Nie było mnie tu
nie było, że prawie zapomniałam, że to miejsce istnieje. A potem
zdałam je znowu i przypomniałam sobie, ze stanowi zapis ważnych
momentów i chwil, emocji, odczuć. Jak album z pożółkłymi
zdjęciami. I pomyślałam sobie,że może warto tu wrócić. Nie nie
będzie telegraficznego skrótu co się zmieniło i co się działo,
bo zupełnie nie o to w tym chodzi. Raczej jest to miejsce w którym
łapie się ulotne momenty, takie jak ten.
Luty w Rzymie.
Oczywiście nie cały, bo tylko dwa dni w Rzymie i dwa w Neapolu, ale
cudowna odskocznia od szarej końcówki zimy w krainę pomarańczy i
wiosny. Ale po kolei.
W Neapolu się
zakochałam, na amen. Kiedyś ktoś mi tłumaczył różnicę między
południem a północą Włoch, ale nie przypuszczałam, że ta
granica będzie tak widoczna. Neapol to brudne wąskie uliczki,
kapliczki w zaułkach, czaszki wykute na starych domach, mandarynki w
lutym i cudowne niedrogie jedzenie. Nigdy i nigdzie nie jadałam tak
cudownej pizzy i owoców morza. Miasto żywe, autentyczne, mroczne.
Pewni tam wrócimy, tym bardziej, że to po drodze na Capri.
Rzym robi wrażenie,
ale też strasznie męczy. W lutym był nie aż tak zatłoczony, ale
i tak potwornie męczył. Dziesiątki ludzi zaczepiających na
ulicach, żebym kupiła jakiś bubel, bądź wybrała restaurację,
która mimo koszmarnych cen wcale nie wygląda na smaczną. Watykan
jest...zaskoczeniem. Nie spodziewałam się, że jest aż tak
majestatyczny, a jednak nie ma nic z atmosfery duchowości i
chrześcijaństwa. Demonstruje raczej potęgę władzy, siłę niż
duchowość. W jakimś stopniu nawet współczuję Franciszkowi tej
parafii.
W Rzymie na pewno są
cudowne miejsca, zapomniane zaułku, parki, dziwne budowle, które
wyglądają jakby nawiedzały je duchy (patrz zdjęcie) . Ale przede
wszystkim jest to światowa stolica, gwarna i chaotyczna. A dwa dni
toi zdecydowanie za mało, żeby się w nią wgryźć.
0 komentarze:
Prześlij komentarz