niedziela, 28 października 2007



Żeby nie było że ja zawsze i w każdej postaci nie lubię Rodziny. Oto My. Jako bonus dla tych co tu wpadają.
Wychodzę pomału z choroby. A raczej choroba wychodzi ze mnie. I z przykrością muszę powiedzieć że się skubana nie spieszy. Cera zrobiła mi się tak blada, ze musiałam salwować się kilkoma minutami na solarium, żeby ludzi nie straszyć. Dodatkowo o tygodniu niedomagania rozregulował mi się tryb jedzenia. Byłam chora, nie gotowałam i prawie nie jadłam. Tylko syrop tussipec – jak anorektyczka jakaś. Kiedy w niedziele rano zaczęło mi się kręcić w głowie udałam się po rozum do głowy i do lodówki po cos smacznego. Dość tego biedowania.

Poza tym dbaliśmy w ten weekend z Kocurem Kulturę. Dwa wyjścia do teatru w jeden weekend to nawet jak dla nas sporo. Najpierw było zaproszenie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy na Osobistego Jezusa. Rewelacja! Może nie aż tak dobre jak Otello- nie było tu tej zdumiewającej scenografii – ale grą aktorska nie ustępuje niczym. Każda scena dopracowana, świetnie zagrana. Mocna historia, prosta i bez zbadanego morału. Teatr mocno eksperymentalny, dramatyczny a jednoczesne prosty i bardzo blisko widza. Wielkie barwa i polecam każdemu.

Dziś z kolei byłam na Reportażu o końcu Świata Teatru Wierszalin. Ja kiedyś Wierszalin kochałam: za Prawiek, Dybuka, Głupa. A teraz nie podoba mi sie nic a nic. Nudy, strasznie to to przeintelektualizowane i udziwnione. Teatr jakby w dwóch warstwach: z jednej strony aktorska pantomima a z drugiej opowiadane historii – reportażu. Zupełny brak Postaci jakiegokolwiek indywidualnego aktorstwa. Za mądre dla mnie. Jestem zdecydowanie na nie.

Tekst do ŚKF posłany. Niestety znowu musiałam posłużyć się czymś starszym. Smocze Drzewo nawet pasowało. Jakbym miała powiedzieć jakiej jednej rzeczy mi w życiu brakuje to czasu,a właściwie tyle czasu fizycznego, co wolnego miejsca w głowie i myślach – czasu twórczego – nie zagonionego. Ja chcę pisać. Cholera. Jak to mawia Kocur - skoro to już wiem, a nic z tym nie robie to jest to tylko moja wina. Zatem trzeba będzie coś z tym zrobić.

środa, 24 października 2007

Kandydat mnie zabił podczas wywiadu ( hobby kulturystyka)
- Dlaczego chce pan jechać do Belgi?
- No, bo ja sie kulturą interesuje, tych ....eee.... wikingów.
ómarłam

Poza tym jestem chora. Zdechnięta. Nie ma mnie.

poniedziałek, 15 października 2007


Jestem, żyje. Tyle że pracuje i widać mnie mało. Praca zaczyna mi się bardzo podobać ( ma to pewną korelację z tym, że mi zapłacili) i zaczynam się angażować. Zresztą nie jestem pewna czy ja jestem w stanie robić cokolwiek bez angażowania. Jak się nie wciągam to się nudzę i zostawiam.

Ale dziś nie o „moich produkcyjnych” dla których jestem „ panią Anią”.

Dziś o weekendzie. Fajnie było. Najpierw był Rabkon i tu dziękuję dwóm osobom za bliskie rozmowy. Takie nie tylko gadane, takie mówione i słuchane. I dziękuję ( tym co wiedzą) za to podzielenie się rzeczami ważnymi. Nawet jak nie są to rzeczy nieproste.

A potem poszliśmy na Toscę. Puccini się broni sam. Muzyką. Niestety ma się przed czym bronić jak ktoś powiedział. Bo z Operą to jest tak że jak jest na najwyższym poziomie to wbija w fotel, wyciska łzy i wciąga niesamowicie. A jak nie jest perfekcyjna to śmieszy. Niestety Tosca śpiewała fatalnie. Na dodatek ubrano ją w pierwszym akcje w szlafrok. Scarpia śpiewany przez Firka się bronił. Może dlatego, że był najlepszy z obsady.

Co nie zmienia faktu ze zabawę mieliśmy przednią.

Dziś przesłuchałam Toscę na dvd w obsadzie z Raimondim. I zrozumiałam czym jest. Wbiło mnie w kanapę i ścisnęło za gardło. Kocur mówi że Opera jest sztuką perwersyjną. Ha. Tylko ja perwersyjna jestem w jakiś sposób.

A jutro, jak tylko Nat się obudzi i będę mogła włączyć głośniki na maksa moi drodzy sąsiedzi też usłyszą ze Raimondi w roli Sacrpia jest bogiem. I wymiata.


i jeszcze gorąca czekolada...