sobota, 30 stycznia 2010

Róż plusz

W czwartek w przedszkolu bal przebierańców. Wiek 3-5 lat u dziewczynek jest różowy. Zazwyczaj. Mnie się to nie podoba wcale, ale szacunek polega na akceptacji btego co nie jest idealne z moim gustem. Zresztą niech się uczy, że wygląda ładnie w tym czym ona chce wyglądać, a nie w czymś co wciska jej np mama. Zresztą zrobiła to profesjonalnie: karta papieru, sama zrobiła projekt z czapką i gwiazdkami.

No więc wczorajszy wieczór szyłam tiul, przyszyłam gwiazdki serduszka. I jest Dobra Różowa Czarodziejka. Cóż, wyobraźcie sobie ze kolor jest inny (-; A serduszka na tiulu są niemal takie jak z pewnego filmu z mojego ulubionego fandomu. (-;






A z pozostałych wieści. W piątek 05 02 impreza babaksa bollywod. Wstępnie zapisanych 12 osób. Jakieś sugestie co do filmu to dajcie znać. A jak nie to po prostu przybywajcie na 18 ( +- 3 godz. jak wam pasuje)

środa, 27 stycznia 2010

Tęsknię za tobą, Żydzie.

Dziś dzień pamięci ofiar Holocaustu. W tym temacie znalazłam coś co mnie naprawdę ruszyło. Bardzo dobra akcja pamięci o tych co zginęli – link tu. Bo dla nas, Polaków, wymordowanie narodu i kultury która współistniała z nami przez kilkaset lat to Utrata.

Pochodzę z rodziny wielokulturowej w jakimś stopniu. Od strony matki z rodzony śląsko – niemieckiej w najbardziej klasycznym tego słowa znaczeniu, z krewnymi w Powstaniach Śląskich i w Wermachcie, z gwarą którą się mówiło w domu, gymisesupą, kraudakpustą na obiod. Od strony ojca z rodzinny rdzennie polskiej. I w jakiś sposób rozumiem, że ta różnorodność kulturowa osób które mieszkają w tym samym kraju nas ubogaca. Mimo różnego języka, potraw, kościoła do którego się chodziło.

Mam dwadzieścia dziewięć lat i siła rzeczy nie znam żadnego z Żydów którzy zginęli w czasie wojny. Ale czuję, w sensie społecznym, socjologicznym, że jest po nich dziura, Tęsknię za nimi. Bo wiem, że różnice potrafią ubogacać, a nie dzielić. Więc tęsknię, za wnukami tych którzy zginęli, z którymi mogłaby chodzić do liceum. I za ich prawnukami z którymi Natalis mógłby być w przedszkolu. Chciałabym móc powiedzieć tym którzy zginęli: Brak mi Was, waszych dzieci, wnuków, języka, tradycji. Znam was po śladach na ulicach Kazimierza, Krakowa, Żmigrodzie, Dukli. I dlatego przyłączam się do tej aukcji. Bo za wielu jest takich, co uważają, ze holocaust był be, ale w sumie fajnie, że ich nie ma. Nie jest fajnie.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Don Giovanni

Dostałam od rodzica pod choinkę Don Giovanniego z Royal Opera House. Mnaimuśne. I na zachętę mały obrazek dla czytelniczek, które uważają, że opera jest nudna.

Czyli co Don Giovanni robił w piekle (-;
Mały screenshot (-;



Czekamy z kotem na interpretacje ze ten cały Komandor i porwanie do piekieł to była delirka ściema i jeszcze jedno kłamstwo i podstęp żeby się od niego odwalił Don Ottawio z policją. I ostania scena gdzie odchodzi w towarzystwie pięknych kobiet uzupełniać listę mille tre.

niedziela, 24 stycznia 2010

Na ekranie i na scenie

UWAGA: Dla osób, którym nie chce się czytać recenzji kinowo muzycznych – kawałek o Natalisku na samym dole. (-;

Kilka rzeczy ostatnio widziałam i z zabiegania nawet słowem nie wspomniałam. Nadrabiam więc zaległości w odwrotnej chronologii.

Wczoraj byliśmy z Kotem i Natalisem na „Skarbie Babuchy Burczymuchy” w Teatrze Ateneum w Katowicach. Rewelacja. Dzieci były zachwycone, świetne piosenki i sama treść bajki, pomysłowa scenografia i kostiumy. Zero tandety. A na dodatek wszystko okraszone delikatnymi i niegłupimi żartami zrozumiałymi dla dorosłych. ( Konia, konia królestwo za konia). Aktorstwo fenomenalne. W trzy osoby zagrali całą bajkę i jeszcze tło i narratora. I tu jeszcze raz smutne porównanie z niedalekim geograficznie Teatrem Nowym w Zabrzu, który z podobnym budżetem chałturzy i męczy widzów słabym nagłośnieniem, beznadziejną grą i tandetną fabułą. Dlaczego tak różne teatry? Nie wiem. Pewnie jak zwykle zarządzanie.

Tak czy inaczej „Skarb…” opowiada historię księcia Aleksandra który pożegnawszy się z rodzicami wyrusza na poszukiwanie przygód i żony. Poznaje dobrego smoka, który zostaje jego przyjacielem ( ratuje go z rąk zbójców) a potem zostaje okradziony przez Babuchę Burczymuchę – jędzę z lasu – posiadaczkę czarodziejskiej księgi, kota i skarbu. Potem sam ze smokiem okrada staruszkę i ucieka przed jej zemstą. A na samym końcu zdobywszy jej magiczną księgę sprowadza Babę Jagę do dawnej postaci czyli księżniczki i żeni się z nią.

Fajne to na scenie było, ale przyprawiło mnie o atak głupawki i odczytanie sztuki w kontekście feministyczno socjologicznym. Babucha Burczymucha – bogata, niezależna i odważna jednostka. Kobieta wyzwolona. Posiada dostęp do kobiecej siły, magii, ma kontakt ze świtem zwierząt i z naturą ( nie, kozła nie było). I ta Babucha jest przez złego księcia, reprezentującego patriarchalne wartości, sprowadzona do roli żony i obrabowana ze skarbu. Jej wygląd zostaje siłą zmieniony, aby zadowolić męskie gusta ( …jak wiele kobiet presja egoistycznych samczych gustów popycha w stronę skalpela chirurga….). Baba Jaga wykastrowana, ostateczny upadek czarodzicielstwa, zdominowanie pierwotnej kobiecej siły przez konwencje społeczną. A skarbu jej na końcu nie oddali, o!

I rozchichotana tą interpretacją wracałam do domu. Zahaczywszy o winiarnię i dwie butelki wina śliwkowego. To jest jeden z nielicznych alkoholi, po którym jak kocica się łaszę do patriarchalnego samca żeby mi dolał do kieliszka (-;


To na scenie. A tydzień wcześniej maiłam okazję oglądać Carmen z Met – w Sali kinowej Kina Kijów. Po spektaklu z Londynu nie myślałam, że Carmen jest w stanie mnie jeszcze aż tak zaskoczyć i oczarować. Muzycznie cudowne, cudowne, cudowne. I doceniam młodego dyrygenta który machał batutą z taką pasją i uśmiechem, że aż podskakiwał. ( A starsze panie komentowały z zachwytem w głowie „ Jaki on młodziutki….” )

Ja w ogóle dochodzę do wniosku, że z oper mam dwie ulubione Carmen i Don Giovanniego. I obie mają coś wspólnego – głównego bohatera/bohaterkę, który mało się przejmuje konwencjami społecznymi i etycznymi. I szuka. I cały czas czegoś pragnie. I to mnie za każdym razem w kolejnej interpretacji powala na kolana. Ten głód życia i wolności. A operowe miłości – zamurowywanie się w grobowcu, skoki w muru, umieranie z miłości i gruźlicy jakoś mnie mniej ruszają.

A co do samego spektaklu z Met. Po kolei, nie mogąc się powstrzymać od porównań do wersji Londyńskiej. Tło: Klasycznie, ale…akcja przeniesiona w czasy międzywojenne z dużym pożytkiem. Całość dekoracji, kostiumów wspaniała i perfekcyjna. Dodatkowo niesamowita choreografia, elementy tańca i ruchu.

Elina Garanca jako Carmen powalająca. Młodsza niż Antonacci, grała coś co przypomniało żywe srebro, byłą zmienna jak górski strumyk. Ona kochała, nienawidziła naprawdę. Czegoś tak pełnego pasji i wolności jeszcze nie wiedziałam. Roberto Alagana mniej zidiociały niż Kaufmann – nie wiedziałam, że z roli Don Jose można wykrzesać tyle ikry i emocji. Odszczekuję wszystkie złośliwe komentarz – Alagna potrafi grać. On był jednoczenie słaby i silny, kochający i pełen nienawiści, troszkę szalony.

Jedyne co podobało mi się mniej to Esamillio. Pan Kwiecień był chory – a jego dubler wyszedł jakoś blado. Szczególnie aktorsko – ale trudno zagrać młodego boga jak się ma mordkę szczurka ( po gębie to by mógł Leporella dobrze grać) Zwłaszcza jak mam porównanie do Ildebrando D'Arcangelo, który oprócz tego, że wygląda tak, że mógłby w ogóle nie śpiewać a i tak dostałby oklaski. A że śpiewa jak wygląda, to można sobie wyobrazić efekt….Mam tylko nadzieję, że jako baryton nie dostanie roli Scarpia w najbliższym czasie. Bo nikt nie pojmie czemu ona go nie chciała.

Czkam aż to cudo ( na Carmen, nie na Illdebrano) będzie na płytce. Wtedy zapraszam na oglądanie.

Druga rzecz z MET którą mieliśmy okazję oglądać w Kijowie to Opowieści Hoffmana. Było to już jakiś czas temu, ale mroziło jak dzisiaj. Opowieści mniej fabularnie poruszające niż Carmen – ot historia cierpiącego artysty kretyna, który trafiwszy na kobietę lalkę, chorowitą śpiewaczkę, a na końcu ladacznicę, ostatecznie postanawia cierpieć aby tworzyć i oddaje się w ramiona swojego osobistego demona i alkoholu. Dość fajne muzycznie ( Netrebko dała radę bardzo, ale aria lalki mocno męcząca). Co mi się jednak przede wszystkim podobało to oniryczność spektaklu. To jest opowieść w opowieści, sen, wspomnienie. Nic tu nie jest do końca realne, wszystko jest widziadłem i opowieścią mocno już zapijaczonego pisarza. Tak jak gdzieś czytałam opera w Nowym Yorku musi być klasyczna i tradycyjna, bo ma sponsorów o klasycznych gustach. I w tym kontekście to było odważne przedstawienie. Dziwne widziadło, nierealne ale przy tym bardzo spójne. Ha, mam nadzieję że Armida też będzie zaczarowana. No, wiedźma przecież.

A w kolejce do oglądania czeka „Co ty wiesz o Elly” – tyle dobrych recenzji, kino Irańskie, które dotychczas mnie urzekało, że aż boję się rozczarować. Zdam relacje – premiera Od 12 lutego.

A za dwa tygodnie babska impreza Bolly. Będzie nas dużoooo. Z jednej strony bardzo się ciesze, a z drugiej mam stracha organizacyjnego. Ale jest Ania, Madzia i Hania do pomocy zgłoszona więc z takim zapleczem dam radę.



A z telenoweli „ mamą być”.
Wymyśliłyśmy zabawę.
A wszystko przez to poprosiła mnie żebym zrobiła jej statek. Statek DLA wieloryba. Spodobało mi się to, że statek DLA a nie NA wieloryba. No wiec narysowałyśmy I wyciekłyśmy statek. O czerwonych żaglach. Na pamiątkę pewnego pana, który takim statkiem pływał. Statek miał 3 żagle, armatę i napis DLA WIELORYBÓW. Armatą strzelał do statków wielorybniczych. A jak się już topiły to wyciągał wielorybników I w ich krwi farbował żagle żeby były bardziej czerwone. Potem biegałyśmy po domu z papierowym statkiem i plastikowym wielorybem, Natalka wznosząc okrzyki „Mamo, strzelaj! Strzelaj! Widzę wielorybników, upuścimy im krwi!

wtorek, 19 stycznia 2010


Wiedzieć
Skąd i dokąd, od czego i dlaczego
Poszukiwać, odkrywać, wędrować.

piątek, 15 stycznia 2010

Bad Boys...

Bad boys bad boys
Watcha gonna do, whatcha gonna do
when they come for you


Znacie to?


A to? Bardzo źli chłopcy troszkę inaczej.




Dzięki uprzejmości kolegi Piotra z Londynu dostałam właśnie niesamowitą płytę. Kupioną legalnie na mp3 ( dostępna niestety tylko dla obywateli Wysp, ale trudno). Arie bardzo mrocznych sukinsynów w bardzo szczególnym wykonaniu. Scarpia, Mefisto, Macki Messer i jeszcze kilku innych drani. Bryn Terfel rządzi i wymiata! A ja słucham z uszami szeroko otwartymi i wielkim uśmiechem na twarzy.

środa, 13 stycznia 2010

Filmowo styczniowo.

Byłam w zeszłym tygodniu na filmie Parnassus Terrego Gilliama. Samego reżysera lubię i z okresu Monty Pytona i z Fisher Kinga, dlatego wiedziałam czego się spodziewać. Po filmie i po kilku dniach zastanowienia jestem na tak, ale. Jest kilka małych „ale”.

Film bajkowy. Wizualnie przepiękny, tajemniczy, gdzieś na pograniczu snu, bajki i książek Gagmana. Za scenografię, dekoracje i stronę wizualną filmu – zarówno w scenach z Londynu jak i z Imaginarium należą się barwa na stojąco. Kolejnym mocnym punktem jest gra aktorska – Tom Waits, Heath Leder, Lili Cole – wszyscy oni byli rewelacyjni. Kiedy człowiek się zastanawia nad ich postaciami – tak na sucho jakby napisać w kilku zdaniach i patrzy co oni wnieśli w te postacie jak je ożywili, to jest niesamowite. W związku ze śmiercią Leadera w trakcie zdjęć zastępuje go kilku aktorów. I o ile Deep jest rewelacyjny to Colin Farrell już nie – i tu się zaczyna pierwsze ale. Film w pewnym momencie zaczyna się rozłazić. Ja wiem, że to jest baśń, ale jakaś logika mogła by być zachowana. Coś jakby trzeszczy.

I tu jest problem. Spotkałam się z zarzutami, że nie wiadomo o co w filmie chodzi. Sama fabuła, jakby ją wyłuskać i spisać w kilku zdaniach jest piramidalnie głupia. Pomijając już dobry motyw zakładów z diabłem, to motyw opowieści w której trzeba wybrać jedną z dwóch dróg „ dobrą” i „złą” był dla mnie zbyt łopatologiczny i trywialny. I teraz jest pytanie czy reżyser miał to zrobić logiczniej – jak zwykła baśń, która swoją fabuła by moim zdaniem filmu nie udźwignęła. Czyże iść w jeszcze większy brak logiki oniryzm, motywy jak z Lincza bez jasnych reguł dobra i zła. To by było jeszcze bardziej zakręcone, ale mój głos jest, że to mogło by iść w tym kierunku. Biorąc pod uwagę wszystkie wypadki, które towarzyszyły filmowi to ogromy szacunek dla Gilliama, że to skończył. I że zrobił to po swojemu, nawet mimo pewnych nielogiczności. Dla mnie cały film jest wspaniałym wizualnie hołdem dla marzeń i wyobraźni. I dlatego daję 7/10. Mimo wszystko.

I jeszcze a propos filmów, zbieram sobie opinie o Awatarze. Tak z ciekawości. Na razie przeważając większość jest na nie. Albo na tak, z dużym ale. Ja się nie wybieram. Jestem obrzydliwym i niesprawiedliwym stworzeniem, które wyrobiło sobie opinię po kawałkach z netu i recenzjach. A czemu nie pójdę? Bo na Pocachontas ze smerfami w roli głównej jestem za duża. Nie pociąga mnie estetyka niebieskich mordek. Dwa to w chwili kiedy Amerykanie siedzą w obcym kraju o bogatych złożach i nagle pojawia się film nawołujący do pokoju dla naszych braci, to mnie to słabi. Nie mam ochoty na lekcję jak traktować inne istoty, zwłaszcza jeżeli nauczycielem jest produkcja z takiego a nie innego kraju. Fajnie, że mają katharsis na swoje traumy, ale ja się trzymam od tego z daleka. A jeżeli wszystko jest w romantyczno ckliwym sosie Pocachontas – Titanic to w ogóle uciekam. Wolę już żyłochlasty w stylu Białej Wstążki.

A poza tym martwię się jedną sprawę, która nie jest w zasadzie moją sprawą i o której nie mam prawa ani podstaw tu pisać. Ale się martwię po ludzku. I nic nie mogę zrobić. Mam nadzieję, że tak naprawdę nic się nie stało i tylko histeryzuje. Cóż, trzymajcie kciuki, żebym się okazała przewrażliwionym łosiem. Będzie to z pożytkiem dla wszystkich. A i trzymajcie kciuki in blanco. Bez zbędnych pytań.

A ponadto dalej sobie stukam pomaleńku Lustra. Rozdział trzynasty, ponad sto stron, zabiłam Kaia. Głupio mi. Krew na klawiaturze, patos w powietrzu, ale czasem trzeba. Rowing mogła Syriusza to mnie też wolno. Ale mi szkoda. Był dobrym konstruktem literackim, że tak powiem.

W zeszłym tygodniu miałam fajne spotkanie z kimś to był mi kiedyś bliski a kogoś nie widziałam wieki. I dobrze, nie wierzę w przypadki i spotkania czekając na tramwaj mają dobre konsekwencje. Chociaż to spotkanie uświadomiło mi jak bardzo się zmieniłam przez ostanie kilka lat. I chyba jestem z kierunku zmian zadowolona. Miedzy innymi przestałam z relacjach przyjacielskich desperacko szukać swojego odbicia lustrzanego. Nie to, że nie potrzebuję tych wspólnych światów książkowo, filmowych, podróży, rozmów babskich. To jest ważne. Ale nie najważniejsze. I jakoś też ważne są takie rzeczy jak lojalność, wytrzymałość na próbę czasu, decyzja że ktoś mimo, że różny ode mnie to chce być psychicznie blisko.

A dla zainteresowanych nowe hasła Natalsa, który dalej bawi się w hodowle wyobrażonych stworzeń. Tym razem koniki. Całe stado z nami jeździ.
Nat: - Moje koniki są głodne i jedzą mięsko.
Przem spokojnie tłumaczy, że konie mięsa nie jadają.
Nat ( zdenerwowana) – Nic mnie to nie obchodzi! One jedzą mięso i bardzo im smakuje.

Obraz różowych rumaków z mordami ufafranymi krwią jest deliryczny.

środa, 6 stycznia 2010

Brzemię

Podczas ostatniej wizyty w Krakowie przy okazji Opowieści Hoffmana weszłam na chwilę do księgarni. Po troszku żeby się ogrzać, po trochu, żeby poprzerywać z książkami. Jak zawsze. Od niechcenia kupiłam książkę. Trochę z polecenia Agi, trochę z zainteresowania tematem. Brzemię Jeanette Winterson leżało sobie na stole, obok naczynia z mate i czekało. Usiadłam dziś i przeczytałam jeden raz. Za szybko, zachłystując się słowami. Język i styl mnie oczarowały. Lekkie, błyskotliwe i daje kopa, wsiąka podskórnie i zmusza do myślenia. Nie patrzyłam tak na historię Atlasa, a teraz zobaczyłam to Brzemię, ten Ciężar i kilak rzeczy odbite jak w lustrze. Czy na tym właśnie polega cała heca z mitami? Że można je odczytywać cały czas na nowo i inaczej? Tak czy inaczej jestem zaskoczona i zachwycona. Książka wzięła mnie z zaskoczenia. I tak sobie myślę jak ja jednak lubię być tak zaskakiwana.