Chwytam się nadziei, że to koniec zimy. Trwała za długo. Uwięziła mnie w domu. Odcięła od przestrzeni i powietrza, które było zbyt zimne żeby nim spokojnie oddychać. Teraz mnie cieszy każdy stopień wyżej i wiem że już tuż, tuż, tuż wiosna. Plus ciągle czekam, żeby Inne Sprawy się Poukładały i Wyjaśniły. I tak mi czekaniowo ten czas mija. Zamykam inne sprawy zawodowe. Bo cały czas wisiałam na dość pośrednim statusie co zaczęło mnie już irytować.
W tym czasie jeżdżę, czytam, piszę, spotykam się z bliskimi.
I jedna prośba na marginesie: Trzymajcie kciuki za jedną sprawę. Zdrowotno – finansową, nie moją, ale dość mnie dotyczącą.
Z odkryć książkowych ostatnich dni Hakawati Rabih Alameddinego. Bałam się tej książki. Miała za dobre recenzje. Coś mi śmierdziało Coelo i Zafonem. Wiem, jestem podejrzliwa jędza. Ale koniec końców kupiłam i padłam jak urzeczona. Saga rodzinna przeplatana historią Libanu i mniej i bardziej fantastycznymi historiami i baśniami. Historie w historiach. Wojna i latające dywany. Poruszające, magiczne, ciepłe i zabawne. Byłam wściekła, kiedy się skończyło. Jakby Szeherezada zostawiła mnie nagle po wielu wspólnych nocach.
Pisze Lustra. Siedemnaście rozdziałów do przodu, jeszcze cztery i robimy korekty. Mniej więcej dwa razy w tygodniu łapię się na tym, że nienawidzę swoich tekstów, uważam je za tragicznie słabe i chcę szybko skasować. Raz na miesiąc pławię się w rozkoszy, że lubię to co napisałam. Ale to zdecydowanie rzadziej. Kojarzy mi się ten fragment z Muzyki dla Kameleonów o biczu. Nie zacytuję bo sugerowałby, że twierdzę, ze mam talent. Twierdzę, że lubię pisać. I czasami nienawidzę tego, co już napiszę.
Żeby go sobie uprzyjemnić ten stan pośredni w życiu wymyślałam Traviatę w Operze Narodowej w Warszawie. Mieliśmy jechać ekipą, ale jakoś zaszła zmiana planów. A potem przeczytałam wywiad z panem Trelińskim, zobaczyłam plakat i powiedziałam, że CHCĘ to zobaczyć.
No i się zaczęła walka o bilet. W operze Narodowej można kupić bilety przez internet. Tyle, że na miesiąc przed spektaklem. Wcześniej nie. Wcześniej można rezerwować i potem wykupić bilety lub nie. Ewentualne zwroty nie wracają do puli, ale zapewne jakaś pani Halinka sprzedaje je komu uważa. Przemek nazywa to systemem sprzedaży na gęś: przychodzisz do kasy, wyjmujesz z torby gęś ze wsi i bilet bywa że się znajduje. Panie w dziele sprzedaży mogłaby pracować jako smoki strzegące skarbu. Mają bilety i zrobią wszystko żeby ich nie sprzedać.
Dziwonię na dzień przed spektaklem. - Czy są jeszcze nie wykupione rezerwacje? – No są, jakieś, nawet trochę. – A do kiedy będą te miejsca rezerwowane, kiedy wrócą do sprzedaży. – To zależy, do każdego podchodzimy indywidualnie. Jak pani chce proszę dzwonić.
Dzwoniłam. W sumie jedenaście razy.
Za drugiemu razem pani powiedziała ze niewykupionych rezerwacji nie ma. Nie wytrzymałam i zapytałam czy swoją wiedzę opiera o intuicję czy może jakieś bardziej konkretne dane. W końcu trafiłam na kogoś sensownego i o 18 bilet był. Rano koleżanka go zakupiła, a ja wsiadłam pociąg. I stwierdziłam, że ruszenie się z domu to było dokładnie coś czego mi było potrzeba.
Traviata dość bardzo mi się podobała jako całość w formie jaką pokazali w Warszawie. Problem z tą operą jest takie, że libretto to banalna i ckliwa historia o miłości. I w dzisiejszych czasach dość trudno zrozumieć dylematy kurtyzany, która porzuca ukochanego żeby mu reputacji nie zniszczyć. To, podobnie jak kurtyzany w pięknych sukniach, już jest abstrakcyjne. Jakie wyuzdanie? To są podwieczorki u cioci w klasycznym wykonaniu. Treliński to uwspółcześnił co wyszło bardzo dobrze. Całość jest w stylistyce telewizyjno – gwiazdorskiej, Traviata to celebrytka - jasno świecąca gwiazda medialna, która niemal dosłownie wydaje swoje życie na sprzedaż. Alfredo – fajny i szczery chłopak z prowincji, który się w niej głupio zakochał.
Dwie sceny tak mocne i wspaniałe, że aż mnie wbiło w fotel. Słynna siempre libra śpiewane nie w radosnym szampańskim nastroju, ale ze strachem. Ta „wolność” to dla Traviaty maska za którą chowa swój strach przed szczerą relacją. Ona to śpiewała zasłaniać się rękami i uciekając przed Alfredem. Druga scena - kiedy Alfredo porzuca Traviatę rzucając jej pieniądze w twarz. Nie wiedziałam, że to może mnie tak skopać. Jak leżała tam na scenie to miałam autentycznie łzy w oczach.
Co zirytowało? Rozczarowała ostania scena. To było tak ni pies nie wydra dla mnie. Niby klasycznie, Alfredo wraca. Niby może to już jej się śni i jest to jej wyzwolenie od wszystkiego. Może czkałam na łopatologiczne przedstawienie Alfreda jako majaku umierającej? Żeby śpiewał z oddalenia tak żeby na siebie nie spojrzeli.
Druga sprawa to głosy. Nie jestem jakoś znawcą, nie mam prawa oceniać ale mnie nie powaliło na kolana. Zwłaszcza pani Joanna Woś jako Traviata – grała świetnie – ale śpiewała tak sobie. Może mam w głowie moją ukochaną Traviatę w wersji Netrebko – Villazon-Hampson i tu…było inaczej. Na tyle że wolałam się skupić na tym co wiedzę, niż na tym co słyszę.

A co było w Warszawie po operze to już zupełnie inna historia. Tak czy inaczej jakoś dziś wróciłam. Niewyspana. I zdziwiona.
Kolejna rzecz muzyczno sceniczna to zbliżająca się 8 marca premiera Love Never Dies Webbera. Kontynuacja Upiora Opery - a jak ważna to dla mnie historia pisać nie będę. Mam mieszane uczucia. Te fragmenty, które gdzieś do sieci wpadły ogromnie mi się nie podobają. Muzycznie jakieś nijakie. Tekstowo tragiczne. Libretto jest potwornie krytykowane – a ja wierzę, że dało się to wyciągnąć. Tak czy inaczej widać było, że ta wersja za Webberam chodzi, że nie spocznie póki tego nie napisze, że chce żeby to się inaczej skończyło. I ktoś kto tyle wniósł do tego mitu ma do tego prawo. Bez entuzjazmu, ale mimo wszystko z otwartym umysłem i sercem pojadę to zobaczyć na żywo. Jeżeli mnie nie zabije wysłuchanie soundtracku za tydzień.
Z nowości z życia Lisa Natalisa.
Kupiłam wędzonego łososia. Mało. Dałam córce odrobinę resztę zjadałam sama. Córka pyta - A gdzie łosoś. Z głupią miną coś tłumaczę, nagle Natalkę ogrania zrozumienie. Idzie do okna ( księżyc w pełni) – To księżyc ukradł i zjadł łososia. – Taaak? A po czym poznajesz? – Po zapachu. – Twierdzi z przekonaniem.
Dnia następnego kupiłam łososia więcej. Starczyło dla mnie i Natalki. Przychodzi Pan Kocur i zaglądając do lodówki, patrzy na marne resztki pyta z wyrzutem – A gdzie łosoś? – Księżyc wyjadł! – odpowiadamy zgodnym chórem z córką.
A poza tym….
…jestem ruda…
Czytam: J. Winterson - Kamienni Bogowie
Słucham: A. L. Webber - Phantom of the Opera ( wersja jedyna słuszna - oryginalna z Sarą)
Oglądam: Sherlock Holmes ( oglądałam) oraz Co wiesz o Elly? ( idę jutro)
A pod koniec marca jadę na Pyrkon do Poznania.
… i mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że życie jest dokładnie jak być powinno i nic nie dzieje się bez powodu…..
0 komentarze:
Prześlij komentarz