wenecję. Jest też świata jego matki i jej sióstr, który kojarzy się z Trzema Siostrami Czechowa. I świat wojny, pokazany za pomocą klisz i symboli, oczami dziecka, ale w miarę trwania filmu miałam wrażenie, że ta wojna zaciska mi na szyi pazury.
Film ( słusznie!) nagrodzony za zdjęcia, ma jak dla mnie zupełnie niedocenianą reżyserię. Nie ma tu zupełnie zbędnych elementów, a wszystko łączy się w perfekcyjną układankę, taką dokładność widziałam tylko u Almodovara. Może właśnie dlatego tak działa na emocje, przez to, że z początku tak wolny, senny, chwyta za duszę i porywa w świat, który jest nie tylko bajkowy, ale i okrutny. A śmierć jest jak najbardziej realne, niepotrzebna i często przypadkowa. Film nie próbuje pokazać niczego z punktu wiedzenia dziecka, on to robi. I zarzut, że historia jest pokazana stereotypowo jest absurdalny, bo dokładnie tak to mogło być widziane. Może rozumiem to tak bo ja też miałam swoją „Wenecję” i taż zamykałam oczy mówiąc ja nie chcę tu być.
Nie ma tu żadnego czytelnego czy narzucającego się przesłania. Może inni recenzenci je widzieli, ja nie. Jest natomiast, o czym w recenzjach nie czytałam przerażający smutek. Mniej więcej od połowy filmu ryczałam, co zdarza mi się niezwykle rzadko ( Na scenie śmierci w słonecznikach prawie nic przez łzy nie widziałam). O ile poprzednie filmy Kolskiego były może nieco melancholijne, to ten był absolutnie głęboko poruszający. Wstrząsający i smutny. Bo Wenecja pozostała przecież tylko zalaną piwnicą.
I jeszcze jedno mnie smuci. A właściwie to nawet złości. Ostatnio rozmawiałam ze znajomym na temat kina w Polsce i powiedziałam, że zasadniczo jest słabo. A teraz zobaczyłam obraz poruszający, który nie na tylko naszego marnego podwórka jest wybitny, ale rewelacyjny na tle wszystkich filmów. I co? Nagroda za obraz, wyświetlany kilka razy w kinie studyjnym dla 4(!) osób, a kiedy czytam recenzje to za głowę się łapię czy ci mądrzy panowie od filmów to oglądali. A przy tym promowany jest patetyczny toporny o gracji hipopotama Katyń i nudny zupełnie bez pomysłu Rewers.
Ps. Z tej okazji zrobiłam na blogu listę ulubionych filmów ( lista obok na dole). I jakby nie patrzeć są tylko dwa nasze. Kolskiego. I Wenecja jest zdecydowanie lepsza.
sobota, 17 lipca 2010
środa, 14 lipca 2010
Wakacyjnie. Dwa słowa co u wombata.
Upalnie, wakacyjnie. Jeszcze ze wspomnieniami z Gdyni, z czasem wspaniałych rozmów babskich w nocy w kuchni o książkach i innych demonach, a już pakuję się na kolejne wyjazdy. Z Gdyni przywiozłam dużo ciepła i gościnności, dziękuję Zuzie ( jej rodzinie za cierpliwość...) i Ewejce. W międzyczasie robimy remont korytarza, raz się lepiej dogadujemy, raz gorzej, ale efekt jest niezły. A oprócz tego korzystam z faktu , że Nat nie ma przedszkola i spędzamy czas robiąc najróżniejsze rzeczy – wesołe miasteczka, baseny. W wesołym miasteczku zabrałam Nat na wszystkie karuzele na które mnie rodzice nie puszyli (-; A wieczorami włóczymy się po imprezach. Córka już na tyle duża, że da się ją zabierać z nami. Po wyjściu w nocy od Gawronów rzuciła na korytarzu „super była ta impreza”. Kształci się dziewczyna. Jedyny tego minus, że nie mam chwili, żeby się skupić na pisaniu Czegoś Nowego Dużego. Na razie spisuję notatki na marginesach i gromadzę wena w słoikach.
Teraz Jawornik z Natti i dziewczynami. A zaraz potem tydzień w „kompletnym nigdzie” czyli Wołowcu w Beskidzie Niskim. Trochę po pagórkach i chaszczach pochodzimy. (-; Potem Flamberg, a na końcu na jesieni rej z Grecji z Hanią, Levisem i Ociepkami. Miejmy nadzieję, że kierowanie łódką będzie wychodziło mi lepiej niż prowadzenie samochodu. A na sam koniec Operowy Berlin jesiennie (-;
Kiedy myślę o tych wakacjach to cieszę się, że są mniej szarpane i stresujące niż te w zeszłym roku.
Wakacyjne czytanie M. Atwood „Zbójecka Narzeczona”, Conrad „Heart of Darkness”
Oglądanie Astropia
A to kilka zdjęć Nat. Z warkoczykami.
Znikam do biblioteki i zabieram się za ciasto z porzeczkami.



Teraz Jawornik z Natti i dziewczynami. A zaraz potem tydzień w „kompletnym nigdzie” czyli Wołowcu w Beskidzie Niskim. Trochę po pagórkach i chaszczach pochodzimy. (-; Potem Flamberg, a na końcu na jesieni rej z Grecji z Hanią, Levisem i Ociepkami. Miejmy nadzieję, że kierowanie łódką będzie wychodziło mi lepiej niż prowadzenie samochodu. A na sam koniec Operowy Berlin jesiennie (-;
Kiedy myślę o tych wakacjach to cieszę się, że są mniej szarpane i stresujące niż te w zeszłym roku.
Wakacyjne czytanie M. Atwood „Zbójecka Narzeczona”, Conrad „Heart of Darkness”
Oglądanie Astropia
A to kilka zdjęć Nat. Z warkoczykami.
Znikam do biblioteki i zabieram się za ciasto z porzeczkami.



Etykiety:
Codzienności wombacie,
Wakacje