
Jestem, żyje. Tyle że pracuje i widać mnie mało. Praca zaczyna mi się bardzo podobać ( ma to pewną korelację z tym, że mi zapłacili) i zaczynam się angażować. Zresztą nie jestem pewna czy ja jestem w stanie robić cokolwiek bez angażowania. Jak się nie wciągam to się nudzę i zostawiam.
Ale dziś nie o „moich produkcyjnych” dla których jestem „ panią Anią”.
Dziś o weekendzie. Fajnie było. Najpierw był Rabkon i tu dziękuję dwóm osobom za bliskie rozmowy. Takie nie tylko gadane, takie mówione i słuchane. I dziękuję ( tym co wiedzą) za to podzielenie się rzeczami ważnymi. Nawet jak nie są to rzeczy nieproste.
A potem poszliśmy na Toscę. Puccini się broni sam. Muzyką. Niestety ma się przed czym bronić jak ktoś powiedział. Bo z Operą to jest tak że jak jest na najwyższym poziomie to wbija w fotel, wyciska łzy i wciąga niesamowicie. A jak nie jest perfekcyjna to śmieszy. Niestety Tosca śpiewała fatalnie. Na dodatek ubrano ją w pierwszym akcje w szlafrok. Scarpia śpiewany przez Firka się bronił. Może dlatego, że był najlepszy z obsady.
Co nie zmienia faktu ze zabawę mieliśmy przednią.
Dziś przesłuchałam Toscę na dvd w obsadzie z Raimondim. I zrozumiałam czym jest. Wbiło mnie w kanapę i ścisnęło za gardło. Kocur mówi że Opera jest sztuką perwersyjną. Ha. Tylko ja perwersyjna jestem w jakiś sposób.
A jutro, jak tylko Nat się obudzi i będę mogła włączyć głośniki na maksa moi drodzy sąsiedzi też usłyszą ze Raimondi w roli Sacrpia jest bogiem. I wymiata.
i jeszcze gorąca czekolada...
0 komentarze:
Prześlij komentarz