piątek, 23 grudnia 2011

Najmagiczniejszego!


Wszystkim przyjaciołom dalszym i bliższym, oraz czytelnikom stałym i okazjonalnym życzę cudownych i zaczarowanych i dobrych Świąt Bożego Narodzenia.



wtorek, 20 grudnia 2011

Anielska siostra

Wczoraj. Godzina popołudniowa.
- Mamoooo, a jutro mam koncert pastorałek i mam być przebrana za aniołka.
- Aaaa. Aniołka. Jutro. Hm
Zamyśliłam się.

A że macierzyństwo wyzwala niewyczerpane pokłady kreatywności to wyjęłam ścinki, igły, nici i złoty spray. A efekt taki.







A to anielska siostra. Nie boję się stać sam, bo mam siostrę stróża (-;


środa, 14 grudnia 2011

162

Ich było Trzystu. A nas jest nieco połowa z tego. Ale i tak się trzymamy.




poniedziałek, 12 grudnia 2011

Magiczna paczka

Weekend był bardzo ważny i bardzo intensywny. Ale po kolei.

Tydzień temu Kocur zagadnął, że jak będę robiła zakupy mogę coś dorzucić na Bank Żywności bo zbierali. Zastanowiłam się. A właściwie gdzie i do kogo to idzie. Czy takie pomaganie to dobry pomysł. Poszukałam w sieci i znałam stronę Szlachetnej Paczki. Idea prosta i fajna - wybiera się rodzinę, ona spisuje wolontariuszowi konkretne potrzeby i marzenia i dla nich robi się paczę. Strasznie się na pomysł nakręciłam. A ponieważ potrzeby rodzin były spore, zaczęłam dzwonić po znajomych żeby zrobić zrzutkę.

I nagle stanęłam. Bo w sumie nie wszyscy od razu podchodzili z entuzjazm. I jakoś tak głupio dzwonić do ludzi, żeby mi na prywatne konto pieniądze słali. Ogólnie zaczęłam się z pomysłu pomału wycofywać. Że już późno, i może w przyszłym roku... A potem pomyślałam, że co tam. Zbieranie nie ma być DLA MNIE komfortowe i fajne, ale ma być skuteczne i ma cieszyć obdarowaną rodzinę. Robiłam przed znajomymi z siebie idiotę z mniej ważnych powodów. I co zbiorę to będzie. Nie liczyłam na wiele.

I się posypało! Najpierw kilka osób, które wróciły mi entuzjazm. Zwłaszcza Zuza była niesamowita. Wybraliśmy rodzinę i do piątku zebrało się ponad 900 zł, wózek, ubrania i kilka innych rzeczy. W piątek z bolącym gardłem i lekką gorączką ruszyłam na zakupy i po raz pierwszy market nie napawał mnie wstrętem (-;

W sobotę rano z Natti zawieźliśmy paczki. Rodzina okazała się naprawdę bardzo sympatyczna. Splot bardzo wielu złych rzeczy sprawił, że ich sytuacja jest fatalna, ale się jakoś trzymają. I ciesze się, ze mogliśmy oddać to osobiście, życzyć Wesołych Świąt, chwileczkę porozmawiać o dzieciach. Ja wiem, że to była kropla w morzu potrzeb, ale sprawienie komuś radości było bardzo przyjemne! I tutaj dziękuję WSZYSTKIM, którzy brali w tym udział. Tym którzy wpłacali, dawali fanty, wspierali mnie duchowo i organizacyjnie. Dobrze było! A za rok odezwę się znowu (-;


A potem, w sobotę wieczorem, wybraliśmy się z grupą przyjaciół na transmisję Fausta z Metropolitan Opera. Akcja opery została przeniesiona najpierw w okres końca II Wojny Światowej - mamy tu Fausta nie jako alchemika ale jako fizyka jądrowego twórcę bomby atomowej. W sumie bardzo trafne porównanie, w końcu czy twórców bomby nie można porównać do średniowiecznych magów, którzy podpisali pakt z diabłem? Zjawia się Mefistofeles i co ciekawe nie tyle odmładza Fausta - co zabiera go w przeszłość. W czasy jego młodości. I pod koniec, kiedy Faust wraca do w swoje czasu, mam wrażenie, ze ta podróż to tylko wspomnienie, retrospektywa naukowca, który dawno temu podpisał pakt z diabłem, przegrał swoje i Małgorzaty życie i stworzył coś tak potwornego jak bomba atomowa.

I podobnie jak w Wiedniu, miałam wrażenie, ze Gounodowi wcale nie o Fausta w tej operze chodzi. Osobiście nie kupuje ich wielkiej ponadczasowej miłości. Scena ogrodowa śliczna i emocjonalna - ale facet mający ochotę przespać się z kobietą staje na wyżynach pomysłowości. I bez pomocy Mefista. Utwierdziłam się w przekonaniu, że tu cały czas chodzi tylko o Małgorzatę. O jej duszę.

Pod pewnymi względami jej historia przypomniana Hioba. Po kolei jest jej odbierane wszystko. Najpierw rozkochuje się ją w Fauście, który do specjalnie stałych nie należy. Ona jest zrozpaczona, ale kiedy cierpi i szuje ubranka dla dziecka - jakoś się trzyma. Do tego dochodzi osamotnienie, izolacja, a na końcu odrzucenie przez brata. Wstyd. Jakby tego było mało dokładamy poczucie winy za śmierć brata.

Ale Małgorzata jeszcze się trzyma. Kiepsko, ale chwyta za ostatnią deskę ratunku czyli modlitwę. Scena w kościele jest dla mnie osobiście najważniejszą sceną całej opery. Mefisto skłania ją do jedynego grzechu, z którego nie ma odkupienia - do braku nadziej na zbawianie i przebaczenie. Potępiona, mówią chóry piekielne, a zrozpaczona Małgorzata topi swoje dopiero co urodzone dziecko. Ale przecież Mefisto nie chciał ją zaprowadzić na szafot ale do otchłani. I kiedy nadzieja na odkupienie wraca do niej w celi śmierci znowu do niej wraca z Faustem. Bo nikt chyba nie wierzy, ze widziadło Małgorzaty na nocy Walpurgii było przypadkiem. Teraz Faust wraca i chce żeby z nim uciekła, odrzuciła karę, która miała ją oczyścić.

Cała ostania scena jest genialna! Faust stoi obok Małgorzaty, a ona jakby go nie widzi. Widzi go we wspomnieniach dobrych chwil, a anioł o którym śpiewa nie jest jej ukochanym, ale jej nadzieją na zbawienie i przebaczenie. Długo nie rozmieniłam tej sceny, bo miałam we łbie scenę z Upiora z 1990, gdzie to jest śpiewane jako aria miłosna. Aniele muzyki. Nic z tych rzeczy. Ona nie widzi Fausta, a kiedy go dostrzega, kiedy wyczuwa Mefistofelesa, wtedy ma odwagę wysłać go do wszystkich diabłów. I sam wchodzi po białych schodach, trochę na szafot, a może do nieba. Nikt jej tam nie zanosi. Ona sama ma już tyle siły i godności, żeby powiedzieć nie. Mogę umierać, ale ja moja dusza są piękne i czyste. A żaden naukowiec i kochanek patafian nie są potrzebne.

Faust wytraca do swojej pracowni. Może to wszystko było snem, wspomnieniem. Z upiorną nocą Walpurgii - piekłem które stworzył on sam. I nie zostaje mu już nic innego jak wypić łyk trucizny. W końcu co innego mu pozostaje?

czwartek, 8 grudnia 2011

Grudniowo, filmowo, operowo. Czekamy na Święta.

Niedobre, niedobre wombaty. Tyle się dzieje, a ja nic nie pisze. Święte idą a blog kurzem zarasta. No więc garść nowin ze świata wombatów.

Byliśmy na filmie Szpieg z Garym Oldmanem. Przyznam, że wczesnej czytałam z nim wywiad, wiec miałam duże oczekiwania. I się nie zawiodłam. Genialny film. Mroczny, mglisty, ponury. George Smiley w szarym prochowcu i okularach nie przypomina w niczym Bonda. Nie ma strzelanin, pościgów i pięknych kobiet. A jednak film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Polecam. I nie będę dodawać nic więcej, żeby nie wymknęło mi się kto jest kretem (-;

Potem zaliczyłam kolejną większą awanturę z rodziną. Ciągle mnie w jakiś sposób to dotyka, chociaż już chyba bardziej męczy i nudzi. Znowu poszło o prezenty. Niedopatrzenie ( moja głupota!) zgodziłam się, żeby Natalce kupić zwykłą poduszkę. Dostałem jakieś wielgachne coś z pierzem z agresywnym komentarzem „ tylko tego nie wyrzuć bo 250 zł kosztowało”. Wspomniałam, że może jeżeli jest rachunek, to dałaby się wymienić jakoś...I się zaczęło. Manka napadła na mnie z wściekłą agresją. Nie lubię być z m u s z a n a do przyjmowania prezentów, wiec powiedziałam, że poduszki nie biorę. Matka przy dzieciach wyzwała mnie od idiotek i standardowe hasło „kiedyś ci się to wszystko zemści”. Cóż, gdyby za każde to proroctwo nad moją głową ustawiał mały kamyczek, dziś bym już miała kilkutonowy głaz nad głową.

I przy okazji uświadomiłam sobie, że ten tekst, który mi tyle razy powtarzała nie jest groźbą, a życzeniem. Ona mi naprawdę źle życzy. Cóż, może nie ma lekkiego charakteru. Ale agresji do mnie nie toleruje. Mogłam to jakoś załagodzić, ale nie chciałam. Wiem, wiem, matka jest agresywna wobec większości osób i oczekiwanie, że nie będzie do mnie, jest jak oczekiwać, że woda będzie płynęła w górę.

A potem są takie sytuacje jak wtedy kiedy leżałam chora na parkiecie, przyszła do mnie koleżanka i matka powitała ja radosnym „ A dzień dobry, a ja jestem ta zła patologiczna matka”. ( Nie, to nie żart, faktycznie tak było) I nie wiadomo co powiedzieć. Zaprzeczyć? Potwierdzić? Wiem, była to próba manipulowania mną. Pokazania „wstyd się przed koleżankami że tak brzydko o mamie mówisz”. Tylko z osobą, która w takiej sytuacji chce mną manipulować ja nie mam z nią o czym gadać.


Na szczęście dzięki uprzejmości Ani ( Natalis tobą zachwycony, Mikołaj może mniej ale się wyrobi), mogliśmy pozostawić jej wczoraj przychówek i obejrzeć transmisję Don Giovanniego z LaScali.
Na minus: Cholerne Multikino nie powinno się zabierać za transmisje operowe, jeżeli nie umie tego robić! Dźwięk tragiczny, spłaszczony, skaczący obraz. Dopiero w drugiem akcie jak Kot im powiedział, żeby coś z tym zrobili, było znośniej. I tyle minusów.

Na plus: Wcale nie klasycznie. zaskakująca niegłupia interpelacja, motyw teatru w teatrze i najlepsza jaką widziałam scena z Komandorem. Wgniotło mnie w fotel. Może ktoś będzie miał okazję zobaczyć to na płycie więc nie zdradzę więcej.


Plus totalnie gwiazdorska obsada. Terfel jest niesamowity - śpiewa tak lekko, z taką modulacją i grą aktorską. Plus na scenie Kwangchul Youn jako Komandor ( widzieliśmy go jako Mefista w Wiedniu), Netrebko, Garanca. W tym tłumie najbardziej niknął sam Don Giovanni - z tą dobrą pucułowatą mordą, morderca z przypadku, libertyn, kobieciarz, reżyser spektaklu o samym sobie. Ale być może to też było zamierzone. W każdym razie spektakl cudowny!

A poza tym szykuje się coś Dużego I Dobrego. W niedzielę napisze o tym osobną notkę. Na razie latam, biegam, planuję, przygotowuję. I nie mogę się nadziwić ile wokół mnie fajnych i dobrych ludzi. Pomysł był mój, ale psinco by mi w niego wyszło, gdyby nie Wy. 12 osób, więcej niż się spodziewałam! Finał akcji w sobotę koło 10. Jesteście kochani! A ja po raz pierwszy od nie wiem ilu, może nastu last, czuję magię nadchodzących Świąt! A to wieniec adwentowy naszej wspólnej roboty z Natalisem!



A to muzyka na dziś. Bo minie zima i pojadę w Beskidy. Ostatnio to słyszałam śpiewane ogniskowo w Wołowcu.