sobota, 22 kwietnia 2006

Piszę co jakiś czas bajki dla mojej Natalii, ale nie opowiadam ich jeszcze, gdyż obawiam się że córka nie dojrzała jeszcze do ich przekazu. Ponieważ jednak cos dzisiaj popłakiwała, postanowiłam wymyślić bajkę akurat na teraz, czyli taką dla 6,5 miesięcznej pannicy. Bajka bardzo sie podobała i wywołała radosny uśmiech. Szło to mniej więcej tak. Oczywiście trzeba to należycie ekspresyjnie opowiadać.

Pewnego dnia na polankę przyszły trzy owieczki.
Beeee – odzywa się pierwsza.
Beeee? - zapytała zaskoczona druga owieczka.
Beeee! Beeee, beeeee, beeee, be – wytłumaczyła od razy trzecia. Nie przekonało to jednak drugiej owieczki.
Beeeeeeeeeeeee...beeee, beeee, beeee, be – zaczęła argumentować
Beee, beeeee! Beee? Be! - przerwała już nie źle zirytowana pierwsza owca.
Kiedy tak rozmawiały na polankę przyszedł ich stary przyjaciel Czarny baran i tak rzecze:
Beeeeeeeee!
Beeeeee – odpowiedziały wszystkie trzy owieczki.
i.t.d.

Bajka ciągnęła się dość długo wywołując radosne uśmiechy. Nie ma to jak dobre dopasowanie prozy do czytelnika. Ha!

wtorek, 18 kwietnia 2006

Tęsknię. Za zmienią czerwoną i sępami łatającymi wysoko wysoko na błękitnym niebie. Dziwne ale ten obraz najbardziej zapamiętałam. I ten mocny zapach wszystkiego- kwiatów- owoców- gnijących liści – ludzi- zwierząt i wychodków. Podobno Afryka jest jak choroba – kiedy się raz zarazisz siedzi ci we krwi i ciągnie. Ile bym dała żeby wrócić. I, pomijając już marudzenie o takie drobiazgi, jak to czy mogę czy nie wybyć do kina czy na kremowe, to jest tak naprawdę jedyna ważna rzecz z której teraz rezygnuję. Ale mam nadzieję, że nie na długo.

Kiedy ktoś mnie pyta o moją parafie – zawsze jako pierwsza przychodzi mi na myśl St. John Bosco Parish w Lungi. Przez tak krótki czas zostawiłam tam tak dużo siebie. Czasem się zastanawiałam do czego konkretnie tam tęsknię. Chyba do ludzi. Do ludzi bogatych w czas na rozmowę, w wiarę i siłę. Może część mnie kiedy wyjeżdżałam spodziewała się zobaczyć biedne głodujące murzynki, których może być żal. A żal mi było kiedy wróciłam tych poszarzałych pośpiesznych ludzików których spotkałam po powrocie na lotnisku w Brukseli.

Tęsknię do tamtych kobiet. Często niepiśmiennych, stojących o świcie w długich kolejkach do studni, a jednak zawsze wyprostowanych i dumnych. Śmiejących się do swoich dzieci i puszczające oko do mężczyzn. Silne i pełne radości.

Muszę wierzyć, że wrócę. Inaczej czułabym się jakby mi skrzydła odleciały.

Tak, nie jestem ślepa. I widzę wszystko co mnie z tymi ludźmi dzieli. To ile że jesteśmy bogatsi, biali i kiedyś wrócimy. I tą głęboko schowaną niechęć do nas, innych. Za to, że w jakiś sposób ich my „biali” wykorzystujemy. Tylko dlaczego mimo wszystko te mury łatwiej mi było pokonać, niż te które są tutaj? Może dlatego, że mi było tam tak blisko duchowo? Mam czarną duszę chyba.

Wyszperałam kilka zdjęć z „naszej” parafii. http://www.boscohall.org/sierraleone/tintafor/dbchurch/dbchurch_front_2n.htm

Aj będą mi się dzisiaj dziwne rzeczy śnić. Mam nadzieję. A tam teraz środek pory suchej. Oj.
Chyba jednak lubię swoją dzielnicę. Przedwczoraj po południ zapadłą w krótką drzemkę i obudziła mnie...cygańska orkiestra podwórkowa. Świetni byli, jak żywcem z filmów Kuszturicy. Czterech panów z trąbkami i bębnami. Z przyjemnością wysłuchałam grania i myślałam że to koniec ciekawostek.
Tymczasem dziś rano, wychodząc po chleb oniemiałam. Przez podwórko idzie dwóch panów, o wyglądzie prawie dokładnie Craba i Goyla, w gustownych dresach i z łysymi głowami i ...MIOTŁAMI. Takimi idealnie do latania. Cóż, trzeba być Carbem i Goglem żeby łazić po mugolskim osiedlu z miotłami. Starałm sie za bardzo na nich nie gapić, bo jakby te łosie na mnie Obtive rzuciły mogłabym zapomnieć więcej niż bym chciała. Ale, wierzcie mi widok był uroczy.
Stanowczo lubię swoja dzielnicę.

niedziela, 16 kwietnia 2006

Jezus Chrystus Zmartwychwstał! ((((-:

środa, 12 kwietnia 2006

Niniejszym, tu i teraz, chciałam podziękować. Tym którzy Są. Tym którzy myślą o mnie nawet, kiedy mnie nie ma, albo jestem marudna i egocentryczna. Tym co fiukają prze kominek, szurają, mruczą i furkają. Dziękuję wam. Azul, Kaja, Elfka, Aniołk, i jeszcze kilku dobrym duszom. Nie ma sensu chyba wymieniać zresztą, bo nie o to chodzi. W każdym razie Ważne to dla mnie.

Coraz bardziej zbliżają się święta. I tak jak nigdy mocno je przeżywam. W domu średni porządek, ciasta nie upieczone, ale dawno nie zeszłam tak głęboko w siebie. Jednym z efektów tego dochodzenia do siebie jest powrót do nie jedzenia zwierzątek. Prawie dwa lata żyłam bez mięska i było dobrze. Zresztą mając takie problemy z odżywianiem się ( czasem na nic smaka nie mam i potrafię się podle głodzić) – jedzenie świadome jest chyba najlepszym wyjściem. Jeżeli by zebrać całość mojego światopoglądu, dotyczącego zwierzów, środowiska, życia w ogóle – to wegetarianizm jest tego naturalną konsekwencją. Problem w tym, że czasem nie przystaję do wszystkich mega młodzieżowych i trendi grup, nie pasuje na typowego wegetarianina. Nie nosze glanów, jestem zbyt katolicka żeby być rasta, a zbyt pyskata na oazę. Już pominę milczeniem te magiczne i dziwaczne grupy z grona o których mi Azul opowiadała. Aż ciarki przechodzą, chce się wołać „ a za moich czasów”. Hi hi. Chyba założę własną podkulturę – labrujów. To jest myśl.

Na koniec ( nie, dziś nie piszę o dentyście) fragment piosenki Bez Jacka który właśnie za mną chodzi. Dedykowany tym którzy są blisko, nawet jak lab siedzi pod kamieniem.


Za spokój mego snu.
Za kruchość twoich rąk.
Za mroku ukojenie.
Za to, że mogę znów,
a może pierwszy raz
za rękę iść z marzeniem.

To tak jak gdybym cały świat,
jak kamyk trzymał w dłoni
i wierzył, że przed wiatrem i od zła,
Twój uśmiech mnie obroni.

Tyle już dni odeszło w zapomnienie,
tyle już słów przebrzmiało i milczenie
skryło gniewu czas,
a Twoja miłość przy mnie trwa
i uczy mnie pokory.

I nikt nie zdoła zabrać już mojego uniesienia,
bo skrzydła były dane mi i sens Twego imienia.

Za spokój mego snu.
Za kruchość Twoich rąk.
Za mroku ukojenie.
Za spokój mego snu

poniedziałek, 10 kwietnia 2006

Ujjj, dawno mnie nie było. Miałam zabiegany weekend. I do tego jeszcze nieprzespane noce. I właśnie od nich chciałam znacząc. Bo czuję się wykorzystywana i traktowana przedmiotowo. Przez mojego szkraba! Odkryłam, że ona budzi się w nocy do karmienia nie dlatego, ze jest głodna, ale dlatego, że jej się należy! Budzi się co jakieś 3 godzinki i pije ot tak troszeczkę, żeby się upewnić, że jest – i nikt jej nie odbierze. Usiłowałam jej nie dać, tylko przytulać. Gdzie tam! Krzyk, raban – okradają z prawnie przynależnego mleka! Taki to jest ten mój szkrab. Ale cóż, na razie rozpuszczam, w końcu kto ma rozpuszczać jak nie ja. Życie i tak jej paca w nos da, jak przyjdzie na to czas.

Oprócz nocnych alarmów weekend wypełniało ganianie po rodzinach i znajomych krakowskich, oraz Wielkie Zakupy Wiosenno Ubraniowe. Wizyta byłą bardzo bardzo sympatyczna ( u rodziny Kocura, nie mojej), ale wiąże się z nią pewna fajna historia.
Otóż: w rodzinie tej urodził się mały Dzieck i jako osoba ciekawa postanowiłam się wprosić i go zobaczyć. Mieliśmy w piątek ustalić dokładną godzinie kiedy mamy przyjechać.
Dzwoni do nas małżonek kuzynki Kocura i odzywa się w te słowa: - (Bla bla bla, cieszę się że wpadniecie) bądźcie o 14, bo będziemy juz, wtedy po obiedzie.
Ja: - Ok, tak przyjedziemy
On: - Bo nie wcześniej, bo rozumiecie, my wtedy obiad mamy. (po chwili) A wy macie gdzie zjeść?
Ja: - Coś się wymyśli.
On: - Hmmm. W sumie moglibyście do nas przyjść
Ja: - Nie, nie róbcie sobie kłopotu.
On: - Poczekaj spytam się czy to nie kłopot.

Dzwoni po chwil: ( po konsultacji z rodziną)
- To nie kłopot. Możecie przyjść.

Strasznie mnie ta rozmowa ubawiła. Przypomniała mi się historia z Królikiem goszczącym Kubusia. W ogóle rodzina Kocura troszke przypomnina Krewnych i Znajmych Królika. Rzeczywiści obiad był pyszny i rzeczony krewny musiał się zastanowić czy takich łakomców zaprosić. (-: W ogóle wizyta tam jakoś mnie pozytywnie nastawiła, bo Dom sprawiał wrażenie takiej dobrej przystani pełnej roślin, odratowanych zwierzów, miłości i ogólnie dobrej energii. Powraca wiara w ludzi kiedy się bywa w takich miejscach.

Jakoś ogólnie w tym roku ze spokojem czekam na Świetna. Może dlatego, że tym razem nie urządzam w domu spędu. W końcu człowiek jest dla Święta, czy Święto dla człowieka? Dlatego w tym roku większość porządków wewnętrznych. (-:

Notkę kończę już tradycyjnym stwierdzeniem: a po południu udaję sie do dentysty. Nie liczę już który to juz raz. Jeżeli wziąć pod uwagę wizytę dzisiejszą, środową i czwartkową – to może po Świętach będę już w posłowie moich przygód z dentystą. Oby. Gdybyż tylko dentysta był młodym przystojnym brunetem, > wzdech< pomarzyć chyba można?

wtorek, 4 kwietnia 2006

Wielkie sprzątanie tym razem zaczynam od środka. Od wnętrza aniska. Od wywietrzenia lęków, odkurzenia kochania i zamiecenia ogniwu. Bo zamiany zawsze zaczyna się od siebie. Od środka. Od znalezienia jeszcze raz tego co ważne.

Ile to już razy chciałam rozwiązywać problemy rozmawiając, znajdując rozwiązanie problemu – a w rzeczywistości chcąc zmieniać innych. Nie, stop. Mogę zmienić tylko siebie. Uspokoić się, pozbyć się gniewu. Ile to już rozmów przypominało przykrywanie brudy farbą olejną. Zawsze potem kiedyś odpryskiwało. Takie udawanie przed sobą, że jest lepiej niż jest. A poszukać w sobie; tego co dobre, tego kochania tej dobrej woli. I Zmieniać Rzeczy w Ich Istocie, nie oszukiwać siebie.
I jeszcze kilka słów i Dobrej Woli. Bo jest ona chyba jedna z najbardziej niedocenianych. Bo kiedy obie osoby chcą i tulą rano na pożegnanie wtedy wszystko się da. Dziękuję za tą dobra wolę przytulania zestresowanego marudnego aniska.

Prześladuje mnie ostatnio sen, że w połowie jestem drzewem ( mam pień i korzenie, ale też głowę i ręce). Moje korzenie są czarne przegniłe i stoją w jakiejś ohydnej cuchnącej wodzie. A ja własnymi rękami uderzam w nie siekierą i chcę je odrąbać. Wiem, że kiedyś odrosną zdrowe. Ale są bardzo twarde, a kiedy udaje mi się je odciąć krwawią brudną – śmierdzącą cieczą. Ale wiem, że przeżyję, bo moje liście są zielone, a owoce smaczne.

Męczy mnie ten sen. Muszę jakoś pozbyć się tych korzeni.

Kubek gorącej herbaty i spokój. Zaraz uciekam na szczepienie szkraba.