sobota, 12 marca 2016

Wracam po raz kolejny (-;

Nie było mnie tu nie było, że prawie zapomniałam, że to miejsce istnieje. A potem zdałam je znowu i przypomniałam sobie, ze stanowi zapis ważnych momentów i chwil, emocji, odczuć. Jak album z pożółkłymi zdjęciami. I pomyślałam sobie,że może warto tu wrócić. Nie nie będzie telegraficznego skrótu co się zmieniło i co się działo, bo zupełnie nie o to w tym chodzi. Raczej jest to miejsce w którym łapie się ulotne momenty, takie jak ten.

Luty w Rzymie. Oczywiście nie cały, bo tylko dwa dni w Rzymie i dwa w Neapolu, ale cudowna odskocznia od szarej końcówki zimy w krainę pomarańczy i wiosny. Ale po kolei.

W Neapolu się zakochałam, na amen. Kiedyś ktoś mi tłumaczył różnicę między południem a północą Włoch, ale nie przypuszczałam, że ta granica będzie tak widoczna. Neapol to brudne wąskie uliczki, kapliczki w zaułkach, czaszki wykute na starych domach, mandarynki w lutym i cudowne niedrogie jedzenie. Nigdy i nigdzie nie jadałam tak cudownej pizzy i owoców morza. Miasto żywe, autentyczne, mroczne. Pewni tam wrócimy, tym bardziej, że to po drodze na Capri.

Rzym robi wrażenie, ale też strasznie męczy. W lutym był nie aż tak zatłoczony, ale i tak potwornie męczył. Dziesiątki ludzi zaczepiających na ulicach, żebym kupiła jakiś bubel, bądź wybrała restaurację, która mimo koszmarnych cen wcale nie wygląda na smaczną. Watykan jest...zaskoczeniem. Nie spodziewałam się, że jest aż tak majestatyczny, a jednak nie ma nic z atmosfery duchowości i chrześcijaństwa. Demonstruje raczej potęgę władzy, siłę niż duchowość. W jakimś stopniu nawet współczuję Franciszkowi tej parafii.
W Rzymie na pewno są cudowne miejsca, zapomniane zaułku, parki, dziwne budowle, które wyglądają jakby nawiedzały je duchy (patrz zdjęcie) . Ale przede wszystkim jest to światowa stolica, gwarna i chaotyczna. A dwa dni toi zdecydowanie za mało, żeby się w nią wgryźć. 










0 komentarze:

Prześlij komentarz