Tęsknię do czasów kiedy mnie bolało kiedy było źle. Kiedy w ogóle coś czułam.
Od czasu kiedy odkryłam, że do własnej rodziny nie czuję nic i nic z tego nie wynika, miewam stany gdzie czuję się jak Wydmuszka. Nie boli mnie, nie boję się i nie ma zupełnie nic. Tak jakbym była zrobiona z takiej cienkiej papierowej masy za którą nic nie ma.
To się nazywa zaburzenia więzi i odcięcie kabelka z emocjami. Ja to wolę nazywać 33% martwej Persefony.
Nie mam ochoty rozmawiać. Mam ochotę na fryzjera, drinka i mała ufną Persefonę na raz. Tak, mogłabym to rozbić. Żeby poczuć cokolwiek. Żeby się zabawić.
Dobrze, że jest Nat. Moja prywatna Demeter uświadamia mi że mam w sobie cokolwiek żywego.
2 komentarze:
Znam ten stan wydmuszki, ale ja jestem przekonana, że miłość nie jest stanem emocjonalnym...tylko ogromną otwartą przestrzenią- pierwotnym NIC.
Dobrze sie tam czuje, morze daje malutki przedsmak Miłości.
A gdzie Ty znajdziesz ufną Persefonę, Afrodyto? Persefony (przynajmniej te prawdziwe) ufne nie bywają - bo nie ;-)
A miłość rzeczywiście nie jest stanem emocjonalnym, tylko morzem.
Prześlij komentarz