Weekend był bardzo ważny i bardzo intensywny. Ale po kolei.
Tydzień temu Kocur zagadnął, że jak będę robiła zakupy mogę coś dorzucić na Bank Żywności bo zbierali. Zastanowiłam się. A właściwie gdzie i do kogo to idzie. Czy takie pomaganie to dobry pomysł. Poszukałam w sieci i znałam stronę Szlachetnej Paczki. Idea prosta i fajna - wybiera się rodzinę, ona spisuje wolontariuszowi konkretne potrzeby i marzenia i dla nich robi się paczę. Strasznie się na pomysł nakręciłam. A ponieważ potrzeby rodzin były spore, zaczęłam dzwonić po znajomych żeby zrobić zrzutkę.
I nagle stanęłam. Bo w sumie nie wszyscy od razu podchodzili z entuzjazm. I jakoś tak głupio dzwonić do ludzi, żeby mi na prywatne konto pieniądze słali. Ogólnie zaczęłam się z pomysłu pomału wycofywać. Że już późno, i może w przyszłym roku... A potem pomyślałam, że co tam. Zbieranie nie ma być DLA MNIE komfortowe i fajne, ale ma być skuteczne i ma cieszyć obdarowaną rodzinę. Robiłam przed znajomymi z siebie idiotę z mniej ważnych powodów. I co zbiorę to będzie. Nie liczyłam na wiele.
I się posypało! Najpierw kilka osób, które wróciły mi entuzjazm. Zwłaszcza Zuza była niesamowita. Wybraliśmy rodzinę i do piątku zebrało się ponad 900 zł, wózek, ubrania i kilka innych rzeczy. W piątek z bolącym gardłem i lekką gorączką ruszyłam na zakupy i po raz pierwszy market nie napawał mnie wstrętem (-;
W sobotę rano z Natti zawieźliśmy paczki. Rodzina okazała się naprawdę bardzo sympatyczna. Splot bardzo wielu złych rzeczy sprawił, że ich sytuacja jest fatalna, ale się jakoś trzymają. I ciesze się, ze mogliśmy oddać to osobiście, życzyć Wesołych Świąt, chwileczkę porozmawiać o dzieciach. Ja wiem, że to była kropla w morzu potrzeb, ale sprawienie komuś radości było bardzo przyjemne! I tutaj dziękuję WSZYSTKIM, którzy brali w tym udział. Tym którzy wpłacali, dawali fanty, wspierali mnie duchowo i organizacyjnie. Dobrze było! A za rok odezwę się znowu (-;
A potem, w sobotę wieczorem, wybraliśmy się z grupą przyjaciół na transmisję Fausta z Metropolitan Opera. Akcja opery została przeniesiona najpierw w okres końca II Wojny Światowej - mamy tu Fausta nie jako alchemika ale jako fizyka jądrowego twórcę bomby atomowej. W sumie bardzo trafne porównanie, w końcu czy twórców bomby nie można porównać do średniowiecznych magów, którzy podpisali pakt z diabłem? Zjawia się Mefistofeles i co ciekawe nie tyle odmładza Fausta - co zabiera go w przeszłość. W czasy jego młodości. I pod koniec, kiedy Faust wraca do w swoje czasu, mam wrażenie, ze ta podróż to tylko wspomnienie, retrospektywa naukowca, który dawno temu podpisał pakt z diabłem, przegrał swoje i Małgorzaty życie i stworzył coś tak potwornego jak bomba atomowa.
I podobnie jak w Wiedniu, miałam wrażenie, ze Gounodowi wcale nie o Fausta w tej operze chodzi. Osobiście nie kupuje ich wielkiej ponadczasowej miłości. Scena ogrodowa śliczna i emocjonalna - ale facet mający ochotę przespać się z kobietą staje na wyżynach pomysłowości. I bez pomocy Mefista. Utwierdziłam się w przekonaniu, że tu cały czas chodzi tylko o Małgorzatę. O jej duszę.
Pod pewnymi względami jej historia przypomniana Hioba. Po kolei jest jej odbierane wszystko. Najpierw rozkochuje się ją w Fauście, który do specjalnie stałych nie należy. Ona jest zrozpaczona, ale kiedy cierpi i szuje ubranka dla dziecka - jakoś się trzyma. Do tego dochodzi osamotnienie, izolacja, a na końcu odrzucenie przez brata. Wstyd. Jakby tego było mało dokładamy poczucie winy za śmierć brata.
Ale Małgorzata jeszcze się trzyma. Kiepsko, ale chwyta za ostatnią deskę ratunku czyli modlitwę. Scena w kościele jest dla mnie osobiście najważniejszą sceną całej opery. Mefisto skłania ją do jedynego grzechu, z którego nie ma odkupienia - do braku nadziej na zbawianie i przebaczenie. Potępiona, mówią chóry piekielne, a zrozpaczona Małgorzata topi swoje dopiero co urodzone dziecko. Ale przecież Mefisto nie chciał ją zaprowadzić na szafot ale do otchłani. I kiedy nadzieja na odkupienie wraca do niej w celi śmierci znowu do niej wraca z Faustem. Bo nikt chyba nie wierzy, ze widziadło Małgorzaty na nocy Walpurgii było przypadkiem. Teraz Faust wraca i chce żeby z nim uciekła, odrzuciła karę, która miała ją oczyścić.
Cała ostania scena jest genialna! Faust stoi obok Małgorzaty, a ona jakby go nie widzi. Widzi go we wspomnieniach dobrych chwil, a anioł o którym śpiewa nie jest jej ukochanym, ale jej nadzieją na zbawienie i przebaczenie. Długo nie rozmieniłam tej sceny, bo miałam we łbie scenę z Upiora z 1990, gdzie to jest śpiewane jako aria miłosna. Aniele muzyki. Nic z tych rzeczy. Ona nie widzi Fausta, a kiedy go dostrzega, kiedy wyczuwa Mefistofelesa, wtedy ma odwagę wysłać go do wszystkich diabłów. I sam wchodzi po białych schodach, trochę na szafot, a może do nieba. Nikt jej tam nie zanosi. Ona sama ma już tyle siły i godności, żeby powiedzieć nie. Mogę umierać, ale ja moja dusza są piękne i czyste. A żaden naukowiec i kochanek patafian nie są potrzebne.
Faust wytraca do swojej pracowni. Może to wszystko było snem, wspomnieniem. Z upiorną nocą Walpurgii - piekłem które stworzył on sam. I nie zostaje mu już nic innego jak wypić łyk trucizny. W końcu co innego mu pozostaje?
1 komentarze:
Labrują powinnaś natychmiast zmienić w opisie w profilu WIEDŹMĘ na WRÓŻKĘ :)
Wzruszyłam się jak czytałam o Twoim zaangażowaniu w przygotowanie paczki. Tak wiele z nas gada jaki to skory jest do pomocy, płacze nad czyimś złym losem a tak naprawdę nic pożytecznego nie potrafi zrobić. Do takich ludzi chyba mogę zaliczyć i siebie...natchnęłaś mnie ta paczką, tylko nie wiem czy w szybkiej codzienności i obowiązkach wytrwam w postanowieniu...niezależnie od tego, dziękuję za ten post, dzięki niemu zatrzymałam się i w ciszy pomyślałam o innych. Dzięki!
Prześlij komentarz