czwartek, 13 maja 2010

Londyn raz jeszcze, to i owo

Potrzeby mi był taki wyjazd. Przede wszystkim po to, żeby spędzić trochę czasu z Kocurem, połazić tu i tam, porozmawiać. Przez trzy dni staraliśmy się zobaczyć i zrobić tyle, co przez tydzień, więc jestem fizycznie zmęczona, ale mam podładowane emocjonalne akumulatory. Ogólnie jako miasto uwielbiam Londyn, nie wiem czemu, może za różnorodność, to, że zawsze coś się dzieje. Może po prostu mi się tam wizualnie podoba. Choć z drugiej strony miałam trochę wrażenie, że ciągnie mnie też do nowych miejsc. Brakuje mi tego, że miasto mnie zaskoczy.

Wszystkich atrakcji nie będę wymieniać. Byliśmy w planetarium, na Love Never Dies, w całkiem sporej liczbie księgarni. Nieśmiało szukałam książki Angeli Carter i jak zaczarowana stanęłam przed półką pełną jej książek. Wyszłam z Fireworks – zbiorem opowiadań i antologią bajek przez nią zebranych i edytowanych. Rzadko się zdarza, że trafiam na baśń, której w tej czy innej formie nigdy nie słyszałam, a tu takie się trafiają, żałuję tylko, że bez komentarza redakcyjnego, dużo bym dała, żeby poczytać jej notatki na marginesach, interpretacje, skojarzenia.

Poza tym spotkała mnie mała przygoda. Jak już wspominałam, tydzień przed wyjazdem byłam u fryzjera. Nie dogadałam się z moją fryzjerką i byłam absolutnie niezadowolona. Psioczyłam i pomstowałam, że pojadę wyglądając strasznie. Nie pozwalałam na zdjęcia, ale w końcu z tym czymś na głowie pojechałam. Idę sobie z Kotem po Londynie, w nieprzyzwoicie krótkiej sukience ( takiej co do bardziej skromnych miejsc robi za bluzkę) i nagle ktoś mnie zaczepia. Okazało się że w pobliskim zakładzie fryzjerskim ( raczej z tej górnej półki) odbywa się szkolenie i modelka im wypadła. Panika. Czy zgodzę się za darmo być obcięta. Haczyk w tym, że nie miałam za dużo do powiedzenia w sprawie wyboru fryzury. No ba że się zgadzam. Szkolenie prowadził jakiś guru fryzjerstwa, a mnie strzygł jakiś chłopak z Francji. Bida z nędzą, wystraszony, średnio radzący sobie z językiem, zestresowany i zupełnie załamany, że wszyscy tną a on siedzi jak ofiara. To mu powiedziałam, że ma robić jak uważa i będzie dobrze. Ogólnie co kilka ruchów nożyczkami wzywał Mistrza i wszyscy dyskontowali jak dalej ciąć. Całość zabrała ponad dwie godziny, ale bawiłam się świetnie. A efekt jest bardzo, bardzo fajny.

Wybierając się w podróż zabieram tylko bagaż podręczny, a co za tym idzie mam w nim mało miejsca. Znaczy – zabieram tylko jedną książkę. Czasem zdarza się tak, że mi nie podchodzi i jestem zdana w samolocie na pastwę autora sadysty. Tym razem wzięłam ( z polecenia Zuzy) Elizabeth Gilbert „Jedź, módl się, kochaj”. Na początku mnie irytowała. Bałam się skrzyżowania Cohelo z Brigit Jones. Ale potem się zupełnie wciągnęłam w absolutnie szczerą i osobistą narrację książki. Bohaterka ( właściwie to autorka też bo jest to swojego rodzaju pamiętnik) ma życie z którego nie jest zadowolona i jedzie w podróż w trzy miejsca – do Włoch, Indii i na Balii. W każdym z tych miejsc szuka i znajduje coś innego. Przez pierwsze trzydzieści stron byłam maksymalnie podejrzliwa i nieufna, a zamknęłam jedną z najważniejszych h książek jakie czytałam. Za szczerość, trafność spostrzeżeń i ciepło. I bardzo mi bliskie podejście do medytacji.

I na koniec właśnie jeden z moich ulubionych fragmentów tej książki: „Na ogół ludzie traktują szczęście jak traf, coś, co może się zdarzyć jak piękna pogoda. Ale szczęście nie pojawia się w taki sposób. Szczęście jest wynikiem naszego osobistego wysiłku. Trzeba o nie walczyć, dążyć do niego, upierać się przy nim, a czasem nawet szukać go na drugim końcu świata”

A o jeszcze kilku rzeczach z tej książce i medytacji potem. Teraz musze ogarnąć dom. Nieuporządkowanie przestrzeni wokół siebie czasem powoduje bałagan wewnątrz.

0 komentarze:

Prześlij komentarz