poniedziałek, 25 lutego 2013

W trzewiach dysku

Podczas porządków na dysku znalezione. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce....

















czwartek, 21 lutego 2013

Najpyszniejsze ciasto bananowe i złamany hiacynt

Jak w tytule. Najpyszniejsze ciasto bananowe i złamany hiacynt.

Cisto nam wyszło niewyobrażalnie pyszne. A hiacynt się wziął i złamał. Trudno.



No i naprawiłam aparat taśmą klejącą. A telefonu dla nie mam i mieć nie będę. Nie pytajcie dlaczego bo gryzę.

niedziela, 17 lutego 2013

Joker and the duke


Wczorajsza Metowa transmisja była moim czwartym Rigolettem więc porównania i oczekiwania miałam wystrzelone w kosmos. Cóż, porównania, zwłaszcza do Berlina nieuniknione i wychodzi na to, że obie adaptacje na podobnym poziomie, chociaż zupełnie różne.

Na początku ogromnie zirytował mnie pan konferansjer, ostrzegając że „ miłośnicy opery mogą przeżyć szok, bo wersja jest mocno nietypowa i unowocześniona”. Może ja nie jestem żaden miłośnik opery, ale to była najbardziej klasyczna wersja jaką widziałam. W ogóle nie było tu symbolizmu, ukrytych znaczeń i przesłań. Interpretacja była jednoznaczna i niemal filmowa. Tyle że przeniesiona w lata sześćdziesiąte naszego stulecia do Las Vegas.

I był to podwójnie rewelacyjny pomysł. Raz, że Las Vegas to nie jest jakieś tam miejsce - ot ładny setting - to zwłaszcza dla Amerykanów jest pewien symbol, którzy dobrze rozumieją. Druga sprawa jaki inny symbol lepiej pasuje do amoralnej świty księcia? Śliczne starodawne miasteczko w Mantui, gdzie wszyscy chodzą w rajtuzach? No proszę.

Pierwsze brawa za stroje, scenografię i reżyserię. Wszystko było zrobione na podstawie setek zdjęć z Las Vegas, każdy neon, każda zapinka, klamerka, każdy szczegół był cudownie wkomponowany. To się oglądało jak film. Dodatkowo całość była bardzo dobra choreograficznie i dynamiczna.

Muzycznie i aktorsko Zeljko Lucic jako Rigoletto wymiatał totalnie. Chyba nie wiedziałam czegoś lepiej zaśpiewanego i zagranego. W tym prochowcu, z tym głosem jest Mhhhroczny. Nasz rodak jako Książę był ...a czy ja wiem. Na początku mi się nie podobał bardzo, ale potem stwierdziłam, że jest ok i jest to jakaś wizja księcia cymbała. Co do Diany Damrau to mamy z Kotem inne zdania. Mi się podobało muzycznie. Ale faktem, jest że ona nie pasuje do tej roli bardzo. Grała jakoś tak dramatycznie i histerycznie, że brakowało mi w tym młodości i niewinności. Chwilami widziałam w niej już nie tyle córkę Rigoletta, co ciotkę. Może gdyby była jakoś bardziej naturalna...Ale jak dla mnie do słuchania świetna.

Pierwszy akt był dość fajny, chociaż 3 arie i duety dość mało dynamiczne potrafią znudzić. W sumie z rzeczy odkrywczych uświadomiłam sobie jak bardzo Rigoletto też jest zły. Próbuje podzielić swoje życie na czarne i białe, zamknąć w domu razem z Gildą cała swoją miłość i wrażliwość, ale tak naprawdę to jest sukinsynem, który siedzi po uszy w bagnie. Może właśnie ta nie pałacowa inscenizacja mi to tak wyraźnie pokazała.

Drugi akt Rigoletta jest chyba z rzeczy operowych rzeczą która najmocniej daje mi po emocjach. Może dlatego, że dotyka relacji ojciec - córka, może dlatego, że pokazuje człowieka przegranego, pełnego strachu, złości. Fakt faktem, że mało rzeczy na scenie rusza mnie emocjonalnie tak jak II akt R. A tu było jeszcze mocniej niż zazwyczaj. Povero Rigoletto, a potem Cortigiani i Si Vendetta były wstrząsające. Ojcu porwali córkę i poniekąd sam w tym uczestniczył. W sumie miał być głupi pijacki żart, wyszła tragedia. I teraz musi iść i stanąć przed całym towarzystwem udając, że nie wie co się stało. Chociaż wie, że to oni. Oni wiedzą, że on wie. Trzeba stanąć przed zgrają szyderców. Oni na początku z niego kipą, potem jest im trochę głupio, kiedy dowiadują się, że to córkę porwali. A na końcu dochodzi do głosu zbiorowa odpowiedzialność i „ a w sumie czego on ode mnie chce”.

A potem jest już tylko gniew, rozpacz i Cortigiani czyli coście sukinsyny zrobili. I tu zauważyłam bardzo ciekawą rzecz. Nie wiem czy to kwestia ten interpretacji, czy ja dopiero teraz to widzę. Kiedy Gilda przychodzi zbezczeszczona Rigoletto nie wpada w szał, ale ją pociesza. On by dał sobie z tym radę. On dostał szału po tym jak Gilda opowiada, że zakochała się w księciu. On jest o nią normalnie zazdrosny, jak facet nie jak ojciec! Zresztą w tej interpretacji dopiero dobrze widać jak bardzo chora jest relacja między Gildą a Rigolettem. W III akcje zabiera ją pod bar, żeby nawet kosztem cierpienia się odkochała i znowu należała emocjonalnie tylko do niego.

Drugie co zauważyłam, że Gildę porwał nie książę a ekipa z kasyna. Rigoletto nawet nie ma pewności, że książę w tym brał udział! A momentalnie całą złość kieruje na niego. Przema interpretacja jest taka, że on tak bardzo nienawidzi Księcia i tego że musiał mu służyć, że w sumie czekał tylko na pretekst żeby dać upust złości. Tamto życie w kasynie jest czymś czego nienawidzi najbardziej na świecie, nienawidzi siebie, że w tym siedzi, swojego tchórzostwa. I nagle Gilda zakochuje się w kimś z tego świta. Pal licho co jej zrobili, ale to jest zdrada! I wreszcie wszystko w nim pęka, żeby dokonać zemsty. Akt II zdecydowanie lepszy niż wszystkie interpretacje jakie dotychczas widziałam.

Akt III rewelacyjny. Para zbójców świetna, sama burza neonowa, pod baraczkiem gdzieś niedaleko pustyni, w jakimś barze - jak z kina akcji. Scena burzy zaśpiewana rewelacyjnie, jeden z najbardziej dynamicznych kawałków operowych. Może jakoś mniej mnie tu ruszyła śmierć Gildy. W jakimś sensie ojciec dopiero teraz ją zauważył, bo dotychczas wszystko działo się w jego głowie. To była jego złości, jego zemsta, jego szaleństwo.


I ostatnia rzecz, bardzo bardzo podobało mi się angielskie tłumaczenie z włoskiego. lekko unowocześnione pasujące do wersji Las Vegas. A najbardziej podobało mi się nazwanie Rigoletta słowem Joker. Bo to jest ten błazen nie z kostiumowego filmu o dobrym królu, ale ten zawierający cały tragiczny i mroczny potencjał tej postaci. 

A na dobranoc Książę który podobał mi się tylko trochę, ale widać więcej inscenizacji. 



***

A zupełnie na marginesie mieliśmy na 24 godziny trzeciego kota, którego na razie roboczo nazywamy Sierściata Menda. Jest młodym jeszcze nie kastrowanym kocurkiem, około półrocznym, należy do naszych sąsiadów, i okropnie zaczepia nasze koty. Prawdopodobnie usiłując namówić je na amory. W kontekście notki operowej i owych amorów powinniśmy nazwać go Don Kotello a nasz Donnna Karmira i Donna Szczanna. Opera buffa w aktach czterdziestu, całonocna, dłuższa jak Wagner, syczana i miałczona.

czwartek, 14 lutego 2013

Odrobinę nudna notka lutowa


Po przypadkowej lekturze dziwnego bloga o lakierach do paznokci i podkręcarkach do rzęs uwiadomiłam sobie jak bardzo zaniedbałam mój mały kawałek sieci. ( Najpierw musiałam napić się piwa jabłkowego, żeby otrząsnąć się z szoku kulturowego po wizycie w kranie Piękna, myślę, że oszczędzę mam linku do tej skarbnicy mądrości)

Cóż mam na swoje usprawiedliwienie? Kiedy coś się dzieje, to nie ma pięciu minut, żeby usiąść i o tym napisać, a tydzień później sprawa traci już na znaczeniu. Zatem szykuje się kolejna chaotyczna notka „ Z kraju i z Wombata”. Niestety bez zdjęć. Młody zgryzł czytnik do karty pamięci.


Zacznę od newsów. Pyrkon. Miałam jechać z prelekcją „jak pisać”. Po niezbyt miłej rozmowie, zaczęły działać moje demony, pouczyłam, że w sumie ja niem czy na Pyrkonie mogę się jako debiutant wypowiadać jak pisać i postanowiłam się wycofać. Po rozmowie z organizacją robię...dwie prelekcje. Na inny temat, ale co tam. Mam:
- „Gdy fandom porodzi dziecię - czyli mamo, Mikołaj zeżarł te zielone kostki”.
A drugi - „Między wilkiem a wilkołakiem, czyli od wolności do strachu”. Jeden bardziej anegdotyczny, drugi bardziej naukowy, oba osobiste. Kto chce to zraszam do Poznania w marcu.

A w sobotę wybieram się na Rigoletto. Jestem operowo wyposzczona i mam oczekiwania wystrzelone w kosmos. Zobaczymy. Na trailerze wygląda to bardzo dobrze. Obiecuję recenzję. Željko Lučića już w roli Rigoletta widziałam, więc nie będzie źle.

A i jeżeli jesteśmy w tym temacie: zaległa recenzja Nędzników. Gdybym Nędzników kochała to bym była wściekła, a tak byłam tylko odrobinę znudzona. Wokalnie bardzo różnie. Najgorzej Javert czyli R. Crowe, który wokalnie to zmasakrował. Przez to reszta aktorów wychodziła poprawnie. Kamera statyczna, nakierowana na migdałki aktorów, zupełnie nie wykorzystane plenery i przestrzeń. Czytając książkę, która jest jedną z najwspanialszych powieści, jakoś nie miałam dominującego na filmie uczucia, że ci rewolucjoniści na barykadach, to aż taka banda kretynów była. I że jak czerwony sztandar pada to patriotycznie się we mnie serce cieszy. Atawizm historyczny taki.

Jedyne co było rewelacyjne to postacie dzieci. Miałam ochotę adaptować małego Gavrocha. Podsumowując jak ktoś się wybiera: można, ale nie trzeba. A jak już to tylko w dobrym towarzystwie.

Czy ktoś może polecić mi w kinach coś fajnego?

Zaliczyłam sesje na studiach. Poza pisaniem iluś tam prac, nie było to specjalnie trudne. Poziom niektórych zaliczeń dość żenujący. Rozumiem, że to są studia dla papierka, ale mamy dość dobrą grupę i jakby ktoś chciał z nami popracować to by się dało. Tyle dobrze, że Urząd Bezrobocia tfu Pracy, zrefundował mi koszt tej przyjemności. Skoro urzędnicy wymyślili, że potrzebuję papierka, to niech mi pomogą go zdobyć.

Od marca zacznie się szukanie pracy. Rozniosę CV po wszystkich szkołach w okolicy i reszta już w rękach Imperatora. Jest szansa też na inne zatrudnienie od jesieni, ale pozwolę się jeszcze z tym nie ogłaszać, bo brzmi tak wspaniale, że nie chcę zapeszyć. Gdyby...ach gdyby się udało, to mogłabym powiedzieć z piosenką Kaczmarskiego „dobrze mi tu płacą, za to co i tak wszak lubię”. Noża na gardle nie mam, mogę przez kolejny rok siedzieć z młodym i pisać ( rozgrzebałam nową powieść) ale jak sobie pomyślę, ile bym z własnej pensji mogła wydawać w Empiku, to mnie kusi (-;

Syn niedługo kończy 22 miesiące i zdecydował się opanować porozumiewanie się za pomocą mruknięć i kombinację literek E i Y. Jest w tym bardzo zrozumiały. Tylko czasem wyrwie mu się „Ta” kiedy proponuję krecika lub czekoladę. Tu nie może być ryzyka, że matka nie zrozumie. On po prostu pała niechęcią do mowy jako takiej. Poza tym młody ma nowe hobby. Jest dość odganiany od kociej kuwety, więc stara się tam wrzucić jak najwięcej cennych rzeczy, kiedy nikt nie patrzy. Wieczorne sprzątanie kuwety jest pełne niespodzianek.

A oprócz pisania, studiowania, matkowania i czytania jeszcze gram. Mam bardzo fajną rolę na Flamberg - już kilka lat mi się marzyła rola krasnoludzkiej kobiety. Poza tym jednej z drużyn skończyłam Cthulu - podobno poszło mi bardzo fajnie z wyjątkiem małego debrifingu na końcu. Muszę się nauczyć, że przedwieczny ma jednak do końca swoje tajemnice. W przyszłą sobotę prowadzę drugiej ekipie zobaczymy jak pójdzie. Scenariusz ma momenty rewelacyjne, ma też dziury fabularno - logiczne. Zobaczymy.

No i planujemy wakacje, ale to bardzo nieprosta rzecz i temat na zupełnie inną opowieść.


A w międzyczasie;
Słucham: Rachmaninoff: Prelude in g, Op.23 No.5 ( moim zdaniem konsul w Hyperionie powinien tego słuchać, ale to inna sprawa)
Czytam: Abarat Absolute Midnight

I obiecuję wam szybko naprawić ten cholerny czytnik, żeby też się focie na blogasku pojawiły. 

Dobranoc, dulce sueńos (-;