Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opera. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 października 2010

Moje własne piekło

Wróciliśmy właśnie z Don Giovanniego w Deutsche Oper w Berlinie. Don Giovanni jest moją absolutnie ulubioną operą - zarówno pod względem libretta jak i muzyki. Opera w Berlinie jest moją ulubioną sceną muzyczną. Czytałam recenzje, były nieszczególne, więc trochę się obawiałam. Na szczęście scen obscenicznych szczególnie nie było, była za to solidna dawka symbolizmu i bardzo dobra muzyka. A skracając wszystko do kilku zdań, można powiedzieć, że pan Roland Schwab zrobił coś, co nijak nie zgadza się z m o j ą prywatną interpretacja mitu Don Juana. Ale zrobił to tak przekonywująco i nowatorsko, że jestem mu wdzięczna i podejmuję z nim dialog. Bo sztuka, czy to teatr czy książka, jest dla mnie przede wszystkim formą komunikacji między autorem/reżyserem, a odbiorcą. Rzeczywiście nie było milusio i zabawnie, ale jak ktoś chce uroczej sztuki o seksoholiku i mordercy to chyba powinien się zastanowić czy taka ma sens.

Zanim zacznę o Berlinie, może najpierw kilka słów o tym, kim dla mnie jest Don Giovanni. Ulubiona inscenizacja to chyba ta z Royal Opera House z Simonem Keenlysidem. Dla mnie Don Giovanni to ktoś, kto nie czuje strachu. Nie posiada też żadnych norm i ograniczeń. Ba, niczego nie czuje, a strasznie potrzebuje jakiś emocji, więc serwuje sobie coraz silniejsze przeżycia. Uwielbiam tą scenę kiedy Keenlyside po zabiciu komandora całuje go w dość erotyczny sposób i tuli. „O poczułem coś, to jest nowe i dość przyjemne”. W braku swoich ograniczeń gardzi nawet światem pozagrobowym, a kiedy duch przychodzi zabrać jego duszę do piekła, do końca zostaje twardy – „nie, nie będę żałować” Nie ukorzę się. Choćby całe piekło i szatani, nie. Ten właśnie aspekt braku strachu, w połączeniu z silną wolą i konsekwencją do końca, kocham w DG najbardziej. Chociaż podoba mi się też to, co pisze o DG Søren Kierkegaard. Mit o Don Juanie to personifikacja zmysłowości, głodu życia i erotyki. Czyli to o co Freud traktował jako Libido.

Jadąc do Berlina nie myślałam, że coś jest w stanie mnie zaskoczyć. Z libretta można wysunąć bardzo wiele sensownych hipotez, ale czy można jeszcze powiedzieć coś nowego? Roland Schwab zabrał nas w psychodeliczną podróż do umysłu Don Giovanniego. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest DG można go obserwować, albo próbować zrozumieć, pokusić się o analizę jego duszy. I wbrew pozorom, wbrew nagości na scenie ( której było mniej niż obiecywały recenzje...) erotyki i seksu jest bardzo mało. Jest destrukcja, chaos, rozbicie, szaleństwo, tęsknota i wyobcowanie.

Ale po kolei.

Przy dźwiękach uwertury na scenę wchodzi grupa podobnie ubranych mężczyzn. Wśród nich Leporello i Don Giovanni. Tłumek będzie się przewijał do końca spektaklu jak w pantomimie naśladując ruchy DG, ale też Leporella. To nie jest banda służących, ale sam DG w wielu postaciach. To jest jego wnętrze, rozbite na małe kawałki. Dopiero po jakimś czasie zauważyłam i kolejne sceny to potwierdzają, że sam Leporello też jest w rzeczywistości aspektem Don Giovanniego i fragmentem jego osobowości. Taka idea już mi kiedyś przyszła do głowy, ale nie słyszałam, żeby ktoś miał na tyle charakteru żeby to tak przekazać.

Tu chociaż na scenie mamy kilkanaście osób i dwa głosy, to cały czas jest to monodramat na jednego aktora, którego psychika rozbita jest na małe kawałki. Zresztą sam Komandor ginie nie z ręki DG, ale w wyniku ciosów całej bandy. A przecież wiemy kto zabił. Kiedy trup pada na ziemię ląduje obok niego żółta krateczka z numerem 7. Przypomina do złudzenia karteczki jakimi policja oznacza dowody zbrodni. Numer 7, jak siedem kręgów piekła. I jak można domyślać, wraz z kolejnymi zbrodniami pojawią się kolejne numerki aż do 1. Bo wszystko jest podróżą przez siedem kręgów piekła, prywatnego piekła Gon Giovanniego.

Mord dokonany jest kijem golfowym, który w całej sztuce przewija się jako symbol – zarówno szpady na początku, jak i męskiego członka. No cóż, kij golfowy jest doskonałym symbolem czegoś długiego, co kojarzone jest raczej z mężczyznami. Zresztą nie jest to tylko symbol szpady i penisa – ale szeroko pojętego „przedłużenia faceta” jego ręki, jego szpady, penisa, woli i władzy.

Druga doskonała scena, to aria katalogowa ( mille tre!). Zazwyczaj te katalogi są bardzo dobrze utrzymane. Księgi, pliki zdjęć, laptopy. A przecież Don Giovanni kobiet nie szanuje i pewnie tak samo nie szanuje pamięci o nich. Tu pojawia się doskonały wątek śmieci. Leporello ( a właściwie ten bardziej złośliwy ale i społeczny aspekt DG) wyciąga Donnie Elwirze jakieś pomięte papiery z worka na śmieci. Te wspomnienia są zatem takie jak śmieci – chaotyczne, pomięte, brudne i mało warte. Bardzo podoba mi się pomysł śmieci =pamięć. Zresztą zazwyczaj w tej scenie pojawiają się obrazy kobiet – albo modelki, albo zdjęcia. Tu jest tłumek postaci, kawałków osobowości DG leżących na leżakach w okularach słonecznych. W tych wspomnieniach nie ma kobiet – jest tylko sam DG i jego zaspokajanie się nimi.

Kiedy na scenie pojawiają się Zerlina i Masetto mam skojarzenia z kartą tarota Kochankowie. Zresztą motyw z kart Tarota pojawi się jeszcze później. Zerlina i Masetto traktowani są brutalnie i instrumentalnie. Dość mocna scena to chwila kiedy, w arii o czułym podaniu ręki, DG zakłada gumową rękawiczkę. (!) Chyba najlepszy możliwy sposób pokazania jego przedmiotowego podejścia do kobiet. Jak do trupa, jak do mięsa. Zresztą Masetto też pada ofiarą napaści seksualnej. I nie chodzi tu o erotyczny pociąg Leporella-Don Giovanniego do mężczyzn, ale aspektu dominacji i upokorzenia przeciwnika poprzez gwłat. Zresztą czy patrzenie na przemoc seksualną na swojej partnerce, nie jest też rodzajem mentalnego gwałtu? Nie chodzi zatem o to, czy Leporello dokonał fizycznego aktu za pomocą wspominanego kija golfowego – ale raczej o to, co to co symbolizujący ów kij narząd uczynił psychice Masetta. Po pierwsze ładna symbolika, a po drugie ( jak stwierdziłyśmy z Madzią, Kamilą i Dorotą) mniej symboliczny narząd mógłby być gorzej widoczny z naszego 20 rzędu. ( Nie uwłaczając panu Illdebrano).

Przy okazji tej sceny pokazana jest dość ciekawa relacja DG – Donna Elwira. Ona przez dłuższy czas przypatruje się scenie uwodzenia/gwałcenia Zerliny i dość późno interweniuje. DG ma ciągle na nią taki wpływ, czysto fizyczny, że w jakiś sposób uczestniczy w całej scenie.

Porzućcie wszelką nadzieję, mówi namalowany farbą napis pod którym przechodzą bohaterowie. Kolejne kręgi piekła, kolejne numerki i dom Don Giovanniego. Dom, a może raczej środek jego duszy. Jaki jest DG-L od środka? Po pierwsze chaos. Walające się śmieci pamięci. Dwie dziwne podświetlane neonami machiny będące jednocześnie kieratem biczowników. DG ma tu swoje własne piekło, które napędza cierpieniem własnym i czyimś. Nagie kobiety które się tu przechadzają są okaleczone. Przy jednej z nich mam skojarzenia z filmem Crash gdzie seks łączył się z okaleczaniem. Te postacie są chore. Z jednym bardzo ważnym wyjątkiem, o którym za chwileczkę. I przy okazji kolejny symbol tarota. Postać kobieca w białej chuście zwisa z sufitu przypominając kartę Wisielec. A więc zastoju, duchowej izolacji od świata, skupieniu się na własnym wnętrzu.

W końcu kiedy dochodzi do konfrontacji DG sam podaje gościom miecz i klęka przed nimi. Tak jakby chciał powiedzieć „ Zróbcie to, jeżeli jesteście równie szaleni jak ja. Zróbcie to i przyjmijcie moje reguły. Jeżeli starczy wam odwagi”

W drugim akcie nad sceną świeci dziwny czerwony księżyc. Czerwony jak nosy klaunów, które noszą alter ega DG-L. Ale w końcu zaczyna się maskaradą. Przebrany Leporello zajmuje się Donną Elwirą, a DG ma okazję uwieść jej młodą służącą. I to jest chyba najciekawsza i najbardziej znacząca scena całego spektaklu. Kim jest ta służąca? Ponieważ Mozart nie napisał jej ani jednej nutki, zazwyczaj pojawia się co najwyżej jako postać w oknie. Tu jest duchem. Widmem, które widzieliśmy w domu-duszy DG. Duchem niewinności, doskonałości młodziutkiej dziewczyny w białym stroju. Duchem, którego sam DG zamordował, a teraz próbuje go wskrzesić. Kiedy aspekt Leporello zajmował się Donną Elwirą – aspekt DG pogrążył się w samym sobie, w marzeniach o tej nierealnej zjawie. I była to pierwsza interpretacja gdzie zobaczyłam, że DG coś kocha. On ją wielbił i dotykał dłonią ( bez gumowej rękawiczki). W przeciwieństwie do poprzednich scen nie było tu nic obscenicznego ani wulgarnego. Było za to dużo tęsknoty i erotyzmu. Oczywiście do czasu, kiedy zauważa, że to tyko zjawa i porzuca ją martwą na ziemi.

W chwili kiedy akcja skupiona jest na aspekcie Leporella aspekt Don Giovanniego pogrąża się w medytacji. Jest to jedno z kilku nawiązań do religii. Mnie osobiście, w kontekście dalszych scen, skojarzył się z Modlitwą w Ogrójcu. Z przygotowaniem na to, co ma nastąpić.

W scenie cmentarnej nie ma cmentarza, ani pomnika Komandora. Nie ma nic. Jest szaro niebieska mgła. Zagubienie. Rewelacyjnie wychodzi „zagranie tego do publiczności” część osób się śmiała, choć mi akurat nie było do śmiechu. Czy jako część społeczeństwa jestem duchem, który ma oskarżać Don Giovanniego? Poza tym zza sceny wyłażą trupy myszki miki, które tańczą razem z Leporellem. Czy jest coś bardziej obśmianego i komercyjnego niż myszka miki? On daje tu wyraz swojego lekceważenia sferze duchowej, jakiemukolwiek aspektowi nadprzyrodzonemu, czy to w postaci Boga czy Zmarłych.

Kolacja zmienia się w cenę przedstawiającą Ostania Wieczerzę Leonarda. DG i jego odbicia. Ostania kolacja. To było już wcześniej kilkakrotnie sygnalizowane, ale tu jest powiedziane wprost. DG jest swoim własnym Bogiem. Nie ma innego. Dla niego istnieje tylko jego własny wewnętrzny świat, w którym jest uwięziony. Wyrzeka się Boga. I nie ma już poza nim nic. Absolutnie nic.

Dlatego jedynym możliwym wyjściem jest Komandor który pojawia się jedynie jako głos zza sceny. Skoro świata nadprzyrodzonego nie ma, nie istnieją też duchy i wszystko jest wytworem choregu umysłu Don Giovanniego. Jego aspekt Leporello ( mniej szalony, ale bardziej zdeprawowany) odciąga go od Komandora. DG jako część, która w tym momencie nie jest już w stanie zatrzymać procesu autodestrukcji wyciąga w jego kierunku rękę. I wtedy następuje coś genialnego. Najpierw pojawia się jego własne piekło. Te same machiny, który były w jego domu. Jakżeby inaczej, skoro innego piekła nie ma? Potem wszystko się rozpada. Scena porusza się i poszczególne rzędy odbić DG rozwarstwiają się. Wszystko zapada się w sobie i na koniec upadają razem DG i Leporello. Ostatni numerek – 1 – ostatni krąg piekła i numer ostatniej zbrodni DG rzuca na siebie. Jest swoją ostatnią ofiarą.

Głosowo było cudownie. Ildebrando d'Arcangelo wokalnie wspaniały a i było na czym oko zawiesić. Podobnie Alex Esposito jako Leporello. Jemu szczególne brawa za grę aktorską. Panie też były rewelacyjne, Donna Anna i Elwira czarowały głosem, Zerlina odrobinę bardziej aktorsko, ale całość robiła naprawdę wspaniałe wrażenie.

Nie wiem czy publiczność coś sobie przemyślała od premiery, ale kiedy wyszedł reżyser słychać było tyle samo gwizdów, co okrzyków brawo. Zresztą całość nie była w żaden sposób obsceniczna, ani nie zawierała niepotrzebnych elementów przemocy. W każdym razie nie bardziej niż pokazane to jest w wielu współczesnych teatrach. W świecie gdzie pornografia jest dostępna na każdym dworcu i stacji benzynowej na wyciągnięcie ręki całkowicie dopuszczam użycie jej elementów w sztuce jako środka przekazu. I nie róbmy tu z opery skansenu, ze zbyt sieriożna na gołe cycki.

Jestem zadowolona, że mogłam pojechać do Berlina. Nie przekonałam się, że Don Giovanni jest historią o wyobcowaniu i destrukcji, ale strasznie się cieszę, że scena operowa jest miejscem twórczym, miejscem dialogu i odkrywania nowych znaczeń. A po tych wszystkich doskonałych i nudnych transmisjach z Met ten Don Giovanni był dla mnie czymś odświeżającym. Szkoda tylko, że kiedy pojawiają się eksperymenty w Polsce są tak durne i niedopracowane jak Wrocławska Turandot.

A czy ktoś wie czy W Berlinie nie byliby łaskawi wsiąść Fausta w obroty?

*W całości posta użyłam stwierdzeń z rozmowy z Panem Kocurem, Demonkiem, Madzią, Kamilą i Pawłem. Nie we wszystkich kwestiach się zgadzaliśmy, ale w większości tak, dlatego pozwoliłam sobie czasami was cytować. I dziękuję za wyjazd (-;









niedziela, 10 października 2010

Opera o niespłaconym kredycie mieszkaniowym w stylu staro-germańskim



Zrobiliśmy wczoraj kolejne podejście do Wagnera. Złoto Renu w retransmisji z Met zadziwiło. Najkrócej mogę to podsumować jako „Niewiarygodnie doskonała aranżacja, niewiarygodnie durnej baśni”.

Zacznijmy od samego Wagnera. Fabuła jest bolesnym skrzyżowaniem haj-fantasy ( fantasy na dopalaczach) z elementami przeróżnych mitologii i baśni. Gdyby ktokolwiek napisał tą treść w książce to bym go wyśmiała.

A zaczyna się od... problemów ze spłaceniem kredytu na budowę domu. No bo Wotan, król Bogów, wybudował sobie chałupę. Budowało dwóch olbrzymów za co obiecał im siostrę żony Freję. Nie miał zamiaru się z tego wywiązywać – podobno jego prawnik Loge - bóg ognia „obiecał coś wymyślić”. Jak się okazało, tyle wymyślił, że popytał tu i tam „co mężczyźni kochają bardziej niż kobiety” i wyszło że ...złoto. Niejaki karzeł Alberyk wyrzekł się miłości ( a dokładnie trzech syrenek, które z niego żartowały i kpiły) i zebrał Złoto Renu. Olbrzymy po pewnych kalkulacjach zgadzają się zamienić Freję na skarby Alberyka. Nasi bohaterowie mają czas do wieczora na spłatę kredytu. Freja zostaje zabrana w zastaw.

Alberyk tymczasem zdołał przetopić owo złoto na pierścień dający wszelką władzę i hełm pozwalający zmieniać postać. Ale na nic zdały mu się owe artefakty, bo stosując metodę znaną z kota w butach ( „a w węża to żadna sztuka, w żabę malutką to byś się kolego nie umiał zamienić” ) Loge z Wotanem wszystko mu zabrali. Wotan chce oddać całe złoto olbrzymom w zastaw za Freję, ale pierścień sobie zostawić. Nie da się. Kiedy nie wie czy wybrać pierścień dający władzę – czy szwagierkę w której ogrodzie rosną owoce dające moc – przychodzi znienacka i nie wiadomo skąd Erda bogini ziemi ( baliśmy się że to teściowa w pierwszej chwili) nakrzyczała na niego i kazała oddawać pierścień, bo będą straszne nieszczęścia. Niemniej zaczynam Wotana lubić jak przeczytałam streszczania dalszych części. W ramach wyciągania z Erdy informacji co złego ma się zdarzyć, zrobi jej córkę. Wot, facet.

Tak czy inaczej, Freja zostaje okupiona, a cała rodzinka idzie szczęśliwie do nowego domu Walhalii. Rodzinkę stanowią oprócz Wotana i Freji jego żona Fryka oraz dwóch przedziwnych bogów: Donner, który nie robi nic tylko od czasu do czasu chce kogoś razić młotem, a na końcu wywołuje burzę z piorunami, oraz ( delikatnego i chłopięcego) Frocha boga deszczu który...robi tęczę. Skojarzenia nasuwają się same. Na samym końcu tylko Loge – jako jedyna rozsądna postać w tej ekipie – ma złe przeczucia co zapowiada kolejne części tej telenoweli.

Jak to zrobili w Met? Doskonale. Mistrz Levine prowadził orkiestrę tak, że tego się nawet dało słuchać. Zwłaszcza w chwilach orkiestrowych, bo śpiew u Wagnera jest dość mało wpadający w ucho. Wokalnie i aktorsko Bryn Terfel był niesamowity. Z tą walijską gębą i TYM głosem. Inscenizacyjnie jednocześnie super nowoczesna technolologicznie – śpiewacy na linach podwieszeni pod sufitem – syrenki pływające w Renie i efekty świetlno multimedialne – przy jednoczesnej klasyce kostiumów i wizji. Myślę, ze Wagnerowi by się spodobało. Jeżeli to ma być haj-fantsay to niech będzie haj-fantasy absolutnie i nie udawajmy, że ta sztuka jest czymś innym. Tak, to było w jakiś sposób niewiarygodne i niesamowite.

A to nie znaczy, że nie chcę się wybrać na Wagnera ma maju, bądź w Sztokholmie ze szwedzkimi miłośnikami Wagnera (-; Ale tak czy inaczej dzisiaj odpoczywam przy Jorgi Savallu.


A z książek skończyłam właśnie M. Atwood „Rok Potopu”. Atwood tak jak każdy pisarz wpada w pewne schematy, zwłaszcza przy pisaniu bohaterów – w pewnym momencie ma się wrażenie, tak jak u Łysiaka, że to są ci sami bohaterowie. Ale co z tego? Całość mnie mimo wszystko zaskoczyła. Rok Potopu jest porównywany do Roku 1884 Orwella. Coś w tym porównaniu jest. Nawet nie tyle w nakreśleniu świata totalitarnego, bo to wydaje mi się, Orwell robi lepiej, ale w pokazaniu współczesnych zagrożeń czy lęków. Czerwony brat upadł i widomo komunizmu nie krąży nad Europą, ale gdzieś pod skórą siedzi zagrożenie o wiele milsze przy pierwszym kontakcie i posiadające lepszy PR. Wielka miła globalna wioska, z wszechwładnymi korporacjami, podziałem świata na bogatych -cywilizowanych i biedne masy. Konsumpcjonizm. Odczłowieczenie. Inwigilacja. Ile w tym jest współczesnych fobii ile realnych, zagrożeń nie wiem. Pewnie sporo jednego i drugiego. Tak czy inaczej ja Atwood uwielbiam za styl, język i za bohaterów. Za Orykza, Derkacza. Madaddama i postacie kobiece we wszelkich odsłonach. I za nawiązania do twórczości Williama Blaka.

Tylko jeden miałam zgryz. Ponieważ teraz sama piszę „coś większego” z gatunku post-apo to przez pierwsze 80 stron niemal płakałam bo miałam bardzo wiele tych samych pomysłów. Ta sama epidemia, podobne konsekwencje. Na szczęście Atwood skupia się na tym, co było przed Potopem, a ja na tym co się stało po. I idziemy w inne strony. Choć ja bym nie miała nic przeciwko gdyby mnie ktoś kiedyś do niej porównał. Kiedyś. Jak już się nauczę pisać



* Wszystkie refleksie o Wagnerze pochodzą z twórczej a pociesznej wymiany myśli między Wombatem a jegoż mężem Kotem. Takoż różne porównania i skojarzenia nie należą jedynie do Wombata.

niedziela, 20 czerwca 2010

Superwidowisko...jak nasze autostrady.

Kilka słów o „Superwidowsku” Turandot we Wrocławiu. Ogólnie jestem za tym, żeby opera wychodziła do ludzi. Podoba mi się pomysł widowisk w plenerze, w piknikowej atmosferze z herbatą w termosie ( dzięki Natti!) pod gwiaździstym niebem. Podobają mi się też wszelakiego rodzaju eksperymenty i nowatorstwo w operze jak i w teatrze. Zresztą dość entuzjastycznie pisałam tu o Berlińskiej wersji, która była bardzo nowoczesna i dla niektórych dziwna.

A mimo to wczoraj byłam zniesmaczona i rozczarowana. Zawalono w zasadzie prawie wszystko z małymi wyjątkami, ale chyba najgorszym winowajcom jest tu reżyser pan Michał Znaniecki. Reżyseria była tak koszmarna, niespójna i bezsensowna, że nie można było się dopatrzeć w ogóle jakiejkolwiek wizji i interpretacji. Czułam się jak na notabene „sperprodukcji” Wiedźmin. Bo Wrocławska Turandot tak miała się do treści opery, jak film Wiedźmin jak do książki Sapkowskiego.

Do dyspozycji miano ogromną przestrzeń na której ustawiono ogromnej wielkości spiralny mur (?!) i ogólnie bardzo się starano, żeby całej tej przestrzeni w ogóle nie wykorzystać. Po scenie biegali co jakiś czas tancerze w dziwacznych strojach, woalach i z piłkami (?!) ale wszystko to nie miało żadnego związku z fabułą, ani z tym co w danym momencie się działo. Ogólnie na całej dużej przestrzeni prawie nic się nie działo – co jakiś czas ktoś biegł w losowym kierunku i machał rękami, ale brakowało dynamizmu i jakiejkolwiek synchronizacji. Śpiewacy byli widoczni w zasadzie tylko z kilku Vipowskich miejsc a telebimy pokazywały ich stojących w innym kierunku, przez co połapanie się co w zasadzie dzieje się na scenie było zadaniem niełatwym.

Sama Turandot to historia o miłości i władzy – od reżysera zależy którą interpretację uzna za ważniejszą. Tu miłości nie było. Kalaf nie patrzył wcale w kierunku Turandot zazwyczaj stał d niej bokiem i tyłem. Nie było pokazane ani grama emocji między nimi. W scenie zagadkami stoi za jej tronem. Dlaczego? Nie wiadomo. Nawet III akt śpiewa do niej bokiem. Szczerze mówiąc to dziwactwo zirytowało mnie najbardziej. Wypruć Puccieniego z emocji to się trzeba postarać.
Władzy też tu nie ma. Cesarz siedzi gdzieś z tyłu jak z budki z lodami. Wprawdzie tron Turandot ( przypominający nieco gigantyczny kwiatek z papierka cukierku) stoi na wysokości, ale Kalaf kiedy tylko chce podchodzi do niej i stoi za jej plecami. Do symbolu władzy, do Chińskiej księżniczki. W chwili „uderzenia w gong” gongu w ogóle nie ma, ale książę stoi za tronem i uderza ręką w ziemię. Jak King-Kong – gdybym nie wiedziała o co chodzi, to bym nic nie zrozumiała.

Chór był gdzieś schowany – zamiast robić za tłum Pekiński robił za dziwaczny głos z offu. Orkiestra też była gdzieś daleko, słyszalna była średnio a synchronizowana ze śpiewakami jeszcze gorzej. Nagłośnienie ogólnie pozostawiało wiele do życzenia, podobnie jak praca kamerzysty który dawał obraz na telebim. O maleńkim druczku napisów już nie wspomnę. Jak się człowiek skupiał na czytaniu nie widział tego dramatu na scenie.

Widać że budżet nie był jakoś mały. Dekoracje były zrobione z rozmachem, wprowadzono projekcje multimedialne. Latające baloniki, nawet fajerwerki pod koniec III aktu ( Same ognie sztuczne były kiczowate, psujące konwencje i skutecznie zagłuszające muzykę). Ale zabrakło temu wspólnej wizji i interpretacji. Szkoda.

Jadąc miałam duże oczekiwania do reżyserii ( bo to się da zrobić) a bałam się wokalu. Nasłuchałam się wersji Maria Guleghina - Marina Poplavskaya - Marcello Giordani i cóż, wiedziałam, że raczej tej klasy gwiazd nie będzie. Nie wiem czy mogę się jakoś autorytarnie wypowiadać, ale w tym „superwidowisku” śpiewacy byli najmniej winni. Zwłaszcza Liu (Jana Doležílková) i Turandot ( Evgenyia Kuznetsova) słuchało się bardzo miło. Mocne wyraźne głosy. Calaf śpiewał może nieźle ale za cicho i jakoś bez emocji to w połączeniu z grą aktorską nie robiło specjalnego wrażenia.

Wiem, że o dobre głosy najtrudniej. Tym bardziej mi żal – bo mimo że zebrano fajne głosy ( żeńskie przynajmniej) sporą publiczność i budżet to nie wyszło. Zabrakło koncepcji, wyobraźni, dbałości o szczegóły. Sam rozmach niestety nie wystarczy. Chyba, że komarom, których było sporo.

piątek, 7 maja 2010

Chaotycznie. Depesze ze świata Anisków.

Znowu chaotycznie o kilku rzeczach na raz.

W sobotę jedziemy do Londynu. Cieszę się bardzo, a tym czasem nie może się odbyć bez awantur. Po ostatniej wizycie u moich rodziców była atmosfera nawet jeszcze gorsza niż zwykle – i teraz nie odbierają od mnie telefonów ani wiadomości. I czy wezmą Natalkę nie wiem. Cóż, mamy plan awaryjny. Zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania do życia. A do mojej rodziny nie mam już sił. Ile to już razy machałam na to ręką, a nich będzie jak jest, mam wszystko gdzieś. I tak się denerwuję.


Czytam ostatnio Dzieci Hurina Tolkiena. Ciężka książka. Autor chyba chciał wygrać konkurs na autora sadystę roku. Ogrom nieszczęść dla Turina jest przeogromny. Ale co jest w tej książce najlepsze wszystkie nieszczęścia wynikały w dużej mierze z decyzji samego Turina. Klątwa Morgotha nie dawała jakiś strasznych przeciwności – tylko, może aż, dawała Turinowi jakiś cień, złość, dumę, której nie mógł przemóc. Nawet kiedy wiedział, że idzie w ślepy zaułek nie potrafił się wycofać. Skąd ja to znam...

Z książek przeczytałam też Póki Mamy Twarze Lewisa. Dziwna książka. Napisany mit o Psyche, z którym sama kiedyś się mierzyłam. Napisana bardzo dobrze i czytało się z przyjemnością, przynajmniej przez pierwsze dwie trzecie książki. Końcówka mi się nie podobała. Plus gówna bohaterka i narratorka – siostra psyche, wydawała mi się koszmarnie irytująca. Zupełnie pozbawiona empatii, kochająca innych dusząc ich, głupia po prostu. Dlatego nie wierzę w końcówkę, nie wierzę, że takie babsko może coś na końcu zrozumieć.

I przy okazji tej książki, aż nie tylko niej, kilka refleksji o sobie. We wszystkich testach osobowościowych wychodzi mi ekstrawersja. Bo ja się potrafię znaleźć wśród ludzi, ba nawet się dobrze bawię. Tylko, że pod tym wszystkim jestem absolutnie skrajnym introwertykiem, który broni wnętrza i wcale się do kontaktów z ludźmi nie pali. Odkryłam, że najlepsze przyjaźnie to te które mam przez „zasiedzenie” te oparte na długiem czasie obok, z dużym polem na własną przestrzeń, oparte na lojalności i tolerancji. Wielkie Persefoniczne zauroczenia (chyba gdzieś szukałam bliskości kobiet, tak jak brakuje mi postaci matki w środku) kończyły się najczęściej wielkim bum. I poza jednym przypadkiem jakiś nie mam czego żałować. Z moją introwersją nie chodzi o to, że ja się boję ludzi, ja się świetnie między nimi czuję. Chodzi bardziej o strefę prywatną, z której przekroczenie mam ochotę obcinać głowy. Nawiązując do Junga – ja tak jak ekstrawertycy czerpię energię z ludzi i z grupy, ale zupełnie się nie otwieram, ta energia we mnie nie wsiąka. Dobrze się bawię, nie nawiązując żadnego kontaktu. I zupełnie nie tęsknię, żeby każdy mógł tam wleźć. Tym bardziej cenie te znajomości oparte na czasie, lojalności i cierpliwości.

Z krótkich miłych wiadomości, wczoraj spotkał mnie fajny przypadek. Idę sobie ulicą i spotykam kobietę z bzami. Pytam gdzie je kupiła i czy ktoś tam dalej stoi i sprzedaje. A ona nie, że z własnego ogrodu i jak mi się podobają to mi je daje. I dostałam bukiet jednych z mich ulubionych kwiatów. Ot tak. Od osoby, której nawet nie znam. Miłe i ciepłe. Przywraca wiarę w ludzi.

O operowych wyjazdach nie piszę. Po Armidzie na której bawiłam się bardzo fajnie stwierdzam, ze Rossini to nie to. Przerost formy nad treścią. A jak zobaczyłam plany transmisji z Met na przyszły sezon to się załamałam. I tylko chórek znajomych "idziemy na Wagnera" -AAAA - No może z Brynem Terfelem to jakoś łyknę. On mógłby wśpiewać cokolwiek. A w Berlinie mają Don Giovanniego w przyszłym sezonie, ale ciiii. Ja ( jeszcze) nic nie kombinuję.

Skończyłam korektę Luster. Ogólnie jak otrzymam pewna małą pomoc w napisaniu streszczenia to mogę to słać. Nie wiem czy się komuś spodoba czy nie. Wszystko jedno. Mam pomysł na coś nowego i już mnie świerzbi do klawiatury. Nie przywiązuję się do moich tekstów. Są ważne póki je pisze, a potem niech idą i jaki sobie los wywalczą będzie dobrze. A o moich staraniach i realizacji kilku dużych marzeń, które mam. Ha. Zazwyczaj nie zamieszczam tu demotywów, ale ten pięknie się wpisuje. I kto mi powie, że niemożliwe jest niemożliwe?


środa, 3 marca 2010

Chaotycznie. Depesze ze świata Anisków. Książkowo, operowo, łososiowo.

Aj, aj. Znowu mnie sto lat nie było. A dzieje się dużo.

Chwytam się nadziei, że to koniec zimy. Trwała za długo. Uwięziła mnie w domu. Odcięła od przestrzeni i powietrza, które było zbyt zimne żeby nim spokojnie oddychać. Teraz mnie cieszy każdy stopień wyżej i wiem że już tuż, tuż, tuż wiosna. Plus ciągle czekam, żeby Inne Sprawy się Poukładały i Wyjaśniły. I tak mi czekaniowo ten czas mija. Zamykam inne sprawy zawodowe. Bo cały czas wisiałam na dość pośrednim statusie co zaczęło mnie już irytować.

W tym czasie jeżdżę, czytam, piszę, spotykam się z bliskimi.

I jedna prośba na marginesie: Trzymajcie kciuki za jedną sprawę. Zdrowotno – finansową, nie moją, ale dość mnie dotyczącą.

Z odkryć książkowych ostatnich dni Hakawati Rabih Alameddinego. Bałam się tej książki. Miała za dobre recenzje. Coś mi śmierdziało Coelo i Zafonem. Wiem, jestem podejrzliwa jędza. Ale koniec końców kupiłam i padłam jak urzeczona. Saga rodzinna przeplatana historią Libanu i mniej i bardziej fantastycznymi historiami i baśniami. Historie w historiach. Wojna i latające dywany. Poruszające, magiczne, ciepłe i zabawne. Byłam wściekła, kiedy się skończyło. Jakby Szeherezada zostawiła mnie nagle po wielu wspólnych nocach.


Pisze Lustra. Siedemnaście rozdziałów do przodu, jeszcze cztery i robimy korekty. Mniej więcej dwa razy w tygodniu łapię się na tym, że nienawidzę swoich tekstów, uważam je za tragicznie słabe i chcę szybko skasować. Raz na miesiąc pławię się w rozkoszy, że lubię to co napisałam. Ale to zdecydowanie rzadziej. Kojarzy mi się ten fragment z Muzyki dla Kameleonów o biczu. Nie zacytuję bo sugerowałby, że twierdzę, ze mam talent. Twierdzę, że lubię pisać. I czasami nienawidzę tego, co już napiszę.

Żeby go sobie uprzyjemnić ten stan pośredni w życiu wymyślałam Traviatę w Operze Narodowej w Warszawie. Mieliśmy jechać ekipą, ale jakoś zaszła zmiana planów. A potem przeczytałam wywiad z panem Trelińskim, zobaczyłam plakat i powiedziałam, że CHCĘ to zobaczyć.

No i się zaczęła walka o bilet. W operze Narodowej można kupić bilety przez internet. Tyle, że na miesiąc przed spektaklem. Wcześniej nie. Wcześniej można rezerwować i potem wykupić bilety lub nie. Ewentualne zwroty nie wracają do puli, ale zapewne jakaś pani Halinka sprzedaje je komu uważa. Przemek nazywa to systemem sprzedaży na gęś: przychodzisz do kasy, wyjmujesz z torby gęś ze wsi i bilet bywa że się znajduje. Panie w dziele sprzedaży mogłaby pracować jako smoki strzegące skarbu. Mają bilety i zrobią wszystko żeby ich nie sprzedać.

Dziwonię na dzień przed spektaklem. - Czy są jeszcze nie wykupione rezerwacje? – No są, jakieś, nawet trochę. – A do kiedy będą te miejsca rezerwowane, kiedy wrócą do sprzedaży. – To zależy, do każdego podchodzimy indywidualnie. Jak pani chce proszę dzwonić.
Dzwoniłam. W sumie jedenaście razy.
Za drugiemu razem pani powiedziała ze niewykupionych rezerwacji nie ma. Nie wytrzymałam i zapytałam czy swoją wiedzę opiera o intuicję czy może jakieś bardziej konkretne dane. W końcu trafiłam na kogoś sensownego i o 18 bilet był. Rano koleżanka go zakupiła, a ja wsiadłam pociąg. I stwierdziłam, że ruszenie się z domu to było dokładnie coś czego mi było potrzeba.

Traviata dość bardzo mi się podobała jako całość w formie jaką pokazali w Warszawie. Problem z tą operą jest takie, że libretto to banalna i ckliwa historia o miłości. I w dzisiejszych czasach dość trudno zrozumieć dylematy kurtyzany, która porzuca ukochanego żeby mu reputacji nie zniszczyć. To, podobnie jak kurtyzany w pięknych sukniach, już jest abstrakcyjne. Jakie wyuzdanie? To są podwieczorki u cioci w klasycznym wykonaniu. Treliński to uwspółcześnił co wyszło bardzo dobrze. Całość jest w stylistyce telewizyjno – gwiazdorskiej, Traviata to celebrytka - jasno świecąca gwiazda medialna, która niemal dosłownie wydaje swoje życie na sprzedaż. Alfredo – fajny i szczery chłopak z prowincji, który się w niej głupio zakochał.

Dwie sceny tak mocne i wspaniałe, że aż mnie wbiło w fotel. Słynna siempre libra śpiewane nie w radosnym szampańskim nastroju, ale ze strachem. Ta „wolność” to dla Traviaty maska za którą chowa swój strach przed szczerą relacją. Ona to śpiewała zasłaniać się rękami i uciekając przed Alfredem. Druga scena - kiedy Alfredo porzuca Traviatę rzucając jej pieniądze w twarz. Nie wiedziałam, że to może mnie tak skopać. Jak leżała tam na scenie to miałam autentycznie łzy w oczach.

Co zirytowało? Rozczarowała ostania scena. To było tak ni pies nie wydra dla mnie. Niby klasycznie, Alfredo wraca. Niby może to już jej się śni i jest to jej wyzwolenie od wszystkiego. Może czkałam na łopatologiczne przedstawienie Alfreda jako majaku umierającej? Żeby śpiewał z oddalenia tak żeby na siebie nie spojrzeli.

Druga sprawa to głosy. Nie jestem jakoś znawcą, nie mam prawa oceniać ale mnie nie powaliło na kolana. Zwłaszcza pani Joanna Woś jako Traviata – grała świetnie – ale śpiewała tak sobie. Może mam w głowie moją ukochaną Traviatę w wersji Netrebko – Villazon-Hampson i tu…było inaczej. Na tyle że wolałam się skupić na tym co wiedzę, niż na tym co słyszę.



A co było w Warszawie po operze to już zupełnie inna historia. Tak czy inaczej jakoś dziś wróciłam. Niewyspana. I zdziwiona.

Kolejna rzecz muzyczno sceniczna to zbliżająca się 8 marca premiera Love Never Dies Webbera. Kontynuacja Upiora Opery - a jak ważna to dla mnie historia pisać nie będę. Mam mieszane uczucia. Te fragmenty, które gdzieś do sieci wpadły ogromnie mi się nie podobają. Muzycznie jakieś nijakie. Tekstowo tragiczne. Libretto jest potwornie krytykowane – a ja wierzę, że dało się to wyciągnąć. Tak czy inaczej widać było, że ta wersja za Webberam chodzi, że nie spocznie póki tego nie napisze, że chce żeby to się inaczej skończyło. I ktoś kto tyle wniósł do tego mitu ma do tego prawo. Bez entuzjazmu, ale mimo wszystko z otwartym umysłem i sercem pojadę to zobaczyć na żywo. Jeżeli mnie nie zabije wysłuchanie soundtracku za tydzień.

Z nowości z życia Lisa Natalisa.
Kupiłam wędzonego łososia. Mało. Dałam córce odrobinę resztę zjadałam sama. Córka pyta - A gdzie łosoś. Z głupią miną coś tłumaczę, nagle Natalkę ogrania zrozumienie. Idzie do okna ( księżyc w pełni) – To księżyc ukradł i zjadł łososia. – Taaak? A po czym poznajesz? – Po zapachu. – Twierdzi z przekonaniem.
Dnia następnego kupiłam łososia więcej. Starczyło dla mnie i Natalki. Przychodzi Pan Kocur i zaglądając do lodówki, patrzy na marne resztki pyta z wyrzutem – A gdzie łosoś? – Księżyc wyjadł! – odpowiadamy zgodnym chórem z córką.



A poza tym….
…jestem ruda…
Czytam: J. Winterson - Kamienni Bogowie
Słucham: A. L. Webber - Phantom of the Opera ( wersja jedyna słuszna - oryginalna z Sarą)
Oglądam: Sherlock Holmes ( oglądałam) oraz Co wiesz o Elly? ( idę jutro)
A pod koniec marca jadę na Pyrkon do Poznania.

… i mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że życie jest dokładnie jak być powinno i nic nie dzieje się bez powodu…..

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Don Giovanni

Dostałam od rodzica pod choinkę Don Giovanniego z Royal Opera House. Mnaimuśne. I na zachętę mały obrazek dla czytelniczek, które uważają, że opera jest nudna.

Czyli co Don Giovanni robił w piekle (-;
Mały screenshot (-;



Czekamy z kotem na interpretacje ze ten cały Komandor i porwanie do piekieł to była delirka ściema i jeszcze jedno kłamstwo i podstęp żeby się od niego odwalił Don Ottawio z policją. I ostania scena gdzie odchodzi w towarzystwie pięknych kobiet uzupełniać listę mille tre.

niedziela, 24 stycznia 2010

Na ekranie i na scenie

UWAGA: Dla osób, którym nie chce się czytać recenzji kinowo muzycznych – kawałek o Natalisku na samym dole. (-;

Kilka rzeczy ostatnio widziałam i z zabiegania nawet słowem nie wspomniałam. Nadrabiam więc zaległości w odwrotnej chronologii.

Wczoraj byliśmy z Kotem i Natalisem na „Skarbie Babuchy Burczymuchy” w Teatrze Ateneum w Katowicach. Rewelacja. Dzieci były zachwycone, świetne piosenki i sama treść bajki, pomysłowa scenografia i kostiumy. Zero tandety. A na dodatek wszystko okraszone delikatnymi i niegłupimi żartami zrozumiałymi dla dorosłych. ( Konia, konia królestwo za konia). Aktorstwo fenomenalne. W trzy osoby zagrali całą bajkę i jeszcze tło i narratora. I tu jeszcze raz smutne porównanie z niedalekim geograficznie Teatrem Nowym w Zabrzu, który z podobnym budżetem chałturzy i męczy widzów słabym nagłośnieniem, beznadziejną grą i tandetną fabułą. Dlaczego tak różne teatry? Nie wiem. Pewnie jak zwykle zarządzanie.

Tak czy inaczej „Skarb…” opowiada historię księcia Aleksandra który pożegnawszy się z rodzicami wyrusza na poszukiwanie przygód i żony. Poznaje dobrego smoka, który zostaje jego przyjacielem ( ratuje go z rąk zbójców) a potem zostaje okradziony przez Babuchę Burczymuchę – jędzę z lasu – posiadaczkę czarodziejskiej księgi, kota i skarbu. Potem sam ze smokiem okrada staruszkę i ucieka przed jej zemstą. A na samym końcu zdobywszy jej magiczną księgę sprowadza Babę Jagę do dawnej postaci czyli księżniczki i żeni się z nią.

Fajne to na scenie było, ale przyprawiło mnie o atak głupawki i odczytanie sztuki w kontekście feministyczno socjologicznym. Babucha Burczymucha – bogata, niezależna i odważna jednostka. Kobieta wyzwolona. Posiada dostęp do kobiecej siły, magii, ma kontakt ze świtem zwierząt i z naturą ( nie, kozła nie było). I ta Babucha jest przez złego księcia, reprezentującego patriarchalne wartości, sprowadzona do roli żony i obrabowana ze skarbu. Jej wygląd zostaje siłą zmieniony, aby zadowolić męskie gusta ( …jak wiele kobiet presja egoistycznych samczych gustów popycha w stronę skalpela chirurga….). Baba Jaga wykastrowana, ostateczny upadek czarodzicielstwa, zdominowanie pierwotnej kobiecej siły przez konwencje społeczną. A skarbu jej na końcu nie oddali, o!

I rozchichotana tą interpretacją wracałam do domu. Zahaczywszy o winiarnię i dwie butelki wina śliwkowego. To jest jeden z nielicznych alkoholi, po którym jak kocica się łaszę do patriarchalnego samca żeby mi dolał do kieliszka (-;


To na scenie. A tydzień wcześniej maiłam okazję oglądać Carmen z Met – w Sali kinowej Kina Kijów. Po spektaklu z Londynu nie myślałam, że Carmen jest w stanie mnie jeszcze aż tak zaskoczyć i oczarować. Muzycznie cudowne, cudowne, cudowne. I doceniam młodego dyrygenta który machał batutą z taką pasją i uśmiechem, że aż podskakiwał. ( A starsze panie komentowały z zachwytem w głowie „ Jaki on młodziutki….” )

Ja w ogóle dochodzę do wniosku, że z oper mam dwie ulubione Carmen i Don Giovanniego. I obie mają coś wspólnego – głównego bohatera/bohaterkę, który mało się przejmuje konwencjami społecznymi i etycznymi. I szuka. I cały czas czegoś pragnie. I to mnie za każdym razem w kolejnej interpretacji powala na kolana. Ten głód życia i wolności. A operowe miłości – zamurowywanie się w grobowcu, skoki w muru, umieranie z miłości i gruźlicy jakoś mnie mniej ruszają.

A co do samego spektaklu z Met. Po kolei, nie mogąc się powstrzymać od porównań do wersji Londyńskiej. Tło: Klasycznie, ale…akcja przeniesiona w czasy międzywojenne z dużym pożytkiem. Całość dekoracji, kostiumów wspaniała i perfekcyjna. Dodatkowo niesamowita choreografia, elementy tańca i ruchu.

Elina Garanca jako Carmen powalająca. Młodsza niż Antonacci, grała coś co przypomniało żywe srebro, byłą zmienna jak górski strumyk. Ona kochała, nienawidziła naprawdę. Czegoś tak pełnego pasji i wolności jeszcze nie wiedziałam. Roberto Alagana mniej zidiociały niż Kaufmann – nie wiedziałam, że z roli Don Jose można wykrzesać tyle ikry i emocji. Odszczekuję wszystkie złośliwe komentarz – Alagna potrafi grać. On był jednoczenie słaby i silny, kochający i pełen nienawiści, troszkę szalony.

Jedyne co podobało mi się mniej to Esamillio. Pan Kwiecień był chory – a jego dubler wyszedł jakoś blado. Szczególnie aktorsko – ale trudno zagrać młodego boga jak się ma mordkę szczurka ( po gębie to by mógł Leporella dobrze grać) Zwłaszcza jak mam porównanie do Ildebrando D'Arcangelo, który oprócz tego, że wygląda tak, że mógłby w ogóle nie śpiewać a i tak dostałby oklaski. A że śpiewa jak wygląda, to można sobie wyobrazić efekt….Mam tylko nadzieję, że jako baryton nie dostanie roli Scarpia w najbliższym czasie. Bo nikt nie pojmie czemu ona go nie chciała.

Czkam aż to cudo ( na Carmen, nie na Illdebrano) będzie na płytce. Wtedy zapraszam na oglądanie.

Druga rzecz z MET którą mieliśmy okazję oglądać w Kijowie to Opowieści Hoffmana. Było to już jakiś czas temu, ale mroziło jak dzisiaj. Opowieści mniej fabularnie poruszające niż Carmen – ot historia cierpiącego artysty kretyna, który trafiwszy na kobietę lalkę, chorowitą śpiewaczkę, a na końcu ladacznicę, ostatecznie postanawia cierpieć aby tworzyć i oddaje się w ramiona swojego osobistego demona i alkoholu. Dość fajne muzycznie ( Netrebko dała radę bardzo, ale aria lalki mocno męcząca). Co mi się jednak przede wszystkim podobało to oniryczność spektaklu. To jest opowieść w opowieści, sen, wspomnienie. Nic tu nie jest do końca realne, wszystko jest widziadłem i opowieścią mocno już zapijaczonego pisarza. Tak jak gdzieś czytałam opera w Nowym Yorku musi być klasyczna i tradycyjna, bo ma sponsorów o klasycznych gustach. I w tym kontekście to było odważne przedstawienie. Dziwne widziadło, nierealne ale przy tym bardzo spójne. Ha, mam nadzieję że Armida też będzie zaczarowana. No, wiedźma przecież.

A w kolejce do oglądania czeka „Co ty wiesz o Elly” – tyle dobrych recenzji, kino Irańskie, które dotychczas mnie urzekało, że aż boję się rozczarować. Zdam relacje – premiera Od 12 lutego.

A za dwa tygodnie babska impreza Bolly. Będzie nas dużoooo. Z jednej strony bardzo się ciesze, a z drugiej mam stracha organizacyjnego. Ale jest Ania, Madzia i Hania do pomocy zgłoszona więc z takim zapleczem dam radę.



A z telenoweli „ mamą być”.
Wymyśliłyśmy zabawę.
A wszystko przez to poprosiła mnie żebym zrobiła jej statek. Statek DLA wieloryba. Spodobało mi się to, że statek DLA a nie NA wieloryba. No wiec narysowałyśmy I wyciekłyśmy statek. O czerwonych żaglach. Na pamiątkę pewnego pana, który takim statkiem pływał. Statek miał 3 żagle, armatę i napis DLA WIELORYBÓW. Armatą strzelał do statków wielorybniczych. A jak się już topiły to wyciągał wielorybników I w ich krwi farbował żagle żeby były bardziej czerwone. Potem biegałyśmy po domu z papierowym statkiem i plastikowym wielorybem, Natalka wznosząc okrzyki „Mamo, strzelaj! Strzelaj! Widzę wielorybników, upuścimy im krwi!

piątek, 15 stycznia 2010

Bad Boys...

Bad boys bad boys
Watcha gonna do, whatcha gonna do
when they come for you


Znacie to?


A to? Bardzo źli chłopcy troszkę inaczej.




Dzięki uprzejmości kolegi Piotra z Londynu dostałam właśnie niesamowitą płytę. Kupioną legalnie na mp3 ( dostępna niestety tylko dla obywateli Wysp, ale trudno). Arie bardzo mrocznych sukinsynów w bardzo szczególnym wykonaniu. Scarpia, Mefisto, Macki Messer i jeszcze kilku innych drani. Bryn Terfel rządzi i wymiata! A ja słucham z uszami szeroko otwartymi i wielkim uśmiechem na twarzy.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Książkowo listopadowo.

W sobotę byliśmy na Turandot. Rozbebeszyć nie będę tym razem, bo nie mam czego. Całość perfekcyjna muzycznie i inscenizacyjnie. Tak, klasycznie, ale przy tym bardzo świeżo i dynamicznie. Słuchałam i patrzyłam jak zaczarowana. Oczywiście klasyczna interpretacja, dokończona po śmierci Pucciniego, wygląda troszkę jak z Disneya, ale i tak bardziej przekonywająco niż zamurowywanie się w grobowcu u Verdiego. Zachwycające – tyle co można powiedzieć.

Za to następnego dnia byłam na Targach Książki. Z budżetem specjalnie na ten cel przeznaczonym. I z dużymi oczekiwaniami. Budżet został nienaruszony, a mnie oczekiwania zmieniły się w rozczarowania. Za dużo ludzi. Fatalna organizacja stoisk. Strasznie dużo wydawnictw ezoteryczko -naukowo- religijnych, a te które mnie rzeczywiście interesowały miały to co w empiku. I bywa że w podobnych cenach lub drożej. W sumie całość była nastawiona na nowości wydawnicze autorów polskich. Z tym że nie było nowości na którą czekam najbardziej bo ona premierę ma w grudniu. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – premiera około 30 12 2009 – klops.

Co do książek dwie refleksje.

Ja zasadniczo jakoś polskich autorów specjalnie nie uwielbiałam. Pomiędzy kiczem „Domu nad Rozlewiskiem”, a ambitnymi bluzgami Masłowskiej pewnie coś jest, a ja do tego nie dotarłam.
Z jednym wyjątkiem.
Autorki, którą za wszystkie książki wielbię. Z Tokarczuk zetknęłam się po sztuce Towarzystwa Wierszalin „Prawiek i Inne Czasy”. Książkę czytałam chyba z naście razy. A potem połykałam wszystkie kolejne, łącznie z AnnąIn która zeszła do podziemi. Wtedy zaniemówiłam z wrażenia, że można pisać tak perfekcyjnie. Że ktoś tak napisał AnnęIn, InAnnnę. Jakbym sobie to zamówiła. W zeszłym roku kupiłam sobie Biegunów i przyznam że na początku się odbiłam. Coś mi nie leżało. Ale miałam jakieś dziwne wrażenie, że to nie z książką jest coś nie tak, ale nie nadszedł jeszcze dobry monet. Nie jest to jeszcze pora spotkania z tekstem. Jakiś czas temu ot tak zdjęłam ją z półki i wpadłam. Podróżuję z nią, bo jest to książką podróż. Pocięta na kawałki, a jednocześnie spójna. Przypominająca trochę widoki z pociągu, poczekalni na lotnisku, książka przedziwna i zaczarowana. I dlatego tak czekam na grudzień i „Poprowadź swój pług przez kości umarłych’. Tytuł z Williama Blaka u Tokarczuk to jest powód dla którego można obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na premierę.

I jeszcze coś o Książkach. Myślałam, że niezależnie od tego czy coś kupię czy nie, na targach książki poczuję się jak w raju. A było mi jakoś tak nijako. Za dużo ofert, promocji. Wolę antykwariaty. Perły poupychane na półkach między makulaturą. Książki przeczytane, rozczytane i zapominane. Stare wydania, przedarte, pożółkłe i zakurzone. Półki pełne niespodzianek. Melville, Hugo i obok serii Harlequin. Pamiętam londyńskie antykwariaty z regałami aż po sufit, i ten na dworcu w Krakowie, który wart był niejednego spóźnienia na pociąg. Takie ze starymi pocztówkami i plakatami zwiniętymi w rulon. To przyśpieszone bicie serca kiedy widzę To Coś czego szukam - ostanie wydanie rok 1953 wydawnictwo Książka i Wiedza. Archeologia półkowa. I nawet bezosobowe allegro, na którym udało mi się Cuda Na Kiju, dla siebie lub kogoś znaleźć. Te wszystkie Cmentarzyska, Schroniska i domy samotnej książki kocham najbardziej. I dlatego jakoś w niedzielę znaleźć się nie mogłam.

Na razie mam listę książek na które czekam, takie które się ukarzą i takie które zamierzam upolować. Na pierwszy gryz idzie w tygodniu „Opowieści fantastyczne” Dostojewskiego. W taki mglisty listopad to tylko Ruski Mrok i czarna herbata.


oraz...

Czytam: Tokarczuk Bieguni ( kończę) A. Carter Mądre Dzieci ( zaczynam)
Słucham: Turandot i Żywiołak. ( Nie w tej samej chwili)

....a do tego na przegryzkę....

W końcu nauczyłam się piec szarlotkę. Nazywa się to cudo Tarta Migdałowo - Jabłkowa i pochodzi z książki kucharskiej Neli Rubinstein. Pyszne przepisy polsko francuskiej kuchni i dużo anegdot. A ciasto robi się tak. Polecam spróbowanie. Na wieczorze po Turandotowym smakowało. Ważne: Nie dodawać cynamonu.

Spód: Kruche ciasto.
Zagniatamy w misce.
- 115 g masła o temperaturze pokojowej
- 3 łyżki stołowe cukru
- 2 żółtka ( białka do osobnego kubeczka odlać przydaczą się potem na
coś innego)
- 140 g mąki zwykłej ( na oko 1 szklanka i 3 łyżki)
- 1/2 malej łyżeczki soli

Jabłka:
Ze 2 duże lub 3 małe, najlepiej renety albo jakieś kwaśne, pokroić na
kawałki dość cieńcie

Warstwa Migdałowa co idzie na jabłka - zagniatamy palcami w misce
- 7 łyżek stołowych masła ( takich troszkę więcej niż płaskich ale
nie z czubkiem, bliżej płaskiej dużej łyżki)
- 3/4 szklanki cukru ( 150g)
- 100 g drobno zmielonych migdałów ( UWAGA: jeżeli nie ma migdałów bo
ja takich nie mogę kupić to należy kupić 100 g zwykłych w całości,
oparzyć, zdjąć skórkę i zgnieść w wyciskarce do czosnku - zajmuje z 15
minut po dwa migdałki ale daje bardzo dobry efekt - można robić z kimś
w kuchni rozmawiając wtedy mniej szlag trafia nad monotonną pracą)

Naczynie żaroodporne smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą żeby się owo ciasta nie przykleiło. Na dół dajemy surowe kruche ciasto. Palcami je rozprowadzamy na całej powierzchni.Ewentualnie możemy ciasto delikatnie posmarować tym białkiem oczywiście nie całym) wtedy podobno mniej jabłka wsiąkają w szarlotkę.Można czynić to palcami można pędzlem. Można wcale jak się ma inne plany do białek. Na ciasto kładziemy jabłka ( obrane i pokrojone nie potarte bo za dużo soku wyjdzie. Na jabłka dajemy masę migdałową, Wygląda troszkę jak kruszonka tylko pachnie migdałami i jest tłusta. Nie przejmować się tym. Na samą gorę sypiemy 75 g ( paczkę) siekanych migdałów ( takie można kupić i nie trzeba się męczyć siekaniem) Pieczemy około 30-40 minut w piekarniku 180 stopni. Podajemy jak się schłodzi.

poniedziałek, 26 października 2009

Verdi, Rubik, red bul z alkoholem i … Potwór na dachu

Ogólnie wczorajszy wieczór strasznie mi się podobał. Spotykam się z fajnymi ludźmi, chodzę na kinowe opery w najlepszym wykonaniu i jeszcze, mimo że niezmiernie mi się podobało, mam okazję się podczepiać.

Wieczór wczorajszy. Aida, niewolnica egipska i kretynka wybrana z milionów.

Giuseppe Verdi, garaż 150 tyś franków w złocie. Boże, jak Rubik – myślę. I okazało się że miałam w tym sporo racji. Fajne melodyjne to to, libretto wołające swą głupotą o pomstę do nieba, piramidy doczepione na siłę, milutkie takie, ale jako samo dzieło bez rewelacji jak w Fauście czy Carmen. Osobiście nawet jakoś mnie Rigoletto bardziej porusza. Bo jak córka zgwałcona a potem martwa to jest cokolwiek inna ranga problemu niż miłosne intrygi.

Sama Aida jest postacią piramidalnie głupią. Od początku pragnie umrzeć co też na końcu czyni. W towarzystwie, bo zasadniczo niczego nie umie robić sama. Przed swoją rywalką udawać nie umie, kiedy ojciec wpada na dobry plan to ona się trzęsie ze strachu a na końcu, kiedy udaje jej się uciec a według słów ojca armia czeka gotowa do ataku, to ta księżniczka Etiopska zachowuje się jak ostania niewolnica i włazi za ukochanym go grobowca. Ja zawsze byłam zdania, że z grobowców się raczej wyciąga ( jeżeli delikwent jeszcze żyw) a nie daje się zamurowywać. Postać w libretcie jest straszliwie nieprawdopodobna i mimo, że zagrana i zaśpiewana świetnie to nie przekonuje. A jakby mi ktoś ojca i ukochanego ubił i bym miała armię do dyspozycji to by z tego Egiptu kamień na kamieniu nie został. Pewnie, że mogło jej się nie udać. Ale miała mało do stracenia. A jak się nie próbuje to się nigdy nie udaje.

Rademenes nie lepszy. Jego super plan, że wytnie w pień Etiopów, a potem od tak poprosi Faraona żeby mu jednak swojej córki nie dawał był porażający. Na pewno stwierdzenie „ słuchaj, wiem, że już mamy zaręczyny, ale wolę niewolnicę niż księżniczkę, nie bierz tego personalnie” Faraon zareagował by słodkim uśmiechem. Jasne.

Jedyną postacią która jest ciekawa jako konstrukt jest Amneris. Też kocha, ale jest trochę za pewna siebie, dumna i gdzieś pod skórą czuje nadchodzącą porażkę. Odrzucenie i upokorzenie, bo została odepchnięta dla niewolnicy. I tu odszczekuje moje teorie z notki o Tosce. Ją grała pani która była odrażająco grupa i brzydka. I była przekonująca. I scena kiedy na końcu błaga go, żeby dał się uratować, on ją wyrzuca jak psa, a ona chowając godność błaga o łaskę dla niego jest wstrząsająca. Jest to jedyna postać która się zmienia, udaje jej się pokonać własną zazdrość i nienawiść. Przy tej smutnej scenie końcowe tearra addio było komiczne.

Kolejna uwaga i do Verdiego i do reżysera. Po co te piramidy? Ja wiem Kanał Sueski, zapłacili. Ale to trzeba było troszkę oczytać i zrobić to przynamniej w duchu Egiptu. A tutejsze śpiewy religijne „ Do ojca najwyższego stworzyciela nieba i ziemi” nie mają z Egiptem nic wspólnego. Podobnie sposób myślenia bohaterów. Z tego co wiem, to monogamia nie była tam jakąś wartością i nikt nie robił by problemu z układu Amneris żona, Aida nałożnica. Wszystko jest takie monumentalne, komiksowe, przez te piramidy nie widać emocji bohaterów. Tu już nie byłoby wszystko jedno gdyby je wycieli, to by to pomogło.

Właśnie doczytałam że w przyszłym roku dalej grają Aidę na nowocześnie w Bregenzer. I dość chcę jechać. Dla Amneris. Żeby ją zobaczyć bez tych cholernych piramid.




Sama reżyseria była perfekcyjna, ale niestety bez pazura. Naprawdę była ładnie, ja rozumiem że to opera nie teatr, ale czemu oni stali, patrzyli w publiczność – nie na siebie i śpiewali. Za mało gry! Na swoją drogą fajnym fragmencie Guearra, Guerra stoją jak posagi. Tak to wy na wojnę koledzy nie dojdziecie.


Po operze wylądowaliśmy o Ociepków. Napojona 3 red bulami, 2 colderxami, po życiu fajki wodnej odkryłam że kolega Paweł robi bardzo dobre drinki. Ogólnie impreza byłą wesoła, łącznie z grami paszowymi do godziny 4 starego czasu. Ponieważ przyjechałam z prawie zaleczoną grypą i prawie nową anginą to mój organizm stwierdził rano że ma dość.

Opery to bardzo wyczerpujący sposób spędzania czasu. Na Turandot też się ekipa zbiera.

A po powrocie, zasypiając dziecko, zetknęłam się z pierwszymi lękami dziecięcymi. To znaczy światło na korytarzu ma być, bo przyjdzie Potwór. Ani mi się śni zostawiać światło a na dodatek hodować Potwora więc pytam się co to za jeden ten potwór.
Natalis dość wystraszony opisuje, że ma rogi, wielkie zęby, pazury i mnie zje.
Hmmm, myślę. A gdzie ten potwór mieszka?
- U nas na dachu.
( To już z górki, to Nasz potwór. Przez chwilę rozważam, podarowania Natalisowi pogrzebacza, żeby był pod łóżkiem na Potwory, ale z obawy o zdrowie kotów rezygnuję).
- A jak ten Potwór ma na imię – pytam dalej.
- No potwór.
- Nie no słuchaj, jego mama musi jakoś na niego wołać. Jak by to było, „potwór umyj zęby”?
Stanęło na tym, że nazwałyśmy go Karol.
Na naszym dachu mieszka potwór Karol. Ma wielkie zęby ( które myje) pazury i rogi.

A jak Karol przyjdzie do Natalii w nocy to Natalia powie:
- Cześć Karol. A może byś chciał zjeść chleba z miodem?

I gwarantuje, że Karol jej nie zje.

I tym to sposobem mamy zgaszone w nocy światło.

niedziela, 11 października 2009

Tosca nie jest jak wino. Z wiekiem nie lepsza.

Wczoraj oglądałam Toskę na transmisji z Metropolita Opera. I kilak refleksji na temat ciężkiego losu śpiewaczki operowej.
Po pierwsze to cała sztuka niezmiernie mi się podobała. Toski mogę słuchać stale i wciąż. Zrobione klasycznie, ale z pewnym polotem. Świetna scena ostatniego upadku – wreszcie Toska nie spada gdzieś za kulisy.
Juha Uusitalo jako Scapia bezbłędny. Nie za stary, w typie „obleśny i naprawdę wredny”. Zagrane i zaśpiewane tak że ciarki po plecach chodzą.
Marcelo Alvarez jako Cavaradossi wspaniały. Bardziej rzeczywiście rewolucjonista niż zakochany ciućmok w stylu Alagny.
I dalej pojawia się problem. Karita Mattila jako Toska, byłą wspaniała dopóki człowiek miał przymknięte oczy. Ale niestety czasem, skuszony tym że jest na transmisji spektaklu a nie audycji radiowej, otwierał oczy. Tu już nie chodzi o wiek, bo pani Karita jest tylko o 4 lata starsza od Angeli Gheorghiu, która byłą w tej roli wspaniała. Problem w tym, że czas obszedł się z nią niezbyt delikatnie a i swoją urodą nie grzeszy. Jej rysy: wystający podbródek, lekko skośne oczy tworzyły z całą masą zmarszczek coś co kojarzyło się z przesłodzoną panią po 70. Ja wiem że to jest opera, i ona to naprawdę dobrze i wiarygodnie zaśpiewała. Tyle, że człowiek cały czas się zastanawiał 1) czego ci panowie od niej chcą 2) czemu ona nie korzysta jak Sacrpia chce – to może być jej ostania szansa. Aktorsko też mnie nie przekonała – grała zbyt egzaltowanie. Z jej wygładem może lepiej było po prostu stać i śpiewać a nie rzucać się po scenie.

Okrutne to. I tak sobie myślę, że wszystkie ( zasadnicza większość) tychy operowych heroin jest wg libretta młoda. Więc jeżeli już nie obsadzać młodej panienki, to przynajmniej
panienkę bardzo atrakcyjną. Żeby zaloty do niej nie wyglądały niezrozumiale. Zdecydowanie mniej okrutny jest teatr gdzie są wspaniałe role dla kobiet młodych i tych po 70. I w pewnych kreacjach wiek jest atutem. I o ile facet brzydki lub starszy może być atrakcyjny ( a i ról dla starszych śpiewaków trochę jest) to z mnie osobiście pani w wieku balzakowskim i negocjowanej urody do Toski czy Małgorzaty z Fausta nie przekona.

No powiedzcie sami, czy on nie wygląda jakby był przerażony Toską a nie torturami?

sobota, 4 kwietnia 2009

Słowa i dźwięki

(żeby nie było, że tylko notki przepisuję, słowo od siebie / i dzięki za dzisiejszy wyjazd A. )



Jeszcze bardzo krótko o fascynacjach muzycznych i książkowych. Fatalną stroną zapalenia spojówek i kanalików łzowych, które męczy mnie od Berlina jest fakt, że nie mogę czytać. Dwa tygodnie nie czytałam ani stronniczki. Zdycham. Więc kiedy wczoraj przyszedł Gargulec Andrew Dawidsona to rzuciłam się jak foczka na rybę. Nie wiem jak będzie dalej, ale to jest cholernie dobrze napisane. I z pomysłem.

A z muzyki odkryłam pewną płytę. Poniekąd operową. Ścieżka dźwiękowa do filmu Match Point W. Allena. Kawałki opera ze starych trzeszczących płyt. Kiedy Enrico Caruso zaśpiewał Eliksir Miłosny to się poskładałam. Oczywiście w ciągu 5 minut płyta była moja ( za pomocą starego dobrego torrenta) i teraz łażę z mp3 z wyrazem pyska natchnionym. I marzę o adapterze i czarnych trzeszczących płytach i muzyce jak wehikuł czasu.

wtorek, 24 marca 2009

O Holender, co za Carmen!

Zupełnie nie planowaliśmy, żeby to było akurat w moje urodziny, ale jakoś tak wyszło, że tak jak w zeszłym roku były na operowo w Berlinie. Zupełnie inny czas, też bardzo dobry. Tylko pogoda tak samo podła. Dziękujemy Ociepkom (-; było z nimi naprawdę bardzo fajnie.
A jeżeli się ktoś wybiera w okolice Berlina, Monachium lub Wiednia to polecamy zatrzymać się w Wombacie.

A co do tego co widzieliśmy ( słuchaliśmy)
Carmen.
Zaskoczyli mnie już przed wyjazdem, bo łypnęłam na stonkę i zobaczyłam, że zrobili to klasycznie. Bardzo klasycznie. Jak się potem okazało, klasycznie nie oznacza bez reżyserii- ale z bardziej subtelną kreską reżysera.
Całość zaczyna się za kurtyną filtrem przez co mamy uczucie, że patrzymy na obraz. Ten zabieg ma plusy i minusy. Plusy bo tworzy niesamowity klimat. Nadaje dźwiękom fakturę. Minus jest taki, że pierwszy akt jest przez to bardzo statyczny. Postacie chwilami zastygają w bezruchu i śpiewają bardziej do publiczności niż do siebie. W kolejnych aktach ten obraz coraz bardziej się ożywia, a postacie Carmen i Don Jose wyłamują się z kadru. Wychodzą niemal dosłownie z obrazu.
Co do interpretacji to bardzo dyskretnie zarysowana, ale przekonywująca. W pierwszym akcie Carmen ma czerwone buty, w kolejnych czerwony element stroju. Na rytym obrazie scenie kolor jest dość ważny i jest to jedyny element czerwieni. W ostatnim akcie Carmen występuje w stroju torreadora. Dosłownie w klasycznej wersji, ponieważ był to zawód zarezerwowany tylko dla mężczyzna, Carmen nie mogła by go włożyć. To jest symbol. Kobieta jako torreador – mężczyzna jako byk – groźne choć podążające za instynktem zwierzę. I świetnie wpasowuje się to w symbolikę męskich atrybutów tej opery: nóż i penis – róg byka. I bardzo skojarzyło mi się z Porozmawiaj z Nią Almodovara – kobieta jako torreador.
Poza tym podobało mi się bardzo w warstwie muzycznej. Tego po prostu słuchało się przyjemnie. Najmniej może Micaeli, ale nie wszystko może być doskonałe.

A tak na marginesie. W dniu po Carmen byliśmy na wystawie zdjęć Helmuta Newtona. Bardzo się podobały, choć miałam wrażenie że on traktuje kobietę jako tworzywo sztuki, a nie obiekt. Widziałam kilka zdjęć z tymi jego ulubionymi motywami: usta, buty w szpilce, czasami rogi byka. Kobiety bardzo seksualne ale zimne. I aż mnie skręciło żeby się dowiedzieć co by było z połączenia Cermen z Newtonem. Gdyby go zaprosić współtworzenia do tej reżyserii i scenografii. Niemożliwe, ale pomarzyć można. Poleciałabym na to jak na skrzydłach.

Co do drugiego dnia to byliśmy na Latającym Holendrze Wagnera. Dużo dobrego słyszałam o tej inscenizacji, wiec sobie robiłam spore oczekiwania. Gdzieś tam podejrzewałam, że Wagner łatwy nie jest, ale myślałam, że na żywo z grą sceniczną da się to jeść.
Cała sztuka była desperacką próbę uratowania archetypu z koszmarków którymi upstrzył ją Wagner. O ile można było dobrą reżyserią wywalić całe gotycko - mroczne tło to z muzyką nie dało się zrobić nic. Wydawało mi się, że Wagner jest trudny, a on jest po prostu kiepski. Jak to stwierdził Kocur: taka to muzyka jak betonowy bunkier architektura. Po prostu nie wystarczy głośniej krzyczeć żeby większy efekt był.

Moja wiedza z muzyki klasycznej jest niekompletna i wyrywkowa. Kiedy byłam mała uwielbiałam słuchać muzyki ( Griega, Bizeta, Rimskiego Korsakova, Czajkowskiego) i sobie wyobrażać co się tam dzieje. Zazwyczaj te moje historie w głowie miały się nijak do pomysłu kompozytorów, ale pobudzały wyobraźnie. Może dlatego tak łatwo złapałam pomysł opery – połączenie teatru i muzyki.

Wagnerowi udało się stworzyć muzykę, która do mnie nie przemawia, ani odrobinkę. Reaguję na nią jak na Rammsteim – czyli Bosze czemu oni tak hałasują. O ile jeszcze pierwszy akt jakoś się ma do tego co się dzieje na scenie ( Die Frost ist um to jedyny fragment który da się słuchać) to dalej jest masakra. Scena spotkania z Sentą nijak się do siebie ma w warstwie muzyka- treść – to co jest odegrane. Oni do siebie wrzeszczą w dodatku zupełnie bez emocji.

Reżyser zrobił z tego co się dało. Pomysł z przeniesieniem akcji na giełdę świetny. Postać niemiej dziewczynki duszy Senty też bardzo mi się podobał. Nie do końca się zgodzę z interpretacją którą kiedyś przeczytałam. Bo w momencie kiedy jego stara załoga widm rozsypuje się w proch – a marynarze na koniec popełniają samobójstwo (przy śmiejącym się Holendrze) – prawdopodobnie po to żeby stworzyć jego nową załogę widm, to mam jakieś wrażenie że ta historia to się dla niego odbywa co siedem lat (-; I wcale Senta taka jedyna. Albo może powiem to inaczej: Gra Senty mnie przekonała. Gra Holendra nie. Może przez dysonans z muzyką, może przez złe aktorstwo, tego nie wiem. Ale mu nie wierzę.

Tak czy inaczej reżyseria była – i było by o czym pogadać, pointerpretować. Niestety reżyserka nie zrobiła jeszcze jednego dramatycznego kroku – nie zamieniła tego w pantomimę. Bez muzyki. Zupełnie.


PS
Na życzenie Ani więcej o Carmen:

Nie pisałam szerzej bo po pierwsze mam zapalenie spojówek i widzę tyle co nic. A po drugie ta interpretacja jest dość prosta i w miarę zgodna z tym czego się spodziewałam po libretcie. Jak się okazało mało oryginalna nie musi znaczyć zła, a może być po prosty prosta i logiczna.

Kim zatem jest Carmen? Pełną seksu siłą, która robi z mężczyzn idiotów, podążające za instynktem byki. Kobieta pewną siebie, odważną a przede wszystkim wolną. W tle pokazano dwie cyganki ( cudowne głosy zwłaszcza Mercedes!) i na tym przykładzie łatwo widać kontrast Carmen – reszta świata. One też podrywają mężczyzn ale z bardziej konwencjonalnych powodów – chcą miłości, seksu, pieniędzy. Carmen nie chce niczego – robi to bo może, bo jest wolna. Paradoksalnie w jakiś sposób jest w tym bardzo męska. Kobieta w stroju torreadora, wolna, dzika, silna. Ona uwodzi bo to jest gra, rywalizacja. Za nic ma normy społeczne, „ustawienie się w życiu”, ona po prostu wypija z życia kwintesencje, i robi to bo tak. I nawet w najbardziej miłych dla Don Jose
chwilach nie ma wątpliwości, że go nie kocha. Ona z nim gra. Dlaczego? Bo może, bo chce.

Czego się obawiałam w Carmen zanim na nią poszłam, to wyświechtanej, ogranej melodyjności. I nic bardziej mylnego. To że melodie przeszły do świadomości zbiorowej, stały się wręcz gwizdane na każdym roku, to nie znaczy, że nie sa cudowne. Może wręcz przeciwnie, świadczy to o ich śile przekazu.

środa, 25 lutego 2009

Ale tylko jeden raz, Taki ze mnie Maxi Kaz.

Wrażenia na gorąco z wczorajszego wyjścia do Opery Krakowskiej zacznę cytatem ze znajomego reżysera: „Jak się dzieła nie wychędoży, to się nic z tego nie urodzi”.

Po pierwsze jestem troszkę w trudnej sytuacji bo Osiem i pół Felliniego wiedziałam wielki temu i pamiętam jak przez mgłę. A zastanawiam się czy i na ile można te dwie rzeczy rozpatrywać osobno. Będę musiała.

Ogólnie bardzo mi się podobało. Z niektórymi rzeczami bym dyskutowała, ale były i takie które wgniotły mnie w fotel. Ale za co panu Znanieckiemu dziękuję najbardziej to, że jakąś wizje miał i na tle całej miernej – ale - klasycznej polskiej sceny miał odwagę to pokazać.

Dla mnie zawsze Do Giovanni był kimś kto szuka. Kimś kto nie może zaspokoić apetytu, personifikacje psychoanalitycznego Id, może trochę macho, takim który i normy boskie i ludzkie ma gdzieś głęboko. Bardzo lubię te współczesne realizacje z nożem i rozchełstaną koszulą.

Tu miałam coś zupełnie innego. Coś tak nieprawdopodobnego, że aż trudno uwierzyć. Don Giovanni impotent. Ktoś wypalony, zblazowany, zmęczony, cyniczny. Poza Fellinim do którego nawiązanie było bezpośrednie mnie się skojarzył James Bond. Jeden z tych z lat ’90, pusty, nie wkładający w zasadzie wysiłku w to całe podrywanie. Ba więcej to jest James Bond któremu się nic nie udało. Taki Bondzik dla ubogich z Ciechocinka. I tylko tłumy głupich bab na niego lecą. On w zasadzie nawet ich nie pożąda. Kiedy śpiewa słynną arie o podawaniu ręki stoi przodem do publiczności. To one go molestują. On z tym biczem jest bardziej jak pogromca zwierząt niż jak uwodziciel. Zresztą same archetypy kobiece są tu celowo pokazane jako straszliwe kretynki. One same się puszczają i z chęcią dopisują do listy milletre a potem mają za złe, ze jeszcze kogoś dopisano.
Bardzo fajny motyw w Komandorem. Ja nie jestem pewna czy on naprawdę w ogóle staniał. Czy Don Giovanni fizycznie go zabił, czy to nie działo się tylko w przestrzeni archetypu i jego wyobrażani.
O ile cały spektakl był dla mnie fajny ale miałam zastrzeżenia ( bo to cholera nie była moja wizja DG i czegoś mi brakowało!) to zakończenie wgniotło mnie w fotel. Komandor przychodzi na ucztę. Tyle, że w przeciwieństwie do innych interpretacji nie są tam sami. Tam jest tłum ludzi, gra orkiestra, ludzie tańczą. I nikt nie widzi Komandora. To jest głos w głowie Don Giovanniego. Może słyszy go też Leporello od tylu lat związany z DG.

Poczułam się wgnieciona w fotel. Nie ma nic. Nie ma metafizyki, nie Am duchów, nie ma piekła. Jest tylko przesyt, gorycz, wypalenie. I w tym momencie DG strzela sobie w łeb. Jakby nie mógł już tego znieść.

Niezależnie od wszystkiego powinnam dziękować Znanieckiemu za pokazanie wiedeńskiej wersji bez umorlanijącego zakończenia, gdzie wszyscy wychodzą i się cieszę że złego szlag trafił. Tu oni nawet nie do końca zauważają, że on nie żyje.

Co podobało mi się troszkę mniej to chwilami plastikowe dekoracje które się chwiały. Miałam stracha że się zawalą zabijając pana Kwietnia. Dodatkowo sopran koloraturowy Donny Anny wcale mnie nie przekonał. Nie mam prawa do komentarzy w tym zakresie ale ona piszczała chwilami. Z tych wersji które dotychczas słyszałam to brzmiało inaczej. Lepiej.

Dalej twierdzę, ze to nie jest mój DG. Ale jestem za jedna rzecz panu Znienackiemu bezgranicznie wdzięczna. Za odwagę, wizję, coś co ja nazywam „pozbawianiem opery lanoliny” ( Od futer z lanoliną w jakich przychodzą dostojne babcie).

Obok nas siedział pewien starszy pan koneser z żoną. I się bulwersował „ Że co to, to w ogóle jest? Że kto to, to wiedział? Że poważna opera nie może eksperymentować! Że toż to jest Mozart! Że to jest obsceniczne kuriozum! Że to jest dla takich co z tymi mptrójnikami chodzą ( ja akurat odtwarzacz mp3 miałam torebce – a na nim Don Giovanni z Raimondim)” I tak dalej. Próbowałam z panem dyskutować nie dało się. Ostatecznie zaszokowałam go stwierdzeniem, ze tak podoba mi się. Bardzo. Don Giovanni jest sztuką o seksocholiku. I nie mówcie mi że musi to być uduchowione.

Mam wrażenie, że teatr na swoje szczęcie przechodził tą rewolucję już jakiś czas temu. I teraz cieszy się różnymi formami, wolno reżyserom łączyć, bawić się formą, interpretować. Nie widzę powodu dla którego można coś zrobić z Szekspirem ( a robiono wiele, ze skutkiem rewelacyjnym i miernym) a nie można tego zrobić z Mozartem. Można. Czasem trzeba. Jako fanka DeutcheOper w Berlinie cieszę się, ze coś zaczyna się dziać. Ktoś ma pomysł i odwagę. Cóż Tadeusza Kantora też nie wszyscy lubili.

Lemurko cieszę się że twoja Hania zetknęła się właśnie z tą interpretacją. Możesz ją skierować na mojego bloga jestem ciekawa jej opinii. Lepiej tu niż do ziejącej naftaliną bylejakości.. Byle klasycznie, byle się nie wychylać. W końcu po co odpowiadać na pytanie kto to był Don Giovanni. Po co mówić „jaki on był, czemu to” Przecież to tylko taka sobie kostiumowa historyjka o ukaranym grzeszniku.

Mogło się podobać lub nie. Ale tak długo jak nie pozwolimy operze na eksperymenty i interpretacje, nawet te mniej udane, te bardziej udane nie powstaną wcale. I nie będzie się działo nic. Będą tylko bardziej i mnie wypucowane grzeczne bajki.

A zupełnie z innej beczki z przedstawieniem Don Giovanniego w sanatorium kojarzy mi się jeszcze jeden motyw. Może odrobinkę profanacja ( hihi) ale jak się z dystansem podejdzie to pasuje jak ulał. W końcu archetypy się przeplatają. Te ze sztuki z górnej półki i te z zupełnie niziutkiej:


W okolicy z tego słynę,
Że gdy spojrzę na dziewczynę,
Zanim zacznę grać to ona mówi pas.

Może właśnie wiec dlatego,
Wszystkie damy mój kolego
Już po randce mówią na mnie Maxi Kaz.

W sanatorium lub na wczasach,
Raczej łatwo o grubasa,
Łysy, stary, sztuczna szczęka, szkła jak dwa od piwa denka.

Wtedy ja do akcji wkraczam,
Swoim wdziękiem je uraczam.
Zawsze wszystko daje z siebie,
Żeby były w siódmym niebie.

Ale tylko jeden raz,
Taki ze mnie Maxi Kaz.

Zimny jak polodowcowy głaz.
W Ciechocinku,
Tam gdzie dom zdrojowy,
Maxi Kaz
Rusza na łowy.
Na deptaku czai się na panie,
Każda szansę dziś dostanie.

Taki ze mnie Maxi Kaz.

Panny i zamężne damy,
Chciałyby jakiejś odmiany,
Na wywczasach to normalne mówię wam.

A ja tę odmiane daję
W nocy.
Kiedy rano wstaję,
Do mojego domu wracam zawsze sam.

sobota, 7 lutego 2009

I wrócić masz tą ścieżką z żyjącą Eurydyką…

(notka tematyczna, nijak nie pasuje do tego co poniżej wiec piszę osobno)

Miałam okazję oglądać ostatnio dwa utwory w sposób specjalny z muzyką. Opery w których Muzyka jako taka odgrywa rolę niemal jednego z bohaterów. Orfeusz i Eurydyka i Czarodziejski Flet. Oba w wykonaniu Metropolita Opera. ( Nie, nie na żywo, tak dobrze to nie ma – kino Kijów w Krakowie i płytką DVD)

Te dwa utwory dzieli w czasie jedynie 29 lat, a muzycznie jest to cała przepaść. Orfeusza słuchało mi się w warstwie muzycznej bardzo trudno. Interpretacja była rewelacyjna Właściwie nie tyle współczesna co dokonane ponadczasowa. W Hadesie spotykamy dość zaskakujący zestaw: Lincoln, Kleopatra, Einstein, Marie Curie, Prince Diana, Mao Zediong i wielu innych. Warto zerknąć tu. Cudownie i zaśpiewane i zatańczone. Tam jest wiele chwil samej muzyki bez śpiewu i ją wizualnie zapełnił taniec. Powiedziałabym nawet że był tak samo ważny jak muzyka. I ciekawa interpretacja
- Orfeusz śpiewał schodząc do Hadesu żeby się na czymś skupić i nie patrzeć na straszydła
- W założeniu Amora, który mu tą podróż zaproponował, Orfeusz POWINIEN obejrzeć się za Eurydyką. Bo jaka była by ta jego miłość w końcu jakby się nie obejrzał? Jaka by była gdyby pozostał głuchy na błagania Eurydyki? Bardzo bajkowe zakończenie kiedy Amor po raz drugi zwraca ją Orfeuszowi i żyją długo i szczęśliwie.

Na pewno warto to było zobaczyć, chociaż warstwa muzyczna trudna. Długie pieśni, w których słowa praktycznie co wers się powtarzają. Gdybym nie wiedziała nic o Glucku i Mozarcie po samej muzyce powiedziałabym że jest tu bardzo długi okres pomiędzy tymi dwom dziełami.

29 lat jak cała przepaść. Może właśnie na tym polega geniusz Mozarta, że słucha się go jak coś absolutnie widzowi współczesnego. Magiczny Flet w reżyserii Julie Taymor. Tej samej czarodziejki, która reżyserowała Tytusa Andronikusa. Wizualnie olśniewające. Śpiewane po angielsku sprawia wrażenie niemal współczesnego musicalu. Nie wiem czy powinni iść tak daleko – ale powiem tylko tyle myślę, ze Mozartowi by się podobało. To było bajkowe, jak dziwna magiczna podróż do krainy marzeń.

Magiczny Flet jest pierwszym kandydatem do oglądania z Natalisem. I jednym z moich faworytów na najulubieńszą operę. Teraz sobie ostrzę zęby na wersję Kennetha Branagha i Bergmana. Zupełnie różne, ale myślę ze obie ciekawe. Po tym jak widziałam fragmenciki na youtubie przeżyłam opad szczęki i to już wiem o co kocura będę po powrocie męczyć. (-;

poniedziałek, 27 października 2008

M(efistodeles) i Małgorzata

Zanim napiszę cokolwiek o Wiedniu, który nie odbył się jak miał się pierwotnie odbyć z bardzo różnych przyczyn osobisto jakiśtam, najpierw kilka słów o samym wyjeździe.

Kocur jest najkocurzejszy na świecie. Miałam dwudniową randkę z moim własnym mężem. Zaczarowaną i niesamowitą. Pełną starych zegarów, zapachu jesieni, w surrealistycznym Wiedniu porannym, z modlitwą po arabsku słuchaną w romańskim kościele, z suszi nocną porą i tyloma rzeczami, że nie da się ich wymienić. Wracam zmęczona w stopniu ekstremalnym, ale zauroczona.

Było magicznie. O tak:


A w drodze do opery:




Ale miałam o samym Fauście. A właściwie o M. i Małgorzacie bo stanowczo postuluje, że powinni tak zmienić tytuł tej opery. Tak ogólnie: to podsumowując wszystko to jest to chyba najlepsza adaptacja operowa jaką widziałam. Ogólnie: bo rozkładając to na muzykę, śpiew, aktorstwo i warstwę wizualną wychodzi bardzo nierówno: od absolutnej euforii do chęci zadania bolesnych tortur niektórym osobom, które maczały w tym palce. Tak, miałam okazję buczeć i gwizdać. Niestety główny winowajca nie wyszedł po oklaski. Widać czuł ciężar swojej winy.

Ale po kolei…

1) Muzyka, głosy, aktorstwo…

Już rozumiem dlaczego osoby które słyszały już Coś Takiego nie zachwycały się Berlinem. Olśniewające, to jest dobre słowo.
Małgorzatę miała śpiewać Angela. Tyle, że zachorowała. Klops. Kocur miał minę kociątka któremu zabrali motek wełny jak się dowiedział. A potem przyznał, że jest szczerze wdzięczny Angeli za tą niedyspozycję. Dublerka była olśniewająca. Nie wiem jak to nazwać, ale nie wiedziałam, że śpiew może być tak doskonale melodyjny. Wspaniale aktorsko zagrała. Jeżeli któreś z nas miało jakąkolwiek wizję jaka powinna być Małgorzata, to była ona dokładnie taka. Tak pięknie zaśpiewanej arii z klejnotami jeszcze nie słyszałam.
Mefisto był w gorszej sytuacji na starcie. Raz że pan śpiewał basem, a ja 100% wolę w tej roli baryton. Dwa, że cokolwiek by robił to ja będę miała w głowie „Bryn Terfen to pan nie jesteś…”. I z tej przegranej pozycji udało mu się wyjść obronną ręką. On jest innym Mefistem, niż Terfel, ale też cudownym. I słuchałam jego głosu z ogromną przyjemnością. Tajemniczy, demoniczny. Dodatkowo pan świetnie to grał. Jeden z fenomenalnych pomysłów reżysera to dać mu jako atrybut czerwony wachlarz. Sam śpiewak był azjatą i wachlarz w jego rękach był bardzo sugestywny.
Faust. Hm, Alana śpiewa bardzo dobrze. Lepiej niż jakikolwiek tenor jakiego widziałam na żywo. Mam zastrzeżenia do jego gry aktorskiej. Nie przekonał mnie, że naprawdę kochał Małgorzatę, a na cynicznego sukinsyna był zbyt wesołkowaty. Cóż, czego się spodziewać po kimś dla kogo aktorsko rolą życia był Eliksir Miłosny… Tak czy inaczej Alana dostał najmniejsze brawa. I co mnie do niego zraziło to że „gwiazdorzy”. Dopominając się braw usiadł w geście „ to będę tu siedział aż nie zaczniecie przywozicie klaskać’. Niestety ( dla niego) publiczność na to w ogóle przestała klaskać i pan gwiazda musiał sobie iść. Łyso mu było.
Wszyscy inni tez byli fenomenalni. Tu specjalne oklaski dla Walentego. Ja zawsze jakoś pomijałam tą postać i nudziły mnie jej arie. A tu był porażający. Najpierw ta niewinność z jaką śpiewa o medaliku a potem jak po wojnie się z niego nieczuły sukinsyn zrobił. Ja to czekam aż zrobią w realiach II wojny światowej. Z motywem wojny i tego co robi z ludźmi w tle.
2) Reżyseria ( pręgierz i czterdzieści batów), scenografia ( zrobić podwiązki z bebechów tego pana) i interpretacja ( bardzo ciekawa ale nie wystarczająco zarysowana). Bosz czemu ci spece nie wyszli na brawa, pomidorem bym rzuciła i wybuczała.

Opera to sztuka będąca połączeniem śpiewu, muzyki, tekstu, aktorstwa, sztuki wizualnej i tańca. I to wszystko oddziaływuje razem. A jak człowiek dostaje na talerzu genialne głosy bez przestrzeni i warstwy wizualnej to się czuje jakby dostał żur bez zimniczków i kiełbasy. Było niby klasyczne. Stroje jak z dobrego wojaka Szwejka ( Austria w końcu…) tylko nie wiem czemu wszystkie szare. Na scenie zero (!) dekoracji tylko trzy obrotowe ściany półprzeźroczyste zapełniające jakoś przestrzeń. Robią to naprawę symbolicznie i nie wnoszą nic. Ba tym, że są nowoczesne przeszkadzają. Czasem co prawda pojawiają się na scenie i i om dekoracje, ale takie że nie wiadomo czy im wczoraj tych jakie miały być nie ukradli i czy banda techników za 20 euro nie miała szybko zrobić nowych. Domu Małgorzaty nie ma. Jest za to jej ogród. Wygląda jakby ktoś nagrobki obsadził papierową kapustą, sałatą i fasolą. A wszystko w kolorze mocnej zieleni. To już nie jest ten problem, że to nic nie przekazuje. To przeszkadza.
Reżyser z kolei zrobił kilka rzeczy fajnych, nawet bardzo fajnych. Miał wizję i pomysł. Ale spieszył też kilka rzeczy z które miałam mu ochoty nakopać wić. Po tej całej posusze dekoracyjnej zaczęła się scena sabatu. Na scenie trumny, z których wychodzą zielonkawe baletnice obłapujące Mefista i Fausta. Jest dobrze, myślę sobie. W tle na drzewach szubienicach wiszą dzieci. Jest cholernie dobrze. Dobra scenografia, jak one zatańczą teraz sabat to mnie w fotel wbije. Inna sprawa że ta scena jest ważna dla interpretacji. Dość kluczowe jest jak się Faustowie na tej imprezie podobało. Mefisto mówi ze będzie Impreza, laski go obłapiają….a Algana zaczyna ze chce do Małgorzaty. Coś mu się pomylił tekst, myślę. Ale nie, opada kurtyna i nastąpże scena w więzieniu. I tu w duchu puściłam największa dawkę przekleństw jaką stworzyłam ostatnio.
Druga wtopa reżysera to sama końcówka. Na Małgorzatę pana światło z góry ( jakby na scenie to takie dziwne było) a Mefisto i Faust sobie idą. Ot tak. Jakby im się znudziło stać. W sumie nie wiadomo czy to koniec czy ma być jeszcze jakiś akt, ale za chwilkę. Napięcie rośnie, rośnie, a potem nie wiadomo co.

Nie mówię, że reżyserii nie było. Kilka pomysłów i scen było wstrząsających. Sam spektakl miał też jakiś pomysł. Punkt ciężkości przeniesiono tu na Małgorzatę – Mefista. Faust jako taki był tu raczej postacią drugoplanową, kimś kim chciał się posłużyć Mefisto do zniszczenia Małgorzaty. To był ich duchowy pojedynek. Nawet w więziennej scenie Faust stoi z boku a dramat rozgrywa się na linii M – M. Oni walczą i do siebie to śpiewają. Najlepszą sceną jest jednak zdecydowanie scena w kościele. To też jest walka. Ona broni swojej duszy i wiary, ale on wyciąga coraz mocniejsze argumenty. Nie ma tu wątpliwości że sam Faust jest tylko marionetką, a młodość została mu zwrócona żeby mógł zniszczyć Małgorzatę. I powiem tyle: Małgorzata, w przeciwieństwie do Fausta, jest jego godnym przeciwnikiem. Musiał jej zabrać wszystko, żeby upadła, a i potem się podniosła. Baaaardzo mi się ta interpretacja podoba. Jest mało romantyczna, sukinsyńska , ale przemawia do mnie najbardziej. Zakochanemu Faustowi mówimy nie.

Kilka innych perełek potwierdzających tą teorię interpretacji. Pojedynek Walentego i Fausta. Czerwone światło, oni bez broni naprzeciwko siebie. Nie ma w ogóle szpady. Mefisto dyryguje a oni poruszają się jak marionetki zastygając co chwila. Nie ma wątpliwości że Faust jest tylko przedmiotem, rekwizytem Mefista.

I czemu marudzę? Bo MAŁO! Bo oczekiwałam jak w Berlinie współgranie muzyki-aktorstwa- reżyserii. A nie pojedynczych perełek jak wachlarz Mefista. Nie nie nie.

W sumie 200% na tak. A do reżyserii mam tak emocjonalny stosunek, bo bo zrobili kilka rzeczy bardzo denerwujących ( brak baletu, brak zagospodarowania przestrzeni sceny, urwany koniec) ale poszli w moją ulubioną linię interpretacyjną. Małgorzata nie jest słaba. Hough!

A to bonus specjalny. Dla tych co wiedzą, czemu on taki:



Cóż. Lustra, maski i piękne kobiety. Może i jestem odrobinkę fetyszystką, ale jak kocur zobaczył ten obraz wiedział że mi się spodoba. I miał cholera rację.

czwartek, 18 września 2008

Turandot, czyli jestem jak inżynier Mamoń.

Dowiedziałam się, że nie powinnam pisać recenzji. Jako osoba niebędąca zawodowym muzykiem nie mam do tego prawa, bo się nie znam. Na szczęście pozostaje mi prawo pisania własnego bloga – z subiektywnymi opiniami. Uff, co za ulga! Mogę zatem gdzieś przelać zachwyty.

Deutsche Oper w Berlinie nie wystawia oper jako takich. Wystawia rewelacyjne przedstawienia dramatyczne okraszone muzyką. O samej muzyce nie będę się wypowiadać inaczej niż „bardzo mi się podobało”, bo faktycznie nie wiem, co można więcej powiedzieć. Swoje zachwyty ograniczę do reżyserii, aktorstwa, scenografii i interpretacji libretta. Bo tak jak po ostatnim Rigoletcie – padałam na kolana. Może nawet jeszcze bardziej zachwycona.

Turandot, Deutsche Oper Berlin, 12 września

Za chwilę kurtyna idzie w górę…

Pierwsza scena, jeszcze zanim podnosi się kurtyna, jest wprowadzeniem. Kilku kolegów żegna się z będącym w stanie wskazującym na spożycie kompanem. Po chwili zjawia się kilku umundurowanych panów i zabiera delikwenta. To następca tronu Persji, skazany na śmierć za to, że nie odgadł zagadek Turandot.

Teraz kurtyna idzie w górę i na scenie widzimy porozkładane plastikowe krzesełka. Zjawia się tłum i ustawia przodem do publiczności, a właściwie do podestu wybudowanego na scenie. Motyw teatru w teatrze, niby stary, ale robi wrażenie. Zaczyna się przedstawienie. Kilku komików komentuje aktualne wydarzenia w państwie. Księżniczka Turandot odda swoją rękę tylko temu, kto odgadnie jej trzy zagadki. Tego, kto nie sprosta próbie, czeka śmierć. Śpiewając, aktorzy tego drugiego teatru pokazują scenki dla uciechy tłumu. Plastikowy topór, maleńki gong, dekapitacja księcia i w końcu książę perski z głową schowaną pod ubraniem kłania się publiczności.

„ Trudno, niechaj ginie, jak śmierć, to śmierć” i chwilę później: „ Śmierć, śmierć, śmierć, dzięki pięknej Turandot!” wrzeszczy ubawiony tłum. Całe życie dworu, śmierć konkurentów i sama Turandot są uciechą dla gawiedzi spragnionej skandalu. Tu przypatrzmy się widzom. Ubrani byle jak, jedzą, rozmawiają, głupie twarze, pusty śmiech – ogólnie wyłazi jakaś bylejakość (nie scenografii, ale celowa bylejakość ludu). W tym całym zamieszaniu spotykają się książę Calaf ze swym ojcem Timurem. Uderzają dwie rzeczy. Pierwsza to ogromna anonimowość tłumu – spotyka się ojciec z zaginionym synem, radość, ale nikt tego nie zauważa, ludzie mają swoje rozrywki, teatrzyk satyryczny i żarcie kanapek. A druga to ogólne „zdziadzienie” księcia i jego ojca. Timur w wymiętym płaszczu i z reklamówką. Jego syn w źle dopasowanej skórzanej kamizelce. Nie ma wątpliwości, że oni napadnę wegetują. Schorowanym ojcem opiekuje się niewolnica Liu – szare, niepozorne dziewczę z naszytymi na kurtce skrzydełkami. Mały aniołek dla ubogich, który kocha się skrycie w Calafie. Kiedy książę pyta ją, kim jest, odpowiada, że nikim – i tak też będzie przez niego do końca sztuki traktowana.

W pewnym momencie na scenę wchodzą prawdziwi oprawcy razem z księciem perskim. I tu tłumowi rzednie mina. Bo się śmiać z komedii to jedno, a z prawdziwej egzekucji – drugie. Bardzo mi się to podobało dlatego, że w trakcie czytania libretta, bez aranżacji teatru w teatrze, nie bardzo mi pasowało, że tłum tak szybko zmienił zdanie. Księżniczka staje się dla tłumu „Widmem bezdusznym i upiorem”. Tu pojawia się Turandot, nie na scenie, tylko na wysokim balkonie, w woalce, z grupą ochroniarzy. Widzimy ją tak, jak widzi ją tłum, odległą i niedostępną. Tłum skanduje „Łaski, łaski”, ale wyrok Turandot jest nieubłagany. Książę perski, osądzony z numerem dwunastym, zostaje odprowadzony na śmierć.

I tu dzieje się coś ciekawego. Calaf się zakochuje. W Turandot. Jest to o tyle ciekawe, że nie mógł jej dobrze zobaczyć, była zbyt wysoko, miała na twarzy woalkę. W kim w takim razie się zakochał? We władzy, prestiżu? Sam był księciem, a stał wśród gawiedzi, ubrany w idiotyczną kamizelkę, z reklamówką. W tekście libretta Calaf cały czas mówi o księżniczce „ona” i można to rozumieć jako Turandot - kobietę, ale też jako Turandot – personifikację władzy. Książę zachowuje się, jakby obudził się ze snu i pojął, po co żyje. Dość tego letargu, tej bierność, marazmu, chce życia pełnią! Oczywiście w tym momencie absolutnie wszyscy próbują mu wybić z głowy pomysł, by próbować odgadnąć zagadki księżniczki.

Ojciec, Liu i trzej dworacy, Ping, Pong i Pang – każdy argumentuje jak może. „Zbyt wysoko jej tron” – argumentuje ojciec, który sam tron utracił. Liu próbuje przekonać Calafa, biorąc go na litość, ustawia w tym byle jakim otoczeniem prowizoryczny stoliczek, przygotowując kolację przy świecach. Jakby chciała powiedzieć: „Będę ci służyć, gotować obiady, możemy wieść nędzne, ale normalne życie”. Ping, Pong i Pang argumentują najsilniej. Wciskają mu w ręce małą Liu w świetnej scenie, w której siłą kładą niewolnicę na ziemię i rzucają Calafa na nią. Jakby chcieli powiedzieć: „ No masz, możesz kopulować, jeść, spać, czego ty jeszcze chcesz od życia?”.

I jeszcze mały szczegół, który dużo mówi o księciu. Pojawia się aspekt religii. Ping, Pang i Pong tłumaczą księciu, że wszystko jest złudne, nawet jego pożądanie i sama Turandot. „Prawdą jest Bóg Tao”. Na to on odpowiada: „ Dla mnie tą prawdą jest moja miłość”.
To jest bluźnierstwo. On już tu jest osobą, która poważy się na wszystko, a jedynym prawem są dla niego własne pragnienia. I chwilę później mówi: „Lecz pójdę swoją drogą, cokolwiek się stanie”. Cokolwiek się stanie – zatem nawet i po trupach. To są dość mocne słowa i zapowiedź tego, co się wydarzy. Bo książę już wydał wyrok na Liu i ojca. Cokolwiek się stanie, on nie zawróci.

A książę ma marzenia. Woli zginąć, próbując coś osiągnąć, niż żyć w tym byle jakim socjomatriksie. Już wkładano mu kapelusz pana młodego, już Liu niosła welon, a on wyrywa się i wołając imię „Turandot, Turandot, Turandot!” trzykrotnie uderza w gong. Obwieszcza, że chce walczyć o rękę księżniczki. Co znaczy słowo Turandot dla Calafa? Kobieta – może, choć nawet jej nie widział. Władza – w dużym stopniu też. Ale chyba najbardziej – życie, życie pełnią, ponad innymi, spełnianie swoich pragnień. Książę mówi o Turandot: „Tu źródło życia bije”. Życia, nie miłości.

Początek aktu drugiego należy w całości do Pinga, Ponga i Panga. Podobno zazwyczaj przedstawiają te postacie na wpół żartobliwie. Tutaj było śmiertelnie poważnie i bardzo gorzko. Trzej słudzy mają już dość życia w pałacu, dość mordów Turandot i marzą, żeby żyć inaczej i wrócić do spokojnego, normalnego życia. W pewnym monecie przebierają się –jeden za Turandot, drugi za zalotnika, trzeci za kata. I odgrywają ponure scenki, których byli świadkami. Pokazują, jak zwabieni pożądaniem (scena, kiedy aktor - zalotnik próbuje dobierać się do aktora - Turandot) nie zgadują zagadek i zostają skazani na śmierć. Znowu teatr w teatrze. Ping, Pong i Pang są na dworze aktorami w ponurej komedii, są marionetkami w rękach Turandot. Scenki wydają się komiczne, ale mają w sobie jakąś gorycz i zmęczenie. Wreszcie trzech aktorów postanawia się powiesić, ale nawet na to nie starcza im energii, nawet tu pozostają bierni.

A tymczasem rozpoczyna się scena rozwiązywania zagadek. Zanim zaczniemy się zajmować tym, co się dzieje na scenie, kilka słów o tym, czym są same zagadki. Zagadka jest zawsze jakąś przynętą, wyzwaniem. Zagadki nie są tylko po to, żeby odsiać kandydatów, do tego aż nadto dobrze nadają się testy matematyczne, o ile pamiętam. Zagadki są jakimś przekazem, kluczem, którym otwiera się drzwi, ponieważ za nimi jest coś ważnego. Odpowiedź na zagadki ma też o czymś mówić. Trzy odpowiedzi na zagadki księżniczki brzmiały: „Nadzieja, Krew, Turandot”. Można to interpretować najprościej – jako nadzieję zalotników i krew, ich śmierć. Dlaczego zatem Turandot? Dlaczego księżniczka każe zgadywać własne imię? Mam wrażenie, że wszystkie zagadki opowiadają o niej – JĄ trzeba odgadnąć, trzeba ją poznać, zajrzeć w jej duszę, zrozumieć.

Wracajmy jednak do inscenizacji. Kurtyna opada i znowu znajdujemy się na scenie teatru w teatrze. Publiczność jeszcze nie widzi, co się dzieje. Cała atmosfera ma w sobie coś z teleturnieju. Zaraz zacznie się spektakl. Księżniczka patrzy na Calafa z góry – ot, jeszcze jeden cieć, byle kto, kto chce się ze mną zmierzyć. Ostrzega go, że zagadki są trzy, a śmierć jest jedna, na co książę odpowiada, że „Zagadki są trzy, a życie jest jedno”. Zdziwiona księżniczka przez jeden bardzo krótki moment niemal pada mu w ramiona. Czyżby zobaczył, kim jestem? Czyżby był taki sam? Ale zaraz pojawia się widmo sukienki ślubnej i Turandot odskakuje ze wstrętem. Ona nie ucieka przed mężczyzną, ale przed rolą kobiety. Przed byciem samicą, matką, żoną. Chce władzy, chce kogoś równego sobie, choć nie wierzy, że ktoś taki mógłby się znaleźć. Jaka jest Turandot za kulisami tego show? Denerwuje się. Jest przytłoczona. Świetna jest scena, kiedy księżniczka na chwilkę upada i zaraz dopada ją paparazzo. Zagląda nerwowo za kurtynę, gdzie ludzie już zbierają się na show. Przerażona Turandot siada naprzeciwko księcia, zamieniają się miejscami i ma się wrażenie, że to ona się broni, a on atakuje. Podnosi się kurtyna i pada pierwsza zagadka.

Kim zatem jest Turandot? Jaka jest jej historia?

Klucz pierwszy: Nadzieja.

„Pośród ciemnej nocy,
Błądzi i krąży zjawa promienna!
Wznosi się wzwyż i spada,
Nieuchwytna, leciutka, niby mgła!
Każdy chce ją zatrzymać
I wzlecieć na jej skrzydłach!
Ale ona rozwiewa się o świcie,
Złudny czar jej szybko mija!
Łaskawa noc ją rodzi,
Okrutny dzień zabija!”


Każda zagadka jest wieloznaczna. Może to być oczywiście nadzieja zalotników, ale moim zdaniem to Nadzieja Turandot. Coś, o czym śni, czym chciałaby się stać, jakieś marzenie, które ginie wraz z nastaniem dnia. Czy Turandot śni o władzy? Czy Turandot śni o miłości?

Klucz drugi: Krew.

„Płonie żywo jak ogień, lecz nie jest ogniem!
Płynie wartkim strumieniem,
A jednak nie jest to rzeka!
Nie róża to, choć w czerwień się obleka!
W chwili śmierci, w klęski czas,
Zastyga lodem!
Zwycięstwo zaś podsyca jej płomienie!
Na jej zew, po szczęście lub po zatracenie
Zdążamy ślepo do piekła i do gwiazd”


Jak dla mnie – chyba najbardziej znacząca zagadka. Krew jest bardzo wieloznacznym symbolem. Krew straconych zalotników, krew utarty dziewictwa. Ale w tej reżyserii zupełnie odrzucono te interpretacje. Krew to – Życie. Życie pełnią, ponad zasadami, namiętność, również chęć zniszczenia, władzy, destrukcji. Dla mnie kluczowym zdaniem całej opery jest:

„Na jej zew, po szczęście lub po zatracenie
Zdążamy ślepo do piekła i do gwiazd”

To jest to, czego chce zarówno Turandot, jak i książę. Co ważne, w libretto nie jest napisane: „do piekła lub do gwiazd”, ale zdanie połączone jest spójnikiem „i”. Tak jakby ta osoba brała jedno i drugie. To jest rodzaj szaleństwa, bierze to, co jest na szczycie, ale i to, co niesie ból i zagładę.

Klucz trzeci: Turandot

„Lód, co płomień wyzwala,
Lecz w jego blasku sam nie topnieje!
Ciemny jest, choć świetlisty!
Odpłynąć pragniesz, on w okowach trzyma!
Lecz gdy skruszysz zimny pancerz,
Będziesz królem.”

I jak dopowiedzielibyście na tą zagadkę? Ja bym poległa, mówiąc, że to Władza. Odpowiedź „Turandot” wskazywała, że książę wie, rozumie, że Turandot jest władzą. Nawet nie w sensie urzędowania, ale w sensie filozoficznym. Ona jest duchem ponad innych, nie podlega i nie chce podlegać kategoriom moralnym. Kim jest Turandot? Jest z zewnątrz zimnym lodem, z zewnątrz promienna i jasna, a w środku pełna mrocznych stron. I co obiecuje, kiedy się ją odgadnie, kiedy „skruszysz zimny pancerz”? Nie będziesz mym mężem ani ukochanym. Będziesz Królem.

Książę odgaduje zagadki Turandot. Z każdą poprawą odpowiedzią księżniczka staje się jakby bardziej naga, pozbawiona władzy przed tłumem, który z niej szydzi. Nie rozumie jeszcze, że książę jest taki sam jak ona. Czuje się zrozpaczona, bo jakiś prostak zajrzał w jej duszę. A co gorsza, teraz w nagrodę dostanie ją: zredukowaną do roli żony, brzucha do rodzenia, samicy. W rozpaczy zrzuca koronę i wybiega w tłum. Sama nie wiedząc, co robi, wyrywa broń ochroniarzowi i drżącymi rękami celuje w księcia. Bardzo mocna scena, pokazuje jej rozpacz, bezradność, śmieszność. Turandot błaga ojca, żeby jej nie oddawał w ręce prostaka. Odwołuje się do uczuć ojcowskich, ale słyszy, że prawo jest święte. W tym momencie przestała być już jego córką, stała się zwierzęciem, które się sprzedaje. Przestaje dziwić scena finałowa spektaklu.

Calaf może ją sobie teraz wziąć, ale tego nie chce. Chce, żeby ona go też poznała, zrozumiała, że jest taki sam. Chce razem z nią stać na szczycie. I daje jej zagadkę: „Jeżeli odgadniesz moje imię, możesz mnie zabić”. Był pewien nie tyle, że go nie odgadnie, ile że jeżeli je pozna, nie będzie już chciała tego zrobić. Imię jest symbolem duszy. On chce, żeby go zobaczyła takim, jakim jest.

Akt trzeci dzieje się w nocy. W głębi sceny śpi Turandot, a z przodu na cienkiej zasłonie pokazana jest z rzutnika trójka dzieci. Wewnętrzne dzieci bohaterów, chińska dziewczyna – Liu – zagryza wargi przez sen i śni niespokojny sen. Sen strachu o ukochanego i goryczy przegranej. Mały chłopczyk przekrada się pałacowymi komnatami. Jest ciekawy i podniecony, jak dzieciak, który nocą wstaje, żeby wyjadać czekoladki z komody. Mała blond dziewczynka o poważnym, chłodnym spojrzeniu – Turandot – obraca się za siebie. Jakby pytała: „Kim jest ten, który za mną idzie?”. I nie przeszkadza tu, że na ekranie widać pałac, który wygląda jak Luwr. To jest sen, w logice onirycznej pałac, który śnią, może sobie wyglądać jak chce.


Turandot budzi się i cały dwór jest już na nogach. Księżniczka wpada w szał. Każe przesłać każdego, kto może pomóc jej odgadnąć imię księcia. Ping, Pong i Pang próbują namówić księcia, żeby wyjawił im swoje imię i uciekał. Ofiarowują mu piękne kobiety, majątek, sławę. On jednak odrzuca wszystko, bo zaprzedał już duszę Turandot. W końcu ktoś przypomniał sobie, że książę rozmawiał z kimś poprzedniego dnia. Przyprowadzają Timura i Liu. Liu desperacko rzuca się do stóp księżniczki, mówiąc, że tylko ona zna imię, ale go nie wyjawi. Ratuje tym nie samego księcia, ale jego ojca. Skoro tylko ona zna imię, po co zawracać sobie głowę starym. Zresztą wolą księcia było, aby opiekowała się jego ojcem i chroniła go. W czasie tortur wyznaje, że to miłość daje jej taką siłę, by nie zdradzić tajemnicy Calafa, a potem, wgrywając nóż oprawcy, popełnia samobójstwo.

Księciem jakby przez chwilę targają wyrzuty sumienia. On i chór zbierają się wokół martwej Liu, a po chwili, kiedy ludzie odchodzą (jakoś im głupio) – ciało niewolnicy unosi się do góry i zawisa nad sceną na linie. Dziewczyna wisi z opuszczoną głową i śmiesznymi, dorysowanymi skrzydełkami. Nie mogę skupić się na scenie i patrzę na Liu. Wygląda biednie. Mały, szary, niepotrzebny aniołek unosi się w powietrzu, jakby nie umiał się wznieść do nieba. Głupia dziewczyna oddała życie za głupią sprawę. Niepotrzebna. Nikt już na nią nie patrzy. Moim zdaniem, jeżeli chodzi o reżyserię, to nie tyle wisi Liu, co jej śmierć „wisi w powietrzu”, jak niedokończone zdanie. I nikt nie zwraca na nią uwagi.


Calaf po chwili zapomina o wyrzutach sumienia i zrywa Turandot welon. Ona jest przestraszona, nazywa go przybłędą, profanem. Równie dobrze mogłaby go nazwać pogardliwie „człowiekiem” bo sama o sobie mówi „nie jestem ziemską istotą”.

„Chcę się upić tobą, zjednoczyć z tobą,
Spłonąć z tobą” – odpowiada księże.

Dość znaczące jest, że zwrot „upić się” może być stosowany równie dobrze w stosunku do miłości, jak i władzy. To tak, jakby książę mówił: „Jestem taki sam jak ty, chcę się z tobą zjednoczyć, razem będziemy na szczycie. W niemieckiej wersji pełnej aluzji seksualnych on tu nie wykazuje żadnych chęci do odbierania jej dziewictwa. Raczej ubiera jej suknię ślubną. „Zjednoczyć się” jest tu interpretowane nie w sensie stosunku, ale połączenia dusz i panowania. Turandot opiera się, ale daje sobie założyć suknię ślubną. I kiedy Calaf ją całuje, pada w jego ramiona, choć sama nie wie, czemu to robi. „ Więc stało się, przegrałam?”; „Hańba i wstyd”. Ona ulega, zakłada suknię ślubną, oddaje pocałunek, ale nie wie czemu. I wtedy książę zdradza jej swoje imię. Tak jakby pokazywał jej lustro, mówiąc: „Spójrz na mnie, Turandot, poznaj mnie, jestem taki jak ty”. Calaf kocha szczerze Turandot, kocha ją, bo ona jest taka jak on, ona jest władzą. Nie tylko w sensie otrzymania wraz z jej ręką królestwa.


Samo zakończenie, dopisane już po śmierci autora, jest jak dla mnie słodkawe i mdłe. Turandot mówi, że imię zwycięskiego zalotnika to Miłość – i zapewne żyją długo i szczęśliwie, płodząc licznych dziedziców dynastii. Bałam się tego.

Tylko nagle zauważyłam coś porażająco niepokojącego. Oni sobie stoją, gadając o miłości, a nad nimi wisi trup Liu. Po drugiej stronie sceny leży z butelką alkoholu ojciec księcia. Jak to tak? Miłość, wyznania, a trupy wokoło, i nic? Bardzo to niepokojące. Znaczy to, że oni się nie liczą z nikim, zdepczą na swojej drodze wszystko. Ta miłość jest już wtedy zaprawiona czymś gorzkim i strasznym.

Tutaj, bez żadnych ingerencji w tekst oryginału, dzieje się coś zupełnie innego niż w klasycznym zakończeniu. Tak, jego imię to Miłość. Calaf i Turandot stają razem na scenie, biorą się za ręce, a ojciec-cesarz i dworzanie im gratulują. A potem główni bohaterowie biorą noże i zaczyna się rzeź. Turandot morduje swojego ojca, Calaf swojego. Oczywiście Turandot nie musiała tego zrobić, żeby otrzymać władzę. Ale mogła to zrobić i na tym ta władza polegała. Ojciec sam jej się wyparł. Calaf nie musiał zabijać Timura. Tym mordem odcina się od tamtego byle jakiego życia. To jest złamanie największego tabu, własnoręczny mord na własnych rodzicach to ich ślubowanie. Podobno nic tak nie łączy, jak wspólna zbrodnia. Jeżeli razem zdobyli się na to, zdobędą się na wszystko. Są jak państwo Makbet, tyle że ich nie dotkną wyrzuty sumienia ani szaleństwo.

W tym wykonaniu to nie jest sztuka o miłości. To dramat władzy i zatracenia. Władzy nie tyle politycznej, ile etycznej. Turandot i Calaf stali się nadludźmi. Przypomniały mi się słowa pewnego notabene Niemca : „Ze wszystkiego, co napisano, to tylko miłuję, co ktoś pisze własną krwią. Pisz krwią, a doświadczysz, że krew jest duchem (...) Albowiem taka jest prawda: odszedłem z domu uczonych i jeszcze drzwi zatrzasnąłem za sobą. Zbyt długo dusza moja głodowała przy ich stole; nie jestem tak jak oni wyćwiczony w poznawaniu niczym w rozgryzaniu orzechów. Wolność miłuję i powietrze ponad rześką ziemią”.

I jeszcze ten sam pan, choć z innego dzieła: „Co jest dobre? – Wszystko, co uczucie mocy, wolę mocy, moc samą w człowieku podnosi. Co jest złe? – Wszystko, co z słabości pochodzi. Co jest szczęściem? – Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór”.


Niektórzy zastanawiają się, po co takie wydziwianie w teatrze? Czy nie można klasycznie, po bożemu, Turandot w Chinach, Holendra na morzu? Ano to wydziwianie po to, żeby wyciągnąć ze sztuki coś nowego – w granicach logicznej interpretacji. Pokazać, że treść, przekaz, archetyp jest ciągle ten sam niezależnie od scenografii. Opera, sztuka czy książka to jest plastyczny materiał, z którym można bardzo wiele zrobić. Dobra sztuka powinna być jak ciasto – spójna i smaczna (ciasto i ścieg mają być spójne, według słów pewnej divy). Wszystkie te udziwnienia są nie tyle kontrowersyjnym dodatkiem, który ma tylko szokować, ale są kolejnymi kanałami przekazu, które podkreślają jakiś trop interpretacyjny. Oczywiście nie zawsze łatwo się przestawić. Większość odbiorców (ze mną włącznie) jest jak inżynier Mamoń – lubi to, co zna. Ja lubię teatr, więc muzykę puszczam mimo uszu, zawodowi muzycy będą psioczyć na udziwnienia. Chodzi nie tyle o to, żeby na trzy-cztery zmieniać gust, ale żeby być w pewnym zakresie otwartym. Obserwować i myśleć. I dlatego następny spektakl muzycznie i klasycznie. W Wiedniu.


Przy okazji dziękuję Babilasom, że mnie zabrały. I Aniołakowi za rozmowę o Turandot, cenne uwagi i drogę.

Mrauk