środa, 30 grudnia 2009

Ostatni raz w tym roku

Długo wombata nie było, więc teraz o kilku sprawach na raz.



Święta jakoś minęły. Niezafajnie, jak to święta. Dla mnie najtrudniejszy czas roku. Jak dostaje smsy z życzeniami to się czasem zastanawiam czy się ktoś ze mnie nie nabija. Święta mnie irytują w dwóch aspektach. Po pierwsze jest to czas na spotkania rodzinne. I taki czas troszkę jak papierek lakmusowy – widać co nie gra. A jeżeli patrzeć szerzej niż na ja – Nat – Kocur to bardzo dużo nie gra. Kiedyś tak bardzo marzyłam o kontakcie z rodziną, że kiedy się okazało, że nie mam tego kontaktu na 100% jakbym chciała to stwierdziłam że mam to gdzieś i nie mam go wcale. Już się tego raczej nie zmieni i Święta to dla mnie czas potwornie sztuczny, chłodny i obcy.
A dwa to irytują mnie prezenty. Lubię dawać i dostawać urodzinowo, Bo to jest dzień specjalnie dla jednej osoby. A tak wszyscy wszystkim MUSZĄ coś dać. Ofiara dla bożka konsumpcjonizmu. Musisz coś dostać. A jak X ma coś większego to Y też za małego nie dasz i coś dołożyć. Wymyślać, latać za tym. A potem leżą takie góry nietrafionych prezentów jak wyrzut sumienia. Ok. ja w tym roku nawet miałam farta, ale cały ten konsumpcyjny przymus darowizn niezmiernie mnie wkurza. I jak dzieci to chwytają „ muszę dostać, to może dwa jak są dwie choinki, a co od kogo”. I markety przed świętami też mnie dobijają. A na widok tego starego dziada z w czerwonej czapce – tego chędożonego bożka kupowania to mnie krew zalewa i mordować chcę.





Po drugie bilans roku 2009. Podpatrzone od Aniołaka.
1. Co zrobiłaś w 2009 r., czego nie zrobiłaś nigdy wcześniej?

Szukałam kości w lesie. Jadłam ostrygi z szampanem. Spędziłam rok bardzo muzycznie operowo. Zostałam zwolniona z pracy i poczułam co może czuć pies jak go uwolnią z łańcucha. Podjęłam dość ważne decyzje.

2. Dotrzymałaś swoich noworocznych postanowień? I czy będziesz ustanawiać nowe?

Nie, bo ich nie robiłam.

3. Czy komuś z bliskich Ci osób urodziło się dziecko?


Dziewczyna w Warszawie ( chomiczątko) dziewczyna w Sztokholmie, dziewczyna w Walencji. Witamy Panienki na świecie!

4. Czy ktoś z Twoich bliskich zmarł?


Bożena.

5. Gdzie podróżowałaś w tym roku?


Kraków, Łutowiec, Londyn, Dukla ( i wilkodoły i wikochaszcze w pobliżu) , Międzywodzie, Jawornik, Berlin

6. Co chciałabyś mieć w 2010, czego brakowało Ci w 2009?

Wena, dobrej organizacji czasu, samodyscypliny, kości po lasach więcej, Amsterdamu może?

7. Która data z 2009 r. pozostanie Ci w pamięci i dlaczego?


25 lutego poparzenie Natalisa
20-23 marca weekend w Berlinie – fajnie było!
22 lipca śmierć Bożeny
Początek września – zwolnieniem, ważna rozmowa nad ostrygami i przewartościowanie priorytetów


8. Największe osiągnięcie mijającego roku?


Powrót do pisania, tak jak pisałam przewartościowanie priorytetów i kilka ważnych decyzji ( teraz czekać na realizacje), zaczęłam tańczyć i robię to z zaangażowaniem i systematycznie. To że odchodząc z pracy nic nie strąciłam a wyniosłam z niej coś cennego – znajomość kilku fajnych ludzi.

9. Największa porażka?

To że w czasie od maja – końca sierpnia stresowałam się pracą która nie była tego warta i nie powiedziałam kilka razy tego co myślę, czyli coś w stylu „ a ja to pier… a was chyba pokręciło”. To że nie zdążyłam się pożegnać z Bożeną. Że w pierwszej połowie roku za mało pisałam.

10. Chorowałaś? Uszkodziłaś sobie ciało w jakiś sposób?


Ospa, dwie grypy.

11. Najlepsza rzecz, jaką kupiłaś?

Afrykańska chustko czapka na targu w Londynie – jest cudowna. Książki, zielona aksamitna kurtka w Krakowie.

12. Na co wydałaś najwięcej pieniędzy?

Książki. I na lodówkę. I na ową kurtkę, ale warta każdej złotówki, torebka słonia Torbalskiego

13. Porównując z tym samym okresem sprzed roku, jesteś teraz:


Szczęśliwsza czy smutniejsza? – szczęśliwsza, ja co roku jestem szczęśliwsza
Starsza czy mądrzejsza? – mądrzejsza, chyba
Chudsza czy grubsza? –hmmm – tak jak było, jak liczyć do świąt….
Bogatsza czy biedniejsza? – biedniejsza materialnie, bogatsza duchowo

14. Czego/co chciałabyś zrobić więcej/bardziej w minionym roku?


Pisać, tańczyć, spędzać czas z Natslem, Kocurem i przyjaciółmi, grać w rpg, jeździć na konwenty, dalej łork on maj inglisz

17. Czego chciałabyś robić mniej w minionym roku?


Siedzieć cicho kiedy chce mi się coś powiedzieć nawet niemiłego, stresować się, mniej spać,

18. Zakochałaś się w 2009?

Cały czas. Codziennie. W każdej chwili. Kocur (-;

19. Co robiłaś w swoje urodziny i ile lat skończyłaś?


29 - łaziłam z Ociepkami po Berlinie, słuchałam Carmen i piłam na umór ( „pić jak wombat po Wagnerze”) wietnamskie drinki

20. Co trzyma Cię przy zdrowych zmysłach?

Kocur, Natalis, Aniołak, Pisanie, czytanie, muzyka, lasy buczynowe, koty, yeraba mate, głos Bryna Terfela, i jeszcze kilka bliskich Osób że nie wymiennie z imienia

21. Ile przeczytałaś książek w tym roku?


Średnio. Koło 38 jak tak policzyłam. W tym 4 tomy Hyperiona które są duże. Dorobiłam się nowej półki na książki.

I Ogólnie na 2010 byle tak dalej. Już wiemy co i jak. A teraz idziemy.





Z aktualności to udało mi się skończyć tekst zadany dla Demonka – i uważam że nie jest zły – choć zadany temat potwornie mi nie siadł. Poza tym zaczęliśmy grać w Cthulu w rpg i jest bardzo bardzo MRU! (-; Że też sobie nie zrobiłam postaci która może iść i łoić potwory.



Wczoraj potwornie mnie zirytował jeden artykuł na Wybiórczej. Nie wiem czy wywiady były po łebkach czy respondentki takie durne ale aż mnie zmroziło. Artykuł jest tu. Kilka kobiet, którym właśnie urodziły się córki w 2002, pytano jak wyobrażają sobie ich przyszłość. Oczywiście mają ją w modny sposób zaplanowaną co do milimetra. Przerażające. Ja mam zaplanowane względem Natalisa tylko ( aż?) tyle, że chcę ją nauczyć samodzielnie myśleć i podejmować decyzje. Jakie to już jej sprawa. A chce żeby była szczęśliwa. Po swojemu. I nie mam preferencji orientacji zawodowej, seksualnej i religijnej. A jak słyszę o paniach co już wiedzą na na jakie kółka zainteresowań noworodka zapiszą, na jakie studia powinien iść i męża z jakiego kraju nie brać to mnie coś trafia. I dzieciakom współczuję. Znak czasów że chcemy mieć wszystko zaplanowane, przygotowane, a samo jesteśmy nieprzygotowani do Życia?

Kilka kwiatków z tego artykułu, czyli jak matki widzą swoje córki za 25 lat.
Dzieciństwo - Musi być rozwojowe, I takie, które procentuj, ( …)
choć na początku to wykańcza finansowo
Rada dla córki Nie ufaj nikomu
Za 25 lat Będzie miała dobrą pracę, będzie dużo zarabiać i sama sobie kupi dobre mieszkanie: duże (żeby nie ograniczało), (…)
Wiem tylko, że córka będzie piękna. Blond włosy, śniada cera, doskonały makijaż
Córka w Unii Chcę, by mieszkała w Polsce i wyszła za Polaka. Nie zniosłabym rozstania, Tylko nie za Niemca, bo są brzydcy
Niech będzie Na początku modelką, Jak Ally McBeal, Niech będzie stomatologiem lub notariuszem
Uczciwość Uczciwi ludzie są na wymarciu
Jej dzień Do trzydziestki powinna coś osiągnąć. A potem przerwa na dziecko (….)Załatwiać sprawy. Zje lunch z koleżankami, bo lunche są bardzo ważne, a po pracy, wieczorem, sącząc martini, będzie opijać kolejny sukces
Wolność Nie będzie wolna
Idea Mogłaby założyć fundację - - Byłaby szanowanym człowiekiem i nikt by na niej psów nie wieszał. Ale czy to się opłaca, sama nie wie. (…) Idea? - Pieniądz. A są jakieś inne?



I moje pytanie, czy kogoś tu pokręciło? Czy ktoś nie oglądał za dużo seriali?



Jako mama pozwoliłam sobie teraz odpowiedzieć na te pytania, które zadała pani z Wybiórczej. Mam ten komfort że już troszkę Natslisa jako człowieka znam.

Dzieciństwo Radosne, beztroskie, bliskie rodzicom, odkrywające świat.
Rada dla córki Bądź sobą, bądź odważna i uczciwa do samej sobie. Nie krzywdź i nie pozwól się krzywdzić nikomu.
Za 25 lat Będzie miała tyle co ja teraz. I życzę jej żeby byłą w dobrym miejscu w życiu. I żeby miała jeszcze dużo przed sobą. Czyli – w drodze. Jak i gdzie to jej sprawa.
Córka w Unii A gdzie będzie to jej wybór. A ja wiem czy będzie w Unii?
Niech będzie Nie, nie będę wymieniać zawodów. Niech będzie mądrym człowiekiem. I pogodnym.
Uczciwość Przede wszystkim wobec siebie. Jak się wobec siebie jest to wobec świata wychodzi naturalnie.
Jej dzień Każdy inny. Każdy niepowtarzalny. Każdy wykorzystany.
Wolność Przede wszystkim ducha. Wolność jako odpowiedzilność i coś niezbędnego jak powietrze.
Idea Musi wybrać ją sama, ale dobrze żeby ona była. Żeby wierzyła, że jest Coś o co warto walczyć i kopać przez to życie jak krecik korytarze.





A już zupełnie poza tym to doszłam do siebie po Świętach. Cieszę się na sylwetra i na dwa spotkania z ludźmi których znałam lata temu w nowym roku.
Czytam: ( Jeszcze raz) Clarissa Estes Biegnąca z Wilkami
Jeanette Winterson – Brzenię
Bruno Bettelheim- Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni

Słucham:
Orkiestra Świętego Mikołaja
Don Giovanni ( prezentowy! – będę słuchać jak się pieroństwo skonwertuje ale już się cieszę)
Byłam na żywo w kinie na Opowieściach Hoffmana - MIODZIO - boska realizacja ale o tym innym razem!


I Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku i dobrej zabawy na Sylwestra! Mruuuu!

piątek, 11 grudnia 2009

Dym się rozwiewa

Kilka lat temu miałam przyjemność mieszkać dwa miesiące w Sierra Leone. Czasem żałuję, że tak krótko. Tak czy inaczej, być może przez to, że przyjechałam nie jako turysta, dane mi było być bliżej tych ludzi. Nie jako jeden z nich, ale też nie jako obcy.

I tak sobie teraz ten wyjazd przypomniałam czytając doskonała książkę pana Jacka Milewskiego „Dym się rozwiewa”. Ksiązka jest cyklem opowiadań o życiu Cyganów Polskich. Tych biednych i bogatych, tych co kradną i tych co handlują, kiedy się żenią i opłakują zmarłych. Książka jest rewelacyjne barwnie napisana ( o, mogłabym się pokusić o porównanie do Kapuścińskiego – ale nie to nie jest reportaż – to świadectwo na wskroś subiektywne, ale jakie przekonywujące.)

I dlaczego mi się w tym momencie skojarzyła moja Afryka? Bo te kultury mają ze sobą wiele wspólnego. Są wkurzające. Czasem niesolidne, czasami wołające o pomstę do nieba traktowaniem kobiet, pogardą którą traktują innych – białych – albo nie cyganów. Tak, to prawda. Ale mają w sobie też ogromny ładunek emocji, rodzinę, klan, który jest nie tylko przekleństwem i stygmatem ale i wsparciem. Świat żyjący tu i teraz, emocjonalny, pełen dzieci, rozkrzyczany i żywy. Ze swojej strony powiem, że mieszkam od ośmiu lat niedaleko jednego z większych w Zabrzu skupisk Cyganów i wszystkie moje doświadczenia są raczej na plus. Pamiętam mamę z dzieckiem w Szpitalu w Zabrzu – i tylko ona i potrafiła się jak ja stawić pielęgniarkom jeżeli chodziło o dobro małej. Kilku innym mamom mówiłyśmy sobie dzień dobry przy placu zabaw. A jak kiedyś któraś chciała mi powróżyć, to jej powiedziałam, że nie chęć stracić kasy jak zrobi to a to. Roześmiałyśmy się obie, a potem poczęstowałam ją papierosem i jeszcze chwilę pogadałyśmy.

Ja jestem trochę sierota. Niby rodzinę mam, ale małą, zamkniętą w sobie i zawsze się w niej czułam tak obco. Kiedy byłam mała i babcia mnie straszyła, że jestem podrzutek i jak będę niegrzeczna to mnie oddają do domu dziecka, to się cieszyłam. Bo może mnie tam znajdą jacyś prawdziwi. Swoi. I może dlatego mnie do tych światów zawsze tak ciągnęło. Może tak mi skrzydeł dodają dzieci i nigdy nie miałam wahania, czy będę dobrą matką. Może dlatego kiedy mnie zaprosili do stołu w Lungi ( w sumie raczej do wspólnej miski) poczułam się jak w domu.

Jest we mnie jakieś pęknięcie, jakieś rozczepienie: z jednej strony rodziny nie znoszę. Nie utrzymuję żadnych relacji emocjonalnych, na samą myśl o świętach czy obiedzie rodzinnym ściska mnie skurcz strachu i wiem, że będę milczała i patrzyła na zegarek co pięć minut. Ale też jak zwierzę w klatce za wolnością tęsknię za Swoimi. W Londynie mieliśmy ze znajomym na ten temat rozmowę. Kolega kultur klanowych, opartych na relacjach krwi nie państwa, delikatnie mówiąc nie lubi. Widzi w tych więzach bardziej kajdany tych ludzi, a nie siłę wartość. Może i są to czasem więzy hamujące rozwój – ale dla mnie, kojarzą się tylko z moją własną tęsknotą.

A książkę Dym się Rozwiewa polecam bardzo bardzo.

sobota, 5 grudnia 2009

If On A Winters Night

Zazwyczaj jestem bardziej podatna na objawienia książkowe niż muzyczne. Przypadkiem odkryłam dziś nową płytę Stinga. If On A Winters Night mnie oczarował. Płyta zaczarowana, zimowa, śnieżna, tajemnicza.

Wombat Zasłuchany poleca. Na grudzień. Anty Mikołajom z Marketów.



Poza tym się przeziębiłam. Bu.

A to z mojego ulubionego kawałka z tej płyty

Hush child,
Let your mommy sleep into the night until we rise
Hush child,
Let me soothe the shining tears that gather in your eyes

Hush child,
I won't leave I'll stay with you to cross this Bridge of Sighs
Hush child,
I can help the look of accusation in your eyes
In your eyes

The world is broken and now
All in sorrow
Wise men hang their heads

Hush child,
Let your mommy sleep into the night until we rise
Hush child,
All the strength I'll need to find, I'll find inside your eyes
In your eyes

wtorek, 1 grudnia 2009

Na głowie kwietny ma wianek....

Kazali zrobić do przedszkola wianek na barbórkę. Więc zrobiłam. Wianek z kwitów lotosu. Dla oświeconej Ślązaczki (-;


poniedziałek, 30 listopada 2009

Niedzwiedziowo książkowo

W czasie porządkowania półki się otwarło. Z wyboru opowiadań Namiot M. Atwood.
Się otwarło to się podzielę z wami.
A czym jest dla mnie Niedźwiedź to już inna sprawa.

To niedźwiedź zaczął. Stwierdził:
przestaję się przejmować. Ja to nie
Niedźwiedź, l’Ours, Ursus, Bar
Ani żadna inna sylaba,
Przypięta mi przez was.
Zapomnijcie o zamkowych arrasach,
a na nich o mnie z wyszywanym łańcuchem,
i o szkarałatnej chwale polowań,
które chwalebne były tylko dla was,
z waszymi maczugami i pałkami.

Zapomnijcie o baśniach w których byłem
Dla was kudłatą kukłą,
księciem we Włosienicy, substytutem
waszych ludzkich demonów.
Nie jestem waszym płaszczem, dywanikiem,
trofeum o szklanych oczach,
pluszakiem na dobranoc i to nie ja
w kosmosie z gwieździstym młodym u boku.
Nie jestem waszym totemem; odmawiam
tańców w cyrkach; nie wolno wam rzeźbić
mojej duszy w kamieniu.

Odrzucam metaforę;
nie kradnę dzieci, nie zmieniam kształtów,
nie jem starych śmieci, a porównaniem
też możecie się wypchać:
nieodarty z wszystkiego
nie jestem jak człowiek.
Odbieram, co skradliście
i w waszych językach
obwieszczam bezimienność.
Moim prawdziwym mianem jest ryk.
(Gdy zastanowić się głębiej, nie jestem
brytyjską czapą gwardzisty:
nie symbolizuję męstwa.
Chcę znowu pożerać łososie
Bez całej tej wojskowej odpowiedzialności).
Ja się też przyłączam – rzekł lew,
schodząc z herbowych tarcz
i logo firmowych, zaś orzeł
rzekł: zdejmijcie mnie z tej flagi.






Lemurka poruszyła jakiś temu ciekawy temat. Pisała o 5 książkach które wpłynęły na jej życie. Od tego czasu myślałam o tym i nie umiem takich książek wymienić. Jak już to 7 autorów, którzy nie tyle na mnie wpłynęli, ale byli dla mnie ważni, towarzyszyli mi w różnych etapach ( czemu akurat 7?) Nie wiem ale z tej listy już nikogo nie wykreślę) I nie wymienię jednej książki, w każda z tych które czytałam była mi w jakiś sposób bliska.
Margaret Atwood
Angela Carter
Olga Tokarczuk
Salman Rushdie
Wiktor Hugo
Michał Bułhakow
Sigrid Undset – tu za 1 książkę, ale kto wie czy Krystyna nie jest akurat dla mnie tą Najważniejszą.

niedziela, 29 listopada 2009

Żywiołaczo

Żywiołak był... dowodem, że w dobrym towarzystwie wszystko może być fajne. Ogólnie ja lubię takie neo - folk- eksperymetalny i teksty Leśmiana są cudowne. Ale jakoś po występie na żywo dochodzę do wniosku że to nie to. Raz, że brakowało mi muzycznej staranności, czegoś co ma Orkiestra Mikołaja i Dikanda. Super że mają lirę korbową, skrzypce i dwa bardzo dobre wokale. Teraz można to wykorzystać i nie zagłuszać. A dwa to potworne nagłośnienie. Po co w ogóle na tak małej sali mikrofony? Jak już są to niech nie przeszkadzają. Tydzień wcześniej myślałam, że nie ma gorszego nagłośnienia niż Teatr Nowy w Zabrzu. Jest. Wiem, rozbestwiłam się przez ten ostatni rok muzycznie.

Tylko teraz coś mnie w szyi rwie. Pewne przewianie i Bolące nerwy, albo naderwane mięśnie. Co zrobić jak nie działa Ketonal? Wsiąść drugi. Tylko z tańca we wtorek nici.

I kolejne ogłoszenie: Kto chętny ma Mikołajki Folkowe do Lublina?

Kota ma dom. Jedziemy w czwartek na wizytę i zdjęcie szwów, ale dom wygląda na bardzo fajny. Jest tam jedynym zwierzakiem i jej nowa właścicielka wygląda na osobę bardzo sensowną i zwierzolubną. Ja wiem, że wszystkim zwierzom się nie pomorze, ale lepiej jednemu niż żadnemu. Z perspektywy tego kota przynajmniej zrobiliśmy dużo. I po tym tygodniu trudno się było z nią rozstać. I apropos kotów ( tym razem naszych) to koty odchudzamy. Hella już się ledwo rusza i czas już najwyższy.

W dzień oddania koty przeciwdepresyjne obejrzeliśmy sobie Purpurowe Skrzypce. Jak to możliwe, że tego nie widziałam jeszcze? Zmysłowe, niepokojące, wspaniałe muzycznie. Polecam zwłaszcza żeńskiej widowni bo Jason Flemyng bez ubrania ale za to ze skrzypcami wygląda Mru.

Poza tym jutro będzie u mnie kurier. Przyniesie mi TO. Tokarczuk jest Wielka. A jutro zobaczę co zmajstrowała z Blakea. Potem zrobię sobie tykwę z mate i tyle będzie z dnia jutrzejszego. I tylko jeżeli będzie słonecznie to pójdziemy z Natalsem na późnojesienny spacer.

A i bonus Natalisowy.

wtorek, 24 listopada 2009

Ogłoszenia duszpoterskie

Żywiołak 28 11 w Bielsku- jedziemy My, Gawrony, Misiek Z Szanowną Małżonką i koleżanką Tejże. Kto jeszcze chętny proszę dawać znać.




W przyszłym tygodniu chcę iść na Białą Wstążką. Będzie depresyjnie i mocno jak się domyślam. I już się cieszę.

A kota po sterylizacji. Bardzo słaba leży na kanapie i dochodzi do siebie pod kocykiem. Ogromnie ją polubiliśmy. ( My, nasze koty mniej. )Prawdopodobnie od piątku będzie miała dom - dzięki pomocy Demonka. Mogła olać - znowu łosie mają kota to niech się męczą - ale popytał i znalazł. Dom wygląda na dobry, ale w piątek zrobimy inspekcję w trakcie przekazania.Co mi przypomina że mam dla D. zaległy tekst.





/>


No prawda że cudna?

środa, 18 listopada 2009

Ogromna prośba kocia!

Kota jest u nas i sterylizację będzie miała w poniedziałek. Od przyszłej środy – czwartku będzie do wzięcia. Jest oswojona, kuwetkowa i przytulasta. Zdrowa. Niestety nie tolerują się z jednym z moich kotów zupełnie przeto mieszka u nas w łazience i ten stan nie może długo trwać. Oferujemy dowóz jej w zakresie południowej polski pod warunkiem podpisania umowy adopcyjnej.

Mam do w s z y s t k i c h czytelników bloga prośbę. Liczę na was. Kota na was też liczy. Jeżeli sami nie możecie jej przygarnąć dajcie znać wszystkim których znacie, ludziom z pracy uczelni, czatu, rodzicom, ciotkom, ogólnie osobom sensownym i odpowiedzialnym. Chcemy jej znaleźć dobry dom, żeby całej zabawy za pół roku nie powtarzać. Dajcie info na sowich blogach, gg, i wszędzie indziej.

Zdjęcie koty tu

wtorek, 17 listopada 2009

Kilka spraw

Kilka spraw. Niepowiązanych.

Dostojewski to raz. Zabił mnie. Wstrząsnął, zmechacił, s p o n i e w i e r a ł. Od lat żaden tekst nie zrobił na mnie takiego wrażenia – acz nie była to rozkosz. Opowiadanie „Potulna” ( inne tłumaczenie „Łagodna”) sprawiło, że czuję się źle, jakby ktoś wyciągnął ze mnie kawałek i wytarł nim w piekle za wanną. Tak, lubię takie teksty, bo są mocne. Ale potem siedzę potrzaskana. Powiem tyle: archetyp Hades/Persefona raz jeszcze tyle że przy tym Heathcliffe i Catty to milusie bajeczki. Kiedyś myślałam że Upiora zamiast Leroux powinien napisać Hugo. Teraz uważam, że powinien zrobić to Dostojewski. Na gorzko i bez znieczulenia. A wiecie co? Aniołak znał ten tekst od lat. Też ją tak ruszyło, a nie dała mi go bo go wyrzuciła z pamięci. Jako odruch obronny.

Kot to dwa. Mamy chwilowo trzeciego kota. Bezdomny z Ani podwórka, czeka na sterylizacje. Teoretycznie potem miał wrócić w naturalne środowisko, ale to jest kot oswojony. Jakiś skurywsyn ( wybaczcie ten eufemizm, myśli moje znacznie gorzej tego człowieka nazywają) ją wywalił za drzwi. Dlatego pilnie szukamy jej nowego domu. Sterylizację będzie miała w poniedziałek. Do tego czasu plus kilak dni na pewno u nas, ale proszę szukajcie, pytajcie za d o b r y m domem. Zdjęcia wkrótce. Młoda jest prześliczna ma koło roku i szuka stałego domu. A na razie mamy z nią kino.


Trzy to bajki. Jak wiecie siedzę w nich teraz po uszy przez Natalisa. I po pierwsze to mam mordercze instynkty wobec pewnej korporacji. Disney – powinni tego zabronić. Widzieliście co zrobili z małą syrenkę? Nie? To nie oglądajcie. Po pierwsze sama konstrukcja bajki. Całą magia i delikatność w diabły poszła. Każda scena to musi być rewaia, albo James Bond. Walki, akcja, ludzie się przewracają, wbijają w siebie widelce, wyskoki i upadki. Jakby normalne akcje były za nudne. Czy te bajki mają ADHD? A dwa to treść. Mimo poziomu napięcia jak z Jamesa Bonda wszystko jest milusie. Nie ma bólu i śmierci. Syrenka po stracie nóg nie cierpi chodząc, beztrosko sobie jeździ konno. Na końcu nie jest tak że książę jej nie pokochał, tylko go zaczarowali. A potem dzięki brawurowej akcji rybki i ptaszka wszystko kończy się happy Endem i ślubem. OHYDA! Ja to oglądałam i rwałam włosy z głowy. Disney jest gorszy od Philipsa Morrisa, ten drugi zabija tylko ciała i to w sposób z początku przyjemny, podczas gdy Disney morduje archetypy i elementarne odczycie estetyki u dzieci.

No i udało mi się dorwać p r a w d z i w e baśnie braci Grimm. Ja je uwielbiałam. I Nat też się chyba spodobają. I tu jedna refleksja nad baśnią którą wszyscy chyba znają a która została doszczętnie zmieniona, co mi zawsze nie grało. I bardzo tej bajki przez to nie lubiłam – w wersji oryginalnej jest mi dużo bliższa. Pamiętacie kto pomaga Kopciuszkowi? Pytanie za sto punktów. Wróżka? Matka chrzestna? Pudło. Duch matki. Ona sadzi na jej grobie gałązkę leszczyny z której wyrasta drzewo na którym mieszka ptak. I ten ptaszek jej przynosi różne rzeczy potrzebne na bal. Zabawne bo w Birmańskiej wersji tej bajki też jest duch matki (matka topi się i zamienia się w żółwia – a po śmierci żółwia z jego kości wyrasta drzewo na którym mieszka ptak który pomaga sierotce w zdobyciu księcia). Ja już pisałam że Baśnie Birmańskie kochałam najbardziej i czytałam po sto razy. I niesamowicie mi się podobało coś czego mi tak rozpaczliwie brakowało i brakuje – ten duch matki który czasem mamy w sobie i możemy przywołać na pomoc. I na cholerę ta Miła Pani Wróżka? Ja chcę matki. Potrzebna by mi była.


Cztery, jak już o bajkach mowa, to teatr. Po sukcesach wizyt w teatrze Ateneum z Natalsem zabraliśmy ją do Teatru Nowego w Zabrzu na Amelę Bobra i Króla na Dachu. Wstyd! Nagłośnienie fatalne, kostiumy – szmaty z lupeksu, gra aktorska mizerna w dodatku połowa aktorów borykała się ze słabą dykcją, co jest już sporą przesadą. Kontaktu z publicznością brak. Spektakl tematycznie miał poruszyć małą i dużą widownię. Małą znudził, straszą wprowadził w konsternację. Eee, że co? Aaa śmieszne miało być. Cóż, znaczy się nei snobuję. Oni naprawdę są koszmarni.

Pięć to faceci. Uwaga włączam feminizm. Z poletka zawodowego, więc nie mogę i nie chcę wchodzić w szczegóły, kontakt z dzieckiem chowanym w brodzinie zastępczej przez babcię. Mamę taty. Ona się nim zajmuje od 9 lat bo matka jest niewydolna wychowawczo i się nie zajmuje. A ojciec? Faceci nie są nawet brani do moralnej odpowiedzialności, to oczywiście że oni nie muszą robić nic. U nas ja się zazwyczaj zajmuję domem i Nat. Kocur pracuje, bo ma ciekawą pracę którą lubi. Bo tak nam psuje. Ale nie ma problemu kiedy chcę iść sama koleżankami na piwo, albo do kina. I w i e m, że jeżeli bym nagle zniknęła, przestała istnieć, porwałyby mnie ufoki, to Natalis miałby wszystko jak trzeba. I nie tylko w płaszczyźnie finansowej ale i emocjonalnie. A to podejście przypomina mi podejście tej babci ze szpitala „ Tu nigdy ojca nie było!”. To jest jakiś dziwaczny patriarchat, gdzie facet jest panem i królem, którego trzeba obsługiwać, za którego trzeba myśleć i brać odpowiedzialność. Ale ten król jest totalną wykastrowaną ciamajdą. Jak go nie ma to wszystko się jakoś, jak nie ma matki to nikt nawet nei oczekuje, że taki coś zrobi. Ręce opadają – faceci bez charakteru, kręgosłupa i innych części. A kto ich takim robi? Kobiety. Powiem tyle; chce mieć syna. I chcę go tak wychować żeby nikt o nim nie mógł powiedzieć, że jest dupkiem.


Sześć to nangłidż. Inglisz langłiż. Wróciłam do nauki na kursie bardzo indywidualnym z Anią. Uczymy się na podstawie kawałków literatury. Ostatnio była Angela Carter i wiem, że teraz już wszystko będzie prostsze. Ale mamy zabawę.

A siedem ( szczęśliwa liczba!) to Mikołajki folkowe. My jedziemy od piątku do niedzieli. O miejscach w samochodzie wspominała Kamila i Aga. Czyli raczej poza dachem i bagażnikiem już zajęte miejsca. Ale do Lublina chodzą też pociągi więc kto chce, to zapraszamy. W ekipie raźniej.

środa, 11 listopada 2009

Środowo - filmowo

Byliśmy w kinie. W kinie, nie na filmie bo raczej mieliśmy potrzebę wyjścia gdzieś razem w ten pochmurny dzień. No i skusiło 8,4 na IMDB. District 9 jest niezły, ale nie powalił mnie aż tak. Kolejny film o alienach, które wyglądają dość groteskowo – jak skrzyżowanie predatora, wielkiej krewetki i I. T. Warstwa fabularna jest tak durna, że po prostu nie przyjmuje się jej do wiadomości. I zostaje nam umiejscowiony w RPA (!) otoczony drutem kolczastym obóz dla ufoków. Cóż, może wszyscy obcy zza druta kolczastego, z odległej galaktyki, Żydzi i czarni tak w opinii tłumu z zewnątrz wyglądają.
Pierwszy film który porusza problem globalnego południa i naszych. „cywilizowanych” sposobów rozwiązania tego problemu. W pewnym momencie miałam wrażenie, że chodzi o wysiedlenie nie kosmitów, ale łódzkiego getta. Bo w końcu czy jakoś dużo się od tamtego czasu zmieniło w ludziach? Swoją drogą jak to filmy o kosmitach ładnie oddają lęki i bolączki ludzkości w danym momencie, od inwazji Marsjan w czasach zimnej wojny, przez lęk przed chorobami i mutacjami, aż do dzisiejszych strachów. Pokaż mi twojego kosmitę, powiem ci czego się boisz? Ważny i mocny problem, poruszany w miłych i bezpiecznych ramach. Bo to tylko takie sf, prawda?
Podobała mi się przemiana głównego bohatera z kretyna do …nie będę spolerować. Trochę przypomniała mi przemianę Williama Blaka w Truposzu Jarmusha. On powoli przechodził na drugą stronę życia i zdrowego rozsądku.
Tylko, że….
…raz, że nie do końca odpowiada mi ta estetyka. Ufoki, karabiny, super mutacje. Nie te dekoracje. A dwa ( i tu poważniejszy zarzut) to że film niczym nie zaskoczył. Jak na początku zobaczyłam o czym jest potem nie wnosił niczego nowego. Tak jakby twórcy zatrzymali się w pół kroku. W obawie, żeby film nie był aż tak niepoprawny politycznie.

A na niedzielę mamy trzy bilety na to dla Natalia. Damy szanse teatrowi z Zabrza. (-;

I bonus dla czytających.





poniedziałek, 9 listopada 2009

Książkowo listopadowo.

W sobotę byliśmy na Turandot. Rozbebeszyć nie będę tym razem, bo nie mam czego. Całość perfekcyjna muzycznie i inscenizacyjnie. Tak, klasycznie, ale przy tym bardzo świeżo i dynamicznie. Słuchałam i patrzyłam jak zaczarowana. Oczywiście klasyczna interpretacja, dokończona po śmierci Pucciniego, wygląda troszkę jak z Disneya, ale i tak bardziej przekonywająco niż zamurowywanie się w grobowcu u Verdiego. Zachwycające – tyle co można powiedzieć.

Za to następnego dnia byłam na Targach Książki. Z budżetem specjalnie na ten cel przeznaczonym. I z dużymi oczekiwaniami. Budżet został nienaruszony, a mnie oczekiwania zmieniły się w rozczarowania. Za dużo ludzi. Fatalna organizacja stoisk. Strasznie dużo wydawnictw ezoteryczko -naukowo- religijnych, a te które mnie rzeczywiście interesowały miały to co w empiku. I bywa że w podobnych cenach lub drożej. W sumie całość była nastawiona na nowości wydawnicze autorów polskich. Z tym że nie było nowości na którą czekam najbardziej bo ona premierę ma w grudniu. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – premiera około 30 12 2009 – klops.

Co do książek dwie refleksje.

Ja zasadniczo jakoś polskich autorów specjalnie nie uwielbiałam. Pomiędzy kiczem „Domu nad Rozlewiskiem”, a ambitnymi bluzgami Masłowskiej pewnie coś jest, a ja do tego nie dotarłam.
Z jednym wyjątkiem.
Autorki, którą za wszystkie książki wielbię. Z Tokarczuk zetknęłam się po sztuce Towarzystwa Wierszalin „Prawiek i Inne Czasy”. Książkę czytałam chyba z naście razy. A potem połykałam wszystkie kolejne, łącznie z AnnąIn która zeszła do podziemi. Wtedy zaniemówiłam z wrażenia, że można pisać tak perfekcyjnie. Że ktoś tak napisał AnnęIn, InAnnnę. Jakbym sobie to zamówiła. W zeszłym roku kupiłam sobie Biegunów i przyznam że na początku się odbiłam. Coś mi nie leżało. Ale miałam jakieś dziwne wrażenie, że to nie z książką jest coś nie tak, ale nie nadszedł jeszcze dobry monet. Nie jest to jeszcze pora spotkania z tekstem. Jakiś czas temu ot tak zdjęłam ją z półki i wpadłam. Podróżuję z nią, bo jest to książką podróż. Pocięta na kawałki, a jednocześnie spójna. Przypominająca trochę widoki z pociągu, poczekalni na lotnisku, książka przedziwna i zaczarowana. I dlatego tak czekam na grudzień i „Poprowadź swój pług przez kości umarłych’. Tytuł z Williama Blaka u Tokarczuk to jest powód dla którego można obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na premierę.

I jeszcze coś o Książkach. Myślałam, że niezależnie od tego czy coś kupię czy nie, na targach książki poczuję się jak w raju. A było mi jakoś tak nijako. Za dużo ofert, promocji. Wolę antykwariaty. Perły poupychane na półkach między makulaturą. Książki przeczytane, rozczytane i zapominane. Stare wydania, przedarte, pożółkłe i zakurzone. Półki pełne niespodzianek. Melville, Hugo i obok serii Harlequin. Pamiętam londyńskie antykwariaty z regałami aż po sufit, i ten na dworcu w Krakowie, który wart był niejednego spóźnienia na pociąg. Takie ze starymi pocztówkami i plakatami zwiniętymi w rulon. To przyśpieszone bicie serca kiedy widzę To Coś czego szukam - ostanie wydanie rok 1953 wydawnictwo Książka i Wiedza. Archeologia półkowa. I nawet bezosobowe allegro, na którym udało mi się Cuda Na Kiju, dla siebie lub kogoś znaleźć. Te wszystkie Cmentarzyska, Schroniska i domy samotnej książki kocham najbardziej. I dlatego jakoś w niedzielę znaleźć się nie mogłam.

Na razie mam listę książek na które czekam, takie które się ukarzą i takie które zamierzam upolować. Na pierwszy gryz idzie w tygodniu „Opowieści fantastyczne” Dostojewskiego. W taki mglisty listopad to tylko Ruski Mrok i czarna herbata.


oraz...

Czytam: Tokarczuk Bieguni ( kończę) A. Carter Mądre Dzieci ( zaczynam)
Słucham: Turandot i Żywiołak. ( Nie w tej samej chwili)

....a do tego na przegryzkę....

W końcu nauczyłam się piec szarlotkę. Nazywa się to cudo Tarta Migdałowo - Jabłkowa i pochodzi z książki kucharskiej Neli Rubinstein. Pyszne przepisy polsko francuskiej kuchni i dużo anegdot. A ciasto robi się tak. Polecam spróbowanie. Na wieczorze po Turandotowym smakowało. Ważne: Nie dodawać cynamonu.

Spód: Kruche ciasto.
Zagniatamy w misce.
- 115 g masła o temperaturze pokojowej
- 3 łyżki stołowe cukru
- 2 żółtka ( białka do osobnego kubeczka odlać przydaczą się potem na
coś innego)
- 140 g mąki zwykłej ( na oko 1 szklanka i 3 łyżki)
- 1/2 malej łyżeczki soli

Jabłka:
Ze 2 duże lub 3 małe, najlepiej renety albo jakieś kwaśne, pokroić na
kawałki dość cieńcie

Warstwa Migdałowa co idzie na jabłka - zagniatamy palcami w misce
- 7 łyżek stołowych masła ( takich troszkę więcej niż płaskich ale
nie z czubkiem, bliżej płaskiej dużej łyżki)
- 3/4 szklanki cukru ( 150g)
- 100 g drobno zmielonych migdałów ( UWAGA: jeżeli nie ma migdałów bo
ja takich nie mogę kupić to należy kupić 100 g zwykłych w całości,
oparzyć, zdjąć skórkę i zgnieść w wyciskarce do czosnku - zajmuje z 15
minut po dwa migdałki ale daje bardzo dobry efekt - można robić z kimś
w kuchni rozmawiając wtedy mniej szlag trafia nad monotonną pracą)

Naczynie żaroodporne smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą żeby się owo ciasta nie przykleiło. Na dół dajemy surowe kruche ciasto. Palcami je rozprowadzamy na całej powierzchni.Ewentualnie możemy ciasto delikatnie posmarować tym białkiem oczywiście nie całym) wtedy podobno mniej jabłka wsiąkają w szarlotkę.Można czynić to palcami można pędzlem. Można wcale jak się ma inne plany do białek. Na ciasto kładziemy jabłka ( obrane i pokrojone nie potarte bo za dużo soku wyjdzie. Na jabłka dajemy masę migdałową, Wygląda troszkę jak kruszonka tylko pachnie migdałami i jest tłusta. Nie przejmować się tym. Na samą gorę sypiemy 75 g ( paczkę) siekanych migdałów ( takie można kupić i nie trzeba się męczyć siekaniem) Pieczemy około 30-40 minut w piekarniku 180 stopni. Podajemy jak się schłodzi.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Mówca Umarłych o Bardzo Przechodzonej Grypie

Strasznie chaotyczna notka.

W książce Orsona Scotta Carda po śmierci Mówca Umarłych opowiada o życiu tych co odeszli. Przez to, w jakiś sposób stają się może bliżsi, niż wtedy kiedy żyli. To jakaś forma pożegnania.
Dzisiaj przeżyłam coś podobnego. Byłam na grobie Bożeny i próbowałam się pożegnać. Rozmawiałam z jej kuzynem. Pamiętam, że z Bożeną rozmawiałyśmy tak naprawdę może trzy razy. A jednak tych rozmów się nie zapomina. Dlatego tak bardzo nie potrafię sobie wybaczyć: że tej bliskości było tak mało, że zawsze było coś niby ważniejszego. I najbardziej tego, że ona umarła ze świadomością, że nie była dla nikogo ważna. A ja nawet nie zdążyłam powiedzieć jej: Byłaś Ważna. I dlatego przyszłam z białymi różami nie z chryzantemami. Nie jak do martwej, ja tego nie umiem przyjąć. Jak do ładnej żywej dziewczyny, której nie zdążyłam tych kwiatów dać.

Kiedy myślę o Bożenie to zdaję sobie sprawę, że jestem drapieżnikiem. Cholerą, która dostaje od życia to co chce. Bo tak. A jak nie dostaje, to sama bierze. To aż nie do pojęcia jak byłyśmy z Bożeną od siebie różne – i jak bardzo mimo to się rozumiałyśmy. Albo może jak bardzo ja czułam się rozumiana. Bo są osoby z którymi, mogę widzieć się codziennie, a i tak będę daleko jak na innych planetach. A są takie, z którymi przy pierwszej kawie czuję się jakbym się znała latami.

Była Persefoną – Hestią – stworzeniem kruchym, delikatnym i po prostu dobrym. Takim co myśli o innych częściej niż o sobie i takim co wierzy w innych bardziej niż w siebie. Lotna, inteligentna, bystra, a jednak nigdy nie wykorzystująca tych atutów żeby kogoś zranić. Przypadkiem znalazłam na sieci notkę jednej z jej uczennic. I życzę każdemu nauczycielowi żeby tak o nim pisano.

Dziś się dowiedziałam, że mogłaby dziś żyć. Że pomimo cierpienia, przez długi czas się nie leczyła. Bo tak, bo moje nieważne, bo lepiej nie wiedzieć co mi jest. Bo to tylko taka Przechodzona Grypa. I kiedy w końcu dostała wymarzoną pracę, o którą się starała i pracowała na nią latami wolontariatu, dokładnie wtedy, lekarz medycyny pracy skierował ją do szpitala. Przechodzona Grypa okazała się mieć przerzuty.

Czytam sobie jej teksty i to są naprawdę bardzo dobre teksty. Teksty kogoś komu brakowało tylko wiary, swojej lub czyjejś, żeby zabłysnąć.

Ja dalej piszę Lustra, nawet nabrało to pisanie tempa po roku. Nie jest to tekst wybitny. Jest niezły. Wiem, że go skończę i to będzie moje pożegnanie i dotrzymana obietnica. Bo wiem, że Bożena szczerze lubiła je czytać.

Wracam dziś z cmentarza potrzaskana, ale nie smutna. Zresztą ja nie umiem w życiu być smutna. Ja się tylko złoszczę. Tak jestem teraz dość zła na siebie. Ale wracam tez z ogromnym głodem życia. Z żywą namacalną świadomością jak bardzo wszystko jest kruche. Jak bardzo chcę i muszę kochać, być, myśleć, smakować, słuchać i „wypijać życia kwintesencję, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem naprawdę”. I robić to już dziś, teraz. Nie za godzinę. Już. Jestem jak wampir, wręcz fizycznie czuję głód wszystkiego – bliskości, słuchania innych, czytania, dotyku, pocałunków, ciasta z jabłkami, liści szurających pod nogami, zasypiania wtulonym. Po to, żeby nie przeoczyć niczego, bo nie wiem ile mam jeszcze czasu. Po to, żeby nic co Ważne nie odeszło bez świadomości tego, jak Ważne było.

Nie będę pisać już nic więcej dzisiaj. Myślę, że L.C. zrobi to za mnie dużo lepiej.

poniedziałek, 26 października 2009

Verdi, Rubik, red bul z alkoholem i … Potwór na dachu

Ogólnie wczorajszy wieczór strasznie mi się podobał. Spotykam się z fajnymi ludźmi, chodzę na kinowe opery w najlepszym wykonaniu i jeszcze, mimo że niezmiernie mi się podobało, mam okazję się podczepiać.

Wieczór wczorajszy. Aida, niewolnica egipska i kretynka wybrana z milionów.

Giuseppe Verdi, garaż 150 tyś franków w złocie. Boże, jak Rubik – myślę. I okazało się że miałam w tym sporo racji. Fajne melodyjne to to, libretto wołające swą głupotą o pomstę do nieba, piramidy doczepione na siłę, milutkie takie, ale jako samo dzieło bez rewelacji jak w Fauście czy Carmen. Osobiście nawet jakoś mnie Rigoletto bardziej porusza. Bo jak córka zgwałcona a potem martwa to jest cokolwiek inna ranga problemu niż miłosne intrygi.

Sama Aida jest postacią piramidalnie głupią. Od początku pragnie umrzeć co też na końcu czyni. W towarzystwie, bo zasadniczo niczego nie umie robić sama. Przed swoją rywalką udawać nie umie, kiedy ojciec wpada na dobry plan to ona się trzęsie ze strachu a na końcu, kiedy udaje jej się uciec a według słów ojca armia czeka gotowa do ataku, to ta księżniczka Etiopska zachowuje się jak ostania niewolnica i włazi za ukochanym go grobowca. Ja zawsze byłam zdania, że z grobowców się raczej wyciąga ( jeżeli delikwent jeszcze żyw) a nie daje się zamurowywać. Postać w libretcie jest straszliwie nieprawdopodobna i mimo, że zagrana i zaśpiewana świetnie to nie przekonuje. A jakby mi ktoś ojca i ukochanego ubił i bym miała armię do dyspozycji to by z tego Egiptu kamień na kamieniu nie został. Pewnie, że mogło jej się nie udać. Ale miała mało do stracenia. A jak się nie próbuje to się nigdy nie udaje.

Rademenes nie lepszy. Jego super plan, że wytnie w pień Etiopów, a potem od tak poprosi Faraona żeby mu jednak swojej córki nie dawał był porażający. Na pewno stwierdzenie „ słuchaj, wiem, że już mamy zaręczyny, ale wolę niewolnicę niż księżniczkę, nie bierz tego personalnie” Faraon zareagował by słodkim uśmiechem. Jasne.

Jedyną postacią która jest ciekawa jako konstrukt jest Amneris. Też kocha, ale jest trochę za pewna siebie, dumna i gdzieś pod skórą czuje nadchodzącą porażkę. Odrzucenie i upokorzenie, bo została odepchnięta dla niewolnicy. I tu odszczekuje moje teorie z notki o Tosce. Ją grała pani która była odrażająco grupa i brzydka. I była przekonująca. I scena kiedy na końcu błaga go, żeby dał się uratować, on ją wyrzuca jak psa, a ona chowając godność błaga o łaskę dla niego jest wstrząsająca. Jest to jedyna postać która się zmienia, udaje jej się pokonać własną zazdrość i nienawiść. Przy tej smutnej scenie końcowe tearra addio było komiczne.

Kolejna uwaga i do Verdiego i do reżysera. Po co te piramidy? Ja wiem Kanał Sueski, zapłacili. Ale to trzeba było troszkę oczytać i zrobić to przynamniej w duchu Egiptu. A tutejsze śpiewy religijne „ Do ojca najwyższego stworzyciela nieba i ziemi” nie mają z Egiptem nic wspólnego. Podobnie sposób myślenia bohaterów. Z tego co wiem, to monogamia nie była tam jakąś wartością i nikt nie robił by problemu z układu Amneris żona, Aida nałożnica. Wszystko jest takie monumentalne, komiksowe, przez te piramidy nie widać emocji bohaterów. Tu już nie byłoby wszystko jedno gdyby je wycieli, to by to pomogło.

Właśnie doczytałam że w przyszłym roku dalej grają Aidę na nowocześnie w Bregenzer. I dość chcę jechać. Dla Amneris. Żeby ją zobaczyć bez tych cholernych piramid.




Sama reżyseria była perfekcyjna, ale niestety bez pazura. Naprawdę była ładnie, ja rozumiem że to opera nie teatr, ale czemu oni stali, patrzyli w publiczność – nie na siebie i śpiewali. Za mało gry! Na swoją drogą fajnym fragmencie Guearra, Guerra stoją jak posagi. Tak to wy na wojnę koledzy nie dojdziecie.


Po operze wylądowaliśmy o Ociepków. Napojona 3 red bulami, 2 colderxami, po życiu fajki wodnej odkryłam że kolega Paweł robi bardzo dobre drinki. Ogólnie impreza byłą wesoła, łącznie z grami paszowymi do godziny 4 starego czasu. Ponieważ przyjechałam z prawie zaleczoną grypą i prawie nową anginą to mój organizm stwierdził rano że ma dość.

Opery to bardzo wyczerpujący sposób spędzania czasu. Na Turandot też się ekipa zbiera.

A po powrocie, zasypiając dziecko, zetknęłam się z pierwszymi lękami dziecięcymi. To znaczy światło na korytarzu ma być, bo przyjdzie Potwór. Ani mi się śni zostawiać światło a na dodatek hodować Potwora więc pytam się co to za jeden ten potwór.
Natalis dość wystraszony opisuje, że ma rogi, wielkie zęby, pazury i mnie zje.
Hmmm, myślę. A gdzie ten potwór mieszka?
- U nas na dachu.
( To już z górki, to Nasz potwór. Przez chwilę rozważam, podarowania Natalisowi pogrzebacza, żeby był pod łóżkiem na Potwory, ale z obawy o zdrowie kotów rezygnuję).
- A jak ten Potwór ma na imię – pytam dalej.
- No potwór.
- Nie no słuchaj, jego mama musi jakoś na niego wołać. Jak by to było, „potwór umyj zęby”?
Stanęło na tym, że nazwałyśmy go Karol.
Na naszym dachu mieszka potwór Karol. Ma wielkie zęby ( które myje) pazury i rogi.

A jak Karol przyjdzie do Natalii w nocy to Natalia powie:
- Cześć Karol. A może byś chciał zjeść chleba z miodem?

I gwarantuje, że Karol jej nie zje.

I tym to sposobem mamy zgaszone w nocy światło.

czwartek, 15 października 2009

Ali Baba 41 rozbójnikiem

Bawimy się w teatr. A właściwie coś miedzy teatrem a rpg. Mamy bajkę i ją „odtwarzamy”.

Ali Baba i 40 rozbójników.

Problem 1 : Skompletowanie zabawek reprezentujących gromadę rozbójniczą.

Problem 2: Natalis gra Ali Babę. Ja złego i bogatego brata.
Ali Baba udaje się do sezamu. „Sezamie otwórz się” Bierze złoto i idzie do domu.
Przychodzi brat. ( W wersji oryginalnej Ali Baba wyjawia mu sekret swego bogactwa).

Ja: ( jako brat) – Ach Bracie kochany skądż masz tyle pieniędzy?
Natalis ( jako Ali Baba) – Nie powiem.
Ja: Ach powiedz miły bracie, proszę.
Natslis: Nie krzycz, nic ci nie powiem bo wygadasz. To jest moje złoto i moje pieniądze. Będę królem!
Ja ( jako narrator szeptem ) Natalko, ale w bajce on ma teraz zdradzić…
Natalia: Nie. Idź sobie bracie. Nic ci nie powiem.

I tyle było bajki. Fabuła stanęła w miejscu. Ali baba żył długo szczęśliwie i bogato.

Ponadto: Mam dość tej cholernej jesienno zimy. Marznę do kości. Jest mi szaro zimno, zimno i nie tak. Oddaję się kultowi Trzech Boskich K Kocyka, Książki, Kanapy.

niedziela, 11 października 2009

Tosca nie jest jak wino. Z wiekiem nie lepsza.

Wczoraj oglądałam Toskę na transmisji z Metropolita Opera. I kilak refleksji na temat ciężkiego losu śpiewaczki operowej.
Po pierwsze to cała sztuka niezmiernie mi się podobała. Toski mogę słuchać stale i wciąż. Zrobione klasycznie, ale z pewnym polotem. Świetna scena ostatniego upadku – wreszcie Toska nie spada gdzieś za kulisy.
Juha Uusitalo jako Scapia bezbłędny. Nie za stary, w typie „obleśny i naprawdę wredny”. Zagrane i zaśpiewane tak że ciarki po plecach chodzą.
Marcelo Alvarez jako Cavaradossi wspaniały. Bardziej rzeczywiście rewolucjonista niż zakochany ciućmok w stylu Alagny.
I dalej pojawia się problem. Karita Mattila jako Toska, byłą wspaniała dopóki człowiek miał przymknięte oczy. Ale niestety czasem, skuszony tym że jest na transmisji spektaklu a nie audycji radiowej, otwierał oczy. Tu już nie chodzi o wiek, bo pani Karita jest tylko o 4 lata starsza od Angeli Gheorghiu, która byłą w tej roli wspaniała. Problem w tym, że czas obszedł się z nią niezbyt delikatnie a i swoją urodą nie grzeszy. Jej rysy: wystający podbródek, lekko skośne oczy tworzyły z całą masą zmarszczek coś co kojarzyło się z przesłodzoną panią po 70. Ja wiem że to jest opera, i ona to naprawdę dobrze i wiarygodnie zaśpiewała. Tyle, że człowiek cały czas się zastanawiał 1) czego ci panowie od niej chcą 2) czemu ona nie korzysta jak Sacrpia chce – to może być jej ostania szansa. Aktorsko też mnie nie przekonała – grała zbyt egzaltowanie. Z jej wygładem może lepiej było po prostu stać i śpiewać a nie rzucać się po scenie.

Okrutne to. I tak sobie myślę, że wszystkie ( zasadnicza większość) tychy operowych heroin jest wg libretta młoda. Więc jeżeli już nie obsadzać młodej panienki, to przynajmniej
panienkę bardzo atrakcyjną. Żeby zaloty do niej nie wyglądały niezrozumiale. Zdecydowanie mniej okrutny jest teatr gdzie są wspaniałe role dla kobiet młodych i tych po 70. I w pewnych kreacjach wiek jest atutem. I o ile facet brzydki lub starszy może być atrakcyjny ( a i ról dla starszych śpiewaków trochę jest) to z mnie osobiście pani w wieku balzakowskim i negocjowanej urody do Toski czy Małgorzaty z Fausta nie przekona.

No powiedzcie sami, czy on nie wygląda jakby był przerażony Toską a nie torturami?

piątek, 9 października 2009

Julia / Wombat

Poszłam sobie dziś do kina. Sama. I to w podwójnym sensie bo bez osoby towarzyszącej i w ogóle byłam sama na Sali kinowej. Rewelacja. Czułam się jak na pokazie dla VIP. Poza tym odkrywam że ja jednak uwielbiam kino. Dużą ciemną salę, szum projektora i tą całą atmosferę. A w ogóle to poszłam sama bo film był babski.

Julie & Julia


Wyobraźcie sobie kogoś kto:
ma pracę w której mało zarabia, czuje się sfrustrowany i zestresowany,
ma kota,
ma bardzo fajnego męża, choć czasem jest wobec niego zołzą,
kto chciał być pisarką ale napisał na razie pół powieści i schował głowę w piasek bo i tak mu nie wydadzą,
kto stale lubi być głaskany po główce i lubi jak się mu przypomina jaki on to nie jest do kitu,
ma paskudną matkę,
ma lat około 30,
…i pisze bloga.
Nie to nie ja. To główna bohaterka. Ale jak się możecie domyślić film ogromnie mi się podobał. Ciepły, zabawny, niegłupi. Bardzo dobry aktorsko, dający nadzieję i ale nie w sposób naiwny i infantylny. Ogromnie podobała mi się idea że jak ktoś lubi jeść powinnam zająć się gotowaniem. Wiecie, ja najbardziej lubię czytać. (-;

I film smakowity. Mam ochotę po nim troszkę poeksperymentować w kuchni. W tym celu chcę zdobyć dano zaginioną książkę kucharską ( jedyną jaką miałam i lubiłam ) a mianowicie Kuchnię Nelly Rubinstein. Pamiętam że przepisy były tam pyszne, nietypowe i okraszone anegdotami. Jak przyjdzie z allegro dam znać jak poszły dobroci.

A wnioski po filmie trzy
- robię się głodna,
- dobrze mieć fajnego faceta który rozumie wspiera i jest najbardziejszy, nie załatwia to wszystkich problemów, ale sprawia że w życiu jest fajnie,
- jeżeli bardzo długo i wytrwale robi się coś co się lubi najbardziej to coś dobrego z tego musi być


A poza tym:

Jadę jutro na Tośkę. Zobaczymy jak będzie.
I mam wielką ochotę na krakowskie antykwariaty ( na allegro wszystkiego nie ma…) i na czekoladę u Szerokiego Elfa.

Przeczytałam o dzisiejszym Noblu. Wiem, szkoda komentarza. A jednak myłam, że z krzesła spadnę.
Ja już dawno mówiłam że Nobel literacki jest dyskusyjny ( Herbert nie dostał a Jelinek tak) a Pokojowy to kpina od kiedy w 2007 Al Gore wygrał z Sendlerową – pogadanki o klimacie zwyciężyły z kimś kto własnym życiem ryzykował ratując żydzie bardzo konkretnych dzieci. Ogólne teorie przeciw życiu ludzkiemu, które można policzyć zważyć. Teorie wygłaszane na wygodnym fotelu, przeciwko ryzykowaniu własnego życia. Wstyd.
Jak widać nie miałam o tej nagrodzie zbyt wysokiego mniemania. Teraz naprawdę nie rozumiem za co Obama dostał. Podejrzewam, że on sam tego nie rozumie. Ja nie mam nic przeciwko niemu. To chwalebne że w kraju gdzie było niewolnictwo i kuklux klan mają czarnego prezydenta. ( Inna sprawa czy gdyby nie był czarny zostałby prezydentem – czy może wielu głosowało na niego żeby pokazać że nie jest się rasistą). Życzę mu jak najlepiej. Ale na wszystkie Demonki on jeszcze nic nie zrobił. Albo może raczej nic dobrego. To lizanie zadka naszego wielkiego barta zza oceanu jest już niesmaczne.

poniedziałek, 5 października 2009

Mru!

Zdjęć mało bo aparat powoli umiera. Zresztą mnie w ogóle przedmioty materialnie nie lubią. Ale to jeszcze dał radę. Z dzisiejszego poranka z jesiennymi pozdrowieniami od pewnej czteroletniej damy.



A poza tym:
Czytam: Zusak, Posłaneic ( Dobre, dobre, dobre!)
Słucham: Dvorak, Koncert na dwie mandoliny g-dur
Oglądam: Przerwane Obięcia Almodovara ( byłam) Julia, Julia ( będę)

poniedziałek, 28 września 2009

Na służbie u Sinobrodej

Z racji czytania Natlisowi przerabiam teraz całe stosy baśni. I czasem szperam teraz po ich ukrytych znaczeniach. Pamiętam długie rozmowy jakie prowadziłam z kilkoma osobami, w tym z Bożeną, o bajce o Sinobrodym – jednej z tych które zrobiły na mnie największe wrażenie kiedy byłam dzieckiem. Pamiętam, że ja się tamtej bajki nie bałam, że uważałam, że to się wszytko dało zakończyć tak, żeby mieć z tego korzyść. I w tych rozmowach nie bardzo udawało mi się przekonać dlaczego tak uważam. Teraz chyba wiem.

Otóż pierwotną wersją tej baśni była dla mnie historia z Baśni Birmańskich. Poznałam ją najpierw i czytano mi ją do bardzo często. Wersja ta trochę się różni, ale ma na tyle wspólnych motywów, że można uznać ją za tą samą historię inaczej opowiedzianą.

Otóż: Były dwie siostry, dobra młodsza i zła starsza. Zła postanowił się pozbyć siostry i wrzuciła ją do rzeki. Prąd morski zaniósł ją daleko aż do zamku Olbrzymki. Swoją drogą fascynujący motyw Olbrzymki – wielkiej, drapieżnej kobiety – potwora. Jednak w naszej kulturze większość olbrzymów było facetami.
Olbrzymka przyjęła dziewczynę na służbę, ale kazała jej nie wchodzić do piwnicy. Młodsza siostra przykładała się do służby no ale oczywiście zajrzała do piwnicy. I znalazła tam ciała kobiet. Olbrzymka bowiem był ludojadką i zjadała młode dziewczyny. Piwnica była pełna ogryzionych kości. Dziewczyna nie dała nic po sobie poznać, i kiedy Olbrzymka pytała czy ta się jej nie boi, odpowiedziała z niewinnym uśmieszkiem, że nic a nic tylko ją szanuje. Potrafiła opanować swój strach.

Kiedy w końcu poprosiła o możliwość powrotu do domu, Olbrzymka tak ją polubiła ze dała jej siedem dzbanów złota i wysłała do domu. Z zazdrości starsza siostra tez wskoczyła do rzeki i znalazła się na służbie u Olbrzymki Ludojadki. Historia się powtórzyła ale głupia siostra na widok stosu kości się rozryczała, że się boi i chce do domu. I została zeżarta.

Ponieważ zetknęłam się tą bajka wcześniej niż z sinobrodym to umykał mi fakt, że Sinobrody jest Facetem – Mężem. On był dla mnie tym kim była Olbrzymka – Ludojadka. Ciemną siłą, groźną ale taką którą można pokonać przez pokonanie własnego strachu.

Tak też pisze Clarissa Pinkola Estés “Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o której nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. (…)Kobieta] może wyrwać moc wszystkiemu, co trzyma ją w niewoli, i wykorzystać tę moc, kiedyś użytą przeciw niej, do własnych celów. To jest istota dzikiej kobiety.”

Dla mnie dziewczyna i Olbrzymka ( czy Sinobrody) to byłą ta sama osoba. To była jej drapieżna ciemna siła, nad którą można zapanować pokonując strach. Zresztą w jednej z wersji Sinobrodego jego żonami były 3 siostry, dwie straszne zostały zjedzone najpierw, a najmłodsza – w chwili kiedy zajrzała do komnaty i upuściła kluczyk w kałużę krwi tworząc niezmywalne plamy, znalazła ratunek w Sposobie – umyła kluczyk w mleku. Oszukała męża, zapanowała nad strachem i na spokojnie wezwała braci. Czyli się da. Zresztą on jej daje ten kluczyk jak wyzwanie. Gdyby naprawdę coś chciał ukryć nic by nie mówił i zamknął. On jej rzuca wyzwanie „ okaż mi nieposłuszeństwo, a potem zapanuj nad strachem”.
Interpretacja w której traktuje się Sinobrodego jako symbol złego patriarchalnego faceta który niszczy i „zjada” kobiety w ogóle mnie nie przekonuje. Bosze jaki on zły, jaka ona niewinna. Bajeczka ku przestrodze. Tylko zawsze mi się wydawało, że kobiety dostawały w łeb od a krzepkich młynarczyków niż od tajemniczych Sinobrodych.


A z wiadomości z ostatniej chwili
- Jest kot do oddania. Cudny burasem. Teraz jest w domu tymczasowym u Nietoperza. Zdjęcia będą lada dzień. Niestety drugi kot znaleziony na Ani podwórku przeszedł na tamtą stronę cienia. Ponieważ zakładałam, że będzie u nas tym bardziej mi go żal.
- Od jutra będę chodziła na taniec brzucha. Ruszamy się i budzimy w sobie kobiecość.
- Piszę, piszę, piszę. Nie jest źle.

niedziela, 20 września 2009

...i dźwięki

Żeby nie było, że dziś tylko słowa.
Chodzi za mną od trzech dni. I strasznie kojarzy mi się z Łukaszem i Masią. I strasznie marzę żeby po tych latach mniejszego kontaktu dane nam było kiedyś przejść się ( wychodzi na to że z potomkami) starym miastem gdzieś w Hiszpanii, potem wejść do kościoła z tym niepowtarzanym zapachem strych murów i chłodem i usłyszeć to:


Ps. Do płyty Savalla którą dostałam wracam stale i wciąż.

Wombat zrzędzi po artykule.

Przeczytałam sobie właśnie na Gazecie artykuł o pani Helen Gurley Brown, która była przez wiele lat naczelną redaktorką Cosmopolitana i włosy mi stanęły dęba na głowie. To ona jest feministką? To ktokolwiek może ją za nią uważać? Są takie głosy jak się dowiedziałam. O.
Ja do feminizmu mam bardzo mieszane uczucia. Kiedyś byłam w 100% anty. A teraz im dłużej sobie myślę, czytam, dalej myślę – to okazuje się, że moje szczere wombacie przekonania są chyba bardzo blisko feminizmu. A jednak jak podchodzę i obwąchuję to Coś mi tu śmierdzi i jakoś się podpisać nie mogę.
Jestem blisko feminizmu bo na klasyczny patriarchat ( uległość wobec kogokolwiek – mężczyzny na ten przykład) jest dla mnie obrzydliwa. Ponieważ ani z domu ( jaki był taki był) ani ze związku patriarchatu nie doświadczyłam uważałam go za abstrakcyjne monstrum, które jest tak paskudne, że jego istnienie najlepiej włożyć między bajki o godzili. Zbliżałam się też do feminizmu, kiedy widziałam w sobie tą pierwotną kobiecość – Afrodyte – po części Demeter – o których pisała Jean Bolen. I dzika kobieta Clarissy Estes. To była kobiecość neolityczna, nieskrępowana, pierwotna i dzika. I w żadnym razie nie wynikającej z roli żony czy matki jaką daje mi społeczeństwo. Role społeczne miałam i mam głęboko w gdzieś.
A odrzucało mnie od feminizmu Coś. Oczywiście nieszczęsny pogląd na aborcję którego nie kupię od nich nigdy i w żadnej postaci. Dalej gloryfikacja roli kobiety – pracującej ( niezależnie od tego jakby debilna ta praca była – z definicji jest lepsza od opieki nad dzieckiem) – czego efektem jest armia kobiet zaczarowujących się na dwóch etatach ( dom i kariera) i czujących że w jednym i drugim nawalają – bo oczywiście panowie chętnie przyjmują żonę feministkę która pracuje – ale już żony która oddaje im część obowiązków domowych widzieć nie chcą. I jeszcze było Coś czego zdefiniować nie umiałam a mi śmierdziało.
Wiem już co to było. To Coś to traktowanie poglądów pani Helen Brown i jej produktu jakim jest Comso-Gril jako feminizmu - śmierdzi mi to straszliwie. Jak to ładnie napisano w artykule „doradzała kobietom, jak siadać, stać, jeść, pić, czesać się, wypowiadać, ubierać, byle tylko zadowolić mężczyzn”. Ja powiem więcej – systemowi patriarchalnemu można zarzucić przedmiotowe traktowanie kobiety jako macicy – matki i rąk do pracy w domu. Ale w jakiś sposób szła za tym ( przynajmniej teorii i tak długo jak kobieta się nie wychylała) opieka i szacunek. Mężczyzna też miał jakieś zobowiązania. Mnie ten układ w ogóle nie odpowiada ale w jakiś sposób mogę go zrozumieć. Szczególnie jeżeli nie jest zdeformowany i opiera się na szacunku.
Pani Brown rezygnując z układu Kobieta – Macica przeszła do układu Kobieta – Nakładka Na Penisa. I to nie byle jaka nakładka! Nakładka zadbana, uśmiechnięta, samowystarczalna finansowo, nie wymagająca zobowiązań i w dodatku przechodnia. Można zaprzestać używania i skorzystać z następnej. Cały świat jest tu pojmowany przez Niego – Pana – Mężczyznę – metod jego zaspokojenia. I nie wierzę w bzdury że pani Brown reprezentuje feminizm dla zahukanych dziewczątek klasy pracującej. Jeżeli te dziewczątka wyzwolą się dzięki niej od perspektywy pana męża któremu trzeba robić kolację – do pana przełożonego któremu wypada zrobić laskę – to ja przepraszam, ale gdzie tu wolność? Na wyborze obiektu, któremu się rzeczoną czynność robi? Zniewolenie nie jest stanem społecznym, ale stanem umysłu. ( Przynajmniej w naszej kulturze – gdzie prawa są równe – pomijam przypadki Afganistanu ), poczuciem wartości siebie i własnej kobiecości. Jestem mamą która trzy lata siedziała w domu, zazwyczaj ja gotuję, częściej piorę – bo tak mi pasuje. I jakoś się nikt w ciągu mojego życia nie próbował wombata zniewolić i uprzedmiotowić. Cóż, byłoby to zajęcie wysoce nieefektywne i raczej niebezpieczne.

A ze spraw bieżących.
Humor dalej bardzo dobry.
Czytam Lavondyss Holdstocka. Jest to kontynuacja Lasu Ożywionego Mitu który czytałam wieki temu i pamiętam do dziś. I Kiedy kilka tygodni temu Ania przeczytała mi pierwsze słowa książki

„Czy ważysz się, o duszo,
Pójść ze mną na obszar nieznany,
Gdzie ścieżek nie znajdziesz ni gruntu pod stopami?

…to byłam w proszku i na sporym głodzie kiedy resztę tekstu dorwę. Już mam.
Od października zaczynają mi się operowo krakowskie wyjazdy połączone ze spotkaniami znajomych. Fajnie.
I jest sezon na kasztany. Robimy z Nat ludziki i cholera jakoś nie pamiętałam z dzieciństwa, że w tym pieroństwie jest tak ciężko zrobić dziurkę.

niedziela, 13 września 2009

Bajki i bajeczki.

Pierwszy weekend od bardzo dawna gdzie nigdzie nie ganiałam. Miałam troszkę czasu na Dom, Natalia i Książki.
Z planów teatralnych wyszło coś w rodzaju rpg, zupełnie nie wyglądało to tak jak planowałam ale zabawy było dużo

W sobotę Nat chlorawa więc siedzimy na kanapie i za pomocą plastikowych dinozaurów odtwarzamy Kopciuszka.
Ja: ( jako Herold księcia) - …i książę na balu wybierze sobie męża…
Przem: - Znaczące chrząknięcie
Ja niezrażona: ( jako Herold księcia) – na bal, na bal zapraszamy bo książę męża szuka…
Natalis ( zdegustowany) – Chyba żony…

Dzisiaj podajecie do Calineczki. Ale fabułę diabli wzięli bo Natslais obsadził się w roli Ogrodniczki która pilnowała Calineczki. I jak w pierwszym akcie ropucha chciała grać swoją rolę to dostała wycisk. I ogólnie fabuła nie zwykłym torem.


I przy tej okazji krótka refleksja o Bajkach. Byłam ostatnio u rodziców i przejrzałam kilka książeczek jakie jej kupili żeby tam miała. Szlag mnie mało nie trafił. Czerwonego kaptura wilk nie zjada tylko straszy, Małą Syrenka zostaje żoną księcia, a Dziewczynkę z Zapałkami adoptują. Czy ktoś tu oszalał? Czy w tej politycznej poprawności nie zaszliśmy za daleko? Czytałam ostatnio rewelacyjną książkę o znaczeniu baśni, ich roli i znaczeniach – „ Bajki Rozebrane” Katarzyny Miller I Tatiany Cicheckiej. Polecam.
I tu już nie chodzi o absurd że trzęsiemy się nad dziećmi, układami im milusi różowy świat gdzie wyczystko jest milusie bo inaczej by im mogło zaszkodzić – lub nie daj boże przestraszyć. I to nić, ze całe pokolenia wychowywały się na braciach Grimm i Andersenie.
Bajki są po coś. Nie tyle żeby moralizować i przekazać morał. Bardzie po to, żeby dziecko sobie pewne emocje przećwiczyło, pobało się, posmuciło, nawet zupełnie nieświadomie przyjmując tą drugą, archetypiczną stronę bajek.

Tak czytam czteroletniej córce Andersena i Grimma w najbardziej oryginalnej i nie okrojonej wersji jakiej udało mi się kupić. Tak, Mała Syrenka zmieniła się w morską pianę, po tym jak nie chciała zabić sztyletem żony księcia. Czerwonego Kaptura zżarł wilk którego potem wypatroszył myśliwy, a Ołowiany Żołnierzyk się spalił. I pieprzyć Disneya!


A ja z kolei odkryłam magię audiobooki. W zupełności książek mi nie zastąpią, ale mogłam dziś umyć okno słuchając Melvilleia.

wtorek, 8 września 2009

Na rozdrożu w jasnym słońcu

Obiecałam wytłumaczenie i cisza. Najpierw wylądowałam na długi weekend w Londynie ( upiór, ostrygi, szampan i książki) a potem sytuacja zdążyła się kilkakrotnie zmienić.

Podsumowując:
Nie pracuje już w Horyzoncie.
Robię dla nich Belgię na Innych Zasadach. Jak długo to czort wie. Pewnie jak długo będzie mi się chciało.
Zupełnie nie wiem co będzie za najbliższy miesiąc, pół roku, rok, dwa lata.
I to podoba mi się najbardziej.

Czuję się jakbym w stała w słońcu o świcie na rozdrożu. Z pełną świadomością, że nie mam pojęcia w którą drogę skręcę i co mnie tam czeka, ale zawsze będzie to coś dobrego i ciekawego. Dawno nie czułam się tak przepełniona energią i radością. To jest jak otwieranie od życia prezentu niespodzianki. Ogólnie opcje są cztery – i pewne kombinacje ich – i najfajniejsze jest to że każda z nich będzie mile widziana i zmieni w moim życiu coś dobrego. I nie chodzi tu że ja sama nie podejmuję wyboru. Może ja znam się za mało żeby go dobrze podjąć, więc zamiast szarpać się z życiem biorę to dobrego co przyjdzie.

Na dzień dzisiejszy wolałabym tu nie nazywać tych czterech dróg – ewentualności które gdzieś się mi otwierają. Nie mówię że pracy szukać nie będę. Tak, choć pewnie ostrożniej, bez panicznego przeglądania wyborczej z dziesiątkami dołujących ogłoszeń na przedstawicieli handlowych.

W Horyzoncie pracowało mi się dość dobrze. Przynajmniej do końca czerwca tego roku. A potem, nie wiem czy przez atmosferę przed - zwolnieniową czy to że firma się zaczęła zmieniać w kierunku który nie był mi szczególnie bliski było coraz gorzej. Zaliczyłam depresję – do której nawet nie byłam się w stanie przed sobą przyznać ( „ Jak to! Ja depresja? Mi jest zawsze dobrze i zawsze spadam na cztery łapy”). Po Beskidzie niosłam się w milczeniu jak duch z przerażeniem myśląc o powrocie. Alicja słusznie zwróciła uwagę że mój nastój na Flambergu był cokolwiek smętniejszy od Rabkonu. Właściwie to to co trzymało mnie w Horyzoncie najmocniej to ludzie. Nie wszyscy - ale duża część - i poczucie wspólnoty, stada, tego że robimy coś razem. Wprowadzenie najpierw coraz większej ilości kontroli i formalizacji a potem zwolnienia sprawiły że tam i tak już nie ma dla mnie miejsca. Zostało kilka osób ale ten zespół dla którego chciało mi się starać i robić coś Razem poszedł w diabły. Przyznam że trochę żałuję, ale trzeba iść dalej.

Kiedyś ktoś mnie zapytał czy będąc w domu z Natasiem nie czułam się w nudnym kieracie i zamknięciu. Szczerze mówiąc było dokładnie na odwrót. Miałam czas spotykać ludzi którzy są mi bliscy, miałam czas czytać, czytać, czytać, gdzieś w tle były dźwięki, zapachy. Ostatnio byłam w kieracie. Bez kontaktu z ludźmi – bo na tych najbardziej bliskich nie starczało czasu, zmęczona, odstawiona od słów. Może śmierć Bożeny uświadomiła mi że tak dłużej być nie może. Że ja też mogę dostać w każdej chwili czegoś co sprawi że zostaną mi dwa miesiące lub dni. I świadomość tego sprawia ze wiem jak cenne jest to co mam. Jak kruche i unikatowe.

Od poniedziałku zaległości w czytaniu
A. Carter Marianna i Barbarzyńcy
R. Holdstock Las ożywionego Mitu i Lavondyss
V. Nabokov Ada albo Zar
M. Sztejner Wyspa Klucz
A. Rice Godzina czarownic
B. Ulsamer Systemowa terapia Hellingera – Bez korzeni nie ma skrzydeł
K. Dickens Magazyn Osobliwości ( dokończyć)
A. Kańtoch Miasto w zieleni i błękicie ( Ani gratulujemy Zajdla)
H. Thoreau Walden
O. Wilde Portret Doriana Graya ( a potem obejrzeć ten nowy film z bardzo apetyczną obsadą...)
A. Zusak Posłaniec

Poza tym
Kilak wyjazdów operowych do Kina Kijów w Krakowie
Bukiet żółtych chryzantem na grób Bożeny
Spacer z Natalisem w celu zbierania pierwszych opadłych liści
Urządzić z Natalsiem mini przedstawienie teatralno kukiełkowe Calineczka. Widzowie koty. Obiecałam jej to od miesiąca.
Wysłuchać w całości Dziadka do Orzechów.
Wygłaskać koty tak żeby im uszami wyszło.
Pojechać na Alchemikom.
Przejść się na targ warzywny.
Skończyć kilka starych tekstów.
Wrócić do nauki języka angielskiego. Na lekcjach razem z Aniołakiem.

I dużo więcej….

Wiem, kilka znajomych osób które straciły pracę reagowało inaczej. Widocznie jestem inna.
I jak ktoś mi powie, ze to nieważne, nieodpowiedzialnie, że nie myślę ani o karierze, ani o tym podobnych. Ze powinnam teraz szukać pracy, mieć doła, czuć się niedowartościowana. Jeżeli robienie niskopłatnych ( bo pensja w Horyzoncie porażająca nie była…) pierdół, ciągłe słuchanie czyś poleceń było lepsze niż to co mam w planach – to ja mu odpowiem tak samo jak mawia jedna z koleżanek z Horyzontu ( obecnie na macierzyńskim); TURLAJ DROPSA (-;

PS. A kocur mówi że wreszcie od dłuższego czasu da się ze mną dogadać.

A na dzisiaj wieczorem przytargałam film. Stary i już strasznie dawno chciałam go zobaczyć. Fabularnie stanowi wariację na temat motywów Old Boya: długa izolacja, zemsta po latach i muzyka klasyczna w tle. Zresztą posłuchajcie sami:

wtorek, 25 sierpnia 2009

Się porobiło

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz mu o swoich planach. ( A miałam pewne na ten okres...)
Tradycyjnie już, jak każdej jesieni, mój świat przewrócił się na głowie o 180 stopni.
Zupełnie niespodziewanie i nie w tym keirunku w jakim chciałam.
Powinno mi być smutno, ale kiedy los zamyka jakieś drzwi otwiera następne. I ważne jest żeby nei stać na progu tylko iść dalej.

Szczegóły potem. Na razie tylko powiem: Mieliśmy w pracy redukcję etatów. I czuję się zaszczycona gronem ludzi wśród których mogłam wylecieć (-;

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Wakacyjne czytanie

Nasz kot idzie do nieba.

Margaret Atwood




Nasz kot został raptownie wzięty do nieba. Nigdy nie lubił dużych wysokości, więc usiłował wbić pazury w tego niewidzialnego węża, olbrzymia dłoń, czy też orła, za których przyczyna musiał tak się wznosić, nie miał jednak szczęścia.

Gdy dostał się do nieba, było tam wielkie pole. Po polu biegało mnóstwo różowiutkich małych stworzonek, które na pierwszy rzut oka wydały mu się myszami. Potem dostrzegł siedzącego na drzewie Boga. Anioły latały wokoło, trzepocząc skrzydłami; furkotały, jak gołębie. Co jakiś czas Bóg wyciągał swoją wielką, pokrytą futrem łapę, chwytał jednego z nich w powietrzu i chrupał. Na ziemi pod drzewem leżało pełno ogryzionych anielskich skrzydeł.

Nasz kot podszedł grzecznie do drzewa.

- Miau – powiedział nasz kot.

- Miau – odparł Bóg. A właściwie bardziej zaryczał.

- Zawsze myślałem, że jesteś kotem – powiedział nasz kot – ale nie byłem pewien.

- W niebie wszystkie sprawy się wyjaśniają – odparł Bóg. – W takim kształcie postanowiłem ci się objawić.

- Cieszę się, że nie jesteś psem – odparł nasz kot. – czy mógłbym może odzyskać moje jądra?

- Oczywiście – odparł Bóg. – Są za tamtym krzakiem.

Nasz kot zawsze wiedział, że jego jądra gdzieś muszą być. Pewnego dnia obudził się z dość nieprzyjemnego snu i już ich nie było. Wszędzie ich szukał – pod kanapami, pod łóżkami, w szafach - a one cały czas były tutaj, w niebie! Podszedł do krzaka i oczywiście oba tam były. Przytwierdziły się do niego natychmiast.

Nasz kot był bardzo zadowolony. – Dziękuję – powiedział do Boga.

Bóg czyścił swoje eleganckie, długie wąsiki. – De rien - powiedział.

- Czy mógłbym pomóc ci łapać anioły? – zapytał nasz kot.

- Nigdy nie przepadałeś za dużymi wysokościami – odparł Bóg, wyciągając się na gałęzi w słońcu. Zapomniałam dodać, że świeciło słońce.

- To prawda – przytaknął nasz kot. – Nie przepadałem. – Było kiedyś parę peszących przygód, o których wolał nie pamiętać. – A może chociaż te myszy?

- To nie myszy – odpowiedział Bóg – Ale łap sobie, ile chcesz. Tylko nie zabijaj ich od razu. Niech trochę pocierpią.

- Mam się nimi pobawić? – zapytał nasz kot. – Kiedyś zwykle miewałem przez to kłopoty.

- To kwestia semantyki – odparł Bóg. – Tutaj nie będziesz miał przez to kłopotów.

Nasz kot wolał zignorować tę uwagę, ponieważ nie wiedział, co oznacza „semantyka”. Nie zamierzał wyjść na głupiego.

- Jeśli nie myszy, to co? – zapytał. Zdążył już na jedną skoczyć. Teraz przytrzymywał ja łapą. Rzucała się i cichutko popiskiwała.

- To dusze ludzi, którzy byli źli na Ziemi – odparł Bóg, mrużąc swoje żółtozielone ślepia. – A teraz przepraszam, czas uciąć drzemkę.

- W takim razie co robią w niebie? – zapytał nasz kot.

- Nasze niebo jest dla nich piekłem – odpowiedział Bóg. – Lubię mieć wszechświat w równowadze.


To było z cyklu Wakacyjne lektury. A ja sobie poprzypisywałam.

niedziela, 9 sierpnia 2009

W nicość śniąca się droga

Jak co roku wracam tam jak do domu. W deszczu, drogami błotnistymi, wśród łopianu, mięty i buków. Idąc nie lubię mówić. Myśli mi fruwają nad kopułami cerkwi, z ptakami. Kamiście, trawiasto i ciągle w zachwycie. Wśród krzyży gdzie oni śpią na podłodze dawno już spróchniałej, czort niepotrzebny wilkiem w zarośla czmycha. W Dukli, Olchowcu, Ropiance, Nieznajowej, Wołowcu. Zbieram kości po lasach rozrzucone i pióra.




sobota, 1 sierpnia 2009

Może morze






Relacja pisemna dziś wieczorem.
A fotograficzna tak krótka, bo trzeciego dnia Natalis postanowił że zrobi zamek z piasku dla aparatu (-; I teraz czekamy aż wróci z reperacji bo pałacowe życie mu nie służyło.

środa, 22 lipca 2009

(*)

Poznałyśmy się na sekcji literackiej ŚKF. Pierwsze co pamiętam to delikatne małe dłonie, rozciągnięty sweter, czarne mądre oczy i bardzo cwany uśmiech. Nie zapytałam nigdy ile ma lat, ale myślę, że byłyśmy w podobnym wieku. Pamiętam, że miała niesamowity talent. Czarodziejka słowa. Czytałam jej teksty i chętnie dawałam moje do rozbebeszania. Czułam że trafiają w dobre ręce.
Poza sekcją spotykałyśmy się we dwie kilka razy. To były te długie nocne babskie rozmowy, o książkach, życiu i innych demonach. Rozmowy z nieznajomą, z którą czujesz, znasz znasz się sto lat.

Ostatnio długo nie byłam na sekcji. Praca, dom, praca, dom. Gdzieś się kontakt rozluźnił. Próbowałyśmy się umówić w marcu, ale wypadł szpital Natalisa. Potem pisałam maile, bez odpowiedzi. Ostatnio zadzwoniłam i odwiedziłam się że Bożena jest w szpitalu po wycięciu nerki. Chciałam ją odwiedzić, ale minął tydzień i drugi i wmyśliłam ze co będę po szpitalu jej zawracać głowę jak już pewnie wróciła i się spotkamy na najbliższej sekcji. Przygotowałam na półce książki do pożyczenia.

Wczoraj dostałam maila że nie żyje.

Dostałam maila od jej kuzyna który wspominał że Bożena czasem o mnie mówiła. To dziwne po czyjejś śmierci uświadomić sobie, że było się dla kogoś kimś ważnym. I w tym samym czasie zdać sobie sprawę, jak ważna ona była dla mnie.

Pamiętam pewne strasznie niesmaczne łazanki które zrobiłyśmy przez nadmiar koncentracji na rozmowie a za mało na kuchni. Wyjście do herbaciarni. Kubeczek, chyba z serduszkiem, jaki miała zawsze na sekcji. Pamiętam Bożenę skromną, ciepłą, ale bywało że z ostrymi jak brzytwa ripostami. I bardzo maleńkiego misia w kolorze niebliskim jakiego dała Natalisowi.

Nie mogę się poskładać. Bo to nie tak miało być, bo za szybko. Bo tyle jeszcze miało się zdarzyć, tyle słów napisanych, przeczytanych, opowiedzianych. Ta bliskość i ciepło które mogło się zmienić w przyjaźń. A nie zdążyłam się nawet pożegnać. I nawet gdybym to mogła teraz zrobić, to nie wiem co bym to zrobiła.

Bożena, trzymaj się tam po drugiej stronie. Jeżeli są tam jakieś książki których tu nie znamy, to możesz mi coś wybrać, przeczytam i pogadamy, kiedy też tam trafię. Kiedyś.

niedziela, 19 lipca 2009

Od jakiegoś czasu miewam okresy doła i pogorszeń nastroju.
Za często.
Częściej niż bym chciała. Dochodzę do punktu, że stanie przed ściana i powiem sobie „K…., ani kroku dalej w tym kierunku, teraz robimy rozpiernicz totalny i idziemy gdzie indziej”

Gdybym tylko wiedziała, czego tak właściwie chcę. A dokładnie, której z kilku rzeczy, które mam na myśli. I czy moja wiara i skok w nieznane wystarczą, żeby je osiągnąć?

W końcu przecież…„pragnąłem żyć pełnią życia i wysysać z niego całą kwintesencję, aby wykorzenić wszystko co nie jest życiem, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem...”

Czyż nie?

Bo na razie jestem w zupełnie nie tym miejscu życia które chce.
Mam najwspanialszą córkę na świecie, najkocurzejszego, najmojszego kocura, kilku dobrych ludzi w około, duzo dobrych książek i dźwięków przed sobą.

I jeżeli cokolwiek przeszkadza mi się tym cieszyć i stresuje to niech spada na drzewo. Liczy się tylko tu i teraz.

I cholernie potrzebuję wakacji.

Hough!

sobota, 18 lipca 2009

Na upały (-;



Przedwczoraj była u nas Aneczka z Australii. Bardzo zmieniona, odrodzona na nowo i niezmiennie piękna (-; Wniosła radość i dobry nastrój. I żal że u nas ludzie spięci strasznie. Jeżeli za półtorej roku A. będzie studiować w Londynie jak planuje, a moje plany pozwolą mi na kilka dni urlopu to koniecznie musimy się tam spotkać (-;

A ja w czwartek w nocy jadę z Natalisem nad morze. Nad Bałtyk jednak. Zbierać muszelki daleko od betonowych hoteli Egiptu.

sobota, 4 lipca 2009

Jawornikowo.

Wróconam z Jawornika, Dziękuję Natti za ten przepiekany mądry czas. Odpoczęłam, odespałam, po ponad 3 miesiącach zagoiło mi się oko, miałam czas przemyśleć kilka priorytetów. Był upał jak w Egipcie, Irańska muzyka, objadanie się, czytanie i przecudne rozmowy naszych córek.

Dziękuje.

A to relacja fotograficzna

Książki łączą ludzi



…z dzieciątkami



Natalis jako taki.

piątek, 26 czerwca 2009

W stronę słońca.

Mam huśtawkę nastrojów.

Potrzebuję wakacji to raz. A z wakacjami jest problem. Problem natury można powiedzieć egoistycznej. Ale po kolei. Mam 25 dni urlopu. Natalis w przedszkolu ma wakacje więc idea jest taka żeby prawie cały urlop brać w lipcu-sierpniu żeby jak najwięcej na powietrzu była. Tylko, że dotychczas moje wakacje przypominały sytuacje przysłowiowych szewców co nie mieli pieniędzy, ale mieli czas. Teraz dalej nie ma pieniędzy i nie mam również czasu. Sama idea posiadania „urlopu do wybrania” mnie drażni. Zawsze jeździłam kiedy była okazja, kiedy chciałam. A tak zaplanować do przodu. A skąd ja mam wiedzieć jaka będzie pogoda/ okazja / ochota?

Tak czy inaczej mam 25 dni
Z 3 dni zrobiono tydzień i jedziemy z Natalsiem do Jawornika. Wieś sielanka, Natalia ( duża) i mały Olguś. Jadę w poniedziałek po szkoleniu i ogólnie się cieszę.

Z dwóch dni uszyto ( po dosztukowaniu weekendu i wylotu wieczorem) 4 dni w Londynie tylko z kocurem. To na koniec wakacji. Wisienka na torcie.

5 dni plus weekendy to Falmberg z Przemem i Natalsiem (-; Tak tak tak (-;
5 dni to nasz wyjazd z Kocurem w Łemkowszysznę. Czyli na pogranicze Bieszczad i Beskidu niskiego – jawy i snu – przeszłości i teraźniejszości.

Zostało 5 dni z weekendami to daje 9. Na wyjazd mój z Nat na słoneczko. I tu mamy problem.. W sumie to proszę o radę szanownych czytelników.
Była opcja jechać we dwie do Łupkowa. Pokazać tą moją ukochaną leśno cerkiewną część świata. Tyle że to lato wygląda zimno deszczowo. A nawet tam z deszczu z Nat będzie…średnio.

Idealna była opcja wyjazdu w Walencji. Naprawdę chciałam zobaczyć Masiów, przesłać maleństwu-w-środku dobre uroki, jechać do Oceanarium z Nat i na plażę, pogadać z Łukaszem o muzyce, pojeść owoców morza. I Zonk. Bo bilety są wściekle drogie. Do Walencji nie da się dojechać. Przeglądanie Rayanaiara przypomina zaburzania orgazmu. Już, już, już masz fajny lot. Ale…dzieci promocja nie obowiązuje, lata tylko w dni jakie nie pasuje, a w ogóle to opłaty lotniskowe wychodzą 200 euro. I szlag trafia.

Pojawiła się trzecia opcja żeby złapać Super-Okazję + zniżkę dla dziecka i jechać do Egiptu/Tunezji/Czegoś w Tym Guście na plażę. Taka duża piaskownica, basen, morze i ciepełko. Wychodzi taniej niż nad nasze morze i mam duże przekonanie ze Nat się spodoba. Tylko…ja nie umiem!

Wakacje zorganizowane – z betonowym hotelem i ohydnymi tłustymi ludźmi w wokół, perspektywa że nie będę miała do kogo gęby otworzyć jest przerażająca. Zresztą same traktowanie Podróży – czyli czegoś w jakiś sposób metafizycznego - jak kanapki z Mc Donalda jest czymś odrażającym i wstrętnym. Tak wiem, ciepłe morze, nauczę Nat pływać, będą lody, ja kaszlę od miesiąca, Nat też – wygrzałybyśmy się na słonku – ale coś krzyczy mi nie. Kiedyś, jak będzie większa ją tam zabiorę. Wynajmiemy samochód, pojedziemy nurkować na rafę. Ale nie w takiej formie.

Czyli zostają na dzień dzisiejszy Łupków. Raczej. Najbardziej mnie tam ciągnie, acz czuję się egoistycznie. Może dam się jeszcze przekonać. W wezmę 3 grube czytadła na wieczory (-;

Swoją drogą przy rozważaniu tej opcji przeglądałam dwa wieczory strony biur podróży. Teksty z ofert wprawiają o atak śmiechu. Nie wiem czy mają ludzi za idiotów ale wszystko po to żeby ukryć fakt, że plażą jest mała, daleko, a hotel byle jaki. I opnie na google maps w ingliszu " w sumie fajny hotel, ale omijajcie bo w sezonie sami Polacy"


A poza wakacjami:
Rozmawiałam z rodzicami ( z ojcem znaczy się) o planach o których pisałam 2 posty niżej. Jego rekcja była tak do bólu przewidywalna. „Super, ekstra, koniecznie spróbuj…ale wiesz zderzysz się z rzeczywistością i to się nie uda. Albo wiesz, zrób to ale nie teraz…poczekaj kilak lat. Zrób plany”
BRRRRRRRRRRR

Robiłam życiu mniej i bardziej ryzykowne rzeczy. Żadnej nie żałuję. Ale mam wyrzuty że kilku rzeczy nie robiłam kiedy była na to czas. I teraz jest musztarda po obiedzie. Brr. Kiedy się temu bliżej przyglądam to rzeczywiście wykłada to na prawie nierealne i posiadające dużo minusów. Ale ma też plusy. Znaczące.

A i jeszcze kilka słów okolicznościowo.

Siedzę sobie w pracy w której gorąco i z żalem dyskutuje się o śmierci Michalea Jacksona. Całe to zjawisko, ta masowa histeria jest dla mnie niezrozumiała. Nigdy jego muzyki nie słuchałam, a z tego co gdzieś złapałam, to brzmiało jak śpiewany cienkim głosikiem popik i cudaczne stroje. Dużo doskonałego marketingu i kreowania na Króla Muzyki kogoś kto za bardzo śpiewać nie umiał. Może taki koniec był nawet bardziej humanitarny? Po tym co sam zrobił z własnym ciałem śmierć biologiczna jest chyba wybawianiem. Ikonami lat 80 i 90 na których się wychowałam to Cohen, Sting, Queen – na tym się wychowałam. A dzisiejszą wiadomość przyjęłam z wzruszeniem ramion, i ogromnym zdziwieniem nad całym szumem medialnym. Czy ludzie się sami tak nakręcają?