środa, 31 marca 2010

Dla V.

Tęsknię za językiem hiszpańskim. Miałam z nim odstani kontakt jakieś 4 lata temu i sama się dziwię, że coś jednak pamiętam. Jeżeli chodzi o angielski to zawsze mordowałam się z pisownią i ortografią, natomiast dość swobodnie mówiłam. Po hiszpańsku dużo łatwej mi się pisze niż mówi. Może dlatego, ze wymowa i pisownia są intuicyjne, gorzej jeżeli chodzi o odmianę przez wszystkie możliwe paskudztwa. To zawsze sobie lepiej sprawdzić i odmienić.

Tak czy inaczej w ramach ibero-tęsknoty znalazłam kolejny fragment Jehro. Piosenka ma tekst dość banalny i prosty, może dlatego popełniłam jej tłumaczenie. Bez zaglądania do słownika – trochę to tłumaczenie ani piękne, ani do końca wierne, ale takie mi się napisało.


Tłumaczenie jak i piosenka dedykowane Virtusleo, w podziękowaniu za sobotę. Za rozmowy na stole.



Nawet kiedy boli
Idź dalej do przodu, wspinaj się w górę, idź dalej
Nawet kiedy się boisz
Idź dalej do przodu, przekraczaj granice, idź dalej

Życie zawsze daje ci
Ścieżkę, która musisz przejść sama
Z czasem to zrozumiesz

Nawet kiedy masz pytania
Idź dalej do przodu, szukaj, idź dalej
Kiedy okrywa cię cień,
Idź dalej do przodu, żegluj, idź dalej,

Są takie chwile, kiedy jak kapitan
Żeglujesz samotnie
Do swojego domu

Nawet kiedy musisz poświęcić swoje marzenia
Idź dalej do przodu, siej, idź dalej
Aż do dni spokojnych
Idź dalej do przodu, odkrywaj swoje marzenia

Choć życie jest jak wzburzone morze,
obejmuje piękne chwile

Nawet kiedy boli – Idź dalej przed siebie
Szczęście, jest kapryśne,
Przychodzi cicho i z godnością
Idź dalej, przekraczaj granice
Nawet kiedy się boisz
Idź dalej do przodu, w nieszczęściu
przekraczaj granice, idź dalej

Nawet kiedy masz pytania,
Idź dalej do przodu, szukaj, idź dalej
Kiedy okrywa cię cień,
Idź dalej do przodu, żagluj, idź dalej

poniedziałek, 29 marca 2010

)-;

Piszę to z całym szacunkiem dla ofiar zamachu w Moskwie i dla ich rodzin. W pełni i współczuję i zdaje wiem, że trudno mi sobie nawet wyobrazić jaki dramat przeżywają. Jednak mam głęboką wrodzoną nieufność do czarno białych sytuacji. Do chwil kiedy pięć minut po dramacie wiadomo kto jest winny. I kogo trzeba, jak to zostało powiedziane, unicestwić.

Nie będę się teraz bawiła w teorie spiskowe. Nie wiem czy za zamachem stoją radzieckie służby, czy wiedziały o zamachu, ale nic nie robiły, bo mają teraz bardzo wygodnego kozła ofiarnego. I pretekst do kolejnej wojny. Być może Rosyjskie służby rzeczywiście nic nie wiedziały. Tak czy inaczej taki zamach jest w jakimś wyniku efektem polityki wobec Czeczenii. Wyniszczania narodu, aktów okrucieństwa, wspierania lokalnych watażków i bandytyzmu. Pisała o tym Politkowska i została zamordowana, a w rocznicę jej śmierci zgromadziło się mniej osób niż na wiecu poparcia dla Putina. Smutne to.

Nie byłam prymusem w szkole. Z matury pisemnej z historii mam 4, ale to co pamiętam, to że kiedy znajdują się jacyś Oni, którzy są Winny, którzy Za Tym Stoją, których trzeba Unicestwić, kiedy zaczynają się lincze osób o semickim /kaukaskim/jakimkolwiek innym wyglądzie to zapala mi się lampka alarmowa. I pika bardzo mocno.

Kilka lat temu byłam w Rosji. I to nie tylko jako turysta, ale miałam okazję mieszkać u rodziny tam rezydującej i trochę z nimi porozmawiać. I smutne było to, że oni podskórnie w jakiś sposób czują dumę z tej wielkiej Rosji, a choćby i totalitarnej i biednej. I choć sami wycierpieli sporo od systemu który miał pomysł na to kogo unicestwić, a kogo zostawić, to w ogóle nie czują, ze takim myśleniu coś jest nie tak.

Łączę się myślami z rodzinami i przyjaciółmi ofiar. I z zamieszkującymi Moskwę muzułmanami, które z zamachem nie miały nic wspólnego ( oraz z innym elementem o fizjonomii podejrzanej).

środa, 17 marca 2010

Słońca, słońca, słońca

Dajcie mi słońca,
Dajcie mi słońca i przestrzeni,
Dajcie mi słońca, przestrzeni i powietrza,
Dajcie mi słońca, przestrzeni, powietrza i gór.

A na razie ratuje się tym:
I ciastem bananowym, i plackami ziemniaczanymi bez ziemniaków ( ale z marchewką selerem i serem)

sobota, 13 marca 2010

No co z tą wiosną, lordzie Vaderze?

Pada Śnieg. W marcu, aż się chce zapytać no co z tą wiosną jest?

Oglądamy sobie z Kocurem po raz któryśtam wszystkie części Gwiezdnych Wojen.

Codziennie po kawałku.

Osz, jak ja lubię ten film. Jako całość, od pierwszej do ostatniej części. Zemsta Sithów ( która powinna się nazywać „Błędy Mistrza Windu” albo „Ślepcy Jedi”) mnie rozwala emocjonalnie. I co, że aktor który gra Anakina wygląda jak leszcz z boysbandu i na ulicy to bym go nawet nie zauważyła. Gra nieźle i sama postać jest cudna. Tak, Anakin vel Vader (w obu odsłonach) jest jedną z pięciu moich ukochanych postaci filmowo literackich. Nie, nie znoszę Hana Solo, ani Obi Wana, drażnią mnie ogólną bucowatością. A Anakin wpisuje się w mój prywatny archetyp mrocznego sukinsyna. (-;

Zresztą poza Anakinem/ Vaderem to jest bardzo, bardzo dobry film. Te wszystkie sześć części jest spójne, bardzo epickie i praktycznie za każdym razem trzymające w napięciu. Ja się do tego filmu bardzo długo nie mogłam przekonać przez ten ogrom fantazyjnych atrybutów, mieczy świetlnych, mocy jak błyskawice, stworków. Potem do mnie doszło, że to jest znakomity film przygodowy z całą masą dobrych postaci, pierwszo i drugoplanowych.


Wybrałam się ostatnio do biblioteki. Dla siebie przytargałam Wygnacie i Królestwo A. Camusa, a dla Natalki coś absolutnie wspaniałego – 125 bajek do opowiadania dzieciom autorstwa Kopalińskiego. Baśnie są najróżniejsze – od popularnych przez Tysiąca i Jednej Nocy aż po bardzo dziwne. Wszystkie bardzo prosto napisane i dość wierne. Autor doradza, żeby ich nie czytać dzieciom, a samemu a potem opowiadać. Ja na razie na przemian czytam i coś dopowiadam i pytam Natalsa. Świetny pomysł na książkę.

Ogólnie jedną z lepszych frajd z posiadania dzieci jest wybieranie z nimi i czytanie książek. I dzielenie się z nimi swoimi światami. Kocur na przykład przyniósł Hobbita i jej czyta. A ja dzielę się również muzycznie. Ostatnio muzyką polską lat ’90. Przychodzi Kot do domu a tu muzyka na pełen regulator – Achaja. Generał Ferreira i Nie ma ciszy w domu. – No co się patrzysz, rewolucję z lalkami robimy. Rząd psów (pluszowych) obalamy.


Wybierałam się na Alicję w Krainie Czarów, ale bardzo złe recenzje znajomej osoby mnie zniechęcają. Disney jest Zuy. W związku z tym idę na Autora Widmo Polańskiego. Kto widział któryś z tych dwóch filmów i może coś polecić to chętnie posłucham.


A z czasem weekendowo jest różnie bo szykują się sesje, fajne konwenty i Naprawdę Poważny Remont Wszystko Co W Domu Potrzebuje Remontu ( czyli praktycznie w większości pokojów coś). A że nie jestem osobą która będzie pucowac okna jak mogę grać sesje albo jechać w góry...
Będzie z tym zabawa. Będę zdawać na bieżąco relacje.

piątek, 5 marca 2010

Życie jak balonik, śmierć jak dmuchawce

Zostałam zagadnięta dziś o śmierć. Moja córka wchodzi w okres pytać egzystencjalnych. Siedzimy, piejmy herbatę i rozmawiamy.
- Czy ja umrę?
- Tak. Kiedyś tak.
- A czy jak umrę to zupełnie, czy jak mi się znudzi to mogę przestać być umarta?
- No niestety zupełnie. I tak na stałe.
Natalis w płacz. To jej tłumaczę, że to w sumie fajnie, że kiedyś się umiera, przynajmniej się życie nie znudzi i wszystko jest niepowtarzalne i tylko raz. I dlatego jest takie cenne że sobie teraz siedzimy i gadamy o śmierci. Bo to jest tylko na chwilę. Jak balonik, jest, a potem go w tej formie przynajmniej, nie będzie.
- No, ale umarci muszą leżeć. A mi się nudzi leżenie – chlipie córka.
- No nie tak źle nie ma. Po pierwsze to jak umrzesz to ci się już nie dłuży. Chyba. A po drugie to nie leżysz cały czas, ale się rozpada ciało. Na proch. I wtedy już nie leżysz. Jako proch możesz być nawet rozwiewana na wietrze. Jak dmuchawce.
I to się córce spodobało.

środa, 3 marca 2010

Chaotycznie. Depesze ze świata Anisków. Książkowo, operowo, łososiowo.

Aj, aj. Znowu mnie sto lat nie było. A dzieje się dużo.

Chwytam się nadziei, że to koniec zimy. Trwała za długo. Uwięziła mnie w domu. Odcięła od przestrzeni i powietrza, które było zbyt zimne żeby nim spokojnie oddychać. Teraz mnie cieszy każdy stopień wyżej i wiem że już tuż, tuż, tuż wiosna. Plus ciągle czekam, żeby Inne Sprawy się Poukładały i Wyjaśniły. I tak mi czekaniowo ten czas mija. Zamykam inne sprawy zawodowe. Bo cały czas wisiałam na dość pośrednim statusie co zaczęło mnie już irytować.

W tym czasie jeżdżę, czytam, piszę, spotykam się z bliskimi.

I jedna prośba na marginesie: Trzymajcie kciuki za jedną sprawę. Zdrowotno – finansową, nie moją, ale dość mnie dotyczącą.

Z odkryć książkowych ostatnich dni Hakawati Rabih Alameddinego. Bałam się tej książki. Miała za dobre recenzje. Coś mi śmierdziało Coelo i Zafonem. Wiem, jestem podejrzliwa jędza. Ale koniec końców kupiłam i padłam jak urzeczona. Saga rodzinna przeplatana historią Libanu i mniej i bardziej fantastycznymi historiami i baśniami. Historie w historiach. Wojna i latające dywany. Poruszające, magiczne, ciepłe i zabawne. Byłam wściekła, kiedy się skończyło. Jakby Szeherezada zostawiła mnie nagle po wielu wspólnych nocach.


Pisze Lustra. Siedemnaście rozdziałów do przodu, jeszcze cztery i robimy korekty. Mniej więcej dwa razy w tygodniu łapię się na tym, że nienawidzę swoich tekstów, uważam je za tragicznie słabe i chcę szybko skasować. Raz na miesiąc pławię się w rozkoszy, że lubię to co napisałam. Ale to zdecydowanie rzadziej. Kojarzy mi się ten fragment z Muzyki dla Kameleonów o biczu. Nie zacytuję bo sugerowałby, że twierdzę, ze mam talent. Twierdzę, że lubię pisać. I czasami nienawidzę tego, co już napiszę.

Żeby go sobie uprzyjemnić ten stan pośredni w życiu wymyślałam Traviatę w Operze Narodowej w Warszawie. Mieliśmy jechać ekipą, ale jakoś zaszła zmiana planów. A potem przeczytałam wywiad z panem Trelińskim, zobaczyłam plakat i powiedziałam, że CHCĘ to zobaczyć.

No i się zaczęła walka o bilet. W operze Narodowej można kupić bilety przez internet. Tyle, że na miesiąc przed spektaklem. Wcześniej nie. Wcześniej można rezerwować i potem wykupić bilety lub nie. Ewentualne zwroty nie wracają do puli, ale zapewne jakaś pani Halinka sprzedaje je komu uważa. Przemek nazywa to systemem sprzedaży na gęś: przychodzisz do kasy, wyjmujesz z torby gęś ze wsi i bilet bywa że się znajduje. Panie w dziele sprzedaży mogłaby pracować jako smoki strzegące skarbu. Mają bilety i zrobią wszystko żeby ich nie sprzedać.

Dziwonię na dzień przed spektaklem. - Czy są jeszcze nie wykupione rezerwacje? – No są, jakieś, nawet trochę. – A do kiedy będą te miejsca rezerwowane, kiedy wrócą do sprzedaży. – To zależy, do każdego podchodzimy indywidualnie. Jak pani chce proszę dzwonić.
Dzwoniłam. W sumie jedenaście razy.
Za drugiemu razem pani powiedziała ze niewykupionych rezerwacji nie ma. Nie wytrzymałam i zapytałam czy swoją wiedzę opiera o intuicję czy może jakieś bardziej konkretne dane. W końcu trafiłam na kogoś sensownego i o 18 bilet był. Rano koleżanka go zakupiła, a ja wsiadłam pociąg. I stwierdziłam, że ruszenie się z domu to było dokładnie coś czego mi było potrzeba.

Traviata dość bardzo mi się podobała jako całość w formie jaką pokazali w Warszawie. Problem z tą operą jest takie, że libretto to banalna i ckliwa historia o miłości. I w dzisiejszych czasach dość trudno zrozumieć dylematy kurtyzany, która porzuca ukochanego żeby mu reputacji nie zniszczyć. To, podobnie jak kurtyzany w pięknych sukniach, już jest abstrakcyjne. Jakie wyuzdanie? To są podwieczorki u cioci w klasycznym wykonaniu. Treliński to uwspółcześnił co wyszło bardzo dobrze. Całość jest w stylistyce telewizyjno – gwiazdorskiej, Traviata to celebrytka - jasno świecąca gwiazda medialna, która niemal dosłownie wydaje swoje życie na sprzedaż. Alfredo – fajny i szczery chłopak z prowincji, który się w niej głupio zakochał.

Dwie sceny tak mocne i wspaniałe, że aż mnie wbiło w fotel. Słynna siempre libra śpiewane nie w radosnym szampańskim nastroju, ale ze strachem. Ta „wolność” to dla Traviaty maska za którą chowa swój strach przed szczerą relacją. Ona to śpiewała zasłaniać się rękami i uciekając przed Alfredem. Druga scena - kiedy Alfredo porzuca Traviatę rzucając jej pieniądze w twarz. Nie wiedziałam, że to może mnie tak skopać. Jak leżała tam na scenie to miałam autentycznie łzy w oczach.

Co zirytowało? Rozczarowała ostania scena. To było tak ni pies nie wydra dla mnie. Niby klasycznie, Alfredo wraca. Niby może to już jej się śni i jest to jej wyzwolenie od wszystkiego. Może czkałam na łopatologiczne przedstawienie Alfreda jako majaku umierającej? Żeby śpiewał z oddalenia tak żeby na siebie nie spojrzeli.

Druga sprawa to głosy. Nie jestem jakoś znawcą, nie mam prawa oceniać ale mnie nie powaliło na kolana. Zwłaszcza pani Joanna Woś jako Traviata – grała świetnie – ale śpiewała tak sobie. Może mam w głowie moją ukochaną Traviatę w wersji Netrebko – Villazon-Hampson i tu…było inaczej. Na tyle że wolałam się skupić na tym co wiedzę, niż na tym co słyszę.



A co było w Warszawie po operze to już zupełnie inna historia. Tak czy inaczej jakoś dziś wróciłam. Niewyspana. I zdziwiona.

Kolejna rzecz muzyczno sceniczna to zbliżająca się 8 marca premiera Love Never Dies Webbera. Kontynuacja Upiora Opery - a jak ważna to dla mnie historia pisać nie będę. Mam mieszane uczucia. Te fragmenty, które gdzieś do sieci wpadły ogromnie mi się nie podobają. Muzycznie jakieś nijakie. Tekstowo tragiczne. Libretto jest potwornie krytykowane – a ja wierzę, że dało się to wyciągnąć. Tak czy inaczej widać było, że ta wersja za Webberam chodzi, że nie spocznie póki tego nie napisze, że chce żeby to się inaczej skończyło. I ktoś kto tyle wniósł do tego mitu ma do tego prawo. Bez entuzjazmu, ale mimo wszystko z otwartym umysłem i sercem pojadę to zobaczyć na żywo. Jeżeli mnie nie zabije wysłuchanie soundtracku za tydzień.

Z nowości z życia Lisa Natalisa.
Kupiłam wędzonego łososia. Mało. Dałam córce odrobinę resztę zjadałam sama. Córka pyta - A gdzie łosoś. Z głupią miną coś tłumaczę, nagle Natalkę ogrania zrozumienie. Idzie do okna ( księżyc w pełni) – To księżyc ukradł i zjadł łososia. – Taaak? A po czym poznajesz? – Po zapachu. – Twierdzi z przekonaniem.
Dnia następnego kupiłam łososia więcej. Starczyło dla mnie i Natalki. Przychodzi Pan Kocur i zaglądając do lodówki, patrzy na marne resztki pyta z wyrzutem – A gdzie łosoś? – Księżyc wyjadł! – odpowiadamy zgodnym chórem z córką.



A poza tym….
…jestem ruda…
Czytam: J. Winterson - Kamienni Bogowie
Słucham: A. L. Webber - Phantom of the Opera ( wersja jedyna słuszna - oryginalna z Sarą)
Oglądam: Sherlock Holmes ( oglądałam) oraz Co wiesz o Elly? ( idę jutro)
A pod koniec marca jadę na Pyrkon do Poznania.

… i mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że życie jest dokładnie jak być powinno i nic nie dzieje się bez powodu…..