Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 stycznia 2011

Opserwacje na temat kameleonuf


- Nat co robisz?
- Piszę ksążkę dla mojego braciszka.
- A jaki tytuł?
- Opserwacje na temat Kameleonuf. Napisała Natalka Głomb.

czwartek, 11 listopada 2010

Różności

Wróciliśmy właśnie z Joanny D’Arc w Teatrze Ateneum w Katowicach. Jest to z założenia teatr lalki, który notabene bardzo lubimy, więc z ciekawością wybraliśmy się na jedną z ich pierwszych prób spektaklu dla dorosłych. Powiem szczerze mam mocno mieszane uczucia. Ogólnie w skali 10 chciałam dać z 6. I to całe 6 za fenomenalną grę aktorów, którzy wyciągnęli z tej sztuki wszystko co się dało. Dawno, chyba od pamiętnego Dybuka i Otella nie widziałam tak zgranych i perfekcyjnych aktorów. Podobała mi się też scenografia, muzyka i niektóre dynamiczne sceny. I to by było na tyle.

Karel Brožek miał swój własny pomysł na adaptację pomysłów Bernarda Shawa, Paula Claudele, Friedericha Schiellera i Jeana Anouilha. Plus chyba cała masa własnej inwencji. I do mnie ten scenariusz w ogóle nie przemawia. Całość sztuki jest pokazana tylko i wyłącznie z punktu widzenia Joanny. Wszystko zaczyna się przydługą sceną z dzieciństwa i jej relacji z ojcem, są jej święci, jej demony, jej wersja wydarzeń. A że sama jest niewinną, naiwną wieśniaczką, która mało z tego rozumie to też na scenie mało z tego wynika.
Rozmawialiśmy z Kotem jaki tu może być problem. Nie ma żadnych scen poza percepcją Joanny. Trochę trudno pokazać mocną dramatyczną sztukę o prostej i przeczystej bohaterce. Scena potrzebuje Jagona, Rigoletta, Piłata. Postaci wahających się, szarych, pełnych złości albo strachu. Na samej Desdemonie daleko się nie da.
Dla mnie ta historia rozgrywa się na przełomie od wyruszenia do Delfina do końca procesu. Nadzieja, a potem zdrada są dla mnie esencją tej historii. A tu środek ciężkości jest położony na dzieciństwo – a potem na to że głosy zniknęły. Nie ma ani jednej scenie o zdradzie Karola, roli Anglików, o tym, że Joanna była tylko pionkiem. Nie ma dramatyzmu i tragizmu tej postaci. Tego jak wykorzystano jej naiwność i wiarę. Jest za to sen wieśniaczki, który kończy się wśród demonów i płomieni. I tyle.
Ale na pewno znowu zajrzę na sztuki „dla dorosłych” w Ateneum.


Poza tym. W świecie Wombatów.

Chciałabym napisać (prawie, bo jeszcze naklejki na ścianę, ale już wybrane) skończyliśmy remont. Idealnie perfekcyjne malowanie, które robiliśmy po kawałku od kwietnia. Tylko że przyszli panowie z gazowni i trzeba wymieniać rurę z gazem i kuć dwie ściany. Dwie ostatnio pomalowane ściany. Boli.

Ogólnie poza tym z remontu jestem zadowolona. Zaoszczędziłam pieniądze na dywan, ale musiałam kupić nowy komputer, biurko, i kuchnię. Więc dywan odleciał. Przyleci mam nadzieję z becikowym. Za to mam cudownie mieszczańską i śliczną kuchnię, a co.


Poza tym, melduję, że skończyłam pierwszy trymestr ciąży. Jest kapkę trudniej niż z Natalką, ale daję radę. Młody zaczął mnie ostatnio kopać nieśmiało. Natalia już wie, choć dowiedziała się w głupi sposób. Kupowałam w aptece syrop na kaszel dla mnie i po chwili córka pyta „ Mamo, a dlaczego powiedziałaś tej pani, że jesteś w ciąży?” „ Hmmm, może dlatego że jestem?”

Zastanawiam się czym różni się posiadanie pierwszego i drugiego dziecka. Chyba nie popełnię tych wszystkich błędów wychowawczych – a przynajmniej popełnię ich mniej. W jakiś sposób jestem bardziej stabilna i mądrzejsza doświadczeniem. A z drugiej strony cieszę się z Mikołaja, czuje jak we mnie rośnie, ale nie ma tych fajerwerków, mistycyzmu i euforii. Bo Natalia była dla mnie mistycznych przeżyciem. A teraz jest po prostu „ Cześć M. fajnie, że jesteś”


Kot Hella ma się lepiej. Nawet zupełnie dobrze. Była bardzo chora 8 dni, a potem znienacka w nocy zaczęła bawić się papierkami. Cieszyło nas to pierwsze pięć minut, potem chcieliśmy spać. Mam nieodparte wrażenie, że to była jakaś choroba a nie nerwica czy depresja. W czasie dalszej części remontu – wiercenie w ścianie – kot leżał pomrukując. Całość nie mogła być spowodowana wymianą okna, bo temu kotu remont nie przeszkadza. A jak już mu coś przeszkadza to je więcej, a nie mniej. Tak czy inaczej nie mam pojęcia co to było, ale jesteśmy wdzięczni Wszystkim Świętym Od Zwierzaków, że na razie zostawili ją po naszej stronie Tęczowego Mostu. Potrzebna nam tu jest.

A z cytatów Natalki. Była w przedszkolu akcja: przychodzą rodzice i czytają wszystkim dzieciom. Nat się uparła żeby czytać Pandę Taflę, która baśnią nie jest i średnio się na tą okazję nadaje. I trudno się było maluchom skupić. Chłopaki rozrabiały. Po czym słyszę jak moja córka mówi do jednego z nich: „ Strasznie się wygłupiałeś jak Moja Mama czytała, pewnie nic z tego nie rozumiałeś. Ale się nie przejmuj, za pierwszym razem trudno jest z książki coś zrozumieć”. Ómarłam.

piątek, 13 sierpnia 2010

Szylim, szylim i uszylim


Jedziemy w niedzielę na Flamberg. I na tę okazję uszylim z Anią Natalisowi strój. A wygląda on tak:

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Dwa magiczne tygodnie


Jawornik. Jak w zeszłym roku i w jeszcze poprzednich. Ale ciągle inaczej. Miałam to samo uczucie jak kiedy gościłam w Gdyni. Ktoś dzieli ze mną swój dom, stół, czas a przy tym kawałek siebie. To uczucie bliskości, gościnności, bieganie boso po trawie w deszczy i wieczornego siedzenia na schodkach, gadania i patrzenia na rozgwieżdżone niebo. I śpiewanie
Święty, święty, święty - blask kłujący oczy
Święta, święta, święta - ziemia, co nas nosi


Dziękuję. Za wszystko. Za Dom.

No a przed następnym wyjazdem w Łańcucie kupiłam Storczyka. I musiałam go zabrać w dalszą drogę do Jawornika potem do Rzeszowa, do Gorlic, do Wołowca i do domu. PKSem. 5 godzin. Jestem szurnięta, a storczyk piękny. I żyje. Jakoś. A poza tym doszłyśmy z Natti do wniosku, że LND jest bardzo dobrym musicalem, cholernie gorzkim w głębszej warstwie. I niestety prawdopodobnym.

A potem pojechałyśmy z Natalisem do Wołowca. Wieś owa ma domów cztery, zasięgu nie ma, za to dziką zwierzynę za oknem. I orliki krzykliwe na które przez tygodniu patrzyłam jak na gołębie w Krakowie. Nie wiem jak to wytłumaczyć komuś kto tam nie był. Część mnie tam mieszka. Między Gorlicami, Jasłem a Duklą, w Krainie Duchów, wymarłych Łemkowskich wsi, zarośniętych sadów i cmentarzy. To nic że padało prawie cały czas i N. chodziła w mojej kurtce przeciwdesczowej i sandałach a ja mokłam, że mogłyśmy chodzić na trasy do 9 kilometrów bo więcej dzieck nie dawał radę w błocie i chaszczach po szyję. Ale za to leżałyśmy na trawie na starym cmentarzu przy cerkwi trzymając się za ręce i szepcząc zmarłym pozdrowienia. Przywiozłyśmy dużo siniaków i zadrapań, jeden zielnik na różowym papierze ale za to z porostem i świadomość, że pies którego znalazłyśmy w lesie ma nowy dom. I imię.

A teraz wracam do siebie i robię wiśnie a’la Lady Mackbet. Dryluje ich małe serduszka do miski, a ręce i dekolt mam zachlapane ich kwaśną krwią. Zbrodnię zatuszujemy cukrem w garnku.





więcej zdjęć tu http://s90.photobucket.com/albums/k261/labruja_i_natalis/

środa, 16 czerwca 2010

Oif'n Weg Steht a Boim

Tak wyszło, że przyszło mi śpiewać wieczorem kołysanki. Aaaa, kotki dwa, Z popielnika, Był sobie król i inne. I czasem szperam też za innymi, nie tylko polskimi. Jakiś czas temu zlazłam kołysankę, która bardzo mnie poruszyła. Nie po polsku, w yiddish i trochę musiałam poszperać zanim zlazłam jej tekst i tłumaczenie. Czasem ją też próbuję podśpiewywać, choć ktoś znający język chyba umarłby ze zgrozy nad błędami wymowy. Ale tak czy inaczej jest piękna, więc pozwolę ją sobie zamieścić. Z dedykacją dla Natalki, Jasia, Olgusi, Emilki, Julki (-; Plus tłumaczenie, które udało mi się znaleźć.


"A Tree Stands by the Road"

By the wayside stands a tree
Bent against the storm
All the birds from this tree
Flew away

Three to the west, three to the east
And the rest to the north
Leaving the tree
Alone and unprotected

Then I told my mother: look
Please don’t stop me
Soon mother I will
Become a bird

I will sit in the tree
And will comfort it
During the winter with my tender care
And a beautiful song

Mother says: no my child
And she cried
You might freeze to death
On this tree, God forbid

I told her: Mom save your
Beautiful eyes
Because before you know it
I will become a bird

Mother cried: Itsik my dear boy
Look for God’s mercy
Put on a scarf
Otherwise you'll catch cold

Put on your galoshes
It will be a harsh winter
And wear your fur hat too
Oh woe is me

Put on also your warm jacket
Do this you foolish child
If you don’t wish to become a guest
Amongst all the dead

I lift up my wings but it’s hard to fly
Too many things to wear
Has Momma put
On her weak little fledgling

Sadly I gaze
Into my mother’s eyes
Knowing that it was her love
That kept me from becoming a bird

sobota, 12 czerwca 2010

Dobry był dzisiaj dzień....



sobota, 5 czerwca 2010

Biblioteka cztero i pół latki

Ponieważ bloga czytają też osoby mające małoletnie dzieci i zapewne tym dzieciom czytają pozwolę sobie zamieścić mój mały osobisty subiektywny zbiór najlepszych książek dziecięcych. Kiedyś czytałam o paskudnych niedojrzałych matkach, które fundują sobie dzieciaka bo chcą im kupować słodkie ubranka na allegro. Cóż, ja ubranek kupować nie lubię. Za to kupowanie i czytanie książek to jest prawdziwa przyjemność... Kolejność przypadkowa – wybór mój i Natalisa co lubimy obie czytać najbardziej.

1) Zdumiewające opowieści Pandy
Trafione przypadkiem w taniej książce w Krakowie. Przepiękne ilustracje akwarelą, plus bardzo fajny tekst. Taoistyczne, eleganckie, urzekające.



2) Trzy Pytania
Ilustrowane akwarelami przez tego samego autora co Panda Tafla. Przypowieści Zen i adaptacja opowiadania Tołstoja. Urocze, mądre, a w tym wszystkim trzy czterolatkom się podoba.



3) Interesy Pana Kota
Pan Kot postanowił się wzbogacić w tym celu, za radą jednego z wujów założył sklep. Z myszami w konserwach. Lekkie, bardzo włoskie, przezabawne. Autor Gianni Rodari jest laureatem nagrody im Andersena. Bajka pisane wiele lat temu, a cudownie świeża (-;



4) Pan Mruczek i Mysia Rodzina
Książka znalazła się na liście awansem i na kredyt, bo kupiłam ją wczoraj. Zaczęliśmy czytać, na razie obu nam się ogromnie podoba. Śliczne ilustracje. Myszy mieszkające w antykwariacie.




5) Gilbert Wielki

Ulubiona bajka Natalki z tego spisu. „Odkąd Gilbert, Wielki Żarłacz Biały był małym rekinem, Rajmund Rybka Romera zawsze pływał u jego boku...” Książka pisana przez ludzi z Shark Trust mająca na celu propagować idee, że rekiny są ciekawe i fajne. Cóż ja i tak uważam, że Rajmund zniknął bo zjadła go pani Kąsek mama Gilberta...



6) Emil ze Smalandii A. Lingren
Cudowny prezent od Hani (-; Przyznam szczerze, że obie lubimy, choć chyba ja nieco bardziej. Znaczy, kiedy czytam, to tak się śmieję, że Natalka ledwo mnie rozumie. Ale przynajmniej nie musi się prosić o poczytanie.




7) 80 Baśni dookoła Świata
Przepięknie ilustrowany wybór 80 baśni. Teksty są krótkie, nie przesłodzone, przystępnie napisane i co najfajniejsze nie zawierają wiele baśni, których nie znałam z naprawdę najdalszych kątków świata.


8) Bajki Wszech Czasów
Zbiór klasycznych bajek Andersena i Grima. Nieźle napisane, a co najważniejsze fenomenalnie ilustrowane – rysunki są mocno inspirowane malarstwem flamandzkim.




Niestety na liście nie ma moich ukochanych Muminków i Baśni Birmańskich „O Złotym Żółwiu” Natalis nie przepada za tymi pozycjami. Może z czasem polubi (-; Nie ma też lokomotywy Tomka, której ja już mam dość i uparcie czytam często powtarzający się zwrot „Bardzo Użyteczna Lokomotywa” jako „Bardzo Bezużyteczna Lokomotywa” czym doprowadzam córkę do pasji (-;

wtorek, 1 czerwca 2010

Najlepszego

Z okazji dnia dziecka składam mojej córce, sobie, wszystkim czytelnikom bloga ich dzieciom narodzonym i tym co się dopiero urodzą najlepsze życzenia. (-;



Ps. Wczoraj posłałam Lustra. Dziekuję dwóm Aniom za pomoc w korekcie. A teraz będzie co ma być.

poniedziałek, 17 maja 2010

(-;

Dostałam w ciągu ostatnich dni otrzymałam dwa duże bezinteresowne prezenty. Niematerialne, ale dużo znaczące. Raz poprosiłam kogoś o pomoc z problemem z którym sobie nie radzę – wyciągnęłam rękę i dostałam z nawiązką. A dwa ktoś mi pomógł i ciągle pomaga i poświęca dużo swojej pracy, żeby moje marzenie się spełniło. I jak to nie wierzyć w świat?



A z wiadomości Natalkowych
Córka się za coś obraziła na ojca, nadęła się a ja się pytam żeby rozładować atmosferę:
- jesteś obrażona?
- tak!
- Hmmm, a która część ciebie jest najbardziej obrażona?
( po chwili namysłu) - prawa nerka

czwartek, 13 maja 2010

Rzeczy dobre i złe

Dobra wiadomość, to że wracam do medytacji. Mam tendencje do rozpraszania się i do braku systematyczności dlatego nie jest to dla mnie zupełnie łatwe. A mam w sobie kilka spraw do poukładania. Z jednej strony dużo, dużo ogromnej radości z życia i świata. Z drugiej fakt, że coraz bardziej się zamykam i wcale mi się to nie podoba. Pal licho jak zamykam się przed światem, gorzej jak nawet przed sobą. Muszę sobie też poukładać kontakty z rodzinną. Nie wiem jak. Chyba ostatecznie kontakty zostały zerwane, zapomniałam wczoraj u nich kluczy i dziś znalazłam je w skrzynce ( a byłam cały dzień domu) nie odpowiada mi sie na gg odwiesza telefony. To chyba jakiś chory sposób okazywania przez mojego ojca lojalności matce. Najgorsze jest to, że oboje jesteśmy uparci i jak coś zrobimy to brniemy w to do końca niezależnie od kasztów. Nie wiem jeszcze czy po prostu wezmę to na klatę że n i e m a m rodziców z którymi mogę zamienić dwa słowa. Czy jakoś to ułożę z nimi. Na razie układam to w sobie. Przypomina to odwracanie nigdy nie sprzątanej piwnicy. Wszystko co na zewnątrz trzeba znacząc od układania tego co w środku i nie chodzi tu o jakieś palny czy strategie, ale świadomość własnych uczuć i wyrabianie w sobie empatii. Rodzaj ćwiczeń duchowych przed trudną wyprawą. Tak jakbym robiła pompki przed wyjazdem na Mont Everest ( choć mam nadzieję, że ma to więcej sensu).


A poza tym chodzi za mną to. Mimo wszystko świat jest piękny i święty. W każdym kawałku.




I zrobiłam najlepsze w życiu ciasto czekoladowe. Nazwałam je gruba browne – bo jest wprost nieprzytomnie kaloryczne.


Tabliczkę czekolady gorzkiej rozpuszczasz z połową kostki masła i STUDZISZ
Ubijasz mikserem 3 jaja, 50-60 g mąki, 150 g cukru, dodajesz masę maślano - czekoladową
W oryginalnym przepise dawali też orzechy ale ja sobie darowuję

pieczesz najlepiej na papierze do pieczenia i niedużej foremce ja daje rynnę pieczesz 18-20 minut 200 stopni

POLEWA Tabliczka czekolady gorzkiej i troszkę masła lub mleka rozpuszczasz, dajesz na ostudzone ciasto i bach o lodówki

Najlepsze podawane z bitą śmietaną i wiśniami ze słoiczka smarzonymi w cukrze

A z Natalisem miałam dziś 20 minutową dyskusję w czasie robienia naleśników. Czy nele-śnik będzie tym samym co śnik-nale. Ja twierdziłam, że tak, bo róża pod inną nazwą tak samo by pachniała. Natalia że nie bo śnik-nale to taki naleśnik odwrotny czyli musi być inny. W końcu upiekłam jej dla porównania nele-śnika i śnika-nale ( jak Stwórca Naleśników mam prawo nadawać im imiona jakie chcę) i empiryczne doświadczenie pokazało, że nie mam między nimi różnicy.

sobota, 17 kwietnia 2010

Słowa czytane, mówione i pisane.

Jedną z przyjemniejszych rzeczy jest uczenie dziecka czytać. Patrzeć i słuchać jak zaczyna składać pierwsze słowa. Może to dziwne, ale pierwsze mama mnie nie ruszyło. Ruszyło mnie pierwsze lubię cię a teraz pierwsze przeczytane akapity.
Powiedziałam Natalisowi, że źle być analfabetą i jeżeli chce jakiekolwiek bajki albo słodycze musi sobie je wyczytać ( akapit z Elementarza Mariana Falskiego). Jakoś to po malutku idzie.

A przy okazji ostatnich wydarzeń wkurza mnie hipokryzja dorosłych wobec dzieci. Jest wielkie zastanawianie się jakie to straszne, że dzieci mogły widzieć trumnę lub dowiedzieć się że ktoś umarł. Straszne! No bo śmierć to tabu gorsze niż orgazm!

A już rozwalają mnie wytłumaczenie ( popierane przez panią psycholog z wyborczej) że „Poszli do Nieba”. I to tłumaczenie nawet dla niewierzących rodziców. Taka miła bajeczka o Niebie i Panu Bogu żeby dzieciaczki się nie martwiły. Jak święty mikołaj. Już pomijając niewierzących rodziców którzy nie powinni mówić dzieciom tego co w sami nie wierzą to ci wierzący też powinni się zastanowić przed tekstami „poszli do nieba i patrzą na nas od pana boga” Nie wiemy – to są ich relacje z Bogiem, a wciskanie kitów że od kilku dni siedzą na chmurce jest barkiem szacunku i dla dzieci i dla własnej religii. Ja powiedziałam, że umarli bo samolot miał wypadek. Ich ciała zostaną zakopane w ziemi bo się zepsuły, a gdzie są dusze nie wiem. Być może w niebie, ale tego nie wie nikt.



A tak na marginesie skończyłam Lustra. Słowo KONIEC padło. 382214 znaków. Miało iść do Runy, Fabryki Słów, WAB i Zielonej Sowy. A potem stwierdziłam, że nie jest to do końca złe ale pierwszy rozdział jest fatalny a 2-5 takie sobie. I skasowałam – 1 jeszcze raz piszę. Czekam jeszcze na dwie opinie, ale 1 tak czy inaczej do przeróbki. Jak się sprężę będzie wysłane przed Londynem czyli 8 maja. Oby.

sobota, 13 marca 2010

No co z tą wiosną, lordzie Vaderze?

Pada Śnieg. W marcu, aż się chce zapytać no co z tą wiosną jest?

Oglądamy sobie z Kocurem po raz któryśtam wszystkie części Gwiezdnych Wojen.

Codziennie po kawałku.

Osz, jak ja lubię ten film. Jako całość, od pierwszej do ostatniej części. Zemsta Sithów ( która powinna się nazywać „Błędy Mistrza Windu” albo „Ślepcy Jedi”) mnie rozwala emocjonalnie. I co, że aktor który gra Anakina wygląda jak leszcz z boysbandu i na ulicy to bym go nawet nie zauważyła. Gra nieźle i sama postać jest cudna. Tak, Anakin vel Vader (w obu odsłonach) jest jedną z pięciu moich ukochanych postaci filmowo literackich. Nie, nie znoszę Hana Solo, ani Obi Wana, drażnią mnie ogólną bucowatością. A Anakin wpisuje się w mój prywatny archetyp mrocznego sukinsyna. (-;

Zresztą poza Anakinem/ Vaderem to jest bardzo, bardzo dobry film. Te wszystkie sześć części jest spójne, bardzo epickie i praktycznie za każdym razem trzymające w napięciu. Ja się do tego filmu bardzo długo nie mogłam przekonać przez ten ogrom fantazyjnych atrybutów, mieczy świetlnych, mocy jak błyskawice, stworków. Potem do mnie doszło, że to jest znakomity film przygodowy z całą masą dobrych postaci, pierwszo i drugoplanowych.


Wybrałam się ostatnio do biblioteki. Dla siebie przytargałam Wygnacie i Królestwo A. Camusa, a dla Natalki coś absolutnie wspaniałego – 125 bajek do opowiadania dzieciom autorstwa Kopalińskiego. Baśnie są najróżniejsze – od popularnych przez Tysiąca i Jednej Nocy aż po bardzo dziwne. Wszystkie bardzo prosto napisane i dość wierne. Autor doradza, żeby ich nie czytać dzieciom, a samemu a potem opowiadać. Ja na razie na przemian czytam i coś dopowiadam i pytam Natalsa. Świetny pomysł na książkę.

Ogólnie jedną z lepszych frajd z posiadania dzieci jest wybieranie z nimi i czytanie książek. I dzielenie się z nimi swoimi światami. Kocur na przykład przyniósł Hobbita i jej czyta. A ja dzielę się również muzycznie. Ostatnio muzyką polską lat ’90. Przychodzi Kot do domu a tu muzyka na pełen regulator – Achaja. Generał Ferreira i Nie ma ciszy w domu. – No co się patrzysz, rewolucję z lalkami robimy. Rząd psów (pluszowych) obalamy.


Wybierałam się na Alicję w Krainie Czarów, ale bardzo złe recenzje znajomej osoby mnie zniechęcają. Disney jest Zuy. W związku z tym idę na Autora Widmo Polańskiego. Kto widział któryś z tych dwóch filmów i może coś polecić to chętnie posłucham.


A z czasem weekendowo jest różnie bo szykują się sesje, fajne konwenty i Naprawdę Poważny Remont Wszystko Co W Domu Potrzebuje Remontu ( czyli praktycznie w większości pokojów coś). A że nie jestem osobą która będzie pucowac okna jak mogę grać sesje albo jechać w góry...
Będzie z tym zabawa. Będę zdawać na bieżąco relacje.

piątek, 5 marca 2010

Życie jak balonik, śmierć jak dmuchawce

Zostałam zagadnięta dziś o śmierć. Moja córka wchodzi w okres pytać egzystencjalnych. Siedzimy, piejmy herbatę i rozmawiamy.
- Czy ja umrę?
- Tak. Kiedyś tak.
- A czy jak umrę to zupełnie, czy jak mi się znudzi to mogę przestać być umarta?
- No niestety zupełnie. I tak na stałe.
Natalis w płacz. To jej tłumaczę, że to w sumie fajnie, że kiedyś się umiera, przynajmniej się życie nie znudzi i wszystko jest niepowtarzalne i tylko raz. I dlatego jest takie cenne że sobie teraz siedzimy i gadamy o śmierci. Bo to jest tylko na chwilę. Jak balonik, jest, a potem go w tej formie przynajmniej, nie będzie.
- No, ale umarci muszą leżeć. A mi się nudzi leżenie – chlipie córka.
- No nie tak źle nie ma. Po pierwsze to jak umrzesz to ci się już nie dłuży. Chyba. A po drugie to nie leżysz cały czas, ale się rozpada ciało. Na proch. I wtedy już nie leżysz. Jako proch możesz być nawet rozwiewana na wietrze. Jak dmuchawce.
I to się córce spodobało.

sobota, 30 stycznia 2010

Róż plusz

W czwartek w przedszkolu bal przebierańców. Wiek 3-5 lat u dziewczynek jest różowy. Zazwyczaj. Mnie się to nie podoba wcale, ale szacunek polega na akceptacji btego co nie jest idealne z moim gustem. Zresztą niech się uczy, że wygląda ładnie w tym czym ona chce wyglądać, a nie w czymś co wciska jej np mama. Zresztą zrobiła to profesjonalnie: karta papieru, sama zrobiła projekt z czapką i gwiazdkami.

No więc wczorajszy wieczór szyłam tiul, przyszyłam gwiazdki serduszka. I jest Dobra Różowa Czarodziejka. Cóż, wyobraźcie sobie ze kolor jest inny (-; A serduszka na tiulu są niemal takie jak z pewnego filmu z mojego ulubionego fandomu. (-;






A z pozostałych wieści. W piątek 05 02 impreza babaksa bollywod. Wstępnie zapisanych 12 osób. Jakieś sugestie co do filmu to dajcie znać. A jak nie to po prostu przybywajcie na 18 ( +- 3 godz. jak wam pasuje)

niedziela, 24 stycznia 2010

Na ekranie i na scenie

UWAGA: Dla osób, którym nie chce się czytać recenzji kinowo muzycznych – kawałek o Natalisku na samym dole. (-;

Kilka rzeczy ostatnio widziałam i z zabiegania nawet słowem nie wspomniałam. Nadrabiam więc zaległości w odwrotnej chronologii.

Wczoraj byliśmy z Kotem i Natalisem na „Skarbie Babuchy Burczymuchy” w Teatrze Ateneum w Katowicach. Rewelacja. Dzieci były zachwycone, świetne piosenki i sama treść bajki, pomysłowa scenografia i kostiumy. Zero tandety. A na dodatek wszystko okraszone delikatnymi i niegłupimi żartami zrozumiałymi dla dorosłych. ( Konia, konia królestwo za konia). Aktorstwo fenomenalne. W trzy osoby zagrali całą bajkę i jeszcze tło i narratora. I tu jeszcze raz smutne porównanie z niedalekim geograficznie Teatrem Nowym w Zabrzu, który z podobnym budżetem chałturzy i męczy widzów słabym nagłośnieniem, beznadziejną grą i tandetną fabułą. Dlaczego tak różne teatry? Nie wiem. Pewnie jak zwykle zarządzanie.

Tak czy inaczej „Skarb…” opowiada historię księcia Aleksandra który pożegnawszy się z rodzicami wyrusza na poszukiwanie przygód i żony. Poznaje dobrego smoka, który zostaje jego przyjacielem ( ratuje go z rąk zbójców) a potem zostaje okradziony przez Babuchę Burczymuchę – jędzę z lasu – posiadaczkę czarodziejskiej księgi, kota i skarbu. Potem sam ze smokiem okrada staruszkę i ucieka przed jej zemstą. A na samym końcu zdobywszy jej magiczną księgę sprowadza Babę Jagę do dawnej postaci czyli księżniczki i żeni się z nią.

Fajne to na scenie było, ale przyprawiło mnie o atak głupawki i odczytanie sztuki w kontekście feministyczno socjologicznym. Babucha Burczymucha – bogata, niezależna i odważna jednostka. Kobieta wyzwolona. Posiada dostęp do kobiecej siły, magii, ma kontakt ze świtem zwierząt i z naturą ( nie, kozła nie było). I ta Babucha jest przez złego księcia, reprezentującego patriarchalne wartości, sprowadzona do roli żony i obrabowana ze skarbu. Jej wygląd zostaje siłą zmieniony, aby zadowolić męskie gusta ( …jak wiele kobiet presja egoistycznych samczych gustów popycha w stronę skalpela chirurga….). Baba Jaga wykastrowana, ostateczny upadek czarodzicielstwa, zdominowanie pierwotnej kobiecej siły przez konwencje społeczną. A skarbu jej na końcu nie oddali, o!

I rozchichotana tą interpretacją wracałam do domu. Zahaczywszy o winiarnię i dwie butelki wina śliwkowego. To jest jeden z nielicznych alkoholi, po którym jak kocica się łaszę do patriarchalnego samca żeby mi dolał do kieliszka (-;


To na scenie. A tydzień wcześniej maiłam okazję oglądać Carmen z Met – w Sali kinowej Kina Kijów. Po spektaklu z Londynu nie myślałam, że Carmen jest w stanie mnie jeszcze aż tak zaskoczyć i oczarować. Muzycznie cudowne, cudowne, cudowne. I doceniam młodego dyrygenta który machał batutą z taką pasją i uśmiechem, że aż podskakiwał. ( A starsze panie komentowały z zachwytem w głowie „ Jaki on młodziutki….” )

Ja w ogóle dochodzę do wniosku, że z oper mam dwie ulubione Carmen i Don Giovanniego. I obie mają coś wspólnego – głównego bohatera/bohaterkę, który mało się przejmuje konwencjami społecznymi i etycznymi. I szuka. I cały czas czegoś pragnie. I to mnie za każdym razem w kolejnej interpretacji powala na kolana. Ten głód życia i wolności. A operowe miłości – zamurowywanie się w grobowcu, skoki w muru, umieranie z miłości i gruźlicy jakoś mnie mniej ruszają.

A co do samego spektaklu z Met. Po kolei, nie mogąc się powstrzymać od porównań do wersji Londyńskiej. Tło: Klasycznie, ale…akcja przeniesiona w czasy międzywojenne z dużym pożytkiem. Całość dekoracji, kostiumów wspaniała i perfekcyjna. Dodatkowo niesamowita choreografia, elementy tańca i ruchu.

Elina Garanca jako Carmen powalająca. Młodsza niż Antonacci, grała coś co przypomniało żywe srebro, byłą zmienna jak górski strumyk. Ona kochała, nienawidziła naprawdę. Czegoś tak pełnego pasji i wolności jeszcze nie wiedziałam. Roberto Alagana mniej zidiociały niż Kaufmann – nie wiedziałam, że z roli Don Jose można wykrzesać tyle ikry i emocji. Odszczekuję wszystkie złośliwe komentarz – Alagna potrafi grać. On był jednoczenie słaby i silny, kochający i pełen nienawiści, troszkę szalony.

Jedyne co podobało mi się mniej to Esamillio. Pan Kwiecień był chory – a jego dubler wyszedł jakoś blado. Szczególnie aktorsko – ale trudno zagrać młodego boga jak się ma mordkę szczurka ( po gębie to by mógł Leporella dobrze grać) Zwłaszcza jak mam porównanie do Ildebrando D'Arcangelo, który oprócz tego, że wygląda tak, że mógłby w ogóle nie śpiewać a i tak dostałby oklaski. A że śpiewa jak wygląda, to można sobie wyobrazić efekt….Mam tylko nadzieję, że jako baryton nie dostanie roli Scarpia w najbliższym czasie. Bo nikt nie pojmie czemu ona go nie chciała.

Czkam aż to cudo ( na Carmen, nie na Illdebrano) będzie na płytce. Wtedy zapraszam na oglądanie.

Druga rzecz z MET którą mieliśmy okazję oglądać w Kijowie to Opowieści Hoffmana. Było to już jakiś czas temu, ale mroziło jak dzisiaj. Opowieści mniej fabularnie poruszające niż Carmen – ot historia cierpiącego artysty kretyna, który trafiwszy na kobietę lalkę, chorowitą śpiewaczkę, a na końcu ladacznicę, ostatecznie postanawia cierpieć aby tworzyć i oddaje się w ramiona swojego osobistego demona i alkoholu. Dość fajne muzycznie ( Netrebko dała radę bardzo, ale aria lalki mocno męcząca). Co mi się jednak przede wszystkim podobało to oniryczność spektaklu. To jest opowieść w opowieści, sen, wspomnienie. Nic tu nie jest do końca realne, wszystko jest widziadłem i opowieścią mocno już zapijaczonego pisarza. Tak jak gdzieś czytałam opera w Nowym Yorku musi być klasyczna i tradycyjna, bo ma sponsorów o klasycznych gustach. I w tym kontekście to było odważne przedstawienie. Dziwne widziadło, nierealne ale przy tym bardzo spójne. Ha, mam nadzieję że Armida też będzie zaczarowana. No, wiedźma przecież.

A w kolejce do oglądania czeka „Co ty wiesz o Elly” – tyle dobrych recenzji, kino Irańskie, które dotychczas mnie urzekało, że aż boję się rozczarować. Zdam relacje – premiera Od 12 lutego.

A za dwa tygodnie babska impreza Bolly. Będzie nas dużoooo. Z jednej strony bardzo się ciesze, a z drugiej mam stracha organizacyjnego. Ale jest Ania, Madzia i Hania do pomocy zgłoszona więc z takim zapleczem dam radę.



A z telenoweli „ mamą być”.
Wymyśliłyśmy zabawę.
A wszystko przez to poprosiła mnie żebym zrobiła jej statek. Statek DLA wieloryba. Spodobało mi się to, że statek DLA a nie NA wieloryba. No wiec narysowałyśmy I wyciekłyśmy statek. O czerwonych żaglach. Na pamiątkę pewnego pana, który takim statkiem pływał. Statek miał 3 żagle, armatę i napis DLA WIELORYBÓW. Armatą strzelał do statków wielorybniczych. A jak się już topiły to wyciągał wielorybników I w ich krwi farbował żagle żeby były bardziej czerwone. Potem biegałyśmy po domu z papierowym statkiem i plastikowym wielorybem, Natalka wznosząc okrzyki „Mamo, strzelaj! Strzelaj! Widzę wielorybników, upuścimy im krwi!

środa, 13 stycznia 2010

Filmowo styczniowo.

Byłam w zeszłym tygodniu na filmie Parnassus Terrego Gilliama. Samego reżysera lubię i z okresu Monty Pytona i z Fisher Kinga, dlatego wiedziałam czego się spodziewać. Po filmie i po kilku dniach zastanowienia jestem na tak, ale. Jest kilka małych „ale”.

Film bajkowy. Wizualnie przepiękny, tajemniczy, gdzieś na pograniczu snu, bajki i książek Gagmana. Za scenografię, dekoracje i stronę wizualną filmu – zarówno w scenach z Londynu jak i z Imaginarium należą się barwa na stojąco. Kolejnym mocnym punktem jest gra aktorska – Tom Waits, Heath Leder, Lili Cole – wszyscy oni byli rewelacyjni. Kiedy człowiek się zastanawia nad ich postaciami – tak na sucho jakby napisać w kilku zdaniach i patrzy co oni wnieśli w te postacie jak je ożywili, to jest niesamowite. W związku ze śmiercią Leadera w trakcie zdjęć zastępuje go kilku aktorów. I o ile Deep jest rewelacyjny to Colin Farrell już nie – i tu się zaczyna pierwsze ale. Film w pewnym momencie zaczyna się rozłazić. Ja wiem, że to jest baśń, ale jakaś logika mogła by być zachowana. Coś jakby trzeszczy.

I tu jest problem. Spotkałam się z zarzutami, że nie wiadomo o co w filmie chodzi. Sama fabuła, jakby ją wyłuskać i spisać w kilku zdaniach jest piramidalnie głupia. Pomijając już dobry motyw zakładów z diabłem, to motyw opowieści w której trzeba wybrać jedną z dwóch dróg „ dobrą” i „złą” był dla mnie zbyt łopatologiczny i trywialny. I teraz jest pytanie czy reżyser miał to zrobić logiczniej – jak zwykła baśń, która swoją fabuła by moim zdaniem filmu nie udźwignęła. Czyże iść w jeszcze większy brak logiki oniryzm, motywy jak z Lincza bez jasnych reguł dobra i zła. To by było jeszcze bardziej zakręcone, ale mój głos jest, że to mogło by iść w tym kierunku. Biorąc pod uwagę wszystkie wypadki, które towarzyszyły filmowi to ogromy szacunek dla Gilliama, że to skończył. I że zrobił to po swojemu, nawet mimo pewnych nielogiczności. Dla mnie cały film jest wspaniałym wizualnie hołdem dla marzeń i wyobraźni. I dlatego daję 7/10. Mimo wszystko.

I jeszcze a propos filmów, zbieram sobie opinie o Awatarze. Tak z ciekawości. Na razie przeważając większość jest na nie. Albo na tak, z dużym ale. Ja się nie wybieram. Jestem obrzydliwym i niesprawiedliwym stworzeniem, które wyrobiło sobie opinię po kawałkach z netu i recenzjach. A czemu nie pójdę? Bo na Pocachontas ze smerfami w roli głównej jestem za duża. Nie pociąga mnie estetyka niebieskich mordek. Dwa to w chwili kiedy Amerykanie siedzą w obcym kraju o bogatych złożach i nagle pojawia się film nawołujący do pokoju dla naszych braci, to mnie to słabi. Nie mam ochoty na lekcję jak traktować inne istoty, zwłaszcza jeżeli nauczycielem jest produkcja z takiego a nie innego kraju. Fajnie, że mają katharsis na swoje traumy, ale ja się trzymam od tego z daleka. A jeżeli wszystko jest w romantyczno ckliwym sosie Pocachontas – Titanic to w ogóle uciekam. Wolę już żyłochlasty w stylu Białej Wstążki.

A poza tym martwię się jedną sprawę, która nie jest w zasadzie moją sprawą i o której nie mam prawa ani podstaw tu pisać. Ale się martwię po ludzku. I nic nie mogę zrobić. Mam nadzieję, że tak naprawdę nic się nie stało i tylko histeryzuje. Cóż, trzymajcie kciuki, żebym się okazała przewrażliwionym łosiem. Będzie to z pożytkiem dla wszystkich. A i trzymajcie kciuki in blanco. Bez zbędnych pytań.

A ponadto dalej sobie stukam pomaleńku Lustra. Rozdział trzynasty, ponad sto stron, zabiłam Kaia. Głupio mi. Krew na klawiaturze, patos w powietrzu, ale czasem trzeba. Rowing mogła Syriusza to mnie też wolno. Ale mi szkoda. Był dobrym konstruktem literackim, że tak powiem.

W zeszłym tygodniu miałam fajne spotkanie z kimś to był mi kiedyś bliski a kogoś nie widziałam wieki. I dobrze, nie wierzę w przypadki i spotkania czekając na tramwaj mają dobre konsekwencje. Chociaż to spotkanie uświadomiło mi jak bardzo się zmieniłam przez ostanie kilka lat. I chyba jestem z kierunku zmian zadowolona. Miedzy innymi przestałam z relacjach przyjacielskich desperacko szukać swojego odbicia lustrzanego. Nie to, że nie potrzebuję tych wspólnych światów książkowo, filmowych, podróży, rozmów babskich. To jest ważne. Ale nie najważniejsze. I jakoś też ważne są takie rzeczy jak lojalność, wytrzymałość na próbę czasu, decyzja że ktoś mimo, że różny ode mnie to chce być psychicznie blisko.

A dla zainteresowanych nowe hasła Natalsa, który dalej bawi się w hodowle wyobrażonych stworzeń. Tym razem koniki. Całe stado z nami jeździ.
Nat: - Moje koniki są głodne i jedzą mięsko.
Przem spokojnie tłumaczy, że konie mięsa nie jadają.
Nat ( zdenerwowana) – Nic mnie to nie obchodzi! One jedzą mięso i bardzo im smakuje.

Obraz różowych rumaków z mordami ufafranymi krwią jest deliryczny.

wtorek, 1 grudnia 2009

Na głowie kwietny ma wianek....

Kazali zrobić do przedszkola wianek na barbórkę. Więc zrobiłam. Wianek z kwitów lotosu. Dla oświeconej Ślązaczki (-;


środa, 11 listopada 2009

Środowo - filmowo

Byliśmy w kinie. W kinie, nie na filmie bo raczej mieliśmy potrzebę wyjścia gdzieś razem w ten pochmurny dzień. No i skusiło 8,4 na IMDB. District 9 jest niezły, ale nie powalił mnie aż tak. Kolejny film o alienach, które wyglądają dość groteskowo – jak skrzyżowanie predatora, wielkiej krewetki i I. T. Warstwa fabularna jest tak durna, że po prostu nie przyjmuje się jej do wiadomości. I zostaje nam umiejscowiony w RPA (!) otoczony drutem kolczastym obóz dla ufoków. Cóż, może wszyscy obcy zza druta kolczastego, z odległej galaktyki, Żydzi i czarni tak w opinii tłumu z zewnątrz wyglądają.
Pierwszy film który porusza problem globalnego południa i naszych. „cywilizowanych” sposobów rozwiązania tego problemu. W pewnym momencie miałam wrażenie, że chodzi o wysiedlenie nie kosmitów, ale łódzkiego getta. Bo w końcu czy jakoś dużo się od tamtego czasu zmieniło w ludziach? Swoją drogą jak to filmy o kosmitach ładnie oddają lęki i bolączki ludzkości w danym momencie, od inwazji Marsjan w czasach zimnej wojny, przez lęk przed chorobami i mutacjami, aż do dzisiejszych strachów. Pokaż mi twojego kosmitę, powiem ci czego się boisz? Ważny i mocny problem, poruszany w miłych i bezpiecznych ramach. Bo to tylko takie sf, prawda?
Podobała mi się przemiana głównego bohatera z kretyna do …nie będę spolerować. Trochę przypomniała mi przemianę Williama Blaka w Truposzu Jarmusha. On powoli przechodził na drugą stronę życia i zdrowego rozsądku.
Tylko, że….
…raz, że nie do końca odpowiada mi ta estetyka. Ufoki, karabiny, super mutacje. Nie te dekoracje. A dwa ( i tu poważniejszy zarzut) to że film niczym nie zaskoczył. Jak na początku zobaczyłam o czym jest potem nie wnosił niczego nowego. Tak jakby twórcy zatrzymali się w pół kroku. W obawie, żeby film nie był aż tak niepoprawny politycznie.

A na niedzielę mamy trzy bilety na to dla Natalia. Damy szanse teatrowi z Zabrza. (-;

I bonus dla czytających.





poniedziałek, 26 października 2009

Verdi, Rubik, red bul z alkoholem i … Potwór na dachu

Ogólnie wczorajszy wieczór strasznie mi się podobał. Spotykam się z fajnymi ludźmi, chodzę na kinowe opery w najlepszym wykonaniu i jeszcze, mimo że niezmiernie mi się podobało, mam okazję się podczepiać.

Wieczór wczorajszy. Aida, niewolnica egipska i kretynka wybrana z milionów.

Giuseppe Verdi, garaż 150 tyś franków w złocie. Boże, jak Rubik – myślę. I okazało się że miałam w tym sporo racji. Fajne melodyjne to to, libretto wołające swą głupotą o pomstę do nieba, piramidy doczepione na siłę, milutkie takie, ale jako samo dzieło bez rewelacji jak w Fauście czy Carmen. Osobiście nawet jakoś mnie Rigoletto bardziej porusza. Bo jak córka zgwałcona a potem martwa to jest cokolwiek inna ranga problemu niż miłosne intrygi.

Sama Aida jest postacią piramidalnie głupią. Od początku pragnie umrzeć co też na końcu czyni. W towarzystwie, bo zasadniczo niczego nie umie robić sama. Przed swoją rywalką udawać nie umie, kiedy ojciec wpada na dobry plan to ona się trzęsie ze strachu a na końcu, kiedy udaje jej się uciec a według słów ojca armia czeka gotowa do ataku, to ta księżniczka Etiopska zachowuje się jak ostania niewolnica i włazi za ukochanym go grobowca. Ja zawsze byłam zdania, że z grobowców się raczej wyciąga ( jeżeli delikwent jeszcze żyw) a nie daje się zamurowywać. Postać w libretcie jest straszliwie nieprawdopodobna i mimo, że zagrana i zaśpiewana świetnie to nie przekonuje. A jakby mi ktoś ojca i ukochanego ubił i bym miała armię do dyspozycji to by z tego Egiptu kamień na kamieniu nie został. Pewnie, że mogło jej się nie udać. Ale miała mało do stracenia. A jak się nie próbuje to się nigdy nie udaje.

Rademenes nie lepszy. Jego super plan, że wytnie w pień Etiopów, a potem od tak poprosi Faraona żeby mu jednak swojej córki nie dawał był porażający. Na pewno stwierdzenie „ słuchaj, wiem, że już mamy zaręczyny, ale wolę niewolnicę niż księżniczkę, nie bierz tego personalnie” Faraon zareagował by słodkim uśmiechem. Jasne.

Jedyną postacią która jest ciekawa jako konstrukt jest Amneris. Też kocha, ale jest trochę za pewna siebie, dumna i gdzieś pod skórą czuje nadchodzącą porażkę. Odrzucenie i upokorzenie, bo została odepchnięta dla niewolnicy. I tu odszczekuje moje teorie z notki o Tosce. Ją grała pani która była odrażająco grupa i brzydka. I była przekonująca. I scena kiedy na końcu błaga go, żeby dał się uratować, on ją wyrzuca jak psa, a ona chowając godność błaga o łaskę dla niego jest wstrząsająca. Jest to jedyna postać która się zmienia, udaje jej się pokonać własną zazdrość i nienawiść. Przy tej smutnej scenie końcowe tearra addio było komiczne.

Kolejna uwaga i do Verdiego i do reżysera. Po co te piramidy? Ja wiem Kanał Sueski, zapłacili. Ale to trzeba było troszkę oczytać i zrobić to przynamniej w duchu Egiptu. A tutejsze śpiewy religijne „ Do ojca najwyższego stworzyciela nieba i ziemi” nie mają z Egiptem nic wspólnego. Podobnie sposób myślenia bohaterów. Z tego co wiem, to monogamia nie była tam jakąś wartością i nikt nie robił by problemu z układu Amneris żona, Aida nałożnica. Wszystko jest takie monumentalne, komiksowe, przez te piramidy nie widać emocji bohaterów. Tu już nie byłoby wszystko jedno gdyby je wycieli, to by to pomogło.

Właśnie doczytałam że w przyszłym roku dalej grają Aidę na nowocześnie w Bregenzer. I dość chcę jechać. Dla Amneris. Żeby ją zobaczyć bez tych cholernych piramid.




Sama reżyseria była perfekcyjna, ale niestety bez pazura. Naprawdę była ładnie, ja rozumiem że to opera nie teatr, ale czemu oni stali, patrzyli w publiczność – nie na siebie i śpiewali. Za mało gry! Na swoją drogą fajnym fragmencie Guearra, Guerra stoją jak posagi. Tak to wy na wojnę koledzy nie dojdziecie.


Po operze wylądowaliśmy o Ociepków. Napojona 3 red bulami, 2 colderxami, po życiu fajki wodnej odkryłam że kolega Paweł robi bardzo dobre drinki. Ogólnie impreza byłą wesoła, łącznie z grami paszowymi do godziny 4 starego czasu. Ponieważ przyjechałam z prawie zaleczoną grypą i prawie nową anginą to mój organizm stwierdził rano że ma dość.

Opery to bardzo wyczerpujący sposób spędzania czasu. Na Turandot też się ekipa zbiera.

A po powrocie, zasypiając dziecko, zetknęłam się z pierwszymi lękami dziecięcymi. To znaczy światło na korytarzu ma być, bo przyjdzie Potwór. Ani mi się śni zostawiać światło a na dodatek hodować Potwora więc pytam się co to za jeden ten potwór.
Natalis dość wystraszony opisuje, że ma rogi, wielkie zęby, pazury i mnie zje.
Hmmm, myślę. A gdzie ten potwór mieszka?
- U nas na dachu.
( To już z górki, to Nasz potwór. Przez chwilę rozważam, podarowania Natalisowi pogrzebacza, żeby był pod łóżkiem na Potwory, ale z obawy o zdrowie kotów rezygnuję).
- A jak ten Potwór ma na imię – pytam dalej.
- No potwór.
- Nie no słuchaj, jego mama musi jakoś na niego wołać. Jak by to było, „potwór umyj zęby”?
Stanęło na tym, że nazwałyśmy go Karol.
Na naszym dachu mieszka potwór Karol. Ma wielkie zęby ( które myje) pazury i rogi.

A jak Karol przyjdzie do Natalii w nocy to Natalia powie:
- Cześć Karol. A może byś chciał zjeść chleba z miodem?

I gwarantuje, że Karol jej nie zje.

I tym to sposobem mamy zgaszone w nocy światło.

czwartek, 15 października 2009

Ali Baba 41 rozbójnikiem

Bawimy się w teatr. A właściwie coś miedzy teatrem a rpg. Mamy bajkę i ją „odtwarzamy”.

Ali Baba i 40 rozbójników.

Problem 1 : Skompletowanie zabawek reprezentujących gromadę rozbójniczą.

Problem 2: Natalis gra Ali Babę. Ja złego i bogatego brata.
Ali Baba udaje się do sezamu. „Sezamie otwórz się” Bierze złoto i idzie do domu.
Przychodzi brat. ( W wersji oryginalnej Ali Baba wyjawia mu sekret swego bogactwa).

Ja: ( jako brat) – Ach Bracie kochany skądż masz tyle pieniędzy?
Natalis ( jako Ali Baba) – Nie powiem.
Ja: Ach powiedz miły bracie, proszę.
Natslis: Nie krzycz, nic ci nie powiem bo wygadasz. To jest moje złoto i moje pieniądze. Będę królem!
Ja ( jako narrator szeptem ) Natalko, ale w bajce on ma teraz zdradzić…
Natalia: Nie. Idź sobie bracie. Nic ci nie powiem.

I tyle było bajki. Fabuła stanęła w miejscu. Ali baba żył długo szczęśliwie i bogato.

Ponadto: Mam dość tej cholernej jesienno zimy. Marznę do kości. Jest mi szaro zimno, zimno i nie tak. Oddaję się kultowi Trzech Boskich K Kocyka, Książki, Kanapy.