piątek, 26 listopada 2010

Jest jak jest.

Mam wyjątkowo parszywy nastrój. Tak parszywy, że zgodnie z całym prawdopodobieństwem zaraz odbiję się od dna i będzie dobrze. Dalsza część epopei rodzinnej – choć w sumie nic nowego – to wszystko zaczyna przypomina brazylijski. Matka dalej budzi we mnie pokłady agresji zdolne rozwalić Pałac Kultury ( Demonku pamiętasz ten ostatni wybuch u ciebie?). Z ojcem z kolei miałam niefajną wymianę maili, która usankcjonowała stan, że się nie znamy. A wszystko to, że mam czelność żyć po swojemu i jestem nieudacznikiem bo nie mam pracy dającej mi składki emerytalne ( bo to przecież najważniejsze!). No i odrzucam wielką matczyną miłość.

Cóż, ludzie którzy przez większość życia byli zgorzkniali, nieszczęśliwi i umęczeni nie są najlepszymi drogowskazami. A emeryturę mam głęboko gdzieś, podobnie jak spóźnione próby wychowawcze. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że oni będą na emeryturze szczęśliwi, bo całe życie poświecili żeby ją mieć. Ja na dzień dzisiejszy muszę się nauczyć żyć z tą złością, z dwóch powodów. Po pierwsze żeby moi bliscy przez nią nie oderwali a dwa, żeby mi nie podcinała skrzydeł.

To co wyniosłam z domu to takie wielkie ołowiane ciężarki przygniatające w dół. Ponieważ mnie naturalnie ciągnie w górę i przed siebie to często się uśredniało i stałam w zawieszeniu. Za dużo żeby się nie utopić, za mało żeby pofrunąć. W zawieszeniu. Bo to się nie uda, jest bez sensu, i trzeba ciężko pracować na emeryturę. Może już wystarczy.

A że teraz mi niefajnie? Cóż, komu innemu bym powiedziała „ dusza nie szklanka się nie stłucze”. I nie oglądaj się za siebie. Jak w bajkach, gdzie uciekając przed potworem rzucało się magiczne przedmioty i nie patrzyło się za siebie. Nigdy. Ja to wszytko wiem, a jednak takie sytuacje potwornie męczą mnie to.

Może na mój nastrój nakładają się też nadchodzące święta?

Na to wszystko nałożył się dziwny sen. Jeden z tych które pamięta się w każdym szczególe. Kraków, deszczowy współczesny. Idę z kimś po rynku. Obok mnie przechodzi jakaś religijna procesja na koniach – nagle pod nogi spada mi krzyż. Podnoszę go i podaję – widzę, że jest zrobiony z posklejanych ludzkich kości. Po chwili wchodzimy z koleżanką w jedną z bocznych uliczek. Tam kamienny kościół i wykopki ( koparki, robotnicy archeolodzy) – informacja że przenoszą jakiś stary miejski cmentarz. Przez przypadek wchodzę w kupę błota wymieszaną z kośćmi, przewracam się, ta masa mnie wciąga i zatapia po szyję. Dopiero kiedy jestem już znużona po szyję w szkieletach, żebrach, piszczelach i czaszkach komuś udaje się podać mi rękę i jakoś wyciągnąć.



A z dobrych rzeczy?
Czytam Stasiuka. Bardzo mi na ten czas pasuje, szczególnie nielinearna forma. Wciąga.
Mam nadzieję mieć do nowego roku 100 stron Tego Nowego co piszę. Na razie mam połowę i dokładne notatki do reszty. Podoba mi się ten tekst. Teraz wiem, że jeżeli nawet nie wydaja Luster to dużo się na nich nauczyłam.
Mam bilety na Dziadka do Orzechów. Niestety spektakl szkolny o 11. Widać Opera w Bytomiu nie zakłada, że rodzic może sam z dzieckiem po południu lub w sobotę chcieć iść do Opery.
Jedziemy na Mikołajki Folkowe i Króla Leara. Bardzo się cieszę. Takie pozytywne rzeczy w grudniu.

No i zaczęłam 19 tydzień. Młody bezproblemowy. Nawet schudłam kilogram. Młody podobno już zaczyna słyszeć. Puszczam mu ścieżkę z Truposza.

W niedzielę urodziny Williama Blaka. Trzeba będzie jakoś to uczcić. Ogólnie nie widzę powodu dla którego po śmierci nie należy obchodzić urodzin. Wszystkiego najlepszego Will! Teraz nie mogę, ale chętnie wypiłabym za ciebie wypiłabym twoje zdrowie jakąś dymiącą mikstura godną Fausta. Zasadniczo trudno Ci czegokolwiek życzyć – musi cie być nieźle tam gdzie jesteś, Bóg musi się dobrze czuć w otoczeniu Mistyków. I pozdrowienia dla Catherine po drugiej stronie.

wtorek, 16 listopada 2010

Qul-tura boli.

Z okazji Mikołajek chciałam zaprosić córkę do Opery Bytomskiej na Dzidka do Orzechów. Muzycznie utwór fajny, a fabułę dobrze zna i lubi z bajki Hoffmana i z durnej adaptacji Barbie. Dzwonię. I kazało się że Opera Bytomska przypomina Operę Narodową w Warszawie. Niestety pod względem obsługi klientów.

Dzwonię;
Zajęty albo nikt nie odpowiada, po 1,5 godz. odbiera jakiś facet OBRAŻONYM głosem, nie przedstawia się mówi:
- Haloooo?
- Dzień dobry czy to Opera?
- No, taak – odpowiada po chwili.
- Czy mogłabym zarezerwować bilety na Dziadka Do Orzechów na 06 12
- Eeee nie ma już – odpowiada Pan – dość szybko widać wie o wszystkim i nie musi sprawdzać.
- A wykupione bilety czy tylko rezerwacje i może zwroty się zdarzą?
Pana zatkało.
- Eeee nie wiem, nie umie tego sprawdzić, w komputerze nie mam biletów.

Aha... Ale się nie zrażam...

- Hhhmmm a na inny dzień?
- A na 07 stycznia jest, ale to jeszcze nie wiadomo czy będzie ten spektakl to radze nie rezerwować, bo dyrektor może coś zmienić, bo jest ten długi weekend i nie wiadomo co będzie
Ja uparcie.
- A gdybym jednak chciała zarezerwować, zależy mi na miejscach z przodu bo córka jeszcze mała jest?
- To ja panią wpisze w zeszyt i potem jak dyrektor zatwierdzi to się w komputer wpisze ( pan cos zapisał ale nie zapytał mnie o nazwisko, ani nie poinformował o numerze miejsc)
- A czy spektakl ma jakieś rekomendacje wiekowe dla dzieci?
Pan zdziwiony pytaniem.
- Eeee tak mówią ze od 0-100, ale za małe dzieci to nie, bo nie rozumieją.

Ja: Zgon. Qultura zabija.

czwartek, 11 listopada 2010

Różności

Wróciliśmy właśnie z Joanny D’Arc w Teatrze Ateneum w Katowicach. Jest to z założenia teatr lalki, który notabene bardzo lubimy, więc z ciekawością wybraliśmy się na jedną z ich pierwszych prób spektaklu dla dorosłych. Powiem szczerze mam mocno mieszane uczucia. Ogólnie w skali 10 chciałam dać z 6. I to całe 6 za fenomenalną grę aktorów, którzy wyciągnęli z tej sztuki wszystko co się dało. Dawno, chyba od pamiętnego Dybuka i Otella nie widziałam tak zgranych i perfekcyjnych aktorów. Podobała mi się też scenografia, muzyka i niektóre dynamiczne sceny. I to by było na tyle.

Karel Brožek miał swój własny pomysł na adaptację pomysłów Bernarda Shawa, Paula Claudele, Friedericha Schiellera i Jeana Anouilha. Plus chyba cała masa własnej inwencji. I do mnie ten scenariusz w ogóle nie przemawia. Całość sztuki jest pokazana tylko i wyłącznie z punktu widzenia Joanny. Wszystko zaczyna się przydługą sceną z dzieciństwa i jej relacji z ojcem, są jej święci, jej demony, jej wersja wydarzeń. A że sama jest niewinną, naiwną wieśniaczką, która mało z tego rozumie to też na scenie mało z tego wynika.
Rozmawialiśmy z Kotem jaki tu może być problem. Nie ma żadnych scen poza percepcją Joanny. Trochę trudno pokazać mocną dramatyczną sztukę o prostej i przeczystej bohaterce. Scena potrzebuje Jagona, Rigoletta, Piłata. Postaci wahających się, szarych, pełnych złości albo strachu. Na samej Desdemonie daleko się nie da.
Dla mnie ta historia rozgrywa się na przełomie od wyruszenia do Delfina do końca procesu. Nadzieja, a potem zdrada są dla mnie esencją tej historii. A tu środek ciężkości jest położony na dzieciństwo – a potem na to że głosy zniknęły. Nie ma ani jednej scenie o zdradzie Karola, roli Anglików, o tym, że Joanna była tylko pionkiem. Nie ma dramatyzmu i tragizmu tej postaci. Tego jak wykorzystano jej naiwność i wiarę. Jest za to sen wieśniaczki, który kończy się wśród demonów i płomieni. I tyle.
Ale na pewno znowu zajrzę na sztuki „dla dorosłych” w Ateneum.


Poza tym. W świecie Wombatów.

Chciałabym napisać (prawie, bo jeszcze naklejki na ścianę, ale już wybrane) skończyliśmy remont. Idealnie perfekcyjne malowanie, które robiliśmy po kawałku od kwietnia. Tylko że przyszli panowie z gazowni i trzeba wymieniać rurę z gazem i kuć dwie ściany. Dwie ostatnio pomalowane ściany. Boli.

Ogólnie poza tym z remontu jestem zadowolona. Zaoszczędziłam pieniądze na dywan, ale musiałam kupić nowy komputer, biurko, i kuchnię. Więc dywan odleciał. Przyleci mam nadzieję z becikowym. Za to mam cudownie mieszczańską i śliczną kuchnię, a co.


Poza tym, melduję, że skończyłam pierwszy trymestr ciąży. Jest kapkę trudniej niż z Natalką, ale daję radę. Młody zaczął mnie ostatnio kopać nieśmiało. Natalia już wie, choć dowiedziała się w głupi sposób. Kupowałam w aptece syrop na kaszel dla mnie i po chwili córka pyta „ Mamo, a dlaczego powiedziałaś tej pani, że jesteś w ciąży?” „ Hmmm, może dlatego że jestem?”

Zastanawiam się czym różni się posiadanie pierwszego i drugiego dziecka. Chyba nie popełnię tych wszystkich błędów wychowawczych – a przynajmniej popełnię ich mniej. W jakiś sposób jestem bardziej stabilna i mądrzejsza doświadczeniem. A z drugiej strony cieszę się z Mikołaja, czuje jak we mnie rośnie, ale nie ma tych fajerwerków, mistycyzmu i euforii. Bo Natalia była dla mnie mistycznych przeżyciem. A teraz jest po prostu „ Cześć M. fajnie, że jesteś”


Kot Hella ma się lepiej. Nawet zupełnie dobrze. Była bardzo chora 8 dni, a potem znienacka w nocy zaczęła bawić się papierkami. Cieszyło nas to pierwsze pięć minut, potem chcieliśmy spać. Mam nieodparte wrażenie, że to była jakaś choroba a nie nerwica czy depresja. W czasie dalszej części remontu – wiercenie w ścianie – kot leżał pomrukując. Całość nie mogła być spowodowana wymianą okna, bo temu kotu remont nie przeszkadza. A jak już mu coś przeszkadza to je więcej, a nie mniej. Tak czy inaczej nie mam pojęcia co to było, ale jesteśmy wdzięczni Wszystkim Świętym Od Zwierzaków, że na razie zostawili ją po naszej stronie Tęczowego Mostu. Potrzebna nam tu jest.

A z cytatów Natalki. Była w przedszkolu akcja: przychodzą rodzice i czytają wszystkim dzieciom. Nat się uparła żeby czytać Pandę Taflę, która baśnią nie jest i średnio się na tą okazję nadaje. I trudno się było maluchom skupić. Chłopaki rozrabiały. Po czym słyszę jak moja córka mówi do jednego z nich: „ Strasznie się wygłupiałeś jak Moja Mama czytała, pewnie nic z tego nie rozumiałeś. Ale się nie przejmuj, za pierwszym razem trudno jest z książki coś zrozumieć”. Ómarłam.