niedziela, 20 czerwca 2010

Superwidowisko...jak nasze autostrady.

Kilka słów o „Superwidowsku” Turandot we Wrocławiu. Ogólnie jestem za tym, żeby opera wychodziła do ludzi. Podoba mi się pomysł widowisk w plenerze, w piknikowej atmosferze z herbatą w termosie ( dzięki Natti!) pod gwiaździstym niebem. Podobają mi się też wszelakiego rodzaju eksperymenty i nowatorstwo w operze jak i w teatrze. Zresztą dość entuzjastycznie pisałam tu o Berlińskiej wersji, która była bardzo nowoczesna i dla niektórych dziwna.

A mimo to wczoraj byłam zniesmaczona i rozczarowana. Zawalono w zasadzie prawie wszystko z małymi wyjątkami, ale chyba najgorszym winowajcom jest tu reżyser pan Michał Znaniecki. Reżyseria była tak koszmarna, niespójna i bezsensowna, że nie można było się dopatrzeć w ogóle jakiejkolwiek wizji i interpretacji. Czułam się jak na notabene „sperprodukcji” Wiedźmin. Bo Wrocławska Turandot tak miała się do treści opery, jak film Wiedźmin jak do książki Sapkowskiego.

Do dyspozycji miano ogromną przestrzeń na której ustawiono ogromnej wielkości spiralny mur (?!) i ogólnie bardzo się starano, żeby całej tej przestrzeni w ogóle nie wykorzystać. Po scenie biegali co jakiś czas tancerze w dziwacznych strojach, woalach i z piłkami (?!) ale wszystko to nie miało żadnego związku z fabułą, ani z tym co w danym momencie się działo. Ogólnie na całej dużej przestrzeni prawie nic się nie działo – co jakiś czas ktoś biegł w losowym kierunku i machał rękami, ale brakowało dynamizmu i jakiejkolwiek synchronizacji. Śpiewacy byli widoczni w zasadzie tylko z kilku Vipowskich miejsc a telebimy pokazywały ich stojących w innym kierunku, przez co połapanie się co w zasadzie dzieje się na scenie było zadaniem niełatwym.

Sama Turandot to historia o miłości i władzy – od reżysera zależy którą interpretację uzna za ważniejszą. Tu miłości nie było. Kalaf nie patrzył wcale w kierunku Turandot zazwyczaj stał d niej bokiem i tyłem. Nie było pokazane ani grama emocji między nimi. W scenie zagadkami stoi za jej tronem. Dlaczego? Nie wiadomo. Nawet III akt śpiewa do niej bokiem. Szczerze mówiąc to dziwactwo zirytowało mnie najbardziej. Wypruć Puccieniego z emocji to się trzeba postarać.
Władzy też tu nie ma. Cesarz siedzi gdzieś z tyłu jak z budki z lodami. Wprawdzie tron Turandot ( przypominający nieco gigantyczny kwiatek z papierka cukierku) stoi na wysokości, ale Kalaf kiedy tylko chce podchodzi do niej i stoi za jej plecami. Do symbolu władzy, do Chińskiej księżniczki. W chwili „uderzenia w gong” gongu w ogóle nie ma, ale książę stoi za tronem i uderza ręką w ziemię. Jak King-Kong – gdybym nie wiedziała o co chodzi, to bym nic nie zrozumiała.

Chór był gdzieś schowany – zamiast robić za tłum Pekiński robił za dziwaczny głos z offu. Orkiestra też była gdzieś daleko, słyszalna była średnio a synchronizowana ze śpiewakami jeszcze gorzej. Nagłośnienie ogólnie pozostawiało wiele do życzenia, podobnie jak praca kamerzysty który dawał obraz na telebim. O maleńkim druczku napisów już nie wspomnę. Jak się człowiek skupiał na czytaniu nie widział tego dramatu na scenie.

Widać że budżet nie był jakoś mały. Dekoracje były zrobione z rozmachem, wprowadzono projekcje multimedialne. Latające baloniki, nawet fajerwerki pod koniec III aktu ( Same ognie sztuczne były kiczowate, psujące konwencje i skutecznie zagłuszające muzykę). Ale zabrakło temu wspólnej wizji i interpretacji. Szkoda.

Jadąc miałam duże oczekiwania do reżyserii ( bo to się da zrobić) a bałam się wokalu. Nasłuchałam się wersji Maria Guleghina - Marina Poplavskaya - Marcello Giordani i cóż, wiedziałam, że raczej tej klasy gwiazd nie będzie. Nie wiem czy mogę się jakoś autorytarnie wypowiadać, ale w tym „superwidowisku” śpiewacy byli najmniej winni. Zwłaszcza Liu (Jana Doležílková) i Turandot ( Evgenyia Kuznetsova) słuchało się bardzo miło. Mocne wyraźne głosy. Calaf śpiewał może nieźle ale za cicho i jakoś bez emocji to w połączeniu z grą aktorską nie robiło specjalnego wrażenia.

Wiem, że o dobre głosy najtrudniej. Tym bardziej mi żal – bo mimo że zebrano fajne głosy ( żeńskie przynajmniej) sporą publiczność i budżet to nie wyszło. Zabrakło koncepcji, wyobraźni, dbałości o szczegóły. Sam rozmach niestety nie wystarczy. Chyba, że komarom, których było sporo.

1 komentarze:

Magda pisze...

zaczęłam cie czytać i raczej nie przestanę :)

Prześlij komentarz