Ogólnie wczorajszy wieczór strasznie mi się podobał. Spotykam się z fajnymi ludźmi, chodzę na kinowe opery w najlepszym wykonaniu i jeszcze, mimo że niezmiernie mi się podobało, mam okazję się podczepiać.
Wieczór wczorajszy. Aida, niewolnica egipska i kretynka wybrana z milionów.
Giuseppe Verdi, garaż 150 tyś franków w złocie. Boże, jak Rubik – myślę. I okazało się że miałam w tym sporo racji. Fajne melodyjne to to, libretto wołające swą głupotą o pomstę do nieba, piramidy doczepione na siłę, milutkie takie, ale jako samo dzieło bez rewelacji jak w Fauście czy Carmen. Osobiście nawet jakoś mnie Rigoletto bardziej porusza. Bo jak córka zgwałcona a potem martwa to jest cokolwiek inna ranga problemu niż miłosne intrygi.
Sama Aida jest postacią piramidalnie głupią. Od początku pragnie umrzeć co też na końcu czyni. W towarzystwie, bo zasadniczo niczego nie umie robić sama. Przed swoją rywalką udawać nie umie, kiedy ojciec wpada na dobry plan to ona się trzęsie ze strachu a na końcu, kiedy udaje jej się uciec a według słów ojca armia czeka gotowa do ataku, to ta księżniczka Etiopska zachowuje się jak ostania niewolnica i włazi za ukochanym go grobowca. Ja zawsze byłam zdania, że z grobowców się raczej wyciąga ( jeżeli delikwent jeszcze żyw) a nie daje się zamurowywać. Postać w libretcie jest straszliwie nieprawdopodobna i mimo, że zagrana i zaśpiewana świetnie to nie przekonuje. A jakby mi ktoś ojca i ukochanego ubił i bym miała armię do dyspozycji to by z tego Egiptu kamień na kamieniu nie został. Pewnie, że mogło jej się nie udać. Ale miała mało do stracenia. A jak się nie próbuje to się nigdy nie udaje.
Rademenes nie lepszy. Jego super plan, że wytnie w pień Etiopów, a potem od tak poprosi Faraona żeby mu jednak swojej córki nie dawał był porażający. Na pewno stwierdzenie „ słuchaj, wiem, że już mamy zaręczyny, ale wolę niewolnicę niż księżniczkę, nie bierz tego personalnie” Faraon zareagował by słodkim uśmiechem. Jasne.
Jedyną postacią która jest ciekawa jako konstrukt jest Amneris. Też kocha, ale jest trochę za pewna siebie, dumna i gdzieś pod skórą czuje nadchodzącą porażkę. Odrzucenie i upokorzenie, bo została odepchnięta dla niewolnicy. I tu odszczekuje moje teorie z notki o Tosce. Ją grała pani która była odrażająco grupa i brzydka. I była przekonująca. I scena kiedy na końcu błaga go, żeby dał się uratować, on ją wyrzuca jak psa, a ona chowając godność błaga o łaskę dla niego jest wstrząsająca. Jest to jedyna postać która się zmienia, udaje jej się pokonać własną zazdrość i nienawiść. Przy tej smutnej scenie końcowe tearra addio było komiczne.
Kolejna uwaga i do Verdiego i do reżysera. Po co te piramidy? Ja wiem Kanał Sueski, zapłacili. Ale to trzeba było troszkę oczytać i zrobić to przynamniej w duchu Egiptu. A tutejsze śpiewy religijne „ Do ojca najwyższego stworzyciela nieba i ziemi” nie mają z Egiptem nic wspólnego. Podobnie sposób myślenia bohaterów. Z tego co wiem, to monogamia nie była tam jakąś wartością i nikt nie robił by problemu z układu Amneris żona, Aida nałożnica. Wszystko jest takie monumentalne, komiksowe, przez te piramidy nie widać emocji bohaterów. Tu już nie byłoby wszystko jedno gdyby je wycieli, to by to pomogło.
Właśnie doczytałam że w przyszłym roku dalej grają Aidę na nowocześnie w Bregenzer. I dość chcę jechać. Dla Amneris. Żeby ją zobaczyć bez tych cholernych piramid.
Sama reżyseria była perfekcyjna, ale niestety bez pazura. Naprawdę była ładnie, ja rozumiem że to opera nie teatr, ale czemu oni stali, patrzyli w publiczność – nie na siebie i śpiewali. Za mało gry! Na swoją drogą fajnym fragmencie Guearra, Guerra stoją jak posagi. Tak to wy na wojnę koledzy nie dojdziecie.
Po operze wylądowaliśmy o Ociepków. Napojona 3 red bulami, 2 colderxami, po życiu fajki wodnej odkryłam że kolega Paweł robi bardzo dobre drinki. Ogólnie impreza byłą wesoła, łącznie z grami paszowymi do godziny 4 starego czasu. Ponieważ przyjechałam z prawie zaleczoną grypą i prawie nową anginą to mój organizm stwierdził rano że ma dość.
Opery to bardzo wyczerpujący sposób spędzania czasu. Na Turandot też się ekipa zbiera.
A po powrocie, zasypiając dziecko, zetknęłam się z pierwszymi lękami dziecięcymi. To znaczy światło na korytarzu ma być, bo przyjdzie Potwór. Ani mi się śni zostawiać światło a na dodatek hodować Potwora więc pytam się co to za jeden ten potwór.
Natalis dość wystraszony opisuje, że ma rogi, wielkie zęby, pazury i mnie zje.
Hmmm, myślę. A gdzie ten potwór mieszka?
- U nas na dachu.
( To już z górki, to Nasz potwór. Przez chwilę rozważam, podarowania Natalisowi pogrzebacza, żeby był pod łóżkiem na Potwory, ale z obawy o zdrowie kotów rezygnuję).
- A jak ten Potwór ma na imię – pytam dalej.
- No potwór.
- Nie no słuchaj, jego mama musi jakoś na niego wołać. Jak by to było, „potwór umyj zęby”?
Stanęło na tym, że nazwałyśmy go Karol.
Na naszym dachu mieszka potwór Karol. Ma wielkie zęby ( które myje) pazury i rogi.
A jak Karol przyjdzie do Natalii w nocy to Natalia powie:
- Cześć Karol. A może byś chciał zjeść chleba z miodem?
I gwarantuje, że Karol jej nie zje.
I tym to sposobem mamy zgaszone w nocy światło.
2 komentarze:
Bardzo mi się podobał Twój sposób na zgaszone światło :)
Kiedy czteroletni wówczas Arthur bał się czyhającego w łazience rozbójnika, mama poradziła mu, aby chodził do łazienki z dobrze zatemperowanym ołówkiem. W razie czego wbije ołówek w rozbójnika i załatwione. Pomogło, rozbójnik dał spokój, wolał się nie narażać.
Prześlij komentarz