A jeżeli się ktoś wybiera w okolice Berlina, Monachium lub Wiednia to polecamy zatrzymać się w Wombacie.
A co do tego co widzieliśmy ( słuchaliśmy)
Carmen.
Zaskoczyli mnie już przed wyjazdem, bo łypnęłam na stonkę i zobaczyłam, że zrobili to klasycznie. Bardzo klasycznie. Jak się potem okazało, klasycznie nie oznacza bez reżyserii- ale z bardziej subtelną kreską reżysera.
Całość zaczyna się za kurtyną filtrem przez co mamy uczucie, że patrzymy na obraz. Ten zabieg ma plusy i minusy. Plusy bo tworzy niesamowity klimat. Nadaje dźwiękom fakturę. Minus jest taki, że pierwszy akt jest przez to bardzo statyczny. Postacie chwilami zastygają w bezruchu i śpiewają bardziej do publiczności niż do siebie. W kolejnych aktach ten obraz coraz bardziej się ożywia, a postacie Carmen i Don Jose wyłamują się z kadru. Wychodzą niemal dosłownie z obrazu.
Co do interpretacji to bardzo dyskretnie zarysowana, ale przekonywująca. W pierwszym akcie Carmen ma czerwone buty, w kolejnych czerwony element stroju. Na rytym obrazie scenie kolor jest dość ważny i jest to jedyny element czerwieni. W ostatnim akcie Carmen występuje w stroju torreadora. Dosłownie w klasycznej wersji, ponieważ był to zawód zarezerwowany tylko dla mężczyzna, Carmen nie mogła by go włożyć. To jest symbol. Kobieta jako torreador – mężczyzna jako byk – groźne choć podążające za instynktem zwierzę. I świetnie wpasowuje się to w symbolikę męskich atrybutów tej opery: nóż i penis – róg byka. I bardzo skojarzyło mi się z Porozmawiaj z Nią Almodovara – kobieta jako torreador.
Poza tym podobało mi się bardzo w warstwie muzycznej. Tego po prostu słuchało się przyjemnie. Najmniej może Micaeli, ale nie wszystko może być doskonałe.
A tak na marginesie. W dniu po Carmen byliśmy na wystawie zdjęć Helmuta Newtona. Bardzo się podobały, choć miałam wrażenie że on traktuje kobietę jako tworzywo sztuki, a nie obiekt. Widziałam kilka zdjęć z tymi jego ulubionymi motywami: usta, buty w szpilce, czasami rogi byka. Kobiety bardzo seksualne ale zimne. I aż mnie skręciło żeby się dowiedzieć co by było z połączenia Cermen z Newtonem. Gdyby go zaprosić współtworzenia do tej reżyserii i scenografii. Niemożliwe, ale pomarzyć można. Poleciałabym na to jak na skrzydłach.
Co do drugiego dnia to byliśmy na Latającym Holendrze Wagnera. Dużo dobrego słyszałam o tej inscenizacji, wiec sobie robiłam spore oczekiwania. Gdzieś tam podejrzewałam, że Wagner łatwy nie jest, ale myślałam, że na żywo z grą sceniczną da się to jeść.
Cała sztuka była desperacką próbę uratowania archetypu z koszmarków którymi upstrzył ją Wagner. O ile można było dobrą reżyserią wywalić całe gotycko - mroczne tło to z muzyką nie dało się zrobić nic. Wydawało mi się, że Wagner jest trudny, a on jest po prostu kiepski. Jak to stwierdził Kocur: taka to muzyka jak betonowy bunkier architektura. Po prostu nie wystarczy głośniej krzyczeć żeby większy efekt był.
Moja wiedza z muzyki klasycznej jest niekompletna i wyrywkowa. Kiedy byłam mała uwielbiałam słuchać muzyki ( Griega, Bizeta, Rimskiego Korsakova, Czajkowskiego) i sobie wyobrażać co się tam dzieje. Zazwyczaj te moje historie w głowie miały się nijak do pomysłu kompozytorów, ale pobudzały wyobraźnie. Może dlatego tak łatwo złapałam pomysł opery – połączenie teatru i muzyki.
Wagnerowi udało się stworzyć muzykę, która do mnie nie przemawia, ani odrobinkę. Reaguję na nią jak na Rammsteim – czyli Bosze czemu oni tak hałasują. O ile jeszcze pierwszy akt jakoś się ma do tego co się dzieje na scenie ( Die Frost ist um to jedyny fragment który da się słuchać) to dalej jest masakra. Scena spotkania z Sentą nijak się do siebie ma w warstwie muzyka- treść – to co jest odegrane. Oni do siebie wrzeszczą w dodatku zupełnie bez emocji.
Reżyser zrobił z tego co się dało. Pomysł z przeniesieniem akcji na giełdę świetny. Postać niemiej dziewczynki duszy Senty też bardzo mi się podobał. Nie do końca się zgodzę z interpretacją którą kiedyś przeczytałam. Bo w momencie kiedy jego stara załoga widm rozsypuje się w proch – a marynarze na koniec popełniają samobójstwo (przy śmiejącym się Holendrze) – prawdopodobnie po to żeby stworzyć jego nową załogę widm, to mam jakieś wrażenie że ta historia to się dla niego odbywa co siedem lat (-; I wcale Senta taka jedyna. Albo może powiem to inaczej: Gra Senty mnie przekonała. Gra Holendra nie. Może przez dysonans z muzyką, może przez złe aktorstwo, tego nie wiem. Ale mu nie wierzę.
Tak czy inaczej reżyseria była – i było by o czym pogadać, pointerpretować. Niestety reżyserka nie zrobiła jeszcze jednego dramatycznego kroku – nie zamieniła tego w pantomimę. Bez muzyki. Zupełnie.
PS
Na życzenie Ani więcej o Carmen:
Nie pisałam szerzej bo po pierwsze mam zapalenie spojówek i widzę tyle co nic. A po drugie ta interpretacja jest dość prosta i w miarę zgodna z tym czego się spodziewałam po libretcie. Jak się okazało mało oryginalna nie musi znaczyć zła, a może być po prosty prosta i logiczna.
Kim zatem jest Carmen? Pełną seksu siłą, która robi z mężczyzn idiotów, podążające za instynktem byki. Kobieta pewną siebie, odważną a przede wszystkim wolną. W tle pokazano dwie cyganki ( cudowne głosy zwłaszcza Mercedes!) i na tym przykładzie łatwo widać kontrast Carmen – reszta świata. One też podrywają mężczyzn ale z bardziej konwencjonalnych powodów – chcą miłości, seksu, pieniędzy. Carmen nie chce niczego – robi to bo może, bo jest wolna. Paradoksalnie w jakiś sposób jest w tym bardzo męska. Kobieta w stroju torreadora, wolna, dzika, silna. Ona uwodzi bo to jest gra, rywalizacja. Za nic ma normy społeczne, „ustawienie się w życiu”, ona po prostu wypija z życia kwintesencje, i robi to bo tak. I nawet w najbardziej miłych dla Don Jose
chwilach nie ma wątpliwości, że go nie kocha. Ona z nim gra. Dlaczego? Bo może, bo chce.
Czego się obawiałam w Carmen zanim na nią poszłam, to wyświechtanej, ogranej melodyjności. I nic bardziej mylnego. To że melodie przeszły do świadomości zbiorowej, stały się wręcz gwizdane na każdym roku, to nie znaczy, że nie sa cudowne. Może wręcz przeciwnie, świadczy to o ich śile przekazu.
1 komentarze:
No i tym Holendrem - którego już znam z trochę z prywatnej relacji - tez jestem rozczarowana. A o Carmen... o Carmen to bym przeczytała więcej. Bo jak na razie zanęcasz tylko, ale poza tym malutko. Domyślam się, że nie jesteś w takim nastroju, jak po Turandot, ale jednak ja bym chciała coś jeszcze przeczytać o Dobrej Operze, bo Holendra już wałkowałyśmy.
I mam wrażenie, że obie mamy podobne skrzywienie - muzyka, jeśli nie dotrze do uszu, może zamordować najlepszą historię (choć ja Rammstein lubię, czasem mam potrzebę słuchać krzyku). Pisałam Ci o Salome wczoraj, dziś sobie znalazłam fragmenty... I obawiam się, że nie jestem nijak przekonana. Muzycznie. Bo sama sztuka, która jest podstawą libretta, nieodmiennie kładzie mnie na łopatki.
Prześlij komentarz