sobota, 15 marca 2008

Tęsknię do czasów kiedy mnie bolało kiedy było źle. Kiedy w ogóle coś czułam.

Od czasu kiedy odkryłam, że do własnej rodziny nie czuję nic i nic z tego nie wynika, miewam stany gdzie czuję się jak Wydmuszka. Nie boli mnie, nie boję się i nie ma zupełnie nic. Tak jakbym była zrobiona z takiej cienkiej papierowej masy za którą nic nie ma.

To się nazywa zaburzenia więzi i odcięcie kabelka z emocjami. Ja to wolę nazywać 33% martwej Persefony.

Nie mam ochoty rozmawiać. Mam ochotę na fryzjera, drinka i mała ufną Persefonę na raz. Tak, mogłabym to rozbić. Żeby poczuć cokolwiek. Żeby się zabawić.

Dobrze, że jest Nat. Moja prywatna Demeter uświadamia mi że mam w sobie cokolwiek żywego.

2 komentarze:

Justyna pisze...

Znam ten stan wydmuszki, ale ja jestem przekonana, że miłość nie jest stanem emocjonalnym...tylko ogromną otwartą przestrzenią- pierwotnym NIC.
Dobrze sie tam czuje, morze daje malutki przedsmak Miłości.

D pisze...

A gdzie Ty znajdziesz ufną Persefonę, Afrodyto? Persefony (przynajmniej te prawdziwe) ufne nie bywają - bo nie ;-)
A miłość rzeczywiście nie jest stanem emocjonalnym, tylko morzem.

Prześlij komentarz