Mru, Skończyłam r IX Śmierciowiska, X się pisze. Ogólnie przerabiam fabułę, bo kazało się główna linia mi się plącze, a antagonista nie ma zasadniczo motywacji działania. Takie same dziury w serze jak w Lustrach, ale teraz próbuję z tego w porę wyjść. Tak czy inaczej nie wiem czy do porodu skończę, ale powinnam być prawie, prawie...
Ponieważ cały czas siedzę w jednym tekście mam ochotę napisać coś krótkiego. Najlepiej na motywach jakiś baśni albo mitu. Jeżeli są jakieś zamówienia to chętnie napiszę tekst na zamówienie z dedykacją. Piszcze w komentarzu, albo lepiej przez kominek 10024814. Nie obiecuję, że każdy temat mi siądzie, ale się postaram. Do Upiora nie pisze. A przynajmniej nie publicznie.
A btw >wstrętna autoreklama< teksty moje są tu. Osoby zainteresowane chętnie doczepię do listy czytaniowej (-;
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tfurczość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tfurczość. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 3 lutego 2011
wtorek, 1 czerwca 2010
Najlepszego
Z okazji dnia dziecka składam mojej córce, sobie, wszystkim czytelnikom bloga ich dzieciom narodzonym i tym co się dopiero urodzą najlepsze życzenia. (-;
Ps. Wczoraj posłałam Lustra. Dziekuję dwóm Aniom za pomoc w korekcie. A teraz będzie co ma być.
Ps. Wczoraj posłałam Lustra. Dziekuję dwóm Aniom za pomoc w korekcie. A teraz będzie co ma być.
piątek, 7 maja 2010
Chaotycznie. Depesze ze świata Anisków.
Znowu chaotycznie o kilku rzeczach na raz.
W sobotę jedziemy do Londynu. Cieszę się bardzo, a tym czasem nie może się odbyć bez awantur. Po ostatniej wizycie u moich rodziców była atmosfera nawet jeszcze gorsza niż zwykle – i teraz nie odbierają od mnie telefonów ani wiadomości. I czy wezmą Natalkę nie wiem. Cóż, mamy plan awaryjny. Zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania do życia. A do mojej rodziny nie mam już sił. Ile to już razy machałam na to ręką, a nich będzie jak jest, mam wszystko gdzieś. I tak się denerwuję.
Czytam ostatnio Dzieci Hurina Tolkiena. Ciężka książka. Autor chyba chciał wygrać konkurs na autora sadystę roku. Ogrom nieszczęść dla Turina jest przeogromny. Ale co jest w tej książce najlepsze wszystkie nieszczęścia wynikały w dużej mierze z decyzji samego Turina. Klątwa Morgotha nie dawała jakiś strasznych przeciwności – tylko, może aż, dawała Turinowi jakiś cień, złość, dumę, której nie mógł przemóc. Nawet kiedy wiedział, że idzie w ślepy zaułek nie potrafił się wycofać. Skąd ja to znam...
Z książek przeczytałam też Póki Mamy Twarze Lewisa. Dziwna książka. Napisany mit o Psyche, z którym sama kiedyś się mierzyłam. Napisana bardzo dobrze i czytało się z przyjemnością, przynajmniej przez pierwsze dwie trzecie książki. Końcówka mi się nie podobała. Plus gówna bohaterka i narratorka – siostra psyche, wydawała mi się koszmarnie irytująca. Zupełnie pozbawiona empatii, kochająca innych dusząc ich, głupia po prostu. Dlatego nie wierzę w końcówkę, nie wierzę, że takie babsko może coś na końcu zrozumieć.
I przy okazji tej książki, aż nie tylko niej, kilka refleksji o sobie. We wszystkich testach osobowościowych wychodzi mi ekstrawersja. Bo ja się potrafię znaleźć wśród ludzi, ba nawet się dobrze bawię. Tylko, że pod tym wszystkim jestem absolutnie skrajnym introwertykiem, który broni wnętrza i wcale się do kontaktów z ludźmi nie pali. Odkryłam, że najlepsze przyjaźnie to te które mam przez „zasiedzenie” te oparte na długiem czasie obok, z dużym polem na własną przestrzeń, oparte na lojalności i tolerancji. Wielkie Persefoniczne zauroczenia (chyba gdzieś szukałam bliskości kobiet, tak jak brakuje mi postaci matki w środku) kończyły się najczęściej wielkim bum. I poza jednym przypadkiem jakiś nie mam czego żałować. Z moją introwersją nie chodzi o to, że ja się boję ludzi, ja się świetnie między nimi czuję. Chodzi bardziej o strefę prywatną, z której przekroczenie mam ochotę obcinać głowy. Nawiązując do Junga – ja tak jak ekstrawertycy czerpię energię z ludzi i z grupy, ale zupełnie się nie otwieram, ta energia we mnie nie wsiąka. Dobrze się bawię, nie nawiązując żadnego kontaktu. I zupełnie nie tęsknię, żeby każdy mógł tam wleźć. Tym bardziej cenie te znajomości oparte na czasie, lojalności i cierpliwości.
Z krótkich miłych wiadomości, wczoraj spotkał mnie fajny przypadek. Idę sobie ulicą i spotykam kobietę z bzami. Pytam gdzie je kupiła i czy ktoś tam dalej stoi i sprzedaje. A ona nie, że z własnego ogrodu i jak mi się podobają to mi je daje. I dostałam bukiet jednych z mich ulubionych kwiatów. Ot tak. Od osoby, której nawet nie znam. Miłe i ciepłe. Przywraca wiarę w ludzi.
O operowych wyjazdach nie piszę. Po Armidzie na której bawiłam się bardzo fajnie stwierdzam, ze Rossini to nie to. Przerost formy nad treścią. A jak zobaczyłam plany transmisji z Met na przyszły sezon to się załamałam. I tylko chórek znajomych "idziemy na Wagnera" -AAAA - No może z Brynem Terfelem to jakoś łyknę. On mógłby wśpiewać cokolwiek. A w Berlinie mają Don Giovanniego w przyszłym sezonie, ale ciiii. Ja ( jeszcze) nic nie kombinuję.
Skończyłam korektę Luster. Ogólnie jak otrzymam pewna małą pomoc w napisaniu streszczenia to mogę to słać. Nie wiem czy się komuś spodoba czy nie. Wszystko jedno. Mam pomysł na coś nowego i już mnie świerzbi do klawiatury. Nie przywiązuję się do moich tekstów. Są ważne póki je pisze, a potem niech idą i jaki sobie los wywalczą będzie dobrze. A o moich staraniach i realizacji kilku dużych marzeń, które mam. Ha. Zazwyczaj nie zamieszczam tu demotywów, ale ten pięknie się wpisuje. I kto mi powie, że niemożliwe jest niemożliwe?
W sobotę jedziemy do Londynu. Cieszę się bardzo, a tym czasem nie może się odbyć bez awantur. Po ostatniej wizycie u moich rodziców była atmosfera nawet jeszcze gorsza niż zwykle – i teraz nie odbierają od mnie telefonów ani wiadomości. I czy wezmą Natalkę nie wiem. Cóż, mamy plan awaryjny. Zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania do życia. A do mojej rodziny nie mam już sił. Ile to już razy machałam na to ręką, a nich będzie jak jest, mam wszystko gdzieś. I tak się denerwuję.
Czytam ostatnio Dzieci Hurina Tolkiena. Ciężka książka. Autor chyba chciał wygrać konkurs na autora sadystę roku. Ogrom nieszczęść dla Turina jest przeogromny. Ale co jest w tej książce najlepsze wszystkie nieszczęścia wynikały w dużej mierze z decyzji samego Turina. Klątwa Morgotha nie dawała jakiś strasznych przeciwności – tylko, może aż, dawała Turinowi jakiś cień, złość, dumę, której nie mógł przemóc. Nawet kiedy wiedział, że idzie w ślepy zaułek nie potrafił się wycofać. Skąd ja to znam...
Z książek przeczytałam też Póki Mamy Twarze Lewisa. Dziwna książka. Napisany mit o Psyche, z którym sama kiedyś się mierzyłam. Napisana bardzo dobrze i czytało się z przyjemnością, przynajmniej przez pierwsze dwie trzecie książki. Końcówka mi się nie podobała. Plus gówna bohaterka i narratorka – siostra psyche, wydawała mi się koszmarnie irytująca. Zupełnie pozbawiona empatii, kochająca innych dusząc ich, głupia po prostu. Dlatego nie wierzę w końcówkę, nie wierzę, że takie babsko może coś na końcu zrozumieć.
I przy okazji tej książki, aż nie tylko niej, kilka refleksji o sobie. We wszystkich testach osobowościowych wychodzi mi ekstrawersja. Bo ja się potrafię znaleźć wśród ludzi, ba nawet się dobrze bawię. Tylko, że pod tym wszystkim jestem absolutnie skrajnym introwertykiem, który broni wnętrza i wcale się do kontaktów z ludźmi nie pali. Odkryłam, że najlepsze przyjaźnie to te które mam przez „zasiedzenie” te oparte na długiem czasie obok, z dużym polem na własną przestrzeń, oparte na lojalności i tolerancji. Wielkie Persefoniczne zauroczenia (chyba gdzieś szukałam bliskości kobiet, tak jak brakuje mi postaci matki w środku) kończyły się najczęściej wielkim bum. I poza jednym przypadkiem jakiś nie mam czego żałować. Z moją introwersją nie chodzi o to, że ja się boję ludzi, ja się świetnie między nimi czuję. Chodzi bardziej o strefę prywatną, z której przekroczenie mam ochotę obcinać głowy. Nawiązując do Junga – ja tak jak ekstrawertycy czerpię energię z ludzi i z grupy, ale zupełnie się nie otwieram, ta energia we mnie nie wsiąka. Dobrze się bawię, nie nawiązując żadnego kontaktu. I zupełnie nie tęsknię, żeby każdy mógł tam wleźć. Tym bardziej cenie te znajomości oparte na czasie, lojalności i cierpliwości.
Z krótkich miłych wiadomości, wczoraj spotkał mnie fajny przypadek. Idę sobie ulicą i spotykam kobietę z bzami. Pytam gdzie je kupiła i czy ktoś tam dalej stoi i sprzedaje. A ona nie, że z własnego ogrodu i jak mi się podobają to mi je daje. I dostałam bukiet jednych z mich ulubionych kwiatów. Ot tak. Od osoby, której nawet nie znam. Miłe i ciepłe. Przywraca wiarę w ludzi.
O operowych wyjazdach nie piszę. Po Armidzie na której bawiłam się bardzo fajnie stwierdzam, ze Rossini to nie to. Przerost formy nad treścią. A jak zobaczyłam plany transmisji z Met na przyszły sezon to się załamałam. I tylko chórek znajomych "idziemy na Wagnera" -AAAA - No może z Brynem Terfelem to jakoś łyknę. On mógłby wśpiewać cokolwiek. A w Berlinie mają Don Giovanniego w przyszłym sezonie, ale ciiii. Ja ( jeszcze) nic nie kombinuję.
Skończyłam korektę Luster. Ogólnie jak otrzymam pewna małą pomoc w napisaniu streszczenia to mogę to słać. Nie wiem czy się komuś spodoba czy nie. Wszystko jedno. Mam pomysł na coś nowego i już mnie świerzbi do klawiatury. Nie przywiązuję się do moich tekstów. Są ważne póki je pisze, a potem niech idą i jaki sobie los wywalczą będzie dobrze. A o moich staraniach i realizacji kilku dużych marzeń, które mam. Ha. Zazwyczaj nie zamieszczam tu demotywów, ale ten pięknie się wpisuje. I kto mi powie, że niemożliwe jest niemożliwe?
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Czytanie,
Opera,
Tfurczość
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Miałam wizję
Notka dedykowana Ani K, która przechadza się po obłokach sławy.
Miałam wizję. Dantejską rzec by można.
Jest takie piekło, dla słabych autorów. Siedzą tam niedoszli pisarze przy stolikach, wgapiają się w monitory i wyłapują literówki i powtórzenia. Wokół przechodzą diabły recenzenci i mają uwagi. Mamią, że jeżeli uda się poprawić to a to, to wypuszczą do nieba gdzie utalentowani psiarze przechadzają się wśród obłoków w nimbie chwały. Ale wiadomo, że zawsze będzie coś co jeszcze trzeba poprawić. Tak się teraz czuję. I choćbym miała uświrknąć tekst ma iść do wydawnictw do 8 maja. Chcę się już za pisanie czegoś owego zabrać.
A z rzeczy przyjemniejszych byłam w weekend na giełdzie minerałów i biżuterii. Z dotacją celową w kieszeni. Kupiłam repliki pozłacane kolczyków z ery przedkolumbijskiej i absolutnie niesamowity naszyjnik z dużej ilości magicznych rzeczy. A wyglądają tak:

Miałam wizję. Dantejską rzec by można.
Jest takie piekło, dla słabych autorów. Siedzą tam niedoszli pisarze przy stolikach, wgapiają się w monitory i wyłapują literówki i powtórzenia. Wokół przechodzą diabły recenzenci i mają uwagi. Mamią, że jeżeli uda się poprawić to a to, to wypuszczą do nieba gdzie utalentowani psiarze przechadzają się wśród obłoków w nimbie chwały. Ale wiadomo, że zawsze będzie coś co jeszcze trzeba poprawić. Tak się teraz czuję. I choćbym miała uświrknąć tekst ma iść do wydawnictw do 8 maja. Chcę się już za pisanie czegoś owego zabrać.
A z rzeczy przyjemniejszych byłam w weekend na giełdzie minerałów i biżuterii. Z dotacją celową w kieszeni. Kupiłam repliki pozłacane kolczyków z ery przedkolumbijskiej i absolutnie niesamowity naszyjnik z dużej ilości magicznych rzeczy. A wyglądają tak:
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Tfurczość
sobota, 17 kwietnia 2010
Słowa czytane, mówione i pisane.
Jedną z przyjemniejszych rzeczy jest uczenie dziecka czytać. Patrzeć i słuchać jak zaczyna składać pierwsze słowa. Może to dziwne, ale pierwsze mama mnie nie ruszyło. Ruszyło mnie pierwsze lubię cię a teraz pierwsze przeczytane akapity.
Powiedziałam Natalisowi, że źle być analfabetą i jeżeli chce jakiekolwiek bajki albo słodycze musi sobie je wyczytać ( akapit z Elementarza Mariana Falskiego). Jakoś to po malutku idzie.
A przy okazji ostatnich wydarzeń wkurza mnie hipokryzja dorosłych wobec dzieci. Jest wielkie zastanawianie się jakie to straszne, że dzieci mogły widzieć trumnę lub dowiedzieć się że ktoś umarł. Straszne! No bo śmierć to tabu gorsze niż orgazm!
A już rozwalają mnie wytłumaczenie ( popierane przez panią psycholog z wyborczej) że „Poszli do Nieba”. I to tłumaczenie nawet dla niewierzących rodziców. Taka miła bajeczka o Niebie i Panu Bogu żeby dzieciaczki się nie martwiły. Jak święty mikołaj. Już pomijając niewierzących rodziców którzy nie powinni mówić dzieciom tego co w sami nie wierzą to ci wierzący też powinni się zastanowić przed tekstami „poszli do nieba i patrzą na nas od pana boga” Nie wiemy – to są ich relacje z Bogiem, a wciskanie kitów że od kilku dni siedzą na chmurce jest barkiem szacunku i dla dzieci i dla własnej religii. Ja powiedziałam, że umarli bo samolot miał wypadek. Ich ciała zostaną zakopane w ziemi bo się zepsuły, a gdzie są dusze nie wiem. Być może w niebie, ale tego nie wie nikt.
A tak na marginesie skończyłam Lustra. Słowo KONIEC padło. 382214 znaków. Miało iść do Runy, Fabryki Słów, WAB i Zielonej Sowy. A potem stwierdziłam, że nie jest to do końca złe ale pierwszy rozdział jest fatalny a 2-5 takie sobie. I skasowałam – 1 jeszcze raz piszę. Czekam jeszcze na dwie opinie, ale 1 tak czy inaczej do przeróbki. Jak się sprężę będzie wysłane przed Londynem czyli 8 maja. Oby.
Powiedziałam Natalisowi, że źle być analfabetą i jeżeli chce jakiekolwiek bajki albo słodycze musi sobie je wyczytać ( akapit z Elementarza Mariana Falskiego). Jakoś to po malutku idzie.
A przy okazji ostatnich wydarzeń wkurza mnie hipokryzja dorosłych wobec dzieci. Jest wielkie zastanawianie się jakie to straszne, że dzieci mogły widzieć trumnę lub dowiedzieć się że ktoś umarł. Straszne! No bo śmierć to tabu gorsze niż orgazm!
A już rozwalają mnie wytłumaczenie ( popierane przez panią psycholog z wyborczej) że „Poszli do Nieba”. I to tłumaczenie nawet dla niewierzących rodziców. Taka miła bajeczka o Niebie i Panu Bogu żeby dzieciaczki się nie martwiły. Jak święty mikołaj. Już pomijając niewierzących rodziców którzy nie powinni mówić dzieciom tego co w sami nie wierzą to ci wierzący też powinni się zastanowić przed tekstami „poszli do nieba i patrzą na nas od pana boga” Nie wiemy – to są ich relacje z Bogiem, a wciskanie kitów że od kilku dni siedzą na chmurce jest barkiem szacunku i dla dzieci i dla własnej religii. Ja powiedziałam, że umarli bo samolot miał wypadek. Ich ciała zostaną zakopane w ziemi bo się zepsuły, a gdzie są dusze nie wiem. Być może w niebie, ale tego nie wie nikt.
A tak na marginesie skończyłam Lustra. Słowo KONIEC padło. 382214 znaków. Miało iść do Runy, Fabryki Słów, WAB i Zielonej Sowy. A potem stwierdziłam, że nie jest to do końca złe ale pierwszy rozdział jest fatalny a 2-5 takie sobie. I skasowałam – 1 jeszcze raz piszę. Czekam jeszcze na dwie opinie, ale 1 tak czy inaczej do przeróbki. Jak się sprężę będzie wysłane przed Londynem czyli 8 maja. Oby.
środa, 13 stycznia 2010
Filmowo styczniowo.
Byłam w zeszłym tygodniu na filmie Parnassus Terrego Gilliama. Samego reżysera lubię i z okresu Monty Pytona i z Fisher Kinga, dlatego wiedziałam czego się spodziewać. Po filmie i po kilku dniach zastanowienia jestem na tak, ale. Jest kilka małych „ale”.
Film bajkowy. Wizualnie przepiękny, tajemniczy, gdzieś na pograniczu snu, bajki i książek Gagmana. Za scenografię, dekoracje i stronę wizualną filmu – zarówno w scenach z Londynu jak i z Imaginarium należą się barwa na stojąco. Kolejnym mocnym punktem jest gra aktorska – Tom Waits, Heath Leder, Lili Cole – wszyscy oni byli rewelacyjni. Kiedy człowiek się zastanawia nad ich postaciami – tak na sucho jakby napisać w kilku zdaniach i patrzy co oni wnieśli w te postacie jak je ożywili, to jest niesamowite. W związku ze śmiercią Leadera w trakcie zdjęć zastępuje go kilku aktorów. I o ile Deep jest rewelacyjny to Colin Farrell już nie – i tu się zaczyna pierwsze ale. Film w pewnym momencie zaczyna się rozłazić. Ja wiem, że to jest baśń, ale jakaś logika mogła by być zachowana. Coś jakby trzeszczy.
I tu jest problem. Spotkałam się z zarzutami, że nie wiadomo o co w filmie chodzi. Sama fabuła, jakby ją wyłuskać i spisać w kilku zdaniach jest piramidalnie głupia. Pomijając już dobry motyw zakładów z diabłem, to motyw opowieści w której trzeba wybrać jedną z dwóch dróg „ dobrą” i „złą” był dla mnie zbyt łopatologiczny i trywialny. I teraz jest pytanie czy reżyser miał to zrobić logiczniej – jak zwykła baśń, która swoją fabuła by moim zdaniem filmu nie udźwignęła. Czyże iść w jeszcze większy brak logiki oniryzm, motywy jak z Lincza bez jasnych reguł dobra i zła. To by było jeszcze bardziej zakręcone, ale mój głos jest, że to mogło by iść w tym kierunku. Biorąc pod uwagę wszystkie wypadki, które towarzyszyły filmowi to ogromy szacunek dla Gilliama, że to skończył. I że zrobił to po swojemu, nawet mimo pewnych nielogiczności. Dla mnie cały film jest wspaniałym wizualnie hołdem dla marzeń i wyobraźni. I dlatego daję 7/10. Mimo wszystko.
I jeszcze a propos filmów, zbieram sobie opinie o Awatarze. Tak z ciekawości. Na razie przeważając większość jest na nie. Albo na tak, z dużym ale. Ja się nie wybieram. Jestem obrzydliwym i niesprawiedliwym stworzeniem, które wyrobiło sobie opinię po kawałkach z netu i recenzjach. A czemu nie pójdę? Bo na Pocachontas ze smerfami w roli głównej jestem za duża. Nie pociąga mnie estetyka niebieskich mordek. Dwa to w chwili kiedy Amerykanie siedzą w obcym kraju o bogatych złożach i nagle pojawia się film nawołujący do pokoju dla naszych braci, to mnie to słabi. Nie mam ochoty na lekcję jak traktować inne istoty, zwłaszcza jeżeli nauczycielem jest produkcja z takiego a nie innego kraju. Fajnie, że mają katharsis na swoje traumy, ale ja się trzymam od tego z daleka. A jeżeli wszystko jest w romantyczno ckliwym sosie Pocachontas – Titanic to w ogóle uciekam. Wolę już żyłochlasty w stylu Białej Wstążki.
A poza tym martwię się jedną sprawę, która nie jest w zasadzie moją sprawą i o której nie mam prawa ani podstaw tu pisać. Ale się martwię po ludzku. I nic nie mogę zrobić. Mam nadzieję, że tak naprawdę nic się nie stało i tylko histeryzuje. Cóż, trzymajcie kciuki, żebym się okazała przewrażliwionym łosiem. Będzie to z pożytkiem dla wszystkich. A i trzymajcie kciuki in blanco. Bez zbędnych pytań.
A ponadto dalej sobie stukam pomaleńku Lustra. Rozdział trzynasty, ponad sto stron, zabiłam Kaia. Głupio mi. Krew na klawiaturze, patos w powietrzu, ale czasem trzeba. Rowing mogła Syriusza to mnie też wolno. Ale mi szkoda. Był dobrym konstruktem literackim, że tak powiem.
W zeszłym tygodniu miałam fajne spotkanie z kimś to był mi kiedyś bliski a kogoś nie widziałam wieki. I dobrze, nie wierzę w przypadki i spotkania czekając na tramwaj mają dobre konsekwencje. Chociaż to spotkanie uświadomiło mi jak bardzo się zmieniłam przez ostanie kilka lat. I chyba jestem z kierunku zmian zadowolona. Miedzy innymi przestałam z relacjach przyjacielskich desperacko szukać swojego odbicia lustrzanego. Nie to, że nie potrzebuję tych wspólnych światów książkowo, filmowych, podróży, rozmów babskich. To jest ważne. Ale nie najważniejsze. I jakoś też ważne są takie rzeczy jak lojalność, wytrzymałość na próbę czasu, decyzja że ktoś mimo, że różny ode mnie to chce być psychicznie blisko.
A dla zainteresowanych nowe hasła Natalsa, który dalej bawi się w hodowle wyobrażonych stworzeń. Tym razem koniki. Całe stado z nami jeździ.
Nat: - Moje koniki są głodne i jedzą mięsko.
Przem spokojnie tłumaczy, że konie mięsa nie jadają.
Nat ( zdenerwowana) – Nic mnie to nie obchodzi! One jedzą mięso i bardzo im smakuje.
Obraz różowych rumaków z mordami ufafranymi krwią jest deliryczny.
Film bajkowy. Wizualnie przepiękny, tajemniczy, gdzieś na pograniczu snu, bajki i książek Gagmana. Za scenografię, dekoracje i stronę wizualną filmu – zarówno w scenach z Londynu jak i z Imaginarium należą się barwa na stojąco. Kolejnym mocnym punktem jest gra aktorska – Tom Waits, Heath Leder, Lili Cole – wszyscy oni byli rewelacyjni. Kiedy człowiek się zastanawia nad ich postaciami – tak na sucho jakby napisać w kilku zdaniach i patrzy co oni wnieśli w te postacie jak je ożywili, to jest niesamowite. W związku ze śmiercią Leadera w trakcie zdjęć zastępuje go kilku aktorów. I o ile Deep jest rewelacyjny to Colin Farrell już nie – i tu się zaczyna pierwsze ale. Film w pewnym momencie zaczyna się rozłazić. Ja wiem, że to jest baśń, ale jakaś logika mogła by być zachowana. Coś jakby trzeszczy.
I tu jest problem. Spotkałam się z zarzutami, że nie wiadomo o co w filmie chodzi. Sama fabuła, jakby ją wyłuskać i spisać w kilku zdaniach jest piramidalnie głupia. Pomijając już dobry motyw zakładów z diabłem, to motyw opowieści w której trzeba wybrać jedną z dwóch dróg „ dobrą” i „złą” był dla mnie zbyt łopatologiczny i trywialny. I teraz jest pytanie czy reżyser miał to zrobić logiczniej – jak zwykła baśń, która swoją fabuła by moim zdaniem filmu nie udźwignęła. Czyże iść w jeszcze większy brak logiki oniryzm, motywy jak z Lincza bez jasnych reguł dobra i zła. To by było jeszcze bardziej zakręcone, ale mój głos jest, że to mogło by iść w tym kierunku. Biorąc pod uwagę wszystkie wypadki, które towarzyszyły filmowi to ogromy szacunek dla Gilliama, że to skończył. I że zrobił to po swojemu, nawet mimo pewnych nielogiczności. Dla mnie cały film jest wspaniałym wizualnie hołdem dla marzeń i wyobraźni. I dlatego daję 7/10. Mimo wszystko.
I jeszcze a propos filmów, zbieram sobie opinie o Awatarze. Tak z ciekawości. Na razie przeważając większość jest na nie. Albo na tak, z dużym ale. Ja się nie wybieram. Jestem obrzydliwym i niesprawiedliwym stworzeniem, które wyrobiło sobie opinię po kawałkach z netu i recenzjach. A czemu nie pójdę? Bo na Pocachontas ze smerfami w roli głównej jestem za duża. Nie pociąga mnie estetyka niebieskich mordek. Dwa to w chwili kiedy Amerykanie siedzą w obcym kraju o bogatych złożach i nagle pojawia się film nawołujący do pokoju dla naszych braci, to mnie to słabi. Nie mam ochoty na lekcję jak traktować inne istoty, zwłaszcza jeżeli nauczycielem jest produkcja z takiego a nie innego kraju. Fajnie, że mają katharsis na swoje traumy, ale ja się trzymam od tego z daleka. A jeżeli wszystko jest w romantyczno ckliwym sosie Pocachontas – Titanic to w ogóle uciekam. Wolę już żyłochlasty w stylu Białej Wstążki.
A poza tym martwię się jedną sprawę, która nie jest w zasadzie moją sprawą i o której nie mam prawa ani podstaw tu pisać. Ale się martwię po ludzku. I nic nie mogę zrobić. Mam nadzieję, że tak naprawdę nic się nie stało i tylko histeryzuje. Cóż, trzymajcie kciuki, żebym się okazała przewrażliwionym łosiem. Będzie to z pożytkiem dla wszystkich. A i trzymajcie kciuki in blanco. Bez zbędnych pytań.
A ponadto dalej sobie stukam pomaleńku Lustra. Rozdział trzynasty, ponad sto stron, zabiłam Kaia. Głupio mi. Krew na klawiaturze, patos w powietrzu, ale czasem trzeba. Rowing mogła Syriusza to mnie też wolno. Ale mi szkoda. Był dobrym konstruktem literackim, że tak powiem.
W zeszłym tygodniu miałam fajne spotkanie z kimś to był mi kiedyś bliski a kogoś nie widziałam wieki. I dobrze, nie wierzę w przypadki i spotkania czekając na tramwaj mają dobre konsekwencje. Chociaż to spotkanie uświadomiło mi jak bardzo się zmieniłam przez ostanie kilka lat. I chyba jestem z kierunku zmian zadowolona. Miedzy innymi przestałam z relacjach przyjacielskich desperacko szukać swojego odbicia lustrzanego. Nie to, że nie potrzebuję tych wspólnych światów książkowo, filmowych, podróży, rozmów babskich. To jest ważne. Ale nie najważniejsze. I jakoś też ważne są takie rzeczy jak lojalność, wytrzymałość na próbę czasu, decyzja że ktoś mimo, że różny ode mnie to chce być psychicznie blisko.
A dla zainteresowanych nowe hasła Natalsa, który dalej bawi się w hodowle wyobrażonych stworzeń. Tym razem koniki. Całe stado z nami jeździ.
Nat: - Moje koniki są głodne i jedzą mięsko.
Przem spokojnie tłumaczy, że konie mięsa nie jadają.
Nat ( zdenerwowana) – Nic mnie to nie obchodzi! One jedzą mięso i bardzo im smakuje.
Obraz różowych rumaków z mordami ufafranymi krwią jest deliryczny.
niedziela, 3 maja 2009
Depesze ze świata anisków
Czemu mnie tu tak dawno nie było? Wombat się melduje!
A że mam zaległości to zrobię po prostu Depesze ze Świata Anisków.
Dwa tygodnie temu byłyśmy z Aniołakiem w Krakowie. Cudowna Carmen, a potem sobota na błoniach. Kupiłyśmy bukiet żonkili i dawałyśmy przechodniom. Reakcje były różne – bardzo, bardzo miłe i dziwne - ale ogólnie jestem troszkę przerażona jak nasze społeczeństwo ma wyprane mózgi. Ktoś daje ci kwiatek – gest prosty, jednoznacznie miły i naturalny. A tu och i ach, czego oni chcą, jakaś organizacja, ja wam nie dam pieniędzy itd. Tak czy inaczej wielu ludziom było miło, a my miałyśmy świetną zabawę. A opera w kinie świetny pomysł. Jasne wolałabym na żywo i pewnie na żywo będzie jeszcze nie raz w tym roku, ale tak można posłuchać cacek jak rzadko. 19 06 Don Giovanni się szykuje i to może nawet w większej ekipie.
Dwa. Ostatnio bardzo się koncentruje na pracy. Staram się, żeby to koncentrowanie się nie przeszło w stres, ale w jakość. Staram się. I czytam Zen i sztukę oporządzania motocykla. Pomaga. Udało mi się z koleżką poprowadzić 1 z 3 szkoleń z komunikacji. Nie było źle, ale nie jestem zadowolona w 100%. Było nieźle, całkiem nieźle, tyle. Za bardzo się denerwuje przed wystąpieniami publicznymi. Morał? Powinnam robić je częściej.
Trzy. Pisze. Napisałam Ariadnę na Naxos i jestem cholernie zadowolona z tego tekstu - jak dawno z żadnego nie byłam. Wywaliłam z siebie dużo mocnych rzeczy i mogę spokojnie wracać do pisania Luster. Tekst będzie wisiał od jutra na moim lj. Kto chce czytać serdecznie zapraszam. Wystarczy się zalogować i zgłosić chęć czytania, a dodam do znajomych. Ewentualnie zgłaszać się privem to pośle mailem.
Cztery to skończyły mi się perfumy. A że wycofali je z kolekcji to musiałam zdecydować się na nowe. Drogi bajer, ale bez perfum czuję się źle. W sobotę polazłam do perfumerii przygotowana na godzinne wybieranie. I znalazłam cos co musiałam mieć. Dawno nie byłam przekonana tak do jakiegoś zapachu. Max Mara - Kashmina Touch – pani mówiła coś o gorzkiej pomarańczy, amaretto, drzewie cedrowym i piżmie. Mnie to po prostu pachnie jak pieprz. I kiedy przypomniałam sobie sceny na worku z pieprzem z Ostatniego Westchnienia Maura to stwierdziłam, że ja chce to mieć. I chędożyć budżet domowy. I mam. A budżet domowy wychędożony.
Pięć to zaplanowane wakacje. I bardzo dobrze to wygląda. Kupione bilety do Londynu i w wiele innych miejsc. I tylko jakoś żal że w tym roku morza nie zobaczę. Za to będzie przejście Bieszczadami tylko ja i moja córka. Kiedyś trzeba zacząć. A jeżeli chodzi o moją córę to wygląda ona teraz mniej wiece tak:

Oprócz Bieszczad dzielę się z nią jeszcze kilkoma rzeczami. W maju robimy jej mini spotkania teatralne. My idziemy na te dorosłe, a potem poprawiamy Czerwonym Kapturkiem w Teatrze Lalki w Katowicach. A co, ma być poszkodowana że my idziemy a ona nie?
A sześć to sama nie wiem czemu, ale cholernie się cieszę że się Arturowi i Minerwie młode się urodziło. Dużo się złego działo, ale cieszę się że Marysia już jest. Teraz mogę wam powiedzieć – ja wiedziałam, że tak będzie, ot co. (-;
A siedem to dalej jestem wombat. ( tak mówi Pan Mąż Kot). I kopie łapkami. Ryję w tym życiu korytarze jak wściekła. I dobrze mi z tym.
A że mam zaległości to zrobię po prostu Depesze ze Świata Anisków.
Dwa tygodnie temu byłyśmy z Aniołakiem w Krakowie. Cudowna Carmen, a potem sobota na błoniach. Kupiłyśmy bukiet żonkili i dawałyśmy przechodniom. Reakcje były różne – bardzo, bardzo miłe i dziwne - ale ogólnie jestem troszkę przerażona jak nasze społeczeństwo ma wyprane mózgi. Ktoś daje ci kwiatek – gest prosty, jednoznacznie miły i naturalny. A tu och i ach, czego oni chcą, jakaś organizacja, ja wam nie dam pieniędzy itd. Tak czy inaczej wielu ludziom było miło, a my miałyśmy świetną zabawę. A opera w kinie świetny pomysł. Jasne wolałabym na żywo i pewnie na żywo będzie jeszcze nie raz w tym roku, ale tak można posłuchać cacek jak rzadko. 19 06 Don Giovanni się szykuje i to może nawet w większej ekipie.
Dwa. Ostatnio bardzo się koncentruje na pracy. Staram się, żeby to koncentrowanie się nie przeszło w stres, ale w jakość. Staram się. I czytam Zen i sztukę oporządzania motocykla. Pomaga. Udało mi się z koleżką poprowadzić 1 z 3 szkoleń z komunikacji. Nie było źle, ale nie jestem zadowolona w 100%. Było nieźle, całkiem nieźle, tyle. Za bardzo się denerwuje przed wystąpieniami publicznymi. Morał? Powinnam robić je częściej.
Trzy. Pisze. Napisałam Ariadnę na Naxos i jestem cholernie zadowolona z tego tekstu - jak dawno z żadnego nie byłam. Wywaliłam z siebie dużo mocnych rzeczy i mogę spokojnie wracać do pisania Luster. Tekst będzie wisiał od jutra na moim lj. Kto chce czytać serdecznie zapraszam. Wystarczy się zalogować i zgłosić chęć czytania, a dodam do znajomych. Ewentualnie zgłaszać się privem to pośle mailem.
Cztery to skończyły mi się perfumy. A że wycofali je z kolekcji to musiałam zdecydować się na nowe. Drogi bajer, ale bez perfum czuję się źle. W sobotę polazłam do perfumerii przygotowana na godzinne wybieranie. I znalazłam cos co musiałam mieć. Dawno nie byłam przekonana tak do jakiegoś zapachu. Max Mara - Kashmina Touch – pani mówiła coś o gorzkiej pomarańczy, amaretto, drzewie cedrowym i piżmie. Mnie to po prostu pachnie jak pieprz. I kiedy przypomniałam sobie sceny na worku z pieprzem z Ostatniego Westchnienia Maura to stwierdziłam, że ja chce to mieć. I chędożyć budżet domowy. I mam. A budżet domowy wychędożony.
Pięć to zaplanowane wakacje. I bardzo dobrze to wygląda. Kupione bilety do Londynu i w wiele innych miejsc. I tylko jakoś żal że w tym roku morza nie zobaczę. Za to będzie przejście Bieszczadami tylko ja i moja córka. Kiedyś trzeba zacząć. A jeżeli chodzi o moją córę to wygląda ona teraz mniej wiece tak:

Oprócz Bieszczad dzielę się z nią jeszcze kilkoma rzeczami. W maju robimy jej mini spotkania teatralne. My idziemy na te dorosłe, a potem poprawiamy Czerwonym Kapturkiem w Teatrze Lalki w Katowicach. A co, ma być poszkodowana że my idziemy a ona nie?
A sześć to sama nie wiem czemu, ale cholernie się cieszę że się Arturowi i Minerwie młode się urodziło. Dużo się złego działo, ale cieszę się że Marysia już jest. Teraz mogę wam powiedzieć – ja wiedziałam, że tak będzie, ot co. (-;
A siedem to dalej jestem wombat. ( tak mówi Pan Mąż Kot). I kopie łapkami. Ryję w tym życiu korytarze jak wściekła. I dobrze mi z tym.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Tfurczość
czwartek, 9 kwietnia 2009
I zostanie tylko Pstrowski...
Jestem nałogowym czytaczem. Skończyłam Gargulca i z wypiekami poleciałam do Empiku. Czasu niestety miałam mało czasu, wiec szybko pobiegłam do kasy z książką o uroczym szuru Firmim. Opowiem jak skończę. Oprócz książki zabrałam z sobą pewną obserwacje.
Otóż ostatnio przybywa nam specyficznych książek – klonów Kodu Leonarad Da Vinci. Książek, czasem badziewie słabych, czasem całkiem dobrych, pisanych według jednego schematu.
Mamy:
-Znanego artystę,
-zaginione dzieło,
- tajemnicę, trupa,
- mile widziana para,
- opcjonalnie tajne stowarzyszenie.
Mamy kody ( sekrety, tajemnice itp.) Leonarda da Vinci,(Kod leonarda Da Vinci), Vivaldiego ( Tajemnica Vivaldiego płyta gratis), Chopina ( Manuskrypt Chopin), Mozarta, Beethovena ( Dziesiąta symfonia), Szekspira ( nawet dwie książki – Szyfr Szekspira, Księga Powietrza i cieni), Dantego ( Klub Dantego), Freuda ( sekret Freuda), Poego ( Cień Poego), Aleksandra Wielkiego ( Zagadka aleksandryjska)
…że pozwolę sobie Eco i jego arystotelesowską wymienić osobno ze względu na szacunek i pierwszeństwo.
Mania jakaś czy co?
Ja jestem pisarz początkujący. Z ilością czasu jaką mam na pisanie i brakami warsztatowymi jakie mam do nadrobienia, powinnam być niezła jakoś tak w wieku około emerytalnym. Mniejsza z tym. Ale znam ludzi którzy pisać potrafią i powinni to robić. Choćby Ania. Bazując na jednym z takich pomysłów mogą by zagarniać całkiem sporo sławy i pieniędzy. Tylko powinna się pospieszyć, bo w tym tempie niedługo zabraknie jej sławnych ludzi na bazę tematu. Zostanie tylko Pstrowski.
Oferowaliśmy się ostatnio z Przemem z wymyśleniem fabuły dla Ani. ( Oczywiście za drobną prowizją w przypadku sukcesu).
Kod Pstrowskiego czyli Ostania Sztolnia
Bohater Bazowy: Wincet Pstrowski
Tajemnica: Nieznana nikomu tajemnicza sztolnia w której rzeczony BB ( Bohater bazowy) znalazł Tajemnice Mogąca Zmienić Losy Świata. Niby czemu kopał jak wściekły? Bo odkrywał Tajemnicę…i wiedział ze czasu ma coraz mniej. Niestety w wyniku knowań Złych Bohaterów zostaje otruty i umiera. ( Ktoś jeszcze wierzy w bajeczkę o białaczce lub resekcji zębów i powikłaniach?)
Akcja: Czasy współczesne. Młoda pani humanistka z ładnymi cyckami pracująca w Muzeum Górnictwa odkrywa Tajemniczą Substancję na pamiątkach po BB. Rozpoczyna śledztwo. Niestety grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, bo Źli bohaterowie nie śpią. Na szczęście znajduje pomoc w młodym górniku i razem wyruszają na odkrycie tajemniczej Sztolni.
Bonusy: Seks w windzie kopalnianej ( Przem mówi że jak będzie jechała w górę, a ja jak w dół – cóż różna percepcja orgazmu) i koniecznie strzelanina za maszynami górniczymi.
Tajemnicze stowarzyszenie: Proponuje Bożogrobców bo kiedyś byli w Chorzowie.
Opcjonalnie Przem proponował Kod Jana Pawła II ( Zaginiona Encyklika) ale moim zdaniem za ostro. I nijak scen miłosnych nie przyłatasz.
Otóż ostatnio przybywa nam specyficznych książek – klonów Kodu Leonarad Da Vinci. Książek, czasem badziewie słabych, czasem całkiem dobrych, pisanych według jednego schematu.
Mamy:
-Znanego artystę,
-zaginione dzieło,
- tajemnicę, trupa,
- mile widziana para,
- opcjonalnie tajne stowarzyszenie.
Mamy kody ( sekrety, tajemnice itp.) Leonarda da Vinci,(Kod leonarda Da Vinci), Vivaldiego ( Tajemnica Vivaldiego płyta gratis), Chopina ( Manuskrypt Chopin), Mozarta, Beethovena ( Dziesiąta symfonia), Szekspira ( nawet dwie książki – Szyfr Szekspira, Księga Powietrza i cieni), Dantego ( Klub Dantego), Freuda ( sekret Freuda), Poego ( Cień Poego), Aleksandra Wielkiego ( Zagadka aleksandryjska)
…że pozwolę sobie Eco i jego arystotelesowską wymienić osobno ze względu na szacunek i pierwszeństwo.
Mania jakaś czy co?
Ja jestem pisarz początkujący. Z ilością czasu jaką mam na pisanie i brakami warsztatowymi jakie mam do nadrobienia, powinnam być niezła jakoś tak w wieku około emerytalnym. Mniejsza z tym. Ale znam ludzi którzy pisać potrafią i powinni to robić. Choćby Ania. Bazując na jednym z takich pomysłów mogą by zagarniać całkiem sporo sławy i pieniędzy. Tylko powinna się pospieszyć, bo w tym tempie niedługo zabraknie jej sławnych ludzi na bazę tematu. Zostanie tylko Pstrowski.
Oferowaliśmy się ostatnio z Przemem z wymyśleniem fabuły dla Ani. ( Oczywiście za drobną prowizją w przypadku sukcesu).
Kod Pstrowskiego czyli Ostania Sztolnia
Bohater Bazowy: Wincet Pstrowski
Tajemnica: Nieznana nikomu tajemnicza sztolnia w której rzeczony BB ( Bohater bazowy) znalazł Tajemnice Mogąca Zmienić Losy Świata. Niby czemu kopał jak wściekły? Bo odkrywał Tajemnicę…i wiedział ze czasu ma coraz mniej. Niestety w wyniku knowań Złych Bohaterów zostaje otruty i umiera. ( Ktoś jeszcze wierzy w bajeczkę o białaczce lub resekcji zębów i powikłaniach?)
Akcja: Czasy współczesne. Młoda pani humanistka z ładnymi cyckami pracująca w Muzeum Górnictwa odkrywa Tajemniczą Substancję na pamiątkach po BB. Rozpoczyna śledztwo. Niestety grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, bo Źli bohaterowie nie śpią. Na szczęście znajduje pomoc w młodym górniku i razem wyruszają na odkrycie tajemniczej Sztolni.
Bonusy: Seks w windzie kopalnianej ( Przem mówi że jak będzie jechała w górę, a ja jak w dół – cóż różna percepcja orgazmu) i koniecznie strzelanina za maszynami górniczymi.
Tajemnicze stowarzyszenie: Proponuje Bożogrobców bo kiedyś byli w Chorzowie.
Opcjonalnie Przem proponował Kod Jana Pawła II ( Zaginiona Encyklika) ale moim zdaniem za ostro. I nijak scen miłosnych nie przyłatasz.
niedziela, 15 marca 2009
Rekin wielorybi i zupa z planktonu
Dziś na topie rekin wielorybi.

Plus ogłoszenie duszpasterskie:
Orkiestra Świętego Mikołaja
05.04.2009 - Gliwice
Willa Caro, ul. Dolnych Wałów 8a, godz. 18.00
My się wybieramy kocurem. Kto chętny jeszcze dawać znać.
I się paskudnie pochwale. Wybrano opowiadania w konkursie Fahrenheita na antologię Koniec Pieśni. Lira przeszła (-; Tylko 3 stronki to to ma ale pójdzie drukiem. Będę tfu-rcą wydawanym.
Motywuje to do pisania. Tylko że na dziś wieczór opracowanie testu NEO-FFI do pracy. Błech.
Plus ogłoszenie duszpasterskie:
Orkiestra Świętego Mikołaja
05.04.2009 - Gliwice
Willa Caro, ul. Dolnych Wałów 8a, godz. 18.00
My się wybieramy kocurem. Kto chętny jeszcze dawać znać.
I się paskudnie pochwale. Wybrano opowiadania w konkursie Fahrenheita na antologię Koniec Pieśni. Lira przeszła (-; Tylko 3 stronki to to ma ale pójdzie drukiem. Będę tfu-rcą wydawanym.
Motywuje to do pisania. Tylko że na dziś wieczór opracowanie testu NEO-FFI do pracy. Błech.
niedziela, 20 lipca 2008
Karta Praw Bohatera Literackiego
Zastanawia mnie pewna kwestia. Właściwie to myślałam już o tym kiedy pisałam fanfiction i kiedy próbowałam się w swoich własnych literackich wypocinach. Mianowicie:
Czy bohater literacki ma prawo być szczęśliwy?
Albo:
Czy autor ma prawo napisać happy end.
Dotychczas byłam zdania że jeżeli autor umie pisać dobrze i uzasadni coś przekonywająco to ma prawo pisać co mu się żywnie podoba. Ale już w czasie kariery fanfictiopisarza zetknęłam się z tym, ze kiedy mordowałam bohaterów lub raczyłam czytelników dozą goryczy wszyscy bili brawo. A kiedy śmiałam pozwolić im na cokolwiek milszego było że kicz i kicha.
Problem powrócił kiedy jedna z moich znajomych napisała całkiem dobry i solidny kawałek prozy ( nie ff twórczość własna). I miała czelność pozwolić bohaterom żyć. Ba więcej, miała czelność zaserwować im po długich perypetiach ślub i całkiem szczęśliwe choć wcale nie nudne życie. I co? Jeden z autorytetów w dziedzinie humanistyki orzekł że wyszła z tego mieszczańska kicha ( czyli telenowela, choć nie użyto tego słowa). I tu zdziwienie. Czy mamy jako autorzy obowiązek mordować bohaterów, fundować im pełne goryczy rozstania? Czy każda próba pisania innego zakończenia jest od razu klasyfikowana jako nowela, socjomatrix i kicha.
Przejrzałam listę ulubionych książek i filmów i ze zgrozą obserwuję jak autorzy poddają się temu terrorowi.
Ja protestuję czytelnicy! To jest zniewolenie autora!
Oczywiście szczęcie opisać trudniej. Gorycz i rozpacz to brzmi lepiej i od razu ciśnie się czytelnikowi słowa „ mocne to było”. Tylko czy sztuka to za przeproszeniem kawa ekspreso że musi być mocna i basta? Noramlanie to musi być krew, zaraza i Kosiński, żeby się podobało. Może jeszcze w starszych tekstach tak tego nie pilnowano. Szekspir ośmielał się pisać komedie, a u Hugo czasem w tym całym smutku iskierka nadziei i walki o szczęcie się przewija. Teraz niestety nie – szczęcie to przeżytek i obciach.
Zawsze miałam naiwną nadzieję, że jak się pisze dobrze, można pisać co się chce. Zawsze myślałam, ze pisarz musi być obserwatorem świata. A jak to świetnie Nabokov „Life is beautiful. Life is sad. That's all you need to know.” Bo życie cholera czasem ma piękne zakończenia, czasem bardzo pokręcone, bolesne, ale bywa szczęśliwie. I jeżeli ktoś ma na tyle talentu i odwagi żeby je tak opisywać to jego prawo. Swoją drogą coraz bardziej szanuję panią Rowing za epilog do VII Harego Pottera. Naiwny może, ale ona tak tych bohaterów, tak po prostu, jak ludzi, znała i tak im życie ułożyła. Mimo że psy wieszano za niej za to okrutnie.
I w tym miejscu apeluję o poszanowanie praw Bohatera Literackiego. Dbamy o wszystkie elementy psychologicznego i fizycznego realizmu i prawdopodobieństwa książek. Wiec dajmy też im tą najbardziej podstawową motywację: dążenie do szczęścia. I choć nikłe szanse na jego osiągnięcie.
Czy bohater literacki ma prawo być szczęśliwy?
Albo:
Czy autor ma prawo napisać happy end.
Dotychczas byłam zdania że jeżeli autor umie pisać dobrze i uzasadni coś przekonywająco to ma prawo pisać co mu się żywnie podoba. Ale już w czasie kariery fanfictiopisarza zetknęłam się z tym, ze kiedy mordowałam bohaterów lub raczyłam czytelników dozą goryczy wszyscy bili brawo. A kiedy śmiałam pozwolić im na cokolwiek milszego było że kicz i kicha.
Problem powrócił kiedy jedna z moich znajomych napisała całkiem dobry i solidny kawałek prozy ( nie ff twórczość własna). I miała czelność pozwolić bohaterom żyć. Ba więcej, miała czelność zaserwować im po długich perypetiach ślub i całkiem szczęśliwe choć wcale nie nudne życie. I co? Jeden z autorytetów w dziedzinie humanistyki orzekł że wyszła z tego mieszczańska kicha ( czyli telenowela, choć nie użyto tego słowa). I tu zdziwienie. Czy mamy jako autorzy obowiązek mordować bohaterów, fundować im pełne goryczy rozstania? Czy każda próba pisania innego zakończenia jest od razu klasyfikowana jako nowela, socjomatrix i kicha.
Przejrzałam listę ulubionych książek i filmów i ze zgrozą obserwuję jak autorzy poddają się temu terrorowi.
Ja protestuję czytelnicy! To jest zniewolenie autora!
Oczywiście szczęcie opisać trudniej. Gorycz i rozpacz to brzmi lepiej i od razu ciśnie się czytelnikowi słowa „ mocne to było”. Tylko czy sztuka to za przeproszeniem kawa ekspreso że musi być mocna i basta? Noramlanie to musi być krew, zaraza i Kosiński, żeby się podobało. Może jeszcze w starszych tekstach tak tego nie pilnowano. Szekspir ośmielał się pisać komedie, a u Hugo czasem w tym całym smutku iskierka nadziei i walki o szczęcie się przewija. Teraz niestety nie – szczęcie to przeżytek i obciach.
Zawsze miałam naiwną nadzieję, że jak się pisze dobrze, można pisać co się chce. Zawsze myślałam, ze pisarz musi być obserwatorem świata. A jak to świetnie Nabokov „Life is beautiful. Life is sad. That's all you need to know.” Bo życie cholera czasem ma piękne zakończenia, czasem bardzo pokręcone, bolesne, ale bywa szczęśliwie. I jeżeli ktoś ma na tyle talentu i odwagi żeby je tak opisywać to jego prawo. Swoją drogą coraz bardziej szanuję panią Rowing za epilog do VII Harego Pottera. Naiwny może, ale ona tak tych bohaterów, tak po prostu, jak ludzi, znała i tak im życie ułożyła. Mimo że psy wieszano za niej za to okrutnie.
I w tym miejscu apeluję o poszanowanie praw Bohatera Literackiego. Dbamy o wszystkie elementy psychologicznego i fizycznego realizmu i prawdopodobieństwa książek. Wiec dajmy też im tą najbardziej podstawową motywację: dążenie do szczęścia. I choć nikłe szanse na jego osiągnięcie.
wtorek, 29 stycznia 2008
Jestem absolutnie zdołowana i zniesmaczona. I zawiedziona.
Kilka dni temu ja, aniołak, Fidelio, Arnarod i Arien uknułyśmy plan wysłania naszych tekstów mitologicznych w kilka miejsc. Może się spodobają. A może nie. Nie ma to znaczenia. Próbujemy, coś robimy. Będę szczęśliwa jeżeli choć jednej jakiś tekst wezmą ( Fi coś czuje ze wiem czyj on będzie…).
Ale mniejsza z tym.
Tak czy inaczej wymogiem formalnym jest aby teksty zniknęły z netu. I tu pojawił się problem. Bo skoro były pisane teoretycznie do klubu pojedynków to moderatorstwo twierdzi, że nie może ich usunąć. Pomijając fakt że regulamin klubu pojedynków mówi, że
- teksty mają być pisane na potrzeby kluby ( były)
- przed i w czasie pojedynku nie mogą być publikowane ( nie były)
- jeżeli będą gdzie indziej to z adnotacją ( tak tez zostały posłane – ze powstały na potrzeby)
Nigdzie nie ma napisane, że muszą tam wisieć dożywotnio. Albo że tracimy do nich prawa.
Tak czy inaczej spodziewałam się że ktoś ze mną o tym podyskutuje. Może mnie poprosi żeby jednak zostały. Że powie: „ ale wiesz jest taki problem, jakbyśmy to rozwiązali wspólnie, żeby obu stronom pasowało” A tu nic. Pozwiedzano mi „ nie i koniec – bo tak jest z regulaminem”. Po pierwsze to jak pisałam wyżej regulamin nie ma nic do tego. Dwa to nawet gdyby miał, to chyba mamy ważny powód i można okazać troszkę życzliwości. A trzy to poczułam się traktowana jak rzecz. I moje teksty też.
Jest mi cholernie smutno. Forum mirriel niezależnie od tego jak mało czasu mu poświęcałam traktowałam jak swoje. Gdyby nie ono pewnie nie zaczęłabym pisać. Mam ogromną wdzięczność do ludzi którzy mnie tam wpierali i uczyli warsztatu. Być może gdyby mnie w pierwszym komentarzu do Alchemii Toroj zjechała zamiast zachęcić już bym nigdy nic nie pisała, I jestem wdzięczna.
Dziś Toroj bardzo spokojnie i miło ze mną pogadała i wytłumaczyła że pewnie obecność w klubie pojedynków nie zaszkodzi publikacji. Zresztą sama publikacja jest na mniej niż 10 % ( Co nie znaczy ze nie mamy prawa próbować). Więc tu już nie chodzi o publikację. Chodzi o zasady. Żeby regulamin nie stał powyżej człowieka. I nie był interpretowany po-widzimisię moderatora.
Postanowiłam, że poproszę o usunięcie wszystkich moich postów z mirriel. To nie jest obrażanie – to cholernie trudna i smutna decyzja. Może dlatego nie piszę tego teraz na forum, ale na blogu – bo w jakiś sposób straciłam serce do tego miejsca. Żegnam się z tymi mirrielowiczami dzięki którym nauczyłam się troszkę pisać i przez te lata świetnie się bawiłam. I czuję się jakby mi ktoś w pysk dał.
Kilka dni temu ja, aniołak, Fidelio, Arnarod i Arien uknułyśmy plan wysłania naszych tekstów mitologicznych w kilka miejsc. Może się spodobają. A może nie. Nie ma to znaczenia. Próbujemy, coś robimy. Będę szczęśliwa jeżeli choć jednej jakiś tekst wezmą ( Fi coś czuje ze wiem czyj on będzie…).
Ale mniejsza z tym.
Tak czy inaczej wymogiem formalnym jest aby teksty zniknęły z netu. I tu pojawił się problem. Bo skoro były pisane teoretycznie do klubu pojedynków to moderatorstwo twierdzi, że nie może ich usunąć. Pomijając fakt że regulamin klubu pojedynków mówi, że
- teksty mają być pisane na potrzeby kluby ( były)
- przed i w czasie pojedynku nie mogą być publikowane ( nie były)
- jeżeli będą gdzie indziej to z adnotacją ( tak tez zostały posłane – ze powstały na potrzeby)
Nigdzie nie ma napisane, że muszą tam wisieć dożywotnio. Albo że tracimy do nich prawa.
Tak czy inaczej spodziewałam się że ktoś ze mną o tym podyskutuje. Może mnie poprosi żeby jednak zostały. Że powie: „ ale wiesz jest taki problem, jakbyśmy to rozwiązali wspólnie, żeby obu stronom pasowało” A tu nic. Pozwiedzano mi „ nie i koniec – bo tak jest z regulaminem”. Po pierwsze to jak pisałam wyżej regulamin nie ma nic do tego. Dwa to nawet gdyby miał, to chyba mamy ważny powód i można okazać troszkę życzliwości. A trzy to poczułam się traktowana jak rzecz. I moje teksty też.
Jest mi cholernie smutno. Forum mirriel niezależnie od tego jak mało czasu mu poświęcałam traktowałam jak swoje. Gdyby nie ono pewnie nie zaczęłabym pisać. Mam ogromną wdzięczność do ludzi którzy mnie tam wpierali i uczyli warsztatu. Być może gdyby mnie w pierwszym komentarzu do Alchemii Toroj zjechała zamiast zachęcić już bym nigdy nic nie pisała, I jestem wdzięczna.
Dziś Toroj bardzo spokojnie i miło ze mną pogadała i wytłumaczyła że pewnie obecność w klubie pojedynków nie zaszkodzi publikacji. Zresztą sama publikacja jest na mniej niż 10 % ( Co nie znaczy ze nie mamy prawa próbować). Więc tu już nie chodzi o publikację. Chodzi o zasady. Żeby regulamin nie stał powyżej człowieka. I nie był interpretowany po-widzimisię moderatora.
Postanowiłam, że poproszę o usunięcie wszystkich moich postów z mirriel. To nie jest obrażanie – to cholernie trudna i smutna decyzja. Może dlatego nie piszę tego teraz na forum, ale na blogu – bo w jakiś sposób straciłam serce do tego miejsca. Żegnam się z tymi mirrielowiczami dzięki którym nauczyłam się troszkę pisać i przez te lata świetnie się bawiłam. I czuję się jakby mi ktoś w pysk dał.
niedziela, 28 października 2007
Wychodzę pomału z choroby. A raczej choroba wychodzi ze mnie. I z przykrością muszę powiedzieć że się skubana nie spieszy. Cera zrobiła mi się tak blada, ze musiałam salwować się kilkoma minutami na solarium, żeby ludzi nie straszyć. Dodatkowo o tygodniu niedomagania rozregulował mi się tryb jedzenia. Byłam chora, nie gotowałam i prawie nie jadłam. Tylko syrop tussipec – jak anorektyczka jakaś. Kiedy w niedziele rano zaczęło mi się kręcić w głowie udałam się po rozum do głowy i do lodówki po cos smacznego. Dość tego biedowania.
Poza tym dbaliśmy w ten weekend z Kocurem Kulturę. Dwa wyjścia do teatru w jeden weekend to nawet jak dla nas sporo. Najpierw było zaproszenie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy na Osobistego Jezusa. Rewelacja! Może nie aż tak dobre jak Otello- nie było tu tej zdumiewającej scenografii – ale grą aktorska nie ustępuje niczym. Każda scena dopracowana, świetnie zagrana. Mocna historia, prosta i bez zbadanego morału. Teatr mocno eksperymentalny, dramatyczny a jednoczesne prosty i bardzo blisko widza. Wielkie barwa i polecam każdemu.
Dziś z kolei byłam na Reportażu o końcu Świata Teatru Wierszalin. Ja kiedyś Wierszalin kochałam: za Prawiek, Dybuka, Głupa. A teraz nie podoba mi sie nic a nic. Nudy, strasznie to to przeintelektualizowane i udziwnione. Teatr jakby w dwóch warstwach: z jednej strony aktorska pantomima a z drugiej opowiadane historii – reportażu. Zupełny brak Postaci jakiegokolwiek indywidualnego aktorstwa. Za mądre dla mnie. Jestem zdecydowanie na nie.
Tekst do ŚKF posłany. Niestety znowu musiałam posłużyć się czymś starszym. Smocze Drzewo nawet pasowało. Jakbym miała powiedzieć jakiej jednej rzeczy mi w życiu brakuje to czasu,a właściwie tyle czasu fizycznego, co wolnego miejsca w głowie i myślach – czasu twórczego – nie zagonionego. Ja chcę pisać. Cholera. Jak to mawia Kocur - skoro to już wiem, a nic z tym nie robie to jest to tylko moja wina. Zatem trzeba będzie coś z tym zrobić.
Poza tym dbaliśmy w ten weekend z Kocurem Kulturę. Dwa wyjścia do teatru w jeden weekend to nawet jak dla nas sporo. Najpierw było zaproszenie Teatru Modrzejewskiej z Legnicy na Osobistego Jezusa. Rewelacja! Może nie aż tak dobre jak Otello- nie było tu tej zdumiewającej scenografii – ale grą aktorska nie ustępuje niczym. Każda scena dopracowana, świetnie zagrana. Mocna historia, prosta i bez zbadanego morału. Teatr mocno eksperymentalny, dramatyczny a jednoczesne prosty i bardzo blisko widza. Wielkie barwa i polecam każdemu.
Dziś z kolei byłam na Reportażu o końcu Świata Teatru Wierszalin. Ja kiedyś Wierszalin kochałam: za Prawiek, Dybuka, Głupa. A teraz nie podoba mi sie nic a nic. Nudy, strasznie to to przeintelektualizowane i udziwnione. Teatr jakby w dwóch warstwach: z jednej strony aktorska pantomima a z drugiej opowiadane historii – reportażu. Zupełny brak Postaci jakiegokolwiek indywidualnego aktorstwa. Za mądre dla mnie. Jestem zdecydowanie na nie.
Tekst do ŚKF posłany. Niestety znowu musiałam posłużyć się czymś starszym. Smocze Drzewo nawet pasowało. Jakbym miała powiedzieć jakiej jednej rzeczy mi w życiu brakuje to czasu,a właściwie tyle czasu fizycznego, co wolnego miejsca w głowie i myślach – czasu twórczego – nie zagonionego. Ja chcę pisać. Cholera. Jak to mawia Kocur - skoro to już wiem, a nic z tym nie robie to jest to tylko moja wina. Zatem trzeba będzie coś z tym zrobić.
wtorek, 6 marca 2007
Grafomaństwo to choroba przewlekła, jak pisała Aniołak. Obecnie przeżywam męki twórcze względem tekstu do SKF'u. Sama wymyślałam temat „duchy” a wen prysł. I rwę włosy z głowy.
Na dodatek czytałam ostatnio Miasto Śpiących Książek Waltera Moersa i Rzeczy Ulotne Neila Gaimana. Przy obu lekturach maiłam ochotę wstawać co kila minut i bić brawa na stojąco. To pisali Mistrzowie. Czy warto w ogóle pisać, jeżeli ma sie wątpliwości, czy kiedykolwiek doskoczy się do takiego poziomu. Ostatnio przyrównano mnie do prozy Martina. Porażka. Powinnam schować klawiaturę, długopisy i ołówki i nawet na nie nie spoglądać. Ale co ja poradzę, że słowa, te czytane i pisane, mnie zaczarowały?
Na dodatek czytałam ostatnio Miasto Śpiących Książek Waltera Moersa i Rzeczy Ulotne Neila Gaimana. Przy obu lekturach maiłam ochotę wstawać co kila minut i bić brawa na stojąco. To pisali Mistrzowie. Czy warto w ogóle pisać, jeżeli ma sie wątpliwości, czy kiedykolwiek doskoczy się do takiego poziomu. Ostatnio przyrównano mnie do prozy Martina. Porażka. Powinnam schować klawiaturę, długopisy i ołówki i nawet na nie nie spoglądać. Ale co ja poradzę, że słowa, te czytane i pisane, mnie zaczarowały?
czwartek, 23 marca 2006
Mam kryzys pisania. Kiedy zaczynałam moja przygodę ze słowami wsyztski było prostsze. Nie pisałam, a bawiłam się słowami, a ona jakoś tak naturalnie układały się w sensowne wzory. Niczego od nich nie wymagałam, a one odnosiły się do mnie z sympatią.
Nie wiem co się potem stało. Może szalona fascynacja pisaniem Wiedzmy Cynamonowej Od Brykających Jaguarów? W każdym razie, troszkę nieświadomie zaczęłam „starać się” pisać. Może po części gdzieś w środku była zazdrość że nie pisze tak jak Ona? W każdym razie doszło do tego, że teraz pisze mi się ciężko. Rodzę słowa w bólach. Czy będzie wystarczająco labrujowate? Nie zbyt przpoetyzowane? Paraliżuje mnie to. Chciałabym mieć znowu tę lekkość słowa. Tą prostotę pisania zwykłej prozy. Żebym dopiero na bazie jej mogła stosować różne sztuczki. Czasami czuję, że moje pisanie to kuglarstwo. Sztuczki narracyjne, magiczne opisy, a pod spodem jakoś płasko. Zastanawiam się co powinnam robić? Czy bardziej pracować, żeby okiełzać te brykające i nieposłuszne słowa, czy może dać sobie na razie spokój i czekać aż lekkość słów powroci?
Czasem piszę bajki dla Nat. Do zeszytu, żeby mnie nie kusiło pokazywać tego komukolwiek. Tylko sobie wmyślę, że jak za kilka lat moja maleńka stwierdzi : „ mama ta bajka to jest, jakaś taka, no wiesz poprzednie były bardziej mamowate” – to chyba wlezę pod dywan.
Tęsknię za Wami słowa. Żeby móc namalować wszystkie historie jaki mam w głowie. Wróćcie do mnie.
Nie wiem co się potem stało. Może szalona fascynacja pisaniem Wiedzmy Cynamonowej Od Brykających Jaguarów? W każdym razie, troszkę nieświadomie zaczęłam „starać się” pisać. Może po części gdzieś w środku była zazdrość że nie pisze tak jak Ona? W każdym razie doszło do tego, że teraz pisze mi się ciężko. Rodzę słowa w bólach. Czy będzie wystarczająco labrujowate? Nie zbyt przpoetyzowane? Paraliżuje mnie to. Chciałabym mieć znowu tę lekkość słowa. Tą prostotę pisania zwykłej prozy. Żebym dopiero na bazie jej mogła stosować różne sztuczki. Czasami czuję, że moje pisanie to kuglarstwo. Sztuczki narracyjne, magiczne opisy, a pod spodem jakoś płasko. Zastanawiam się co powinnam robić? Czy bardziej pracować, żeby okiełzać te brykające i nieposłuszne słowa, czy może dać sobie na razie spokój i czekać aż lekkość słów powroci?
Czasem piszę bajki dla Nat. Do zeszytu, żeby mnie nie kusiło pokazywać tego komukolwiek. Tylko sobie wmyślę, że jak za kilka lat moja maleńka stwierdzi : „ mama ta bajka to jest, jakaś taka, no wiesz poprzednie były bardziej mamowate” – to chyba wlezę pod dywan.
Tęsknię za Wami słowa. Żeby móc namalować wszystkie historie jaki mam w głowie. Wróćcie do mnie.