Jestem. Nawet już jako tako wyschłam. I jestem absolutnie zachwycona wyjazdem. A i zdjęcia juz wiszą!
Po pierwsze to notka powinna być zatytułowana „ za co kocham Beskid Niski” ( i Bieszczady). Ale ze względu na olbrzymią ilość salamander tytuł został wybrany inny. Nie będę pisać jak wytrzymałam bez Nat – nie było to miłe. Chce ją zabierać i już. To było tak jakbym pod cały czas w gardle nosiła jakąś ołowianą kulę – ciężko jakoś.
Było mokro, deszczowo, magicznie, mgliście i zupełnie pusto. Przez niemal tydzień na szlakach nie spotkaliśmy nikogo. Lasy buczynowe, olbrzymie powyginane drzewa wychylały sie z mgły, siąpił deszcz i co rusz natrafialiśmy na przydrożne krzyże łemkowskie z XIX wielu, opuszczone cmentarze i wymarłe wioski ( a właściwie to co po nich zostało czyli drzewa). Było magicznie. I nad tym wszystkim kołowały całkiem sporych rozmiarów drapieżne ptaki.
Nie lubię Tart. Nie lubię dużej części Beskidów – gdzie człowiek musi sie drapać pod górkę i widzi choinki, tłumy turystów i budkę z frytkami. A TE Góry kocham za doliny we mgle, stare buki, jabłoniowe sady po środku, lasu, krzyże, cmentarze, puste i magię. Swoją drogą znaleźliśmy „Dolinę Śmierci” na mapie i jak się okazało to nazwa pochodzi z II wojny Światowej kiedy to Niemcy stracili tam całkiem sporo czołgów. Ale tam co druga dolina to dolna Śmierci. Historie i Metafizykę czuć tu na każdym kroku. Zastanawiam się na ile to może być Ta dolina śmierci.
Kiedy przybyłem do tej doliny,
Dzień miał się już ku zachodowi.
Słońce na mojej stało wysokości
Na widnokręgu tam po drugiej stronie
I można było jego blask łagodny
Nareszcie znosić bez mrużenia powiek.
Dolina zaś leżała w długich cieniach
Między górami sinoniebieskimi;
Cicho i spokojnie -
Tu było dawno po wojnie.
Tak czy inaczej znalazłam tam wszystko czego szukałam. I całej wyciecze mimo potwornego deszczu i tego że po godzinie trasy mieliśmy już wszystko mokre, przyświecał optymizm, radość i szczęście. Najpierw złapaliśmy pociąg spóźniony o 40 minut. Potem Chatowi przyjechali na chatkę w Zawadce Rymanowaskiej na jedną noc – choć chatka była w zasadzie nieczynna. Potem podobnym trafem złapaliśmy chatkę w Ropiance. (Notabene świetne miejsce – przed wojną 900 osób – po akcji Wisła 3 – a czas jakby stałą w miejscu). Potem trafiliśmy do Ostoi Niedzwiedzia – w której niedziwowania nie spotkaliśmy nad czym specjalnie nie płakaliśmy. Niestety chatka w Nieznajowej była nieczynna )-; Co gorsze odwiedziliśmy się o tym pod chatkę cali przemoczeni i zmęczeni. A jeżeli ktoś wie gdzie Nieznajowa jest to może sobie wyobrazić też tamtejsze wezbrane trumnie bez motków. Ale jakoś po godzinie się nocleg znalazło.
Poza tym byliśmy zajęci dziwieniem ludzi. Ilekroć ktoś z miejscowych albo chatkowych nas spotkał to przecierał oczy ze zdumienia. Na nocleg przyodzieliśmy z deszczowego i ciemnego lasu, a ludzie patrzyli na nas jak na widma – zabawne to było.
Są rzeczy których się kochać nie przestaje. Przychodzą nowe, ale tamte siedzą głęboko w duszy. Chce juz Natalsia zabierać na chatki, chcę jej pokazać te wszystkie miejsca magiczne. I może jeszcze na konieczny, ( chociaż nie umiem zaśpiewać). Chodziło za mną w tym roku na przemian z Nocel Mała Kopiel Moja. Jak będę miała syna i tak go nazwę Mikołaj!A co!
W rozstrzelanej chacie rozpaliłem ogień,
Z rozwalonych pieców pieśni wyniosłem węgle.
Naciągnąłem na drzazgi gontów błękitną płachtę nieba.
Będę malować od nowa wioskę w dolinie.
Święty Mikołaju - opowiedz jak to było
Jakie pieśni śpiewano? Gdzie się pasły konie?
A on nie chce gadać ze mną po polsku,
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną.
Hej ślepcze! Nauczę swoje dziecko po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.
0 komentarze:
Prześlij komentarz