Trzy sprawy w ogóle z sobą nie związane.
Po pierwsze to wyjaśnienia poprzedniej notki. Nie wiem czy wyraziłam się jasno. Hasłowania nie będzie. Jak u mnie jest z ostrożnością i myśleniem to wiecie. Zresztą, może mam w życiu szczęcie, ale wszystkie nawet bolesne rewolucje, były po zastanowieniu się dokładnie tym czego w życiu potrzebowałam. Źle było kiedy dryfowałam, kiedy nic nie robiłam i pozostawiałam sprawy do zastanowienia się i do „jakoś to będzie”.
Cały pomysł pisania ostrzej o sobie, bardziej z bebechów wyniknął z rozmowy z Przemem w Berlinie. Rozmawialiśmy o rzeczach które mi we mnie samej przeszkadzają. Padło porównanie do mieszkanie które „ jakieś tam jest” da się żyć, ale w sumie wszystko nawala, elektryka, łazienka, stare meble i nie wiadomo za cos się najpierw zabrać. Co się nie ruszy to jest powiązane z czym innym. I doszliśmy do tego, że to trzeba po kolei. Pomału, ale konsekwentnie. Bo to jest moje życie i jak ja go nie kopne w dobrym kierunku to nikt tego ni zrobi. Chodzi głownie o moje relacje ze światem i z samą sobą. W zasadzie tematycznie z dwoma wyjątkami : relacja ja - Przem i fizyczna i psychiczna. Raz że to już są Nasze sprawy a nie moje tylko. A dwa że odpukać, jest to jedna z rzeczy niewielu która układa się Dobrze. Co do pisania tego do szuflady, do było by za bardzo cackanie się ze sobą. Ewentualnie mogę opatrzyć jakimś raitingiem typu „ uwaga, wnętrzności na widoku”. Bo nie wszyscy muszą chcieć oglądać. (-; I wielki napis „ Nie pocieszać, nie głaskać w komentarzach, nie tulić. Można zrozumieć, nie odrzucać, może napisać maila albo list.”
A teraz z zupełnie nie bebechowych newsów ze świata aniska:
Przyszło ubezpieczenie za Nat. Ja muszę nadmienić, że ogólnie jestem przeciwnikiem ubezpieczeń. Jak w pracy podpisywałam ubezpieczenie czytając rubryczki rubryczkami „ śmierć współmałżonka” „ śmierć bliskiej osoby”, „trwałe kalectwo” to sobie myślałam jaką bezczelnością jest w ogóle próba wycenienia tych rzeczy. Czy da się w jakiś sposób wymienić kwotę która choć trochę zminimalizowała by mi po nich ból. Nie da się. Jak dotąd jak ognia unikałam jakichkolwiek ubezpieczeń, które nie są narzucone przez prawo. Wole mieć szczęście nić polisę. Pomijając ubezpieczenie gwarantujące ci szpital czy normalne leczenie to jest to dla mnie po prostu żerowanie na strachu i lekach.
No ale Nat w przedszkolu jakoś ubezpieczyłam. Wszyscy ubezpieczali to ja też, Zresztą coś mówili że obowiązkowe to nie będę wojny robić. I teraz Alianz wycenił mi 2 tygodnie szpitalu, ból, blizny które zostaną. Nawet sobie myślę, ok. nawet fajnie. To są pieniądze Nat. Za jej ból. Kupie bilety do Walencji albo Lizbony i pojadę z nią na 3 dni w kwietniu. Do oceanarium. Niech sobie te rekiny, foki, skrzydlice, rozdymki i inne poogląda. A co. I dostałam, kurna. 400 zł. Mniej niż ZUS obciąć z moje pensji z racji l4. Do Walencji to z nią za to raczej nie pojadę. Do Chorzowa chyba, psia mać. Jak nie jestem pazerna to mnie to zirytowało. Pewnie pieniądze rozjedzą się na dom. I tylko jakoś mi zależy żeby Nat miała w tym jakiś udział. Kolejna zabawka? Dziękuję.
Na razie jestem za tym żeby wybrać kilku pewnych organizacji non profit ( Np. wykup koni, koci azyl, Studnie dla Sudanu)– opowiedzenie o nich Nat dokładnie i pozostawienie JEJ decyzji na co chce kasę przeznaczyć, a ja ją tam wpłacę. Przynajmniej połowę. Nie zebrało się na jej marzenia, może będzie mogła przyczynić się do spełnienia czyjś.
A dwa to byłam dziś w kinie. Średnio to mądre na zapalenie spojówek i kanalików łzowych, ale kot chce, kot robi. Na Lektora zdecydowałyśmy się w sumie z Anią przypadkiem. Trochę po rekomendacji z Lj, trochę po tym kto film reżyserował. Film bardzo dobry, oszczędny w środkach, poruszających historia bardzo pokręconej miłości. Chwilami miałam wrażenie, że film próbuje być jednocześnie dramatem, film o miłości i o rozliczeni Niemców z historią. To ostanie chyba wyszło najmniej. Natomiast jako dramat bardzo dobry.
I przy okazji jedna refleksja, dlaczego film mnie zmaltretował. Słowa, słowa, słowa. Ja wiem jak te pisane i te czytane potrafią oczarować, wpłynąć na relacje i zapisać się głęboko. Dwie osoby z którymi pisałam listy papierowe to również dwie, które mi czytały na głos. Małe literki długopisem na papierze w kratkę i zeszyt pisany czarnym atramentem. Dziesiątki książek które mi czytano: Wilka Morskiego, Dumasa, Trylogie, Dickensa i …Cortazara. I choć różnie potem było, mądre i głupie decyzje miałam, ale tylko o tych historiach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że kochałam. Cholerne słowa. Zapadają w pamięci.
PS. Witam Area. Nie znamy się osobiście, ale serdecznie zapraszam. Jeżeli masz Lj to też do tekstów.
niedziela, 29 marca 2009
piątek, 27 marca 2009
Blog jako taki, a jeżeli nie taki to jaki i dlaczego.
Zupełną niespodzianka, ale też rzeczą bardzo pozytywną było dla mnie otrzymanie od Cantandory wyróżnienia Creative Blogger. Dziękuję, kot czuje się doceniony. Mruu.
Tle, że teraz sie trzy razy zastanowię co pisać. Czy dalej jest aby takie Creative (-;
Skłoniło mnie to też do refleksji o samym blogu. Właściwie minęły już trzy lata jak piszę. Przeprowadzkę z mylona odebrałam jak przejście z zatłoczonego m3 za ostatnią stacją metra, do przestronnej rezydencji w centrum.
Myśle sobie o tych trzech latach tutaj. Po co piszę. Chyba najbardziej traktuje to jako wirtualne przedłużenie mojego świata – kawałek domu. Są półki z książkami, muzyka, bliscy, podróże, to co złości i cieszy. Nigdy nie aspirowałam do tego, żeby w jakikolwiek sposób popularyzować bloga dla szerszej publiczności, tak jak się tłumów do swojego domu nie nagania. Ale każdy był tu zawsze mile widziany jako gość.
Teraz w szpitalu w jakiś sposób doceniłam wartość tego miejsca. W smsach, telefonach, dobrych myślach była jakaś siła i ciepło. Miejsce jest wirtualne, ale kontakt z żywymi ludźmi.
Być może w najbliższym czasie pojawi się więcej notek z bebechów. Po kilku rozmowach z kocurem zabieram się do małego (?) remontu siebie, pracy nad sobą, układaniu kilku trudnych spraw. I przyszło mi do głowy, że mogłabym to robić publicznie tu. Z dwóch powodów. Raz to zachowanie zdrowego dystansu, nawet do tego co najbardziej intymne i najbardziej bolesne. A dwa to pewnego rodzaju eksperyment psychologiczny na samej sobie. Skoro lubię eksperymenty w literaturze, na scenie, w kuchni i jeszcze kilku miejscach, to spokojnie mogę spróbować wiwisekcji siebie. Tak zupełnie bez taryfy ulgowej nad sobą. Mam nadzieję, że niedługo się za to zabiorę.
A przy okazji dziękuje wam że jesteście tu te trzy lata.
Tle, że teraz sie trzy razy zastanowię co pisać. Czy dalej jest aby takie Creative (-;
Skłoniło mnie to też do refleksji o samym blogu. Właściwie minęły już trzy lata jak piszę. Przeprowadzkę z mylona odebrałam jak przejście z zatłoczonego m3 za ostatnią stacją metra, do przestronnej rezydencji w centrum.
Myśle sobie o tych trzech latach tutaj. Po co piszę. Chyba najbardziej traktuje to jako wirtualne przedłużenie mojego świata – kawałek domu. Są półki z książkami, muzyka, bliscy, podróże, to co złości i cieszy. Nigdy nie aspirowałam do tego, żeby w jakikolwiek sposób popularyzować bloga dla szerszej publiczności, tak jak się tłumów do swojego domu nie nagania. Ale każdy był tu zawsze mile widziany jako gość.
Teraz w szpitalu w jakiś sposób doceniłam wartość tego miejsca. W smsach, telefonach, dobrych myślach była jakaś siła i ciepło. Miejsce jest wirtualne, ale kontakt z żywymi ludźmi.
Być może w najbliższym czasie pojawi się więcej notek z bebechów. Po kilku rozmowach z kocurem zabieram się do małego (?) remontu siebie, pracy nad sobą, układaniu kilku trudnych spraw. I przyszło mi do głowy, że mogłabym to robić publicznie tu. Z dwóch powodów. Raz to zachowanie zdrowego dystansu, nawet do tego co najbardziej intymne i najbardziej bolesne. A dwa to pewnego rodzaju eksperyment psychologiczny na samej sobie. Skoro lubię eksperymenty w literaturze, na scenie, w kuchni i jeszcze kilku miejscach, to spokojnie mogę spróbować wiwisekcji siebie. Tak zupełnie bez taryfy ulgowej nad sobą. Mam nadzieję, że niedługo się za to zabiorę.
A przy okazji dziękuje wam że jesteście tu te trzy lata.
środa, 25 marca 2009
Wombat story - by Przem
Jeszcze słowo o Berlinie. Historie naszego wyjazdu przygotował Przem. Wybrał obrazki o komentarze. A wszystko przez to ze wyjazd sponsorował Wombat.
Przez ten cholerny wiatr dalej mam zapalenie spojówek i nic nie wiedzę.
Wombat Story by Przem ( *komentarze Anisk czyli ja, Wombat to w tym kontekście ja anisk)
1) Jak wombat (* czyli ja) wyjeżdżał do Berlina, wyglądał jak...

2) W Berlinie się rozkręcił i wyglądał jak .... (* nie taki gruby, ale taki zadowolony)

3) Niestety, przeimprezował, i po powrocie wyglądał jak ...( *chodzi o te spuchnięte oczka, drinki w wietnamskim barze nie mają tu nic do rzeczy)

4) a marzył tylko o ... (*tu się zgadzam...)
Przez ten cholerny wiatr dalej mam zapalenie spojówek i nic nie wiedzę.
Wombat Story by Przem ( *komentarze Anisk czyli ja, Wombat to w tym kontekście ja anisk)
1) Jak wombat (* czyli ja) wyjeżdżał do Berlina, wyglądał jak...

2) W Berlinie się rozkręcił i wyglądał jak .... (* nie taki gruby, ale taki zadowolony)

3) Niestety, przeimprezował, i po powrocie wyglądał jak ...( *chodzi o te spuchnięte oczka, drinki w wietnamskim barze nie mają tu nic do rzeczy)

4) a marzył tylko o ... (*tu się zgadzam...)
wtorek, 24 marca 2009
O Holender, co za Carmen!
Zupełnie nie planowaliśmy, żeby to było akurat w moje urodziny, ale jakoś tak wyszło, że tak jak w zeszłym roku były na operowo w Berlinie. Zupełnie inny czas, też bardzo dobry. Tylko pogoda tak samo podła. Dziękujemy Ociepkom (-; było z nimi naprawdę bardzo fajnie.
A jeżeli się ktoś wybiera w okolice Berlina, Monachium lub Wiednia to polecamy zatrzymać się w Wombacie.
A co do tego co widzieliśmy ( słuchaliśmy)
Carmen.
Zaskoczyli mnie już przed wyjazdem, bo łypnęłam na stonkę i zobaczyłam, że zrobili to klasycznie. Bardzo klasycznie. Jak się potem okazało, klasycznie nie oznacza bez reżyserii- ale z bardziej subtelną kreską reżysera.
Całość zaczyna się za kurtyną filtrem przez co mamy uczucie, że patrzymy na obraz. Ten zabieg ma plusy i minusy. Plusy bo tworzy niesamowity klimat. Nadaje dźwiękom fakturę. Minus jest taki, że pierwszy akt jest przez to bardzo statyczny. Postacie chwilami zastygają w bezruchu i śpiewają bardziej do publiczności niż do siebie. W kolejnych aktach ten obraz coraz bardziej się ożywia, a postacie Carmen i Don Jose wyłamują się z kadru. Wychodzą niemal dosłownie z obrazu.
Co do interpretacji to bardzo dyskretnie zarysowana, ale przekonywująca. W pierwszym akcie Carmen ma czerwone buty, w kolejnych czerwony element stroju. Na rytym obrazie scenie kolor jest dość ważny i jest to jedyny element czerwieni. W ostatnim akcie Carmen występuje w stroju torreadora. Dosłownie w klasycznej wersji, ponieważ był to zawód zarezerwowany tylko dla mężczyzna, Carmen nie mogła by go włożyć. To jest symbol. Kobieta jako torreador – mężczyzna jako byk – groźne choć podążające za instynktem zwierzę. I świetnie wpasowuje się to w symbolikę męskich atrybutów tej opery: nóż i penis – róg byka. I bardzo skojarzyło mi się z Porozmawiaj z Nią Almodovara – kobieta jako torreador.
Poza tym podobało mi się bardzo w warstwie muzycznej. Tego po prostu słuchało się przyjemnie. Najmniej może Micaeli, ale nie wszystko może być doskonałe.
A tak na marginesie. W dniu po Carmen byliśmy na wystawie zdjęć Helmuta Newtona. Bardzo się podobały, choć miałam wrażenie że on traktuje kobietę jako tworzywo sztuki, a nie obiekt. Widziałam kilka zdjęć z tymi jego ulubionymi motywami: usta, buty w szpilce, czasami rogi byka. Kobiety bardzo seksualne ale zimne. I aż mnie skręciło żeby się dowiedzieć co by było z połączenia Cermen z Newtonem. Gdyby go zaprosić współtworzenia do tej reżyserii i scenografii. Niemożliwe, ale pomarzyć można. Poleciałabym na to jak na skrzydłach.
Co do drugiego dnia to byliśmy na Latającym Holendrze Wagnera. Dużo dobrego słyszałam o tej inscenizacji, wiec sobie robiłam spore oczekiwania. Gdzieś tam podejrzewałam, że Wagner łatwy nie jest, ale myślałam, że na żywo z grą sceniczną da się to jeść.
Cała sztuka była desperacką próbę uratowania archetypu z koszmarków którymi upstrzył ją Wagner. O ile można było dobrą reżyserią wywalić całe gotycko - mroczne tło to z muzyką nie dało się zrobić nic. Wydawało mi się, że Wagner jest trudny, a on jest po prostu kiepski. Jak to stwierdził Kocur: taka to muzyka jak betonowy bunkier architektura. Po prostu nie wystarczy głośniej krzyczeć żeby większy efekt był.
Moja wiedza z muzyki klasycznej jest niekompletna i wyrywkowa. Kiedy byłam mała uwielbiałam słuchać muzyki ( Griega, Bizeta, Rimskiego Korsakova, Czajkowskiego) i sobie wyobrażać co się tam dzieje. Zazwyczaj te moje historie w głowie miały się nijak do pomysłu kompozytorów, ale pobudzały wyobraźnie. Może dlatego tak łatwo złapałam pomysł opery – połączenie teatru i muzyki.
Wagnerowi udało się stworzyć muzykę, która do mnie nie przemawia, ani odrobinkę. Reaguję na nią jak na Rammsteim – czyli Bosze czemu oni tak hałasują. O ile jeszcze pierwszy akt jakoś się ma do tego co się dzieje na scenie ( Die Frost ist um to jedyny fragment który da się słuchać) to dalej jest masakra. Scena spotkania z Sentą nijak się do siebie ma w warstwie muzyka- treść – to co jest odegrane. Oni do siebie wrzeszczą w dodatku zupełnie bez emocji.
Reżyser zrobił z tego co się dało. Pomysł z przeniesieniem akcji na giełdę świetny. Postać niemiej dziewczynki duszy Senty też bardzo mi się podobał. Nie do końca się zgodzę z interpretacją którą kiedyś przeczytałam. Bo w momencie kiedy jego stara załoga widm rozsypuje się w proch – a marynarze na koniec popełniają samobójstwo (przy śmiejącym się Holendrze) – prawdopodobnie po to żeby stworzyć jego nową załogę widm, to mam jakieś wrażenie że ta historia to się dla niego odbywa co siedem lat (-; I wcale Senta taka jedyna. Albo może powiem to inaczej: Gra Senty mnie przekonała. Gra Holendra nie. Może przez dysonans z muzyką, może przez złe aktorstwo, tego nie wiem. Ale mu nie wierzę.
Tak czy inaczej reżyseria była – i było by o czym pogadać, pointerpretować. Niestety reżyserka nie zrobiła jeszcze jednego dramatycznego kroku – nie zamieniła tego w pantomimę. Bez muzyki. Zupełnie.
PS
Na życzenie Ani więcej o Carmen:
Nie pisałam szerzej bo po pierwsze mam zapalenie spojówek i widzę tyle co nic. A po drugie ta interpretacja jest dość prosta i w miarę zgodna z tym czego się spodziewałam po libretcie. Jak się okazało mało oryginalna nie musi znaczyć zła, a może być po prosty prosta i logiczna.
Kim zatem jest Carmen? Pełną seksu siłą, która robi z mężczyzn idiotów, podążające za instynktem byki. Kobieta pewną siebie, odważną a przede wszystkim wolną. W tle pokazano dwie cyganki ( cudowne głosy zwłaszcza Mercedes!) i na tym przykładzie łatwo widać kontrast Carmen – reszta świata. One też podrywają mężczyzn ale z bardziej konwencjonalnych powodów – chcą miłości, seksu, pieniędzy. Carmen nie chce niczego – robi to bo może, bo jest wolna. Paradoksalnie w jakiś sposób jest w tym bardzo męska. Kobieta w stroju torreadora, wolna, dzika, silna. Ona uwodzi bo to jest gra, rywalizacja. Za nic ma normy społeczne, „ustawienie się w życiu”, ona po prostu wypija z życia kwintesencje, i robi to bo tak. I nawet w najbardziej miłych dla Don Jose
chwilach nie ma wątpliwości, że go nie kocha. Ona z nim gra. Dlaczego? Bo może, bo chce.
Czego się obawiałam w Carmen zanim na nią poszłam, to wyświechtanej, ogranej melodyjności. I nic bardziej mylnego. To że melodie przeszły do świadomości zbiorowej, stały się wręcz gwizdane na każdym roku, to nie znaczy, że nie sa cudowne. Może wręcz przeciwnie, świadczy to o ich śile przekazu.
A jeżeli się ktoś wybiera w okolice Berlina, Monachium lub Wiednia to polecamy zatrzymać się w Wombacie.
A co do tego co widzieliśmy ( słuchaliśmy)
Carmen.
Zaskoczyli mnie już przed wyjazdem, bo łypnęłam na stonkę i zobaczyłam, że zrobili to klasycznie. Bardzo klasycznie. Jak się potem okazało, klasycznie nie oznacza bez reżyserii- ale z bardziej subtelną kreską reżysera.
Całość zaczyna się za kurtyną filtrem przez co mamy uczucie, że patrzymy na obraz. Ten zabieg ma plusy i minusy. Plusy bo tworzy niesamowity klimat. Nadaje dźwiękom fakturę. Minus jest taki, że pierwszy akt jest przez to bardzo statyczny. Postacie chwilami zastygają w bezruchu i śpiewają bardziej do publiczności niż do siebie. W kolejnych aktach ten obraz coraz bardziej się ożywia, a postacie Carmen i Don Jose wyłamują się z kadru. Wychodzą niemal dosłownie z obrazu.
Co do interpretacji to bardzo dyskretnie zarysowana, ale przekonywująca. W pierwszym akcie Carmen ma czerwone buty, w kolejnych czerwony element stroju. Na rytym obrazie scenie kolor jest dość ważny i jest to jedyny element czerwieni. W ostatnim akcie Carmen występuje w stroju torreadora. Dosłownie w klasycznej wersji, ponieważ był to zawód zarezerwowany tylko dla mężczyzna, Carmen nie mogła by go włożyć. To jest symbol. Kobieta jako torreador – mężczyzna jako byk – groźne choć podążające za instynktem zwierzę. I świetnie wpasowuje się to w symbolikę męskich atrybutów tej opery: nóż i penis – róg byka. I bardzo skojarzyło mi się z Porozmawiaj z Nią Almodovara – kobieta jako torreador.
Poza tym podobało mi się bardzo w warstwie muzycznej. Tego po prostu słuchało się przyjemnie. Najmniej może Micaeli, ale nie wszystko może być doskonałe.
A tak na marginesie. W dniu po Carmen byliśmy na wystawie zdjęć Helmuta Newtona. Bardzo się podobały, choć miałam wrażenie że on traktuje kobietę jako tworzywo sztuki, a nie obiekt. Widziałam kilka zdjęć z tymi jego ulubionymi motywami: usta, buty w szpilce, czasami rogi byka. Kobiety bardzo seksualne ale zimne. I aż mnie skręciło żeby się dowiedzieć co by było z połączenia Cermen z Newtonem. Gdyby go zaprosić współtworzenia do tej reżyserii i scenografii. Niemożliwe, ale pomarzyć można. Poleciałabym na to jak na skrzydłach.
Co do drugiego dnia to byliśmy na Latającym Holendrze Wagnera. Dużo dobrego słyszałam o tej inscenizacji, wiec sobie robiłam spore oczekiwania. Gdzieś tam podejrzewałam, że Wagner łatwy nie jest, ale myślałam, że na żywo z grą sceniczną da się to jeść.
Cała sztuka była desperacką próbę uratowania archetypu z koszmarków którymi upstrzył ją Wagner. O ile można było dobrą reżyserią wywalić całe gotycko - mroczne tło to z muzyką nie dało się zrobić nic. Wydawało mi się, że Wagner jest trudny, a on jest po prostu kiepski. Jak to stwierdził Kocur: taka to muzyka jak betonowy bunkier architektura. Po prostu nie wystarczy głośniej krzyczeć żeby większy efekt był.
Moja wiedza z muzyki klasycznej jest niekompletna i wyrywkowa. Kiedy byłam mała uwielbiałam słuchać muzyki ( Griega, Bizeta, Rimskiego Korsakova, Czajkowskiego) i sobie wyobrażać co się tam dzieje. Zazwyczaj te moje historie w głowie miały się nijak do pomysłu kompozytorów, ale pobudzały wyobraźnie. Może dlatego tak łatwo złapałam pomysł opery – połączenie teatru i muzyki.
Wagnerowi udało się stworzyć muzykę, która do mnie nie przemawia, ani odrobinkę. Reaguję na nią jak na Rammsteim – czyli Bosze czemu oni tak hałasują. O ile jeszcze pierwszy akt jakoś się ma do tego co się dzieje na scenie ( Die Frost ist um to jedyny fragment który da się słuchać) to dalej jest masakra. Scena spotkania z Sentą nijak się do siebie ma w warstwie muzyka- treść – to co jest odegrane. Oni do siebie wrzeszczą w dodatku zupełnie bez emocji.
Reżyser zrobił z tego co się dało. Pomysł z przeniesieniem akcji na giełdę świetny. Postać niemiej dziewczynki duszy Senty też bardzo mi się podobał. Nie do końca się zgodzę z interpretacją którą kiedyś przeczytałam. Bo w momencie kiedy jego stara załoga widm rozsypuje się w proch – a marynarze na koniec popełniają samobójstwo (przy śmiejącym się Holendrze) – prawdopodobnie po to żeby stworzyć jego nową załogę widm, to mam jakieś wrażenie że ta historia to się dla niego odbywa co siedem lat (-; I wcale Senta taka jedyna. Albo może powiem to inaczej: Gra Senty mnie przekonała. Gra Holendra nie. Może przez dysonans z muzyką, może przez złe aktorstwo, tego nie wiem. Ale mu nie wierzę.
Tak czy inaczej reżyseria była – i było by o czym pogadać, pointerpretować. Niestety reżyserka nie zrobiła jeszcze jednego dramatycznego kroku – nie zamieniła tego w pantomimę. Bez muzyki. Zupełnie.
PS
Na życzenie Ani więcej o Carmen:
Nie pisałam szerzej bo po pierwsze mam zapalenie spojówek i widzę tyle co nic. A po drugie ta interpretacja jest dość prosta i w miarę zgodna z tym czego się spodziewałam po libretcie. Jak się okazało mało oryginalna nie musi znaczyć zła, a może być po prosty prosta i logiczna.
Kim zatem jest Carmen? Pełną seksu siłą, która robi z mężczyzn idiotów, podążające za instynktem byki. Kobieta pewną siebie, odważną a przede wszystkim wolną. W tle pokazano dwie cyganki ( cudowne głosy zwłaszcza Mercedes!) i na tym przykładzie łatwo widać kontrast Carmen – reszta świata. One też podrywają mężczyzn ale z bardziej konwencjonalnych powodów – chcą miłości, seksu, pieniędzy. Carmen nie chce niczego – robi to bo może, bo jest wolna. Paradoksalnie w jakiś sposób jest w tym bardzo męska. Kobieta w stroju torreadora, wolna, dzika, silna. Ona uwodzi bo to jest gra, rywalizacja. Za nic ma normy społeczne, „ustawienie się w życiu”, ona po prostu wypija z życia kwintesencje, i robi to bo tak. I nawet w najbardziej miłych dla Don Jose
chwilach nie ma wątpliwości, że go nie kocha. Ona z nim gra. Dlaczego? Bo może, bo chce.
Czego się obawiałam w Carmen zanim na nią poszłam, to wyświechtanej, ogranej melodyjności. I nic bardziej mylnego. To że melodie przeszły do świadomości zbiorowej, stały się wręcz gwizdane na każdym roku, to nie znaczy, że nie sa cudowne. Może wręcz przeciwnie, świadczy to o ich śile przekazu.
niedziela, 15 marca 2009
Rekin wielorybi i zupa z planktonu
Dziś na topie rekin wielorybi.

Plus ogłoszenie duszpasterskie:
Orkiestra Świętego Mikołaja
05.04.2009 - Gliwice
Willa Caro, ul. Dolnych Wałów 8a, godz. 18.00
My się wybieramy kocurem. Kto chętny jeszcze dawać znać.
I się paskudnie pochwale. Wybrano opowiadania w konkursie Fahrenheita na antologię Koniec Pieśni. Lira przeszła (-; Tylko 3 stronki to to ma ale pójdzie drukiem. Będę tfu-rcą wydawanym.
Motywuje to do pisania. Tylko że na dziś wieczór opracowanie testu NEO-FFI do pracy. Błech.
Plus ogłoszenie duszpasterskie:
Orkiestra Świętego Mikołaja
05.04.2009 - Gliwice
Willa Caro, ul. Dolnych Wałów 8a, godz. 18.00
My się wybieramy kocurem. Kto chętny jeszcze dawać znać.
I się paskudnie pochwale. Wybrano opowiadania w konkursie Fahrenheita na antologię Koniec Pieśni. Lira przeszła (-; Tylko 3 stronki to to ma ale pójdzie drukiem. Będę tfu-rcą wydawanym.
Motywuje to do pisania. Tylko że na dziś wieczór opracowanie testu NEO-FFI do pracy. Błech.
czwartek, 12 marca 2009
Już
Już. Wypuścili nas. Super plaster działa cuda, wasze dobre zaklęcia też. Dziękujemy! Teraz dwa tygodnie w domu uczymy się chodzić.
Jutro kontrola wiec zobaczymy jak się to to goi.
Czyli do kwietnia w domu rehabilitacyjne. Z małymi wakacjami operowymi w następny weekend. Ale szaaa bo się ZUS dowie.
Jutro kontrola wiec zobaczymy jak się to to goi.
Czyli do kwietnia w domu rehabilitacyjne. Z małymi wakacjami operowymi w następny weekend. Ale szaaa bo się ZUS dowie.
poniedziałek, 9 marca 2009
Zapiski szpitalne 3
Natalis ma się lepiej. Źle jest tylko w dwóch miejscach 2 na 1 cm. Poza tym nakleili jej plaster – cos w rodzaju opatrunku sztucznej skóry, alg czy czego tam jeszcze. Odpadnie za tydzień i już ma wtedy być dobrze. Taki cud medycyny.
Morfina odstawiona. Może nas wypuszczą wcześniej – za tydzień na przykład. OBY!
Natalisowi pozostaje teraz tylko rehabilitacja. Dalej nie chce chodzić, bo boi się bólu. Staramy się jej przynajmniej prostować nogę żeby nie dopuścić do trwałych przykurczy. Oferta dnia: 8 pełnych wyprostów kolana na leżąco – 15 minut filmu.
I przy tej okazji dochodzę do wniosku, że stało się jak się stało, ale taka sytuacja może mieć też swoje korzyści. Od wieków nie miałam tyle czasu tylko dla Natlisa. Tyle nie czytałyśmy, nie rysowałyśmy, nie robiłyśmy teatrzyku. Zawsze należy pamiętać, że może być gorzej. I z tego co jest zbierać małe okruszki którymi można się cieszyć. Ja wiem że szpital to paskudna rzecz. Ale kiedy nie bolało, to chwilami było nam całkiem fajnie.
Notabene znowu do sąsiedniego pokoju nam kogoś zwieźli. Dzieciak z lekkim oparzeniem rączki i mamę „bez zęba na przedzie”. ( Prawie jak z piosenki Kazika). Tak czy inaczej mama prosiła o jakieś zabawki dla małego, „ o na przykład te książeczki”. I mama temu 2 latkowi je dała do łóżeczka i sama czyta Tinę. A mały je podrzuca, mechaci i zastanawia się czemu ta grzechotka taka nieporęczna. Hmmm.
----
Ważna kwestia: To co chcę napisać przekazać przede wszystkim: To oparzenie i cały pobyt w szpitalu to paskudna rzecz. I natalisa bolało. Tyle że nie chcę wprowadzać wrażenie, że jest nam jakoś źle. Nie jesteśmy portretem matki z dzieckiem umęczonej. Coraz więcej plusów tej sytuacji. To ile radości daje nam ten cały czas ze sobą, czas którego nie zabiera praca/dom/net. Psia buda ze śpiwora, wieczorne tulenie. To wszystko sprawia, że odnajdujemy w tym strasznie dużo radości. Męczennictwu mówimy nie.
Stan zdrowia z dziś ( poniedziałek). Super opatrunek trochę podziałał, ale zasadniczo się nie przyjął. Rany były jeszcze za głęboki, spod spodu coś wypłynęło i opatrunek popękał. Dziś go ściągają i zakładają podobny lepszy. Na te okazję przez specjalnie kupowany.
Kobieta –bez-zęba-na-przedzie nie przestaje mnie zaskakiwać. Dba o dziecko jak umie. Myje, karmi tuli. Tyle, że do niego nie mówi, nie śpiewa mi i absolutnie nie czyta i nie opowiada wierszyków. Mały wyrwał z kilak kartek z naszych książeczek więc mu je zabrała.
„ Pani on mały jest ( 2 lata!). Co ja mu byda czytać jak on nic nie rozumi”. „On tylko bajki lubi oglondoć, jak mo telewizor to jest spokojny”.
„Takei tu nudy w tym szpitalu. Ani Sali telewizyjnej nie majom”
„Pani to mo dobrze że łona ( Natalis) już tyle rozumie, mój to nic, to co jo mom z nim robić tak bez coły dzien”
Podobnie na nocnik jeszcze nie odstawia małego – bo on nie umi i nie woło.
Niektórzy ludzie uważają za mówienie do dziecka które jeszcze nie odpowiada za absurd podobny jak mówienie do stołu.
Cóż jako matka czuję się w naszym społeczeństwie jak dziwaczka z moimi poglądami. I cholernie dobrze mi z tym! Zresztą teraz dopiero widzę jak bardzo wychowanie jest procesem podobnym do dziedziczenia – przekazuje się mniej lub bardziej świadomie cały swój system wartości, komunikacji, zachowań.
I jeszcze jedno słowo ze słownika owej Dz-b-z-n-p „Ida Se luftnąć” czyli idę na spacer. Wiem jestem złośliwa suka, ale ta kobieta mnie naprawdę słabi. Wybaczcie mi to. Ja lubię poszczególnych ludzi, ba nawet niektórych kocham. Ale tak ogólnie, jako gatunek, z większością swoich durnych przedstawicieli to strasznie mnie wkurzają.
A Natalia kontynuuje zabawę z Psami ( tymi wykopanymi). Jest ich 7 a ona jest mama psów. Teraz ze śpiwora zrobiła w łóżku budę dla psów. Rano wchodzi ordynator i po raz pierwszy się do nas odzywa. – A co ma znaczyć ten… barłóg?
- To jest psia buda. A ja jestem mamą psów.
Ordynator zaniemówił i zaordynował zmianę antybiotyku. Tego było dla niego za dużo.
Poza tym pomijamy etap rysowania głowonogów, Za to rysujemy stada głowo-płetwów. Czyli podwodne głowonogi i lasy wodorostów.
Ps. Dorwałam w Chorzowie net caffe. Wot cywilizacja!
Morfina odstawiona. Może nas wypuszczą wcześniej – za tydzień na przykład. OBY!
Natalisowi pozostaje teraz tylko rehabilitacja. Dalej nie chce chodzić, bo boi się bólu. Staramy się jej przynajmniej prostować nogę żeby nie dopuścić do trwałych przykurczy. Oferta dnia: 8 pełnych wyprostów kolana na leżąco – 15 minut filmu.
I przy tej okazji dochodzę do wniosku, że stało się jak się stało, ale taka sytuacja może mieć też swoje korzyści. Od wieków nie miałam tyle czasu tylko dla Natlisa. Tyle nie czytałyśmy, nie rysowałyśmy, nie robiłyśmy teatrzyku. Zawsze należy pamiętać, że może być gorzej. I z tego co jest zbierać małe okruszki którymi można się cieszyć. Ja wiem że szpital to paskudna rzecz. Ale kiedy nie bolało, to chwilami było nam całkiem fajnie.
Notabene znowu do sąsiedniego pokoju nam kogoś zwieźli. Dzieciak z lekkim oparzeniem rączki i mamę „bez zęba na przedzie”. ( Prawie jak z piosenki Kazika). Tak czy inaczej mama prosiła o jakieś zabawki dla małego, „ o na przykład te książeczki”. I mama temu 2 latkowi je dała do łóżeczka i sama czyta Tinę. A mały je podrzuca, mechaci i zastanawia się czemu ta grzechotka taka nieporęczna. Hmmm.
----
Ważna kwestia: To co chcę napisać przekazać przede wszystkim: To oparzenie i cały pobyt w szpitalu to paskudna rzecz. I natalisa bolało. Tyle że nie chcę wprowadzać wrażenie, że jest nam jakoś źle. Nie jesteśmy portretem matki z dzieckiem umęczonej. Coraz więcej plusów tej sytuacji. To ile radości daje nam ten cały czas ze sobą, czas którego nie zabiera praca/dom/net. Psia buda ze śpiwora, wieczorne tulenie. To wszystko sprawia, że odnajdujemy w tym strasznie dużo radości. Męczennictwu mówimy nie.
Stan zdrowia z dziś ( poniedziałek). Super opatrunek trochę podziałał, ale zasadniczo się nie przyjął. Rany były jeszcze za głęboki, spod spodu coś wypłynęło i opatrunek popękał. Dziś go ściągają i zakładają podobny lepszy. Na te okazję przez specjalnie kupowany.
Kobieta –bez-zęba-na-przedzie nie przestaje mnie zaskakiwać. Dba o dziecko jak umie. Myje, karmi tuli. Tyle, że do niego nie mówi, nie śpiewa mi i absolutnie nie czyta i nie opowiada wierszyków. Mały wyrwał z kilak kartek z naszych książeczek więc mu je zabrała.
„ Pani on mały jest ( 2 lata!). Co ja mu byda czytać jak on nic nie rozumi”. „On tylko bajki lubi oglondoć, jak mo telewizor to jest spokojny”.
„Takei tu nudy w tym szpitalu. Ani Sali telewizyjnej nie majom”
„Pani to mo dobrze że łona ( Natalis) już tyle rozumie, mój to nic, to co jo mom z nim robić tak bez coły dzien”
Podobnie na nocnik jeszcze nie odstawia małego – bo on nie umi i nie woło.
Niektórzy ludzie uważają za mówienie do dziecka które jeszcze nie odpowiada za absurd podobny jak mówienie do stołu.
Cóż jako matka czuję się w naszym społeczeństwie jak dziwaczka z moimi poglądami. I cholernie dobrze mi z tym! Zresztą teraz dopiero widzę jak bardzo wychowanie jest procesem podobnym do dziedziczenia – przekazuje się mniej lub bardziej świadomie cały swój system wartości, komunikacji, zachowań.
I jeszcze jedno słowo ze słownika owej Dz-b-z-n-p „Ida Se luftnąć” czyli idę na spacer. Wiem jestem złośliwa suka, ale ta kobieta mnie naprawdę słabi. Wybaczcie mi to. Ja lubię poszczególnych ludzi, ba nawet niektórych kocham. Ale tak ogólnie, jako gatunek, z większością swoich durnych przedstawicieli to strasznie mnie wkurzają.
A Natalia kontynuuje zabawę z Psami ( tymi wykopanymi). Jest ich 7 a ona jest mama psów. Teraz ze śpiwora zrobiła w łóżku budę dla psów. Rano wchodzi ordynator i po raz pierwszy się do nas odzywa. – A co ma znaczyć ten… barłóg?
- To jest psia buda. A ja jestem mamą psów.
Ordynator zaniemówił i zaordynował zmianę antybiotyku. Tego było dla niego za dużo.
Poza tym pomijamy etap rysowania głowonogów, Za to rysujemy stada głowo-płetwów. Czyli podwodne głowonogi i lasy wodorostów.
Ps. Dorwałam w Chorzowie net caffe. Wot cywilizacja!
czwartek, 5 marca 2009
Szkice szpitalne
Jestem tu już tydzień. Były chwile lepsze i gorsze. Zainstalowano mi już laptopa ( największa zaleta laptopa+ winamp i słuchawki - przydaje się wieczorami jak Nat śpi) i pewnie jutro na chwile wpadnę do domu. Mam wpaść na 24 h do domu ( Przem w szpitalu w tym czasie), ale już wiem że nic z tego. Nie dam rady być tyle czasu w pustym domu. Bez Przema, bez Natalisa. Póki jestem w szpitalu to się trzymam. Jakoś. Raz lepiej raz gorzej. Teraz wiem, że jak spojrzę na pusty pokój Natalisa i pomyślę jak jechała tutaj prawie nieprzytomna z bólu to się rozkleję. Więc pewnie jutro wam to wkleję i wrócę.
Mam mnóstwo notatek. Chaotycznych szkiców szpitalnych pisanych w zeszycie, na odwrocie kolorowane, opakowaniach po lekach. Wszystko w sumie zmieniało się tak często, że nie część z tych rzeczy jest teraz po prostu niekatulana i nie wiem na ile jest sens je wklejać.
Zacznę od aktualności. Stan Natalisa:
Tak jak pisałam 6% Oparzenia 2 b . Nóżka i udo. Opatrunki 3 lub 2 razy na dobę.
Ropieje, ale się oczyszcza. Głębsze miejsca w których dalej nie jest jeszcze żywe i pewnie będą blizny są dwa. Reszta już krwawi czyli się zabliźnia. Dwa powikłania czyli zapalenie płuc ( od leżenia) i niewydolność nerek na razie od pukać się oddalają. Nie gorączkuje już. Ale nie chce prostować nogi. Lekarze boją się przykurczu mięśni. Fizycznie wszystko w stawach jest ok., ale ona panicznie boi się bólu więc nie prostuje i oświadczyła że chodzić nie będzie. Męczymy, rehabilitującemu rozciągamy.
W szpitalu zostały nam jakieś 2-3 tygodnie myślę. Natalis znosi to dobrze. Cierpi, ale już tylko cicho pojękuje czasem. Dzieci znoszą ból jak zwierzęta – dużo dzielniej niż dorośli.
Stan mój: Huśtawka nastrojów. Ja wiem, że mam na imię „Dam rade” a na nazwisko „Jakoś”, ale czasem ledwo daję. Przem pomaga. Przem jest nieoceniony.
Ale teraz może troszkę tych notek pisanych z latarką na karimacie właśnie z myślą o tym blogu. Z myślą o ludziach, którzy gdzieś tam są, czytają i myślą wspierają. Zanim wszystkie powywalam do kosza.
Będzie chaotycznie.
Największa ulga: Myśleć, że to nie twarz, nie głowa, nie powieki.
Największa tortura; Patrzeć jak ją boli. Leżeć przez pierwsze doby z głową wtulona w jej poduszkę i czuć ten zapach. Spalonego ciała, surowicy, czegoś innego spod bandaży. Taki żółto mdły zapach bólu, który będzie się pamiętać do końca życia. I jeszcze pamięć tych trzech godzin kiedy ją tu wiozłam. Minuty od oparzenia – telefonu do nas – czas kiedy nie wiedziałam rany i myślałam, że to nic nie jest- czas dojazdu do Chorzowa. 3 godziny Natalisa na pół zemdlonego z bólu. Tkwi to we mnie jak kolec.
Szpital ma czas mierzony morfiną. Dawkowanie 4 razy na dobę. Działa 4 godziny. Doba składa się z 4 godzin wytchnienia i 2 godzin bólu.
Własny organizm coś co ma wytrzymać. Na początku była bezsenność ( patrz rozdział koszmarna babcia), antybiotyk, red bull, twixy. Teraz pilnuje jedzenia i spania. Mam się nie sypać.
Z jednorazowych rękawiczek powstają świetne baloniki. (-;
Rodzina znowu nawaliła. Nie było jeszcze trudnej sytuacji zwłaszcza związanej jakoś z Natalsiem, w której rodzina nie stanowiła dodatkowego balastu. Tym razem orzeczono (pośrednio), że wszystko moja wina.
Moja rodzina: Bo zostawiałam u teściowej, szwagierka: bo zwalam dziecko zmęczonej starszej osobie zamiast sama je chować. Ogólnie poczucie bycia na bezludnej wyspie. Jest Kocur na którego liczyć można zawsze. I jest Natalia. A poza tym morze rekinów i wyspy przyjaciół migające z daleka przyjaznymi światełkami. Sama nie wiem czy Kocur jest doskonalszy przez to że nigdy nie nawala kiedy jest potrzebny, czy że zawsze potrafi mnie rozbawić. To ktoś przy kim zawsze chce mi się cieszyć życiem. Postanowiliśmy nie rozmawiać o Świętach. Jeżeli nie będziemy zauważać problemu, to może zniknie?
Dodatkowa notka o tym czemu mówię nie dla rodziny tradycyjnej, nie dla układów patriarchalnych i dlaczego jestem ogólnie znowu Zua potem. To jest zupełnie inny temat. Teraz powiem tylko tyle, że jestem tym skopana. Strawiłam do kogoś zaufanie, poczułam, się oszukana. I tule. Nie chcę wchodzić w szczegóły.
Może tylko jedno: Znowu, tak jak w sytuacji tej jesieni, okazuje się, że motorem który całkiem skutecznie mnie napędza to złość. Złość na ludzi, układy rodzinne, patriarchat, takie jeden wielki okrzyk we mnie „ pocałujcie mnie wszyscy gdzieś, jestem coś warta i potrafię to udowodnić”. Kocur by pewnie powiedział, że przypominam wróbla otrzepującego się z błota. Tak czy inaczej jeżeli największy, choć nigdy nie powiedzmy wprost, zarzut wobec mnie brzmi „ Że robię co chcę”. To chcę zrobić oświadczenie: „ Tak robię co chcę i na co mam ochotę. Zawsze w życiu robiłam co chcę i nie widzę powodu, żeby to zmienić. Przem też robi to co chce i na co ma ochotę. Bo jesteśmy dwojgiem dorosłych ludzi. I tylko jako taka relacja, dwojga ludzi, którzy robią co chcą, i chcą być do siebie nawzajem ciepli, uczciwi i kochający ma sens. A całe reszta niech mnie pocałuje gdzieś”
Pod niektórymi względami szpital przypomina dworzec kolejowy. Czeka się. Na zabieg, na wizytę, na wypis. Zbiorowisko przypadkowych osób w jednym miejscu na małej przestrzeni. W dużej mierze czuje się jeszcze bardziej wyobcowana niż zazwyczaj. O ile normalnie w życiu czuje, że jestem trochę inna, to czuje że jestem bardzo inna. Co nie zmienia faktu, że stojąc obok mam lepszy zmysł obserwacyjny.
Szkic pierwszy. Facet zza szyby.
To jest odział pediatryczny, więc dorośli przebywają tu zasadniczo „ do opieki”. Za szyba poparzona 1,5 roczna dziewczynka. Mama przychodzi do niej czasami, przez większość czasu przebywa z facetem którego nazywa Adam. Niższy ode mnie, młody, czapeczka dresa, okulary, ślaski akcent. Ogólnie wygląd kibica. Dawno nie widziałam, żeby ktoś się z taką troską zajmował dzieckiem. Siedzi z nią nocami, przykrywa, zmienia pieluszki, nosi. Trochę nam się zebrało na rozmowy i co się okazało. Adam był kiedyś „chłopakiem” matki dziewczynki. Potem poszedł siedzieć. Za rozbój i pobicie. Podobno laska go trochę wrobiła. Kiedy siedział niewiasta owa wyszła za mąż za jego brata i ma z nim córeczkę. Adam wyszedł ze szczerym postanowieniem zabicia brata, co dalej planuje uczynić. Tyle że tym razem brat siedzi. Ogólnie cały czas mijają się w odsiadkach. I teraz on zajmuje się dzieckiem kobiety którą kiedyś kochał, z nią już się zadawać nie będzie bo suka i kurwa jest. A czemu dziecko winne.
Przegadaliśmy wieczór o kobietach dzieciach odsiadkach i ruchu Chorzów. Tak, mam mieszane uczucia. Po pierwsze ogromne zdziwienie i szacun. Szczególnie w kontekście fajnych na poziome facetów których znam, dużych chłopców którzy boją sobie ubrudzić palców pieluszką i zniszczyć doskonale wypielęgnowanego życia. W tym sensie mam do tego człowieka ogromny szacunek. Za to człowieczeństwo, do którego nie trzeba mieć stosu przeczytanych książek i ukończonych uniwersytetów. Za którego brak straciłam szacunek kiedyś.
Szkic drugi. Upiorna babcia.
Upiorna babcia mieszkała z nami w pokoju przez dwa dni. Jej wnuczek się poparzył a córka pracuje w Holandii na produkcji i nie zawraca sobie dzieckiem głowy. Babcia była obrazem moich najgorszych koszmarów i tylko największa mobilizacja i świadomość że jak ją pobiję to wyproszą mnie ze szpitala, sprawiała, że powstrzymałam się od rękoczynów.
- Babcia czytała superekspres. I coś co kiedyś było mózgiem miała idealnie przemielone przez tą gazetę. Największą sensację wzbudzał w niej fakt że ktoś tam kupił sobie buty za 2000. Kiedy dowiedziała się że moja rodzina to lekarze zaniemówiła i prychnęła „ a to wy pewnie bogate...”
- Babcia się nie była. Wcale. Nie przebierała się na noc. W pokoju było ciepło. Dalsze konsekwencje tego możecie sobie wyobrazić.
- Babcia była gadatliwa. Gadała cały czas i głośno.
- Do Natalisa chciała mówić wnusiu do mnie córciu. Szybko poprosiłam ją w słowach stanowczych aby tego poniechała.
- Mlaskała i chrapała.
- Babcia zasypała dziecko podrzucając je i hałasując.
- Babcia była socjalistką. Uważała, że jest płaca godziwa ( koło 3000 netto) i wszystko poniżej to się jest okradanym. A powyżej to się samemu okrada.
- Babcia pytała czy mam dobrą pracę. Ja jej na to że mam a na to ona w zadumie” Aaaa w sklepie, pewno”. Tak jakby dla kobiety istniały proste zawody – sprzątaczka – i kariera – praca w sklepie.
- Babcia raczyła mnie złotymi myślami o mężczyznach „ Ja, kochana to się już brzydzę mężczyzn ( z wzajemnością zapewne!), bo to wszystko świnie są, tylko piją i córki gwałcą”
- A teraz najlepsze. Wnuczek jest owocem niepokalanego poczęcia. Jak już nie wytrzymałam to się złośliwe zapytałam „ A ojciec dziecka gdzie?” Na co babka z miną srogą i poważną odpowiada ( a raczej wypluwa słowa) „ Ojciec dziecka nie istnieje. Tu nigdy nie było ojca”.
Babci pozbyłam się podstępem. Wmówiłam jej że lekarze dostają kasę od pacjenta w szpitalu i dobrowolnie jej nie wypiszą. Musi się iść o to wykłócić. Ha. Po dwóch dniach maiłam ją z głowy.
Babcia budziła we mnie czyste uczucie wstrętu. I jeżeli jeszcze raz dotknęła by Natalisa mogłabym ją pobić.
To i jeszcze jedno wydarzenie na poczcie doprowadza mnie do wniosku, że nie lubię osób starszych. Tak jak niektórzy nie lubią dzieci. Owszem są poszczególne jednostki starsze i bardzo fajne i godne szacunku, ale przeciętny staruszek/staruszka rozumie już mniej, a sądzi że wie wszystko i należy jej się szacunek nie ze względu na to kim jest, a tylko dlatego że jest stara. Plus nie wiem dlaczego ale kiedy mija wiek potencjalnej atrakcyjności dla płci przeciwnej przestają stosować środki higieny osobistej.
Zaraz to pewnie wkleję i wracam do szpitala. Dom jest tam gdzie są ci których kocham.
A w przerwie...podlewam kwiatki.
Słucham: Dvorak, Taniec słowiański
Czytam: Pożeracz Myśli Stevena Halla, i Ostanie Westchnienie Maura Rushdiego.
PS Dalej piszcie smski to pomaga (-; I Aniołakowie dziękuję za wizytę. A Natti za fafle i Tomka.
Mam mnóstwo notatek. Chaotycznych szkiców szpitalnych pisanych w zeszycie, na odwrocie kolorowane, opakowaniach po lekach. Wszystko w sumie zmieniało się tak często, że nie część z tych rzeczy jest teraz po prostu niekatulana i nie wiem na ile jest sens je wklejać.
Zacznę od aktualności. Stan Natalisa:
Tak jak pisałam 6% Oparzenia 2 b . Nóżka i udo. Opatrunki 3 lub 2 razy na dobę.
Ropieje, ale się oczyszcza. Głębsze miejsca w których dalej nie jest jeszcze żywe i pewnie będą blizny są dwa. Reszta już krwawi czyli się zabliźnia. Dwa powikłania czyli zapalenie płuc ( od leżenia) i niewydolność nerek na razie od pukać się oddalają. Nie gorączkuje już. Ale nie chce prostować nogi. Lekarze boją się przykurczu mięśni. Fizycznie wszystko w stawach jest ok., ale ona panicznie boi się bólu więc nie prostuje i oświadczyła że chodzić nie będzie. Męczymy, rehabilitującemu rozciągamy.
W szpitalu zostały nam jakieś 2-3 tygodnie myślę. Natalis znosi to dobrze. Cierpi, ale już tylko cicho pojękuje czasem. Dzieci znoszą ból jak zwierzęta – dużo dzielniej niż dorośli.
Stan mój: Huśtawka nastrojów. Ja wiem, że mam na imię „Dam rade” a na nazwisko „Jakoś”, ale czasem ledwo daję. Przem pomaga. Przem jest nieoceniony.
Ale teraz może troszkę tych notek pisanych z latarką na karimacie właśnie z myślą o tym blogu. Z myślą o ludziach, którzy gdzieś tam są, czytają i myślą wspierają. Zanim wszystkie powywalam do kosza.
Będzie chaotycznie.
Największa ulga: Myśleć, że to nie twarz, nie głowa, nie powieki.
Największa tortura; Patrzeć jak ją boli. Leżeć przez pierwsze doby z głową wtulona w jej poduszkę i czuć ten zapach. Spalonego ciała, surowicy, czegoś innego spod bandaży. Taki żółto mdły zapach bólu, który będzie się pamiętać do końca życia. I jeszcze pamięć tych trzech godzin kiedy ją tu wiozłam. Minuty od oparzenia – telefonu do nas – czas kiedy nie wiedziałam rany i myślałam, że to nic nie jest- czas dojazdu do Chorzowa. 3 godziny Natalisa na pół zemdlonego z bólu. Tkwi to we mnie jak kolec.
Szpital ma czas mierzony morfiną. Dawkowanie 4 razy na dobę. Działa 4 godziny. Doba składa się z 4 godzin wytchnienia i 2 godzin bólu.
Własny organizm coś co ma wytrzymać. Na początku była bezsenność ( patrz rozdział koszmarna babcia), antybiotyk, red bull, twixy. Teraz pilnuje jedzenia i spania. Mam się nie sypać.
Z jednorazowych rękawiczek powstają świetne baloniki. (-;
Rodzina znowu nawaliła. Nie było jeszcze trudnej sytuacji zwłaszcza związanej jakoś z Natalsiem, w której rodzina nie stanowiła dodatkowego balastu. Tym razem orzeczono (pośrednio), że wszystko moja wina.
Moja rodzina: Bo zostawiałam u teściowej, szwagierka: bo zwalam dziecko zmęczonej starszej osobie zamiast sama je chować. Ogólnie poczucie bycia na bezludnej wyspie. Jest Kocur na którego liczyć można zawsze. I jest Natalia. A poza tym morze rekinów i wyspy przyjaciół migające z daleka przyjaznymi światełkami. Sama nie wiem czy Kocur jest doskonalszy przez to że nigdy nie nawala kiedy jest potrzebny, czy że zawsze potrafi mnie rozbawić. To ktoś przy kim zawsze chce mi się cieszyć życiem. Postanowiliśmy nie rozmawiać o Świętach. Jeżeli nie będziemy zauważać problemu, to może zniknie?
Dodatkowa notka o tym czemu mówię nie dla rodziny tradycyjnej, nie dla układów patriarchalnych i dlaczego jestem ogólnie znowu Zua potem. To jest zupełnie inny temat. Teraz powiem tylko tyle, że jestem tym skopana. Strawiłam do kogoś zaufanie, poczułam, się oszukana. I tule. Nie chcę wchodzić w szczegóły.
Może tylko jedno: Znowu, tak jak w sytuacji tej jesieni, okazuje się, że motorem który całkiem skutecznie mnie napędza to złość. Złość na ludzi, układy rodzinne, patriarchat, takie jeden wielki okrzyk we mnie „ pocałujcie mnie wszyscy gdzieś, jestem coś warta i potrafię to udowodnić”. Kocur by pewnie powiedział, że przypominam wróbla otrzepującego się z błota. Tak czy inaczej jeżeli największy, choć nigdy nie powiedzmy wprost, zarzut wobec mnie brzmi „ Że robię co chcę”. To chcę zrobić oświadczenie: „ Tak robię co chcę i na co mam ochotę. Zawsze w życiu robiłam co chcę i nie widzę powodu, żeby to zmienić. Przem też robi to co chce i na co ma ochotę. Bo jesteśmy dwojgiem dorosłych ludzi. I tylko jako taka relacja, dwojga ludzi, którzy robią co chcą, i chcą być do siebie nawzajem ciepli, uczciwi i kochający ma sens. A całe reszta niech mnie pocałuje gdzieś”
Pod niektórymi względami szpital przypomina dworzec kolejowy. Czeka się. Na zabieg, na wizytę, na wypis. Zbiorowisko przypadkowych osób w jednym miejscu na małej przestrzeni. W dużej mierze czuje się jeszcze bardziej wyobcowana niż zazwyczaj. O ile normalnie w życiu czuje, że jestem trochę inna, to czuje że jestem bardzo inna. Co nie zmienia faktu, że stojąc obok mam lepszy zmysł obserwacyjny.
Szkic pierwszy. Facet zza szyby.
To jest odział pediatryczny, więc dorośli przebywają tu zasadniczo „ do opieki”. Za szyba poparzona 1,5 roczna dziewczynka. Mama przychodzi do niej czasami, przez większość czasu przebywa z facetem którego nazywa Adam. Niższy ode mnie, młody, czapeczka dresa, okulary, ślaski akcent. Ogólnie wygląd kibica. Dawno nie widziałam, żeby ktoś się z taką troską zajmował dzieckiem. Siedzi z nią nocami, przykrywa, zmienia pieluszki, nosi. Trochę nam się zebrało na rozmowy i co się okazało. Adam był kiedyś „chłopakiem” matki dziewczynki. Potem poszedł siedzieć. Za rozbój i pobicie. Podobno laska go trochę wrobiła. Kiedy siedział niewiasta owa wyszła za mąż za jego brata i ma z nim córeczkę. Adam wyszedł ze szczerym postanowieniem zabicia brata, co dalej planuje uczynić. Tyle że tym razem brat siedzi. Ogólnie cały czas mijają się w odsiadkach. I teraz on zajmuje się dzieckiem kobiety którą kiedyś kochał, z nią już się zadawać nie będzie bo suka i kurwa jest. A czemu dziecko winne.
Przegadaliśmy wieczór o kobietach dzieciach odsiadkach i ruchu Chorzów. Tak, mam mieszane uczucia. Po pierwsze ogromne zdziwienie i szacun. Szczególnie w kontekście fajnych na poziome facetów których znam, dużych chłopców którzy boją sobie ubrudzić palców pieluszką i zniszczyć doskonale wypielęgnowanego życia. W tym sensie mam do tego człowieka ogromny szacunek. Za to człowieczeństwo, do którego nie trzeba mieć stosu przeczytanych książek i ukończonych uniwersytetów. Za którego brak straciłam szacunek kiedyś.
Szkic drugi. Upiorna babcia.
Upiorna babcia mieszkała z nami w pokoju przez dwa dni. Jej wnuczek się poparzył a córka pracuje w Holandii na produkcji i nie zawraca sobie dzieckiem głowy. Babcia była obrazem moich najgorszych koszmarów i tylko największa mobilizacja i świadomość że jak ją pobiję to wyproszą mnie ze szpitala, sprawiała, że powstrzymałam się od rękoczynów.
- Babcia czytała superekspres. I coś co kiedyś było mózgiem miała idealnie przemielone przez tą gazetę. Największą sensację wzbudzał w niej fakt że ktoś tam kupił sobie buty za 2000. Kiedy dowiedziała się że moja rodzina to lekarze zaniemówiła i prychnęła „ a to wy pewnie bogate...”
- Babcia się nie była. Wcale. Nie przebierała się na noc. W pokoju było ciepło. Dalsze konsekwencje tego możecie sobie wyobrazić.
- Babcia była gadatliwa. Gadała cały czas i głośno.
- Do Natalisa chciała mówić wnusiu do mnie córciu. Szybko poprosiłam ją w słowach stanowczych aby tego poniechała.
- Mlaskała i chrapała.
- Babcia zasypała dziecko podrzucając je i hałasując.
- Babcia była socjalistką. Uważała, że jest płaca godziwa ( koło 3000 netto) i wszystko poniżej to się jest okradanym. A powyżej to się samemu okrada.
- Babcia pytała czy mam dobrą pracę. Ja jej na to że mam a na to ona w zadumie” Aaaa w sklepie, pewno”. Tak jakby dla kobiety istniały proste zawody – sprzątaczka – i kariera – praca w sklepie.
- Babcia raczyła mnie złotymi myślami o mężczyznach „ Ja, kochana to się już brzydzę mężczyzn ( z wzajemnością zapewne!), bo to wszystko świnie są, tylko piją i córki gwałcą”
- A teraz najlepsze. Wnuczek jest owocem niepokalanego poczęcia. Jak już nie wytrzymałam to się złośliwe zapytałam „ A ojciec dziecka gdzie?” Na co babka z miną srogą i poważną odpowiada ( a raczej wypluwa słowa) „ Ojciec dziecka nie istnieje. Tu nigdy nie było ojca”.
Babci pozbyłam się podstępem. Wmówiłam jej że lekarze dostają kasę od pacjenta w szpitalu i dobrowolnie jej nie wypiszą. Musi się iść o to wykłócić. Ha. Po dwóch dniach maiłam ją z głowy.
Babcia budziła we mnie czyste uczucie wstrętu. I jeżeli jeszcze raz dotknęła by Natalisa mogłabym ją pobić.
To i jeszcze jedno wydarzenie na poczcie doprowadza mnie do wniosku, że nie lubię osób starszych. Tak jak niektórzy nie lubią dzieci. Owszem są poszczególne jednostki starsze i bardzo fajne i godne szacunku, ale przeciętny staruszek/staruszka rozumie już mniej, a sądzi że wie wszystko i należy jej się szacunek nie ze względu na to kim jest, a tylko dlatego że jest stara. Plus nie wiem dlaczego ale kiedy mija wiek potencjalnej atrakcyjności dla płci przeciwnej przestają stosować środki higieny osobistej.
Zaraz to pewnie wkleję i wracam do szpitala. Dom jest tam gdzie są ci których kocham.
A w przerwie...podlewam kwiatki.
Słucham: Dvorak, Taniec słowiański
Czytam: Pożeracz Myśli Stevena Halla, i Ostanie Westchnienie Maura Rushdiego.
PS Dalej piszcie smski to pomaga (-; I Aniołakowie dziękuję za wizytę. A Natti za fafle i Tomka.