środa, 26 marca 2008

Rigoletto




Od pierwszych do ostatnich minut spektaklu byłam zachwycona. Spektakl oszałamia, w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Prawda, spodziewałam się czegoś wyśmienitego muzycznie i dostałam to z nawiązką. Zaliczam się do słuchaczy emocjonalnie – nieprofesjonalnych, rozróżniających muzykę na trzy kategorie: „boli”, „miłe to” i „odpływam”. W przypadku berlińskiego Rigoletta wszystko było na tym trzecim poziomie, czego się zresztą można było spodziewać. Wiec co tak oczarowało?

Ano sam spektakl; scenografia, kostiumy i gra, wszystko to nadało zupełnie nowy wydźwięk i znaczenie. I mimo całej dziwaczności wszystko było spójne. Całość zaczyna się nie tak jakbyśmy chcieli na zabawie u księcia Manui, ale na cmentarzu. Pierwsze skojarzenie – noc duchów. Książę – demoniczna postać – czarownik, alchemik, pan sabatu. Zresztą postać księcia alchemika, czarodzieja była dalej konsekwentnie prowadzona. Jego dwór to duchy, blade postacie w zwiewnych szatach. Wyciągają z grobów szkielety i oddają się rozpuście. W takich okolicznościach dochodzi też do gwałtu na hrabinie Ceprano. Fajne, oryginalne, ale po co? Po to, że kiedy ogląda się „klasyczną” scenę pierwszą, zabawę i to jak książę „ delikatnie całuje czubki palców Hrabiny” to śmiech pusty ogrania. To wyuzdanie? To szkółka niedzielna! Zwykłe dworskie flirty! Tymczasem w Berlinie ten dwór jest rzeczywiście zgniły. Martwy. Cały upiorny sabat, dwór umarłych tańczy i śpiewa pod wodzą wyuzdanego czarownika – Księcia.

I tu jeszcze jeden dobry manewr – o którym wspomnę też potem. Księciu towarzyszą cztery tańczące postacie (z całkiem konkretnymi przyrodzeniami) – i to one właśnie gwałcą dosłownie Hrabinę. Te postanie to nie kto inny jak sam książę i jego wcielenia, maski.

I w tym całym szaleństwie żywy jest Rigoletto. Ubrany na czarno, zgarbiony, zły, ale żywy. Czujący cokolwiek.

Dalej mamy dom Rigoletta. Gilda zamknięta na małej tropikalnej wyspie z palmą i sztucznym kanarkiem w klatce. Giovanna jako czarna służąca z parasolką. Łódka. I dlaczego to nie razi? A niby gdzie indziej jest Gilda, jak na małej wyspie ( jeżeli nawet nie w sensie geograficzno fizycznym), cudownej rajskiej enklawie starannie ogrodzonej i sztucznej? A kiedy robi krok przed siebie, uświadamia sobie że kocha księcia, wychodzi mentalnie ze swojej wyspy – to nie ma już do niej powrotu.

Sztuka nie może chodzić na kompromisy. Reżyser który chce żeby było grzecznie i „ nie za bardzo” może od razu wracać do przedstawień szkolnych. Hans Neuenfels rozumiał to bardzo dobrze. Gildę z domu ( domu? Szklany klosz z napisem Villa Rigoletto) wynoszą trzy żaby? Żaby? To już przesadził. Tak? A kto porywa niewinną Calineczkę dla ohydnego syna? Tak samo dworzanie kradną Gildę na żer dla księcia. Uświadomiłam sobie, że na każdej kolejnej wersji Rigoletta będą wyglądała żab. Bo one tam powinny być.


Chyba mój ulubiony duet Vendetta wypadł wyśmienicie. Zazwyczaj Gilda załamana i przybita śpiewa ją na kolanach, a Rigoletto stoi natchniony w akcie zemsty. Tutaj mały chwyt reżysera i mamy zmienioną wymowę sceny. To Rigoletto klęczy złamany i porażony. Gilda stoi i ma się całkiem nieźle. Wręcz boi się o ojca i tego co chce zrobić. W całym spektaklu mamy też symbolikę kolorów. Biało ubrana Gilda po powrocie od Księcia Umarłych jest, jak przystało, ubrana w pogrzebowe czarne suknie. Ale co to? Prze każdym „ Tato, daruj mu” podnosi suknię do góry ukazując drugą – krwiście czerwoną. A komu przystoją czerwone suknie jak nie ladacznicy? Każdą obroną księcia zdradza się, że pewno sama się jakoś strasznie nie broniła. Drobiazgi, a scena wywrócona do góry nogami.

Dalej wszystko idzie konsekwentnie: Hrabia Monerone – też nieżywy, wystaje jak Diogenes z beczki. Diogenes czyli ten który nie posiadał zupełnie nic, w biernym oporze wykrzykiwał swoje racje. Mamy zapyziałą karczmę – dom uciech i martwą Magdalenę. Mamy genialnie zaśpiewany i odegrany podwójny duet pod owym domem. Sparafucile w rzeźnickim fartuchu i Rigoletta w różowym szlafroczku ( on ma wyglądać komicznie, błazeńsko i idiotycznie – a takiego efektu super wymodelowane stroje błazeńskie z epoki nie robią). Kiedy książę rozkochuje w sobie Magdalenę na scenie pojawia się tancerz – tym razem ubrany jak sam książę. Ten książę sobowtór pokazuje, że książę uwodzi Magdalenę sposobem „ na samego siebie”. Nie w końcu jest zbyt cyniczna żeby dać się nabrać na maskę ckliwego kochanka czy boga-atlety.

Końcówka powaliła mnie na kolana. Gilda wyczołguje się z kosza – wychodzi z czerwonej zakrwawionej płachty w śnieżnobiałej sukni. Ona niemal dosłownie czystą duszą wychodzi z zakrwawionego ciała. Bardzo przejmująca scena umierania.

Chyba nic mnie tak w inscenizacji nie wkurza jak tandeta, brak pomysłu i bylejakość. Dlatego, dokonała wokalnie, muzycznie i oszałamiająca wersja Berlina zaczarowała. I cięgnie mnie jak licho zobaczyć ich wersję Nabucco i Aidy. Sztuki pełnej symboli, ale na tyle jednoznacznych by mógł je zrozumieć widz bez doktoratu z muzykologii. Scenografii odważnej i współgrającej z muzyką i treścią.

środa, 19 marca 2008

Jedziemy nach Berlin. Przez Poznań. Jedziemy ( miedzy innymi) na to:

wtorek, 18 marca 2008



Zielony kapturek szedł do babci. Ale że był to postępowy Zielony Kapturek, ekologicznie świadomy i wyzwolony z krępujących społecznych więzów, spotkawszy się w wilkiem podjął inicjatywę obywatelską i razem pogonili babcię ( radiomaryjny beton) oraz leśniczego ( ekoszkodnik i kłusownik).


Bajka powstała w wyniku porannej głupawki z kocurem. Co wyrośnie z naszej córki. W zielnym kapturku.


Słonce. Jest lepiej.

sobota, 15 marca 2008

Nadeszła wiekopomna chwila. Dziś premiera Upiora w Romie. Niektóry wiedzą, że jestem z tym musicalem jakoś emocjonalnie związana. Nie widziałam, wiec może nie mam prawa ( jeszcze) psów wieszać. Ale to co wiadomo mrozi krew w żyłach.

Z czegoś emocjonalnego, mądrego i poruszającego z piękną muzyką zrobili pop papkę. Widać to już w tekstach, poziomie wykonawców. Wszystko żeby podobało się masowej publiczności – taki Taniec z Gwiazdami. Co jest już dla mnie kuriozum zupełnym, w imię poprawności politycznej ( żeby upiorek był seksi i się fankom spodobał) to maseczkę to ma coraz mniejszą. Gdzieś zginął duch. Może nie powinnam się tym już przejmować, bo przeżyłam film z 2004. Wtedy to mnie skopało.

I nie mogę się pozbyć analogi do Kubusia Puchatka. Bo tak jak z refleksyjnego burego misia zrobili bezmyślną świnię z super przygodami i hollywoodzkim uśmiechem, tak z Upiora – z tragicznej, poruszającej emocjonalne postaci geniusza, zrobili debilnie uśmiechniętego łosia z piwnicy z podbitym okiem. Żałosne. Całe szczęcie to już nie jest ta historia.

Tęsknię do czasów kiedy mnie bolało kiedy było źle. Kiedy w ogóle coś czułam.

Od czasu kiedy odkryłam, że do własnej rodziny nie czuję nic i nic z tego nie wynika, miewam stany gdzie czuję się jak Wydmuszka. Nie boli mnie, nie boję się i nie ma zupełnie nic. Tak jakbym była zrobiona z takiej cienkiej papierowej masy za którą nic nie ma.

To się nazywa zaburzenia więzi i odcięcie kabelka z emocjami. Ja to wolę nazywać 33% martwej Persefony.

Nie mam ochoty rozmawiać. Mam ochotę na fryzjera, drinka i mała ufną Persefonę na raz. Tak, mogłabym to rozbić. Żeby poczuć cokolwiek. Żeby się zabawić.

Dobrze, że jest Nat. Moja prywatna Demeter uświadamia mi że mam w sobie cokolwiek żywego.

czwartek, 13 marca 2008

Witam w nowym miejscu (-;

Jestem przerażona


Po raz pierwszy od trzech lat przeniosłam sie na bloga otwartego.

Mam koszmary, ze łypią zza winkla gromady ludzi, w oczach których jestem do niczego nie nadająca sie kurą domowa, eko-fanatyczką, Chrześcijanką ( czy jeszcze co się tam komu we mnie nie podoba)


Blog powstał jako Moje miejsce. Dla bliskich. Żeby nie musieli pytać „ a co u ciebie” kurtuazyjnie. Niestety mam dość myloga i przeniosłam się tu.


A tu jest otwarta przestrzeń.


Czuje się jakbym wyjęła zamki w mieszkaniu. Tym niemniej jeżeli jest ktoś kogo nie znam to witam serdecznie. Acz jest to miejsce moje, subiektywne, banalne. Nie pretenduje do miana blogi roku, blogu tygodnia ani nawet dnia.



poniedziałek, 10 marca 2008


Hipokryzja naszej humanitarnej kultury zachodu po raz wtóry mnie zadziwia. Kocur mówi że jestem idealistką. Może.

Chodzi mianowicie o Igrzyska w Chinach. Już pomijając fakt co za debil się zgodził żeby się tam odbyły. Państwo które całym istnieniem zaprzecza większości wartości reprezentowanych przez naszą kulturę. Wartości demokracji, równości, humanitaryzmu, ekologi.
Państwo w którym niszczy się środowisko, niehumanitarnie traktuje zwierzęta ( eufemizm taki psa mać), wykonuje przymusowe aborcje, a nawet zabija dzieci. W którym na STADIONACH ( tak tych stadionach na których potem odbędą sie olimpiady) dokonuje się masowych egzekucji. Państwo w którym za byle co trafia się do obozu pracy. Nie możemy w jakiś magiczny sposób zmienić Chin, ale tak jawnie dawać poparcie i przymykać oko?

To że Chiny organizują olimpiadę to jest niedopuszczalne. Ale ok i co się dalej dzieje? Nic! Ilu ze sportowców ma odwagę w jakiś sposób zaprotestować, zbojkotować? Grzecznie podpisują lojalki że nie będą się wypowiadać na tematy polityczne i liczą w głowach zyski z reklam. Upadł mój mit sportowca jako kogoś kto w drodze o sukces ma charakter.

Na jakikolwiek protest stać tylko kilku nic nie znaczących oszołomów ( mnie na ten przykład). I ich głos nie ma żadnego znaczenia.

Czuję niesmak. Obrzydzenie. Przypomina mi się zdjęcie reprezentacji Wielkiej Brytanii w geście pozdrowienia dla Hitlera tuz przed wybuchem wojny. Pewnie również, gdyby wojna potoczyła się inaczej, raźnie gralibyście w sąsiedztwie pieców krematoryjnych. Ten zapach to nie włosy? To przetwórnia mięsa? A może fabryka? Uśmiech na tle reklamy coca coli.

sobota, 1 marca 2008

Jak zapewne niektórzy wiedzą jestem chora. I jest w tym coś fascynującego. Od trzech tygodni ledwo zipię – mówię tak że mnie nie słychać, kaszle, jest kiepsko. I w sumie jedyne co słyszę to „ a mnie też gardło bolało w zeszłym tygodniu”. I nagle...mam zmiany w płucach – lewostronne zapaleni płuc. To się leczy i obiektywnie czuję się lepiej. I nagle cały świat zachowuje się jakbym była jednią noga w grobie. Mam zakaz wychodzenia, jest porażenie, współczucie i Powaga Sytuacji. Strasznie mnie to bawi bo obiektywne czuje sie lepiej – tyle ze kaszlę. I nie mogę nazwać tego inaczej jak magia słowa. To sie nazywa Reklama – choroba dostałą odpowiednie imię poświadczenie certyfikatem lekarskim i już jest staaasznaaaa. I nie chodzi tu ze mam żal do tych co jej do tej pory nie doceniali, alni tych co się teraz cackają. Po prostu meni to bawi.

Po drugie kiedy będzie wiosna. Walczę z depresja bez słońca. Uciekam w wewnętrzne światy. Tak do cholery, mam depresję, ale nigdy się przed sobą ani przed nikim do tak wysokiej zawartości Persefony nie przyznam. Gdyby nie Nat może bym na dobre odleciała w wymyślone światy w mojej głowie. I znowu złe sny o matce. Wewnętrzna złość zawekowana w słoikach na długie lata.

I musze coś z tym zrobić. Musze odbić sie od dna. Bo mogę w życiu popełniać błędy, mogę nie zrobić kariery i zrazić wielu ludzi – ale jedyne czego sobie nie wybaczę, to że coś przespałam, czegoś nie zrobiłam, uciekłam.

Pocieszanie będzie traktowane jak spam. Ostrzegam, głaski i myzie też. Ale i tak was Kocham.

Słucham: Muzyka z Labiryntu fauna.
Czytam; Złodziejka Książek, Wichrowe Wzgórza