piątek, 21 maja 2010

Szlag by to jesny trafił, cholera, cholera, cholera....

Nie pytajcie mnie od kogo dostałam tą piosenkę. Proszę. I bez tego się rozsypuję. *

I mam najzwyczajniej w świecie złamane serce. Zupełnie.

Na ile wiary brak gorącej,
Że jest na niebie jakiś Bóg -
Na tyle wiąże koniec z końcem
Łańcuch u katorżnika nóg.
Na ile wciąż nadzieja szarpie,
Że coś się dla nas w mrokach tli -
Na tyle wigilijne karpie
Śnią smacznie swe beztroskie sny.

Piosenka pożegnania -
Piosenką jest utraty;
Żegnałem ludzi i zdania -
Traciłem całe światy.
I nic nie pozostało
Prócz tego, co nucicie!
To wcale nie jest mało
Tak - żegnać - całe życie.


Na ile przetrwa - co odchodzi
Nabite na Historii hak -
Na tyle zauważą młodzi,
Że nagle czegoś jest im brak.
Na ile ufa młody dureń
W niewyczerpany zapas lat -
Na tyle mu bezbronną skórę
Tnie raz po raz bezwzględny bat

Piosenka pożegnania -
Piosenką jest utraty;
Żegnałem ludzi i zdania -
Traciłem całe światy.
I nic nie pozostało
Prócz tego, co nucicie!
To wcale nie jest mało
Tak - żegnać - całe życie.

Na ile zdolny jest do krzyku
W obronie innych każdy z nas -
Na tyle trwa ten kraj pomników,
Strumieniem podmywany głaz.
Na ile skory do ofiary
Jest ten, co bluźnił, łgał i kradł -
Na tyle wierzy człowiek stary
W to, że ocali własny świat...

Piosenka pożegnania -
Piosenką jest utraty;
Żegnałem ludzi i zdania -
Traciłem całe światy.
I nic nie pozostało
Prócz tego, co nucicie!
To wcale nie jest mało
Tak - żegnać - całe życie.

Ach, świat przebrzmiałych dźwięków
Jakąż melodię wiódł!
Już jej nie wskrzesisz ręką,
Już nie ma tamtych nut...

Ach, z tego, czego już nie ma
Jakiż by mógł być świat!
Ale to inny temat -
Nam już nie starczy lat...




*nie, nie kocur, ale podobny kaliber

poniedziałek, 17 maja 2010

(-;

Dostałam w ciągu ostatnich dni otrzymałam dwa duże bezinteresowne prezenty. Niematerialne, ale dużo znaczące. Raz poprosiłam kogoś o pomoc z problemem z którym sobie nie radzę – wyciągnęłam rękę i dostałam z nawiązką. A dwa ktoś mi pomógł i ciągle pomaga i poświęca dużo swojej pracy, żeby moje marzenie się spełniło. I jak to nie wierzyć w świat?



A z wiadomości Natalkowych
Córka się za coś obraziła na ojca, nadęła się a ja się pytam żeby rozładować atmosferę:
- jesteś obrażona?
- tak!
- Hmmm, a która część ciebie jest najbardziej obrażona?
( po chwili namysłu) - prawa nerka

czwartek, 13 maja 2010

Rzeczy dobre i złe

Dobra wiadomość, to że wracam do medytacji. Mam tendencje do rozpraszania się i do braku systematyczności dlatego nie jest to dla mnie zupełnie łatwe. A mam w sobie kilka spraw do poukładania. Z jednej strony dużo, dużo ogromnej radości z życia i świata. Z drugiej fakt, że coraz bardziej się zamykam i wcale mi się to nie podoba. Pal licho jak zamykam się przed światem, gorzej jak nawet przed sobą. Muszę sobie też poukładać kontakty z rodzinną. Nie wiem jak. Chyba ostatecznie kontakty zostały zerwane, zapomniałam wczoraj u nich kluczy i dziś znalazłam je w skrzynce ( a byłam cały dzień domu) nie odpowiada mi sie na gg odwiesza telefony. To chyba jakiś chory sposób okazywania przez mojego ojca lojalności matce. Najgorsze jest to, że oboje jesteśmy uparci i jak coś zrobimy to brniemy w to do końca niezależnie od kasztów. Nie wiem jeszcze czy po prostu wezmę to na klatę że n i e m a m rodziców z którymi mogę zamienić dwa słowa. Czy jakoś to ułożę z nimi. Na razie układam to w sobie. Przypomina to odwracanie nigdy nie sprzątanej piwnicy. Wszystko co na zewnątrz trzeba znacząc od układania tego co w środku i nie chodzi tu o jakieś palny czy strategie, ale świadomość własnych uczuć i wyrabianie w sobie empatii. Rodzaj ćwiczeń duchowych przed trudną wyprawą. Tak jakbym robiła pompki przed wyjazdem na Mont Everest ( choć mam nadzieję, że ma to więcej sensu).


A poza tym chodzi za mną to. Mimo wszystko świat jest piękny i święty. W każdym kawałku.




I zrobiłam najlepsze w życiu ciasto czekoladowe. Nazwałam je gruba browne – bo jest wprost nieprzytomnie kaloryczne.


Tabliczkę czekolady gorzkiej rozpuszczasz z połową kostki masła i STUDZISZ
Ubijasz mikserem 3 jaja, 50-60 g mąki, 150 g cukru, dodajesz masę maślano - czekoladową
W oryginalnym przepise dawali też orzechy ale ja sobie darowuję

pieczesz najlepiej na papierze do pieczenia i niedużej foremce ja daje rynnę pieczesz 18-20 minut 200 stopni

POLEWA Tabliczka czekolady gorzkiej i troszkę masła lub mleka rozpuszczasz, dajesz na ostudzone ciasto i bach o lodówki

Najlepsze podawane z bitą śmietaną i wiśniami ze słoiczka smarzonymi w cukrze

A z Natalisem miałam dziś 20 minutową dyskusję w czasie robienia naleśników. Czy nele-śnik będzie tym samym co śnik-nale. Ja twierdziłam, że tak, bo róża pod inną nazwą tak samo by pachniała. Natalia że nie bo śnik-nale to taki naleśnik odwrotny czyli musi być inny. W końcu upiekłam jej dla porównania nele-śnika i śnika-nale ( jak Stwórca Naleśników mam prawo nadawać im imiona jakie chcę) i empiryczne doświadczenie pokazało, że nie mam między nimi różnicy.

Krótkie, chaotyczne notki z Londynu.

Potrzeby mi był taki wyjazd. Przede wszystkim po to, żeby spędzić trochę czasu z Kocurem, połazić tu i tam, porozmawiać. Przez trzy dni staraliśmy się zobaczyć i zrobić tyle, co przez tydzień, więc jestem fizycznie zmęczona, ale mam podładowane emocjonalne akumulatory. Ogólnie jako miasto uwielbiam Londyn, nie wiem czemu, może za różnorodność, to, że zawsze coś się dzieje. Może po prostu mi się tam wizualnie podoba. Choć z drugiej strony miałam trochę wrażenie, że ciągnie mnie też do nowych miejsc. Brakuje mi tego, że miasto mnie zaskoczy.

Wszystkich atrakcji nie będę wymieniać. Byliśmy w planetarium, na Love Never Dies, w całkiem sporej liczbie księgarni. Nieśmiało szukałam książki Angeli Carter i jak zaczarowana stanęłam przed półką pełną jej książek. Wyszłam z Fireworks – zbiorem opowiadań i antologią bajek przez nią zebranych i edytowanych. Rzadko się zdarza, że trafiam na baśń, której w tej czy innej formie nigdy nie słyszałam, a tu takie się trafiają, żałuję tylko, że bez komentarza redakcyjnego, dużo bym dała, żeby poczytać jej notatki na marginesach, interpretacje, skojarzenia.

Poza tym spotkała mnie mała przygoda. Jak już wspominałam, tydzień przed wyjazdem byłam u fryzjera. Nie dogadałam się z moją fryzjerką i byłam absolutnie niezadowolona. Psioczyłam i pomstowałam, że pojadę wyglądając strasznie. Nie pozwalałam na zdjęcia, ale w końcu z tym czymś na głowie pojechałam. Idę sobie z Kotem po Londynie, w nieprzyzwoicie krótkiej sukience ( takiej co do bardziej skromnych miejsc robi za bluzkę) i nagle ktoś mnie zaczepia. Okazało się że w pobliskim zakładzie fryzjerskim ( raczej z tej górnej półki) odbywa się szkolenie i modelka im wypadła. Panika. Czy zgodzę się za darmo być obcięta. Haczyk w tym, że nie miałam za dużo do powiedzenia w sprawie wyboru fryzury. No ba że się zgadzam. Szkolenie prowadził jakiś guru fryzjerstwa, a mnie strzygł jakiś chłopak z Francji. Bida z nędzą, wystraszony, średnio radzący sobie z językiem, zestresowany i zupełnie załamany, że wszyscy tną a on siedzi jak ofiara. To mu powiedziałam, że ma robić jak uważa i będzie dobrze. Ogólnie co kilka ruchów nożyczkami wzywał Mistrza i wszyscy dyskontowali jak dalej ciąć. Całość zabrała ponad dwie godziny, ale bawiłam się świetnie. A efekt jest bardzo, bardzo fajny.

Wybierając się w podróż zabieram tylko bagaż podręczny, a co za tym idzie mam w nim mało miejsca. Znaczy – zabieram tylko jedną książkę. Czasem zdarza się tak, że mi nie podchodzi i jestem zdana w samolocie na pastwę autora sadysty. Tym razem wzięłam ( z polecenia Zuzy) Elizabeth Gilbert „Jedź, módl się, kochaj”. Na początku mnie irytowała. Bałam się skrzyżowania Cohelo z Brigit Jones. Ale potem się zupełnie wciągnęłam w absolutnie szczerą i osobistą narrację książki. Bohaterka ( właściwie to autorka też bo jest to swojego rodzaju pamiętnik) ma życie z którego nie jest zadowolona i jedzie w podróż w trzy miejsca – do Włoch, Indii i na Balii. W każdym z tych miejsc szuka i znajduje coś innego. Przez pierwsze trzydzieści stron byłam maksymalnie podejrzliwa i nieufna, a zamknęłam jedną z najważniejszych h książek jakie czytałam. Za szczerość, trafność spostrzeżeń i ciepło. I bardzo mi bliskie podejście do medytacji.

I na koniec właśnie jeden z moich ulubionych fragmentów tej książki: „Na ogół ludzie traktują szczęście jak traf, coś, co może się zdarzyć jak piękna pogoda. Ale szczęście nie pojawia się w taki sposób. Szczęście jest wynikiem naszego osobistego wysiłku. Trzeba o nie walczyć, dążyć do niego, upierać się przy nim, a czasem nawet szukać go na drugim końcu świata”

A o jeszcze kilku rzeczach z tej książce i medytacji potem. Teraz musze ogarnąć dom. Nieuporządkowanie przestrzeni wokół siebie czasem powoduje bałagan wewnątrz.

Londyn raz jeszcze, to i owo

Potrzeby mi był taki wyjazd. Przede wszystkim po to, żeby spędzić trochę czasu z Kocurem, połazić tu i tam, porozmawiać. Przez trzy dni staraliśmy się zobaczyć i zrobić tyle, co przez tydzień, więc jestem fizycznie zmęczona, ale mam podładowane emocjonalne akumulatory. Ogólnie jako miasto uwielbiam Londyn, nie wiem czemu, może za różnorodność, to, że zawsze coś się dzieje. Może po prostu mi się tam wizualnie podoba. Choć z drugiej strony miałam trochę wrażenie, że ciągnie mnie też do nowych miejsc. Brakuje mi tego, że miasto mnie zaskoczy.

Wszystkich atrakcji nie będę wymieniać. Byliśmy w planetarium, na Love Never Dies, w całkiem sporej liczbie księgarni. Nieśmiało szukałam książki Angeli Carter i jak zaczarowana stanęłam przed półką pełną jej książek. Wyszłam z Fireworks – zbiorem opowiadań i antologią bajek przez nią zebranych i edytowanych. Rzadko się zdarza, że trafiam na baśń, której w tej czy innej formie nigdy nie słyszałam, a tu takie się trafiają, żałuję tylko, że bez komentarza redakcyjnego, dużo bym dała, żeby poczytać jej notatki na marginesach, interpretacje, skojarzenia.

Poza tym spotkała mnie mała przygoda. Jak już wspominałam, tydzień przed wyjazdem byłam u fryzjera. Nie dogadałam się z moją fryzjerką i byłam absolutnie niezadowolona. Psioczyłam i pomstowałam, że pojadę wyglądając strasznie. Nie pozwalałam na zdjęcia, ale w końcu z tym czymś na głowie pojechałam. Idę sobie z Kotem po Londynie, w nieprzyzwoicie krótkiej sukience ( takiej co do bardziej skromnych miejsc robi za bluzkę) i nagle ktoś mnie zaczepia. Okazało się że w pobliskim zakładzie fryzjerskim ( raczej z tej górnej półki) odbywa się szkolenie i modelka im wypadła. Panika. Czy zgodzę się za darmo być obcięta. Haczyk w tym, że nie miałam za dużo do powiedzenia w sprawie wyboru fryzury. No ba że się zgadzam. Szkolenie prowadził jakiś guru fryzjerstwa, a mnie strzygł jakiś chłopak z Francji. Bida z nędzą, wystraszony, średnio radzący sobie z językiem, zestresowany i zupełnie załamany, że wszyscy tną a on siedzi jak ofiara. To mu powiedziałam, że ma robić jak uważa i będzie dobrze. Ogólnie co kilka ruchów nożyczkami wzywał Mistrza i wszyscy dyskontowali jak dalej ciąć. Całość zabrała ponad dwie godziny, ale bawiłam się świetnie. A efekt jest bardzo, bardzo fajny.

Wybierając się w podróż zabieram tylko bagaż podręczny, a co za tym idzie mam w nim mało miejsca. Znaczy – zabieram tylko jedną książkę. Czasem zdarza się tak, że mi nie podchodzi i jestem zdana w samolocie na pastwę autora sadysty. Tym razem wzięłam ( z polecenia Zuzy) Elizabeth Gilbert „Jedź, módl się, kochaj”. Na początku mnie irytowała. Bałam się skrzyżowania Cohelo z Brigit Jones. Ale potem się zupełnie wciągnęłam w absolutnie szczerą i osobistą narrację książki. Bohaterka ( właściwie to autorka też bo jest to swojego rodzaju pamiętnik) ma życie z którego nie jest zadowolona i jedzie w podróż w trzy miejsca – do Włoch, Indii i na Balii. W każdym z tych miejsc szuka i znajduje coś innego. Przez pierwsze trzydzieści stron byłam maksymalnie podejrzliwa i nieufna, a zamknęłam jedną z najważniejszych h książek jakie czytałam. Za szczerość, trafność spostrzeżeń i ciepło. I bardzo mi bliskie podejście do medytacji.

I na koniec właśnie jeden z moich ulubionych fragmentów tej książki: „Na ogół ludzie traktują szczęście jak traf, coś, co może się zdarzyć jak piękna pogoda. Ale szczęście nie pojawia się w taki sposób. Szczęście jest wynikiem naszego osobistego wysiłku. Trzeba o nie walczyć, dążyć do niego, upierać się przy nim, a czasem nawet szukać go na drugim końcu świata”

A o jeszcze kilku rzeczach z tej książce i medytacji potem. Teraz musze ogarnąć dom. Nieuporządkowanie przestrzeni wokół siebie czasem powoduje bałagan wewnątrz.

środa, 12 maja 2010

LND notka bardzo hermeryczna

Jutro szersza relacja z Londynu. A teraz...


...notka bardzo hermetyczna – kto nie chce nich nie czyta (-; Specjalnie dla wielbicieli musicali i Upiora. Wszystko poniżej opisane oparte o moje subiektywne wrażenia i o uwagi Pana Kota Męża – wolnego od skrzywienia fandomowego, ale za to obdarzonego empatią i tym, że jako facet inaczej patrzy na męskie postacie.

Dla mnie osobiście Upiór, szczególnie w wersji Webbera, jest jednym z najważniejszych dzieł w kategorii muzyki i treści. Nie wiem dlaczego. Kiedy pierwszy raz usłyszałam cięło mnie i tak trwam do dziś. Dlatego też na kontynuację POTO w wykonaniu Webbera do Londynu musiałam po prostu jechać. I chociaż spodziewałam się najgorszych rzeczy byłam bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona.

Ogólnie daję 8/10. Dużo.

Czemu nie 10? Zacznijmy od marudzenia.
Pracują nad warstwą tekstową libretta, ale ciągle za mało. Za dużo słów Bjutifuuuulll na minutę. Minus jedne punkt.
Dwa to niektóre słabsze kawałki muzycznie w porównaniu do POTO. The Arya i tytułowe Love Never Dies smętne. Ale jest też kilka kawałków absolutnie rewelacyjnych.

Tak jak pisano wcześniej bardzo dobra gra aktorska, wokale ( Ramin, Ramin, Ramin!), orkiestra i efekty wizualne. Jeżeli chodzi o libretto to ja to kupuję w 100%. To dla mnie jest kontynuacja. Osobiście nie wiem dlaczego Webber zrobił taki przeskok czasowy. Niby minęło 11 lat – a tak naprawdę ze 20. Może po prostu chciał pomysł na scenografię secesyjną ( moja opinia) może był to też pewien przekaz ( wersja Kota). Moim zdaniem niepotrzebnie. Bez tego przekaz, że JEST to kontynuacja byłby mocniejszy.

Dla mnie cały musical nie był smutny ani ckliwy. Był gorzki. I uważam, że Webber miał prawo to tak skończyć – w końcu jest osobą która w ten mit włożył bardzo dużo. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że mity są czymś stałym, czymś nad czym nie wolno pracować, interpretować. Z mitologią grecką robiła to Atwoowd, Winterson, Borges. Na Boga, czemu nie może tego robić Webber z mitem w który tyle włożył. W końcu jeżeli chodzi o POTO to też jest wierne Leruxowi tylko w warstwie treści, a nie akcentów emocjonalnych.

Z takimi interpretacjami jest czasem problem. Każdy, kto się czuje w jakiś sposób związany z mitem będzie tam coś swojego wkładał. A to będzie ulubiony ( i jedyny słuszny) paring, a to ktoś się będzie panicznie bał wątków religijnych, dzieci, albo świnek morskich, albo jeszcze czego innego. Tak bywa. I każda interpretacja – i odbiór tej interpretacji mitu – jest tym wszystkim obciążony. Ale mimo wszystko to Webberowi wyszło bardzo dobrze – choć jest to jego subiektywna wersja tej historii.

Tak, to nie są już ci sami bohaterowie. Bo n i k t nie jest taki sam po 10 latach. Ja też nie. To są ci sami bohaterowie zmienieni 11 latami życia po podjęciu takich a nie innych decyzji. I to jest bardzo konsekwentne. Tak, Upiorowi brakuje tego ciemnego mrocznego rysu, kogoś kto nigdy nie został dotknięty. I nie może już go mieć – bo już nie jest kimś kto nigdy nie został pocałowany, dotknięty. Żaba zamieniła się w księcia, no może w człowieka. I k a ż d y najlepszy nawet fanfik, film, opera, książka która da mu na chwilkę Christine, a potem opisze dalsze losy będzie tak wyglądała.


Pojawiały się zarzuty o mieszczańskie wartości. Cóż, n i c z e g o bardziej mieszczańskiego od małżeństwa nie można sobie wyobrazić, a to już w mu w tekstach podawano. Ba, u Leroux i Kay sam się o to prosił.
Dzieci są naturalną biologiczną konsekwencją seksu, są tak samo mieszczańskie jak miesiączka. Jeżeli ktoś go kładzie z Christine do buduaru, to za każdym razem kiedy to robi może sobie rzucić na dni płodne. Niestety autorzy nie rzucają i naginają statystykę do własnego widzimisie. Czasem nie ma dzieci 10 lat, a czasem hop od pierwszego razu. Co bardzo prawdopodobne to już inna rzecz.

A co do zarabiania pieniędzy. Nie ma możliwości wyciągania pieniędzy szantażem od dyrekcji opery – a pieniądze dają niezależność. Miejsce gdzie można zamknąć drzwi i nie być widzianym.


Ponieważ libretto jest chyba ogólnie znane, to wygodniej mi będzie podzielić to postaciami. Wszystko opieram zarówno o POTO jak i LND.

1) Trójkąt ( emocjonalny!) Meg - Madam Giry – Upiór
Moim zdaniem jedne z ważniejszych wątków POTO i najważniejszy w LND. Zacznijmy od Madam Giry. Ona się w nim ciężko kocha. Ale wie, że w tym życiu nic z tego. Jest brzydka i stara. Była baletnica, która chodzi o lasce. Chłodna emocjonalnie. Nie wiem co sobie o nim nawyobrażała, ale to ona (w POTO) upiera się, że Christine była tak dobrze nauczana ( no ba, z takim mistrzem) protestuje, przeciwko pułapce w Don Juanie, ruga Carlottę za uwagi „w obecności kompozytora”. Cokolwiek czuje Madam Giry jest silne, ale pewnie też głęboko schowane. Ona nie ma kontaktu z własnymi emocjami i sama się do końca do nich nie przyzna. W miłe mądre staruszki nie wierzę. Spotkałam ich w życiu tyle co jednorożców.

I w takim środowisku rośnie mała Meg. Mała Persefona – Afrodyta. Mitologizuje Upiora, szlag ją trafia z zazdrości, ale chce być bezinteresowna. I pierwsza przedostaje się do jego kryjówki żeby go ratować przed tłumem. I bierze maskę.

Tatatttm, minęło 11 lat.

Madam Giry jest już nie tylko oschła i zamknięta. Jest zgorzkniała pozbawiona złudzeń i wściekła. Ponieważ sama w żaden sposób nie może być przez niego traktowana jak kobieta ( sama się tak nie traktuje) to w jakiś sposób projektuje swoje pragnienia na córkę. Jak stara żona która będzie mężowi podkładać młodszą. Najgorsza, wstrętna dominująca Demeter. Aż boli.

Meg jest po 11 latach bycia blisko despotycznej, apodyktycznej i pozbawionej empatii matki. Jedyne co ją trzyma na powierzchni to miłość do Upiora. Zrobi wszystko, będzie tańczyć, pójdzie do łóżka z połową Nowego Yorku, byleby mu iść na rękę. I cały czas ma nadzieję. Żeby tylko raz spojrzał, zauważył, docenił. Cokolwiek. A on sprowadza Christine. Ona porwała tego dzieciaka z desperacji i rozpaczy. To jest wstrząsające. Żeby raz spojrzał, wysłuchał jak ją boli. To jest to samo co on zrobił z Roaulem. ZWRÓĆ UWAGĘ JAK MNIE BOLI. Wysłuchaj, zrozum, spójrz tu!



2) Raoul.
W ostatniej wersji POTO bardzo mi się podobał. Młody odważny zakochany chłopak. Zdecydowany i uczciwy. I co dostaje? 10 lat z kobietą która ko nie kocha. Mówi że i owszem, ale cały czas między nimi jest jakiś cień. Moja przyjaciółka pisała kiedyś taki rewelacyjny tekst o Ariadnie i Dionizosie, gdzie między dwoma boskimi ciałami leżało cały czas widmo ciała śmiertelnika. On nie rozumie jej marzeń jej muzyki. Dał jej wszystko a dostał kupie popiołu. Jak po 11 latach nie zostanie pijakiem to ja już nie wiem co. Mógł sobie strzelić w łeb. Davil Take The Hidmost jest zdecydowanie najlepszą sceną spektaklu. Po pijaku ludzie czasem mówią prawdę. On już czuje ulgę. Nich to się wreszcie skończy. Niech go zdecydowanie wybierze i udowodni że go kocha, albo niech spada. I myślę że wyjechał ze spokojem.



3) Christine
Gina Beck to w POTO bardzo fajnie zagrała. Zagrała Christine która mogła doprowadzić do takiej a nie innej sytuacji. Mój pan Kocur powiedział coś ciekawego. „Ona jest negatywna postacią. Złą. Albo nie to jest niedobre słowo. Ona jest DESTRUKTWNA. Niezdecydowana. Potrafi tylko stać, śpiewać i niszczy wszystko wokół.” Nie ma tak naprawdę kontaktu ani z Upiorem ( którego się boi) ani z Raoulem. Ona musiała na końcu zginać by ich od tej destruktywnej miłości uwolnić. I tu nawet pasuje ta scena miłosna w ciemnościach. Ona jest jak ktoś kto chce, ale się cofa. Otwiera drzwi, a potem odskakuje. Przyszła do niego, ale już w świetle – które być może dało by Upiorowi pewność że go akceptuje – to już było dla niej za dużo. Czemu nie skoczyła z mostu po Beneath...? Bo nawet na to była zbyt niezdecydowana. Ona zasadniczo stała gdzie ją postawili. Bo był obok Raoul który nie wymagał tłumaczeń, być może ( moje domysły) przełożył ślub, wspierał. Więc poszła z prądem. Jak zawsze.
W scenach z POTO są dwa ciekawe momenty. Po pierwsze kiedy proponują jej zdradę w Don Juanie ona się nie waha, czy zdradzi – ona się jak zwykle o siebie boi. A dwa w samym Don Juanie ona moim zdaniem bardzo późno zauważa że to jest Upiór. I zaraz chce zwiewać. Ona chciałaby ciastko mieć i ciastko zjeść. Być bezpieczną żoną pięknego arystokraty – i mieć swojego anioła, który jej przypomniał ojca.


4) Upiór
Kiedy patrzy się na tą całą Fantasmę w LND to nasuwa mi się słowo Spaczona. W jakiś sposób kulawa, skrzywiona, chora. On nie potrafi się uwolnić od Christine, żyje tęsknotą i poczuciem winy. I to go spala. I pewnie albo by sobie strzelił w łeb, albo w tym trwał, gdyby nie kłótnia z Madam Giry. To był okrzyk rozpaczy „ a szlag z tym wszystkim, niech mi choć jeden raz zaśpiewa, a potem już mogę umierać”. Co do sceny miłosnej w ciemnościach i jego odejściu. Opinia i moja i Kocura jest taka, że jak najbardziej miał prawo to zrobić. Ze strachu, w odruchu empatii, że z nim będzie lepiej, a to było złe i on na to nie zasłużył. Zresztą on ma ogólnie tendencje do wyciągania po coś rękę – tak długo jak ma pewność, że tego nie dostanie. Tak było z tym pocałunkiem w POTO. Najpierw się odgrażał, że ma z nim zostać na wieki, a kiedy go pocałowała, to mógł już tylko powiedzieć „ a wiesz, może z nim będziesz szczęśliwsza, gdzie mi do ciebie”. Stwierdzenia że „on tak by nie postąpił, w ogóle mnie nie przekonują”. On tak nie p o w i n i e n postępować, nie powinien jej zostawiać, ale nie był w pełni zrównoważonym, dojrzałym emocjonalnie człowiekiem. Na punkcie fizyczności miał taką traumę, że jeżeli nie był w 100% pewny, ze jest akceptowany to musiał uciec. Nawet jeżeli zaraz potem tego żałował, to już nie było jak wrócić.

Reżyser chciał go uwolnić od tej traumy i dać coś w zamian. Moim zdaniem w The Beauty Underneath on ma euforię nie tyle ojcostwa co k o n t a k t u z kimkolwiek. Ostatnio takowy miał przez lustro, bo potem już nie. Nie wiem czy zostawienie mu syna jest dobrym pomysłem dla obojga. Łatwo im nie będzie, trudno mieć ojca który w ciągu 5 minut musi emocjonalnie dorosnąć. Ale wydaje mi się, że jest szansa. Bo ten dzieciak nie był tak durny jak Christine i można cokolwiek zacząć z czystą kartą.



Dla mnie cały spektakl nie jest o miłości. Jest o tym, co się dzieje z ludźmi po 11 latach złych wyborów i niezdecydowania. I o tym, że można być tak zasłuchanym w czyjś g ł o s ( czyli warunek fizyczny) że nie widzi się obok całkiem prawdziwej Persefony.

Całe tło rodem z wesołego miasteczka i kabaretu też bardzo mi się podobało. Kojarzyło mi się z książką Mądre Dzieci Angeli Carter. Kabaret i rewia nie są znowu tak daleko od teatru i opery. To nieślubne dzieci tych samych rodziców.

I jeszcze kilka słów o masce. Tak się zafiksowałam na tym co pisano w necie i na nawiązaniach do Upiora Manhattanu ( dużo, dużo słabszego) że myślałam że to jest maska upiornego clowna. To jest maska kobieca. To jest głowa Lalki – Christine po latach. Jego pięknego obrazu który sobie stworzył, tak jak tą lalkę, i który był tak niszczący i destruktywny. A poza tym, czy te ciemne oczy nie kojarzą się ze śmiercią? Nie znając libretta – patrząc na tą maskę – kobiecą ( czerwone piękne lustra) i martwą ( ciemne zapadnięte oczy) można się domyślić zakończenia.

Patrzyłam na libretto LND jako na romans – na tą najpłytszą wersję. To było trochę tak jakby patrzeć na POTO jak na horror gdzie ktoś straszy. Nie o to do końca chodzi. A Webber dalej jest mistrz. Szkoda tylko, że mu teksty jakiś baran pisał.

Tak czy inaczej jeżeli macie w Londynie czas na jeden spektakl polecam POTO, ale jeżeli jest choć cień szansy na dwa wieczory – koniecznie idźcie na LND.


piątek, 7 maja 2010

Chaotycznie. Depesze ze świata Anisków.

Znowu chaotycznie o kilku rzeczach na raz.

W sobotę jedziemy do Londynu. Cieszę się bardzo, a tym czasem nie może się odbyć bez awantur. Po ostatniej wizycie u moich rodziców była atmosfera nawet jeszcze gorsza niż zwykle – i teraz nie odbierają od mnie telefonów ani wiadomości. I czy wezmą Natalkę nie wiem. Cóż, mamy plan awaryjny. Zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania do życia. A do mojej rodziny nie mam już sił. Ile to już razy machałam na to ręką, a nich będzie jak jest, mam wszystko gdzieś. I tak się denerwuję.


Czytam ostatnio Dzieci Hurina Tolkiena. Ciężka książka. Autor chyba chciał wygrać konkurs na autora sadystę roku. Ogrom nieszczęść dla Turina jest przeogromny. Ale co jest w tej książce najlepsze wszystkie nieszczęścia wynikały w dużej mierze z decyzji samego Turina. Klątwa Morgotha nie dawała jakiś strasznych przeciwności – tylko, może aż, dawała Turinowi jakiś cień, złość, dumę, której nie mógł przemóc. Nawet kiedy wiedział, że idzie w ślepy zaułek nie potrafił się wycofać. Skąd ja to znam...

Z książek przeczytałam też Póki Mamy Twarze Lewisa. Dziwna książka. Napisany mit o Psyche, z którym sama kiedyś się mierzyłam. Napisana bardzo dobrze i czytało się z przyjemnością, przynajmniej przez pierwsze dwie trzecie książki. Końcówka mi się nie podobała. Plus gówna bohaterka i narratorka – siostra psyche, wydawała mi się koszmarnie irytująca. Zupełnie pozbawiona empatii, kochająca innych dusząc ich, głupia po prostu. Dlatego nie wierzę w końcówkę, nie wierzę, że takie babsko może coś na końcu zrozumieć.

I przy okazji tej książki, aż nie tylko niej, kilka refleksji o sobie. We wszystkich testach osobowościowych wychodzi mi ekstrawersja. Bo ja się potrafię znaleźć wśród ludzi, ba nawet się dobrze bawię. Tylko, że pod tym wszystkim jestem absolutnie skrajnym introwertykiem, który broni wnętrza i wcale się do kontaktów z ludźmi nie pali. Odkryłam, że najlepsze przyjaźnie to te które mam przez „zasiedzenie” te oparte na długiem czasie obok, z dużym polem na własną przestrzeń, oparte na lojalności i tolerancji. Wielkie Persefoniczne zauroczenia (chyba gdzieś szukałam bliskości kobiet, tak jak brakuje mi postaci matki w środku) kończyły się najczęściej wielkim bum. I poza jednym przypadkiem jakiś nie mam czego żałować. Z moją introwersją nie chodzi o to, że ja się boję ludzi, ja się świetnie między nimi czuję. Chodzi bardziej o strefę prywatną, z której przekroczenie mam ochotę obcinać głowy. Nawiązując do Junga – ja tak jak ekstrawertycy czerpię energię z ludzi i z grupy, ale zupełnie się nie otwieram, ta energia we mnie nie wsiąka. Dobrze się bawię, nie nawiązując żadnego kontaktu. I zupełnie nie tęsknię, żeby każdy mógł tam wleźć. Tym bardziej cenie te znajomości oparte na czasie, lojalności i cierpliwości.

Z krótkich miłych wiadomości, wczoraj spotkał mnie fajny przypadek. Idę sobie ulicą i spotykam kobietę z bzami. Pytam gdzie je kupiła i czy ktoś tam dalej stoi i sprzedaje. A ona nie, że z własnego ogrodu i jak mi się podobają to mi je daje. I dostałam bukiet jednych z mich ulubionych kwiatów. Ot tak. Od osoby, której nawet nie znam. Miłe i ciepłe. Przywraca wiarę w ludzi.

O operowych wyjazdach nie piszę. Po Armidzie na której bawiłam się bardzo fajnie stwierdzam, ze Rossini to nie to. Przerost formy nad treścią. A jak zobaczyłam plany transmisji z Met na przyszły sezon to się załamałam. I tylko chórek znajomych "idziemy na Wagnera" -AAAA - No może z Brynem Terfelem to jakoś łyknę. On mógłby wśpiewać cokolwiek. A w Berlinie mają Don Giovanniego w przyszłym sezonie, ale ciiii. Ja ( jeszcze) nic nie kombinuję.

Skończyłam korektę Luster. Ogólnie jak otrzymam pewna małą pomoc w napisaniu streszczenia to mogę to słać. Nie wiem czy się komuś spodoba czy nie. Wszystko jedno. Mam pomysł na coś nowego i już mnie świerzbi do klawiatury. Nie przywiązuję się do moich tekstów. Są ważne póki je pisze, a potem niech idą i jaki sobie los wywalczą będzie dobrze. A o moich staraniach i realizacji kilku dużych marzeń, które mam. Ha. Zazwyczaj nie zamieszczam tu demotywów, ale ten pięknie się wpisuje. I kto mi powie, że niemożliwe jest niemożliwe?