wtorek, 4 kwietnia 2006

Wielkie sprzątanie tym razem zaczynam od środka. Od wnętrza aniska. Od wywietrzenia lęków, odkurzenia kochania i zamiecenia ogniwu. Bo zamiany zawsze zaczyna się od siebie. Od środka. Od znalezienia jeszcze raz tego co ważne.

Ile to już razy chciałam rozwiązywać problemy rozmawiając, znajdując rozwiązanie problemu – a w rzeczywistości chcąc zmieniać innych. Nie, stop. Mogę zmienić tylko siebie. Uspokoić się, pozbyć się gniewu. Ile to już rozmów przypominało przykrywanie brudy farbą olejną. Zawsze potem kiedyś odpryskiwało. Takie udawanie przed sobą, że jest lepiej niż jest. A poszukać w sobie; tego co dobre, tego kochania tej dobrej woli. I Zmieniać Rzeczy w Ich Istocie, nie oszukiwać siebie.
I jeszcze kilka słów i Dobrej Woli. Bo jest ona chyba jedna z najbardziej niedocenianych. Bo kiedy obie osoby chcą i tulą rano na pożegnanie wtedy wszystko się da. Dziękuję za tą dobra wolę przytulania zestresowanego marudnego aniska.

Prześladuje mnie ostatnio sen, że w połowie jestem drzewem ( mam pień i korzenie, ale też głowę i ręce). Moje korzenie są czarne przegniłe i stoją w jakiejś ohydnej cuchnącej wodzie. A ja własnymi rękami uderzam w nie siekierą i chcę je odrąbać. Wiem, że kiedyś odrosną zdrowe. Ale są bardzo twarde, a kiedy udaje mi się je odciąć krwawią brudną – śmierdzącą cieczą. Ale wiem, że przeżyję, bo moje liście są zielone, a owoce smaczne.

Męczy mnie ten sen. Muszę jakoś pozbyć się tych korzeni.

Kubek gorącej herbaty i spokój. Zaraz uciekam na szczepienie szkraba.

0 komentarze:

Prześlij komentarz