sobota, 21 kwietnia 2007

Sytuacja na placu boju:

Natalis – je jak smok i na oko zdrów.
Ja – Od niedzieli nic nie jadłam, brzuch pobolewa, ale chodzę
Kocur – rozłożony zupełnie, porusza małym palcem i oddycha, innych czynności nie stwierdzono. Klops.

czwartek, 19 kwietnia 2007

Notka spóźniona. Dlaczego, wyjaśnię dalej. Opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. Prawdziwy horror o polskich szpitalach i małym Natlisie.

Zaczęło się w niedzielę. Zbieraliśmy się do Natalii na grilla, aż tu mała Nat zaczęła obficie zwracać zupkę na dywan. Myślę, nic. Odpocznie pojedziemy. A ona nawet herbatkę zwraca. O 18 była już tak odwodniona i ledwie zipiała, że wymyśliłam, że jedziemy do lekarza. Na pogotowiu kazali jechać do szpitala. To pojechałam.

W rejestracji pierwsza bariera. „Czy państwo byli z tym najpierw w przychodni?” „ Nie, proszę pani. Dziecko jest odwodnione i pada, na pogotowi kazali do szpitala jechać to jestem. Czy mała ma się zwymiotować na kartę rejestracji, żeby udowodnić swój stan?” Babka pokwękała, ale zawołała lekarza. Istotnie stan Nat był niewesoły i nas przyjeli do szpitala.

Placówka jest oficjalnie przyjazna dziecku. Mama może być ze szkrabem całą dobę. Super. Jak weszłam do Sali to myślałam, że pomyliłam budynki ( obok znajduje się areszt i prokuratura) Ciasna sala z małymi, zakratowanymi oknami, podzielona na trzy ciasne boksy obite blachą, w każdym boksie dwa łóżeczka metalowe i taboret. Więzienie. Pierwszego dnia byłam tak zajęta stanem Natalia ze machnęłam na to ręką. Podłączono jej dwie kroplowy, a ja noc przekimałam na taborecie i w maleńkim łóżeczku Nat. ( dobrze jest mieć 160 cm)

Rano wstałam ledwie żywa. Przyszedł lekarz i stwierdził, że zasadniczo nie wiadomo co małej jest, chyba to jakiś wirus i że nie prędko wyjdzie. Kazano pobrać mocz – niestety dano woreczek dla chłopców – do którego NIE DA się porać dziewczynkom. Jak popołudniu wyskoczyłam do apteki i sama taki kupiłam to się okazało, że laboratorium nieczynne. Pobrano dnia następnego, ale kogo to obchodzi.

Natalia wyglądała kapkę lepiej, ale dalej nie jadła. I nie było w tym nic dziwnego, bo jedzenie było wstrętne. Dostała też biegunki i jako żywo nie wiem czy od wirusa czy od brudu, który tam był okrutny. Salowa sprzątała całą salę za jednym zamoczeniem mopa. Jak butelka ze zmoczkiem spadała na podłogę to ją podnosiły pielęgniarki i dawały dzieciom. Nie dało się zrobić swojej herbaty, a ta którą dawali była wstrętna i pływały w niej podejrzane fafrochy. Nie da się wypłukać butelki wrzątkiem. W nocy panowała nieludzka duchota ( 8 dzieci + 6 mam) a okna nie otworzysz bo zimno a uchylić się nie da. W ubikacji śmierdzi tak, że na żadnym dworcu tak nie cuchnęło jak pamiętam. Wykąpać dziecka nie można – a biegunka Drugiego dnia czułyśmy się z Natlisem gorzej. Syf, kiła i mogiła.

Większość mam w pokorze to znosiła. Właściwie buntowałam się ja i druga mama cyganka. Notabene umarł mit obdartych cyganów – dawno nie widziałam, żeby ktoś tak dbał o dziecko. Chodziła w spódnicy, szpilkach i warkoczu, a dziecko wypieszczone, szczęśliwe i zadbane. A że ja lubię wszelakie mniejszości etniczne to się szybko skumplowałyśmy.

Inną rzeczą były tematy rozmów na Sali. Był tylko jeden problem „ Kiedy do domu puszczą”. Czułam się jak w więzieniu, w którym siedzi się bez wyroku i zwolnić może za dobre sprawowanie tylko wyrok wszechmocnego ordynatora. Drugiego dnia powiedziano mi że posiedzimy tu tydzień co najmniej i się wkurzyłam.

Drugiej nocy dalej dosypiałam w łóżeczku z Nat ( robiłam tak tylko ja i mama cyganka – reszta pokornie na podłodze) i nad ranem przyłazi oddziałowa i drze mordę tak, że mi dziecko budzi.
- Ty, mama, a to łóżko to nie dla dorosłych.
Ja wkurzona. – Wiem. A powinno tu być jakieś dla rodziców, ale jak pani zauważyła nie ma. A szkoda.
Oddziałowa fuka. – Jak się zepsuje to będzie pani odkupywać!
- Nie, bo takiego szmelcu już nigdzie nie kupię.
( na Sali cisza i przerażenia)
Oddziałowa już zła. Ja takoż, Natalia płacze.
- Proszę zejść z tego łóżka.
- Proszę mnie pocałować w dupę.
Na Sali cisza i tylko cygana pokazała z łóżeczka swojej małej wyciągnięty na wprost środkowy palec. Oddziałowa wyszła trzaskając drzwiami.

Tego już mi było za wiele. Po tej awanturze mała nie umiała już spać i na dodatek kroplówka przestała lecieć bo zepsuł się wenflon. Na szczęcie już od pierwszej nocy nie wymiotowała i zaczęła pić. Rano przyszła lekarka i bada i nic nie mówi.
- Co jest mojemu dziecku?
- A zapalenie.
Ja wkurzona.
- A czego? Palca, wyrostka czy głowy?
Lekarz prychnął ale nie umiał mi nic powiedzieć. W dodatku coś mówił, że jak ma biegunkę i nie je to prędko nie wypiszą. Nie znał też aktualnych badań. Tego było dla aniska za dużo.

Wyszłam z Sali i poprosiłam o wypis na własne żądanie. Wyszłam w asyście obrażonych spojrzeń personelu i przerażonych rodziców ( to tak można, odejść na własne żądanie?). Wyszłam z dzieckiem zmęczonym przerażonym i wglądającym gorzej jak na początku.

A w domu biegunka przeszła jak ręką odjął. Wyspała się, najadła i biega radosna. Jeszcze jest zmęczona, ale widać, że już zdrowa. Gorzej ja. Okazało się że przez cztery dni zupełnie nic nie jadłam i spałam kilka godzin i się stresowałam. Dodatkowo przebywałam wśród brudu i wirusów. Efekt? Skrajne wyczerpanie, wymioty, bóle mięśni i głowy, na żołądku wrzody głodowe i odwodnienie. Dziś trzeci dzień i mogę już sierdzić w pionie i pisać do was. Ale dalej nie jest dobrze. Dalej nie umiem jeść i jak wstaje to wiedzę mroczki przed oczami. Ale widzę też, że moja córeczka jest zdrowsza. I to dodaje mi sił.

Pozdrawiam. Na pohybel służbie zdrowia!

PS. A to klinika Akademii Medycznej była. Ha.

poniedziałek, 9 kwietnia 2007

I się święta skończyły. Całe szczęcie. O ile Wielki Czwartek, Piątek i Sobota były bardzo miłe i ciepłe – pełne modlitwy, ciepłej atmosfery z Kocurem i miłego krzątania się ( wyszło mi ciasto drożdżowe!), to po Rezurekcji Święta by się mogły skończyć.
Wizyty rodzinne są dla mnie stresujące, nieprzyjemnie i irytujące. W różnym stopniu drażni i irytuje mnie rodzina Kocura co moja. Każda jest na swój sposób durna że boli. I w każdej czuję się tak samo obco.
Kiedy byłam mała moja ciotka mi powtarzała ze po porodzie mnie podrzuciła jakaś ukraińska położna – i teraz ich dzieciątko cierpi u chacharstwa a durny bachor ( czyli ja) u nich ma się dobrze. Historia jak się potem okazało była wyssana z palca, ale ma ironiczne zakończenie. Nie mogę się pozbyć wrażenia braku korzeni. Zerowych związków emocjonalnych z własną rodziną. I olbrzymiej tęsknoty do Rodziny której nie mam i mieć nigdy nie będę. Taką którą gdzieś w środku w tajemnicy sobie wymyślam. Jak każda zła rzecz ta też ma jakieś swoje pozytywy. Jako osoba bez korzeni strasznie łatwo się adaptuję. W nowym środowisku, domu, kraju, kulturze – po kilku minutach czuję się jak u siebie. A że są to relacje często powierzchowne i tak często się z nich wycofuję równie łatwo jak w nie wchodzę.

Muszę sobie kiedyś z tym poradzić. Tylko ni cholery nie wiem jak.

Dobrze koniec marudzenia. Zabieram się do Pisania. Za długo nie pisałam. Nie powiem czego, pokaże jak będzie. Jest we mnie tyle goryczy, że trzeba korzystać. (-;

środa, 4 kwietnia 2007

Dzięki uprzejmości obywatelki Hes w ostatni weekend wybrałam się do Karkowa na Misterium Pasyjnym w wykonaniu seminarzystów od Salezjan. Jestem pod ogromnym wrażeniem gry aktorskiej i uważam ze jak na przyszłych księży to są stanowczo za przystojni (-;
Ale ja dziś nie o tym; w czasie wyjazdu zdarzyła mi się sytuacja nad którą nie wiem czy się śmiać czy płakać. Mianowicie przed Krakowem byliśmy w Licheniu i tak sobie pomyślałam ze ot stoi wolny konfesjonał – to Se pójdę do spowiedzi. Trza kilka rzeczy uregulować z Górą.
Idę. Klękam. Mówię. A tu – stop. Pytanie.
- panienka, mężatka?
- mężatka – dopowiadam speszona
- ślub kościelny?
- jest…
- dzieciątko?
- jest….
- chrzczone…
- tak, ale…
- kontynuować
Lekko zbita z tropu konturuje z długą listą tego co uważam, ze miałam w życiu robione nie tak. I tak doszłam do postu. Mówię, że jestem wege i mięska wcale nie jem, ale postów czasem nie zachowywałam, bo mogłam sobie odmawiać np słodyczy a tego nie robiłam. I tu konsternacja.
- To znaczy jadła mięso?
- nie jadłam, bo nigdy nie jem, ale…
- to post zachowała?
- no nie zachowała, bo mogła sobie czekolady odmówić…
- czyli jednak było mięso?
- nie było, ale…
- to znaczy post zachowany, kontynuować…

Nie powiem. Zdziwiłam się. Ale ci ja będę się rzucać. To pośrednik jest, a Góra i tak wiedziała o co mi biegało. Choć ręce opadają czasami.

Na fali przygotowań do Wielkiej Nocy jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze to miałam okazję doświadczyć prawdziwie chrześcijańskiego miłosierdzia. Zimno w tym Krakowie było jak w psiarni i wiało. A ja dostałam ciepłego polara. Jasne milej dawać jak brać, ale jak się dostało kiedy się bardzo potrzebowało i może ktoś inny marzł, to dobrze wiedzieć, ze tacy ludzie są. Dziękuję – może nie jestem chora przez ciebie.

A druga sprawa to polecam fajne rekolekcje na http://www.beczka.krakow.dominikanie.pl/ w Audio do zciągnięcia. Warto.

To co? Dobrego przygotowania do Zmartwychwstania życzę. I udanych wypieków takoż.