Strasznie chaotyczna notka.
W książce Orsona Scotta Carda po śmierci Mówca Umarłych opowiada o życiu tych co odeszli. Przez to, w jakiś sposób stają się może bliżsi, niż wtedy kiedy żyli. To jakaś forma pożegnania.
Dzisiaj przeżyłam coś podobnego. Byłam na grobie Bożeny i próbowałam się pożegnać. Rozmawiałam z jej kuzynem. Pamiętam, że z Bożeną rozmawiałyśmy tak naprawdę może trzy razy. A jednak tych rozmów się nie zapomina. Dlatego tak bardzo nie potrafię sobie wybaczyć: że tej bliskości było tak mało, że zawsze było coś niby ważniejszego. I najbardziej tego, że ona umarła ze świadomością, że nie była dla nikogo ważna. A ja nawet nie zdążyłam powiedzieć jej: Byłaś Ważna. I dlatego przyszłam z białymi różami nie z chryzantemami. Nie jak do martwej, ja tego nie umiem przyjąć. Jak do ładnej żywej dziewczyny, której nie zdążyłam tych kwiatów dać.
Kiedy myślę o Bożenie to zdaję sobie sprawę, że jestem drapieżnikiem. Cholerą, która dostaje od życia to co chce. Bo tak. A jak nie dostaje, to sama bierze. To aż nie do pojęcia jak byłyśmy z Bożeną od siebie różne – i jak bardzo mimo to się rozumiałyśmy. Albo może jak bardzo ja czułam się rozumiana. Bo są osoby z którymi, mogę widzieć się codziennie, a i tak będę daleko jak na innych planetach. A są takie, z którymi przy pierwszej kawie czuję się jakbym się znała latami.
Była Persefoną – Hestią – stworzeniem kruchym, delikatnym i po prostu dobrym. Takim co myśli o innych częściej niż o sobie i takim co wierzy w innych bardziej niż w siebie. Lotna, inteligentna, bystra, a jednak nigdy nie wykorzystująca tych atutów żeby kogoś zranić. Przypadkiem znalazłam na sieci notkę jednej z jej uczennic. I życzę każdemu nauczycielowi żeby tak o nim pisano.
Dziś się dowiedziałam, że mogłaby dziś żyć. Że pomimo cierpienia, przez długi czas się nie leczyła. Bo tak, bo moje nieważne, bo lepiej nie wiedzieć co mi jest. Bo to tylko taka Przechodzona Grypa. I kiedy w końcu dostała wymarzoną pracę, o którą się starała i pracowała na nią latami wolontariatu, dokładnie wtedy, lekarz medycyny pracy skierował ją do szpitala. Przechodzona Grypa okazała się mieć przerzuty.
Czytam sobie jej teksty i to są naprawdę bardzo dobre teksty. Teksty kogoś komu brakowało tylko wiary, swojej lub czyjejś, żeby zabłysnąć.
Ja dalej piszę Lustra, nawet nabrało to pisanie tempa po roku. Nie jest to tekst wybitny. Jest niezły. Wiem, że go skończę i to będzie moje pożegnanie i dotrzymana obietnica. Bo wiem, że Bożena szczerze lubiła je czytać.
Wracam dziś z cmentarza potrzaskana, ale nie smutna. Zresztą ja nie umiem w życiu być smutna. Ja się tylko złoszczę. Tak jestem teraz dość zła na siebie. Ale wracam tez z ogromnym głodem życia. Z żywą namacalną świadomością jak bardzo wszystko jest kruche. Jak bardzo chcę i muszę kochać, być, myśleć, smakować, słuchać i „wypijać życia kwintesencję, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem naprawdę”. I robić to już dziś, teraz. Nie za godzinę. Już. Jestem jak wampir, wręcz fizycznie czuję głód wszystkiego – bliskości, słuchania innych, czytania, dotyku, pocałunków, ciasta z jabłkami, liści szurających pod nogami, zasypiania wtulonym. Po to, żeby nie przeoczyć niczego, bo nie wiem ile mam jeszcze czasu. Po to, żeby nic co Ważne nie odeszło bez świadomości tego, jak Ważne było.
Nie będę pisać już nic więcej dzisiaj. Myślę, że L.C. zrobi to za mnie dużo lepiej.
0 komentarze:
Prześlij komentarz