Już. Wypuścili nas. Super plaster działa cuda, wasze dobre zaklęcia też. Dziękujemy! Teraz dwa tygodnie w domu uczymy się chodzić.
Jutro kontrola wiec zobaczymy jak się to to goi.
Czyli do kwietnia w domu rehabilitacyjne. Z małymi wakacjami operowymi w następny weekend. Ale szaaa bo się ZUS dowie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szpital. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 12 marca 2009
poniedziałek, 9 marca 2009
Zapiski szpitalne 3
Natalis ma się lepiej. Źle jest tylko w dwóch miejscach 2 na 1 cm. Poza tym nakleili jej plaster – cos w rodzaju opatrunku sztucznej skóry, alg czy czego tam jeszcze. Odpadnie za tydzień i już ma wtedy być dobrze. Taki cud medycyny.
Morfina odstawiona. Może nas wypuszczą wcześniej – za tydzień na przykład. OBY!
Natalisowi pozostaje teraz tylko rehabilitacja. Dalej nie chce chodzić, bo boi się bólu. Staramy się jej przynajmniej prostować nogę żeby nie dopuścić do trwałych przykurczy. Oferta dnia: 8 pełnych wyprostów kolana na leżąco – 15 minut filmu.
I przy tej okazji dochodzę do wniosku, że stało się jak się stało, ale taka sytuacja może mieć też swoje korzyści. Od wieków nie miałam tyle czasu tylko dla Natlisa. Tyle nie czytałyśmy, nie rysowałyśmy, nie robiłyśmy teatrzyku. Zawsze należy pamiętać, że może być gorzej. I z tego co jest zbierać małe okruszki którymi można się cieszyć. Ja wiem że szpital to paskudna rzecz. Ale kiedy nie bolało, to chwilami było nam całkiem fajnie.
Notabene znowu do sąsiedniego pokoju nam kogoś zwieźli. Dzieciak z lekkim oparzeniem rączki i mamę „bez zęba na przedzie”. ( Prawie jak z piosenki Kazika). Tak czy inaczej mama prosiła o jakieś zabawki dla małego, „ o na przykład te książeczki”. I mama temu 2 latkowi je dała do łóżeczka i sama czyta Tinę. A mały je podrzuca, mechaci i zastanawia się czemu ta grzechotka taka nieporęczna. Hmmm.
----
Ważna kwestia: To co chcę napisać przekazać przede wszystkim: To oparzenie i cały pobyt w szpitalu to paskudna rzecz. I natalisa bolało. Tyle że nie chcę wprowadzać wrażenie, że jest nam jakoś źle. Nie jesteśmy portretem matki z dzieckiem umęczonej. Coraz więcej plusów tej sytuacji. To ile radości daje nam ten cały czas ze sobą, czas którego nie zabiera praca/dom/net. Psia buda ze śpiwora, wieczorne tulenie. To wszystko sprawia, że odnajdujemy w tym strasznie dużo radości. Męczennictwu mówimy nie.
Stan zdrowia z dziś ( poniedziałek). Super opatrunek trochę podziałał, ale zasadniczo się nie przyjął. Rany były jeszcze za głęboki, spod spodu coś wypłynęło i opatrunek popękał. Dziś go ściągają i zakładają podobny lepszy. Na te okazję przez specjalnie kupowany.
Kobieta –bez-zęba-na-przedzie nie przestaje mnie zaskakiwać. Dba o dziecko jak umie. Myje, karmi tuli. Tyle, że do niego nie mówi, nie śpiewa mi i absolutnie nie czyta i nie opowiada wierszyków. Mały wyrwał z kilak kartek z naszych książeczek więc mu je zabrała.
„ Pani on mały jest ( 2 lata!). Co ja mu byda czytać jak on nic nie rozumi”. „On tylko bajki lubi oglondoć, jak mo telewizor to jest spokojny”.
„Takei tu nudy w tym szpitalu. Ani Sali telewizyjnej nie majom”
„Pani to mo dobrze że łona ( Natalis) już tyle rozumie, mój to nic, to co jo mom z nim robić tak bez coły dzien”
Podobnie na nocnik jeszcze nie odstawia małego – bo on nie umi i nie woło.
Niektórzy ludzie uważają za mówienie do dziecka które jeszcze nie odpowiada za absurd podobny jak mówienie do stołu.
Cóż jako matka czuję się w naszym społeczeństwie jak dziwaczka z moimi poglądami. I cholernie dobrze mi z tym! Zresztą teraz dopiero widzę jak bardzo wychowanie jest procesem podobnym do dziedziczenia – przekazuje się mniej lub bardziej świadomie cały swój system wartości, komunikacji, zachowań.
I jeszcze jedno słowo ze słownika owej Dz-b-z-n-p „Ida Se luftnąć” czyli idę na spacer. Wiem jestem złośliwa suka, ale ta kobieta mnie naprawdę słabi. Wybaczcie mi to. Ja lubię poszczególnych ludzi, ba nawet niektórych kocham. Ale tak ogólnie, jako gatunek, z większością swoich durnych przedstawicieli to strasznie mnie wkurzają.
A Natalia kontynuuje zabawę z Psami ( tymi wykopanymi). Jest ich 7 a ona jest mama psów. Teraz ze śpiwora zrobiła w łóżku budę dla psów. Rano wchodzi ordynator i po raz pierwszy się do nas odzywa. – A co ma znaczyć ten… barłóg?
- To jest psia buda. A ja jestem mamą psów.
Ordynator zaniemówił i zaordynował zmianę antybiotyku. Tego było dla niego za dużo.
Poza tym pomijamy etap rysowania głowonogów, Za to rysujemy stada głowo-płetwów. Czyli podwodne głowonogi i lasy wodorostów.
Ps. Dorwałam w Chorzowie net caffe. Wot cywilizacja!
Morfina odstawiona. Może nas wypuszczą wcześniej – za tydzień na przykład. OBY!
Natalisowi pozostaje teraz tylko rehabilitacja. Dalej nie chce chodzić, bo boi się bólu. Staramy się jej przynajmniej prostować nogę żeby nie dopuścić do trwałych przykurczy. Oferta dnia: 8 pełnych wyprostów kolana na leżąco – 15 minut filmu.
I przy tej okazji dochodzę do wniosku, że stało się jak się stało, ale taka sytuacja może mieć też swoje korzyści. Od wieków nie miałam tyle czasu tylko dla Natlisa. Tyle nie czytałyśmy, nie rysowałyśmy, nie robiłyśmy teatrzyku. Zawsze należy pamiętać, że może być gorzej. I z tego co jest zbierać małe okruszki którymi można się cieszyć. Ja wiem że szpital to paskudna rzecz. Ale kiedy nie bolało, to chwilami było nam całkiem fajnie.
Notabene znowu do sąsiedniego pokoju nam kogoś zwieźli. Dzieciak z lekkim oparzeniem rączki i mamę „bez zęba na przedzie”. ( Prawie jak z piosenki Kazika). Tak czy inaczej mama prosiła o jakieś zabawki dla małego, „ o na przykład te książeczki”. I mama temu 2 latkowi je dała do łóżeczka i sama czyta Tinę. A mały je podrzuca, mechaci i zastanawia się czemu ta grzechotka taka nieporęczna. Hmmm.
----
Ważna kwestia: To co chcę napisać przekazać przede wszystkim: To oparzenie i cały pobyt w szpitalu to paskudna rzecz. I natalisa bolało. Tyle że nie chcę wprowadzać wrażenie, że jest nam jakoś źle. Nie jesteśmy portretem matki z dzieckiem umęczonej. Coraz więcej plusów tej sytuacji. To ile radości daje nam ten cały czas ze sobą, czas którego nie zabiera praca/dom/net. Psia buda ze śpiwora, wieczorne tulenie. To wszystko sprawia, że odnajdujemy w tym strasznie dużo radości. Męczennictwu mówimy nie.
Stan zdrowia z dziś ( poniedziałek). Super opatrunek trochę podziałał, ale zasadniczo się nie przyjął. Rany były jeszcze za głęboki, spod spodu coś wypłynęło i opatrunek popękał. Dziś go ściągają i zakładają podobny lepszy. Na te okazję przez specjalnie kupowany.
Kobieta –bez-zęba-na-przedzie nie przestaje mnie zaskakiwać. Dba o dziecko jak umie. Myje, karmi tuli. Tyle, że do niego nie mówi, nie śpiewa mi i absolutnie nie czyta i nie opowiada wierszyków. Mały wyrwał z kilak kartek z naszych książeczek więc mu je zabrała.
„ Pani on mały jest ( 2 lata!). Co ja mu byda czytać jak on nic nie rozumi”. „On tylko bajki lubi oglondoć, jak mo telewizor to jest spokojny”.
„Takei tu nudy w tym szpitalu. Ani Sali telewizyjnej nie majom”
„Pani to mo dobrze że łona ( Natalis) już tyle rozumie, mój to nic, to co jo mom z nim robić tak bez coły dzien”
Podobnie na nocnik jeszcze nie odstawia małego – bo on nie umi i nie woło.
Niektórzy ludzie uważają za mówienie do dziecka które jeszcze nie odpowiada za absurd podobny jak mówienie do stołu.
Cóż jako matka czuję się w naszym społeczeństwie jak dziwaczka z moimi poglądami. I cholernie dobrze mi z tym! Zresztą teraz dopiero widzę jak bardzo wychowanie jest procesem podobnym do dziedziczenia – przekazuje się mniej lub bardziej świadomie cały swój system wartości, komunikacji, zachowań.
I jeszcze jedno słowo ze słownika owej Dz-b-z-n-p „Ida Se luftnąć” czyli idę na spacer. Wiem jestem złośliwa suka, ale ta kobieta mnie naprawdę słabi. Wybaczcie mi to. Ja lubię poszczególnych ludzi, ba nawet niektórych kocham. Ale tak ogólnie, jako gatunek, z większością swoich durnych przedstawicieli to strasznie mnie wkurzają.
A Natalia kontynuuje zabawę z Psami ( tymi wykopanymi). Jest ich 7 a ona jest mama psów. Teraz ze śpiwora zrobiła w łóżku budę dla psów. Rano wchodzi ordynator i po raz pierwszy się do nas odzywa. – A co ma znaczyć ten… barłóg?
- To jest psia buda. A ja jestem mamą psów.
Ordynator zaniemówił i zaordynował zmianę antybiotyku. Tego było dla niego za dużo.
Poza tym pomijamy etap rysowania głowonogów, Za to rysujemy stada głowo-płetwów. Czyli podwodne głowonogi i lasy wodorostów.
Ps. Dorwałam w Chorzowie net caffe. Wot cywilizacja!
czwartek, 5 marca 2009
Szkice szpitalne
Jestem tu już tydzień. Były chwile lepsze i gorsze. Zainstalowano mi już laptopa ( największa zaleta laptopa+ winamp i słuchawki - przydaje się wieczorami jak Nat śpi) i pewnie jutro na chwile wpadnę do domu. Mam wpaść na 24 h do domu ( Przem w szpitalu w tym czasie), ale już wiem że nic z tego. Nie dam rady być tyle czasu w pustym domu. Bez Przema, bez Natalisa. Póki jestem w szpitalu to się trzymam. Jakoś. Raz lepiej raz gorzej. Teraz wiem, że jak spojrzę na pusty pokój Natalisa i pomyślę jak jechała tutaj prawie nieprzytomna z bólu to się rozkleję. Więc pewnie jutro wam to wkleję i wrócę.
Mam mnóstwo notatek. Chaotycznych szkiców szpitalnych pisanych w zeszycie, na odwrocie kolorowane, opakowaniach po lekach. Wszystko w sumie zmieniało się tak często, że nie część z tych rzeczy jest teraz po prostu niekatulana i nie wiem na ile jest sens je wklejać.
Zacznę od aktualności. Stan Natalisa:
Tak jak pisałam 6% Oparzenia 2 b . Nóżka i udo. Opatrunki 3 lub 2 razy na dobę.
Ropieje, ale się oczyszcza. Głębsze miejsca w których dalej nie jest jeszcze żywe i pewnie będą blizny są dwa. Reszta już krwawi czyli się zabliźnia. Dwa powikłania czyli zapalenie płuc ( od leżenia) i niewydolność nerek na razie od pukać się oddalają. Nie gorączkuje już. Ale nie chce prostować nogi. Lekarze boją się przykurczu mięśni. Fizycznie wszystko w stawach jest ok., ale ona panicznie boi się bólu więc nie prostuje i oświadczyła że chodzić nie będzie. Męczymy, rehabilitującemu rozciągamy.
W szpitalu zostały nam jakieś 2-3 tygodnie myślę. Natalis znosi to dobrze. Cierpi, ale już tylko cicho pojękuje czasem. Dzieci znoszą ból jak zwierzęta – dużo dzielniej niż dorośli.
Stan mój: Huśtawka nastrojów. Ja wiem, że mam na imię „Dam rade” a na nazwisko „Jakoś”, ale czasem ledwo daję. Przem pomaga. Przem jest nieoceniony.
Ale teraz może troszkę tych notek pisanych z latarką na karimacie właśnie z myślą o tym blogu. Z myślą o ludziach, którzy gdzieś tam są, czytają i myślą wspierają. Zanim wszystkie powywalam do kosza.
Będzie chaotycznie.
Największa ulga: Myśleć, że to nie twarz, nie głowa, nie powieki.
Największa tortura; Patrzeć jak ją boli. Leżeć przez pierwsze doby z głową wtulona w jej poduszkę i czuć ten zapach. Spalonego ciała, surowicy, czegoś innego spod bandaży. Taki żółto mdły zapach bólu, który będzie się pamiętać do końca życia. I jeszcze pamięć tych trzech godzin kiedy ją tu wiozłam. Minuty od oparzenia – telefonu do nas – czas kiedy nie wiedziałam rany i myślałam, że to nic nie jest- czas dojazdu do Chorzowa. 3 godziny Natalisa na pół zemdlonego z bólu. Tkwi to we mnie jak kolec.
Szpital ma czas mierzony morfiną. Dawkowanie 4 razy na dobę. Działa 4 godziny. Doba składa się z 4 godzin wytchnienia i 2 godzin bólu.
Własny organizm coś co ma wytrzymać. Na początku była bezsenność ( patrz rozdział koszmarna babcia), antybiotyk, red bull, twixy. Teraz pilnuje jedzenia i spania. Mam się nie sypać.
Z jednorazowych rękawiczek powstają świetne baloniki. (-;
Rodzina znowu nawaliła. Nie było jeszcze trudnej sytuacji zwłaszcza związanej jakoś z Natalsiem, w której rodzina nie stanowiła dodatkowego balastu. Tym razem orzeczono (pośrednio), że wszystko moja wina.
Moja rodzina: Bo zostawiałam u teściowej, szwagierka: bo zwalam dziecko zmęczonej starszej osobie zamiast sama je chować. Ogólnie poczucie bycia na bezludnej wyspie. Jest Kocur na którego liczyć można zawsze. I jest Natalia. A poza tym morze rekinów i wyspy przyjaciół migające z daleka przyjaznymi światełkami. Sama nie wiem czy Kocur jest doskonalszy przez to że nigdy nie nawala kiedy jest potrzebny, czy że zawsze potrafi mnie rozbawić. To ktoś przy kim zawsze chce mi się cieszyć życiem. Postanowiliśmy nie rozmawiać o Świętach. Jeżeli nie będziemy zauważać problemu, to może zniknie?
Dodatkowa notka o tym czemu mówię nie dla rodziny tradycyjnej, nie dla układów patriarchalnych i dlaczego jestem ogólnie znowu Zua potem. To jest zupełnie inny temat. Teraz powiem tylko tyle, że jestem tym skopana. Strawiłam do kogoś zaufanie, poczułam, się oszukana. I tule. Nie chcę wchodzić w szczegóły.
Może tylko jedno: Znowu, tak jak w sytuacji tej jesieni, okazuje się, że motorem który całkiem skutecznie mnie napędza to złość. Złość na ludzi, układy rodzinne, patriarchat, takie jeden wielki okrzyk we mnie „ pocałujcie mnie wszyscy gdzieś, jestem coś warta i potrafię to udowodnić”. Kocur by pewnie powiedział, że przypominam wróbla otrzepującego się z błota. Tak czy inaczej jeżeli największy, choć nigdy nie powiedzmy wprost, zarzut wobec mnie brzmi „ Że robię co chcę”. To chcę zrobić oświadczenie: „ Tak robię co chcę i na co mam ochotę. Zawsze w życiu robiłam co chcę i nie widzę powodu, żeby to zmienić. Przem też robi to co chce i na co ma ochotę. Bo jesteśmy dwojgiem dorosłych ludzi. I tylko jako taka relacja, dwojga ludzi, którzy robią co chcą, i chcą być do siebie nawzajem ciepli, uczciwi i kochający ma sens. A całe reszta niech mnie pocałuje gdzieś”
Pod niektórymi względami szpital przypomina dworzec kolejowy. Czeka się. Na zabieg, na wizytę, na wypis. Zbiorowisko przypadkowych osób w jednym miejscu na małej przestrzeni. W dużej mierze czuje się jeszcze bardziej wyobcowana niż zazwyczaj. O ile normalnie w życiu czuje, że jestem trochę inna, to czuje że jestem bardzo inna. Co nie zmienia faktu, że stojąc obok mam lepszy zmysł obserwacyjny.
Szkic pierwszy. Facet zza szyby.
To jest odział pediatryczny, więc dorośli przebywają tu zasadniczo „ do opieki”. Za szyba poparzona 1,5 roczna dziewczynka. Mama przychodzi do niej czasami, przez większość czasu przebywa z facetem którego nazywa Adam. Niższy ode mnie, młody, czapeczka dresa, okulary, ślaski akcent. Ogólnie wygląd kibica. Dawno nie widziałam, żeby ktoś się z taką troską zajmował dzieckiem. Siedzi z nią nocami, przykrywa, zmienia pieluszki, nosi. Trochę nam się zebrało na rozmowy i co się okazało. Adam był kiedyś „chłopakiem” matki dziewczynki. Potem poszedł siedzieć. Za rozbój i pobicie. Podobno laska go trochę wrobiła. Kiedy siedział niewiasta owa wyszła za mąż za jego brata i ma z nim córeczkę. Adam wyszedł ze szczerym postanowieniem zabicia brata, co dalej planuje uczynić. Tyle że tym razem brat siedzi. Ogólnie cały czas mijają się w odsiadkach. I teraz on zajmuje się dzieckiem kobiety którą kiedyś kochał, z nią już się zadawać nie będzie bo suka i kurwa jest. A czemu dziecko winne.
Przegadaliśmy wieczór o kobietach dzieciach odsiadkach i ruchu Chorzów. Tak, mam mieszane uczucia. Po pierwsze ogromne zdziwienie i szacun. Szczególnie w kontekście fajnych na poziome facetów których znam, dużych chłopców którzy boją sobie ubrudzić palców pieluszką i zniszczyć doskonale wypielęgnowanego życia. W tym sensie mam do tego człowieka ogromny szacunek. Za to człowieczeństwo, do którego nie trzeba mieć stosu przeczytanych książek i ukończonych uniwersytetów. Za którego brak straciłam szacunek kiedyś.
Szkic drugi. Upiorna babcia.
Upiorna babcia mieszkała z nami w pokoju przez dwa dni. Jej wnuczek się poparzył a córka pracuje w Holandii na produkcji i nie zawraca sobie dzieckiem głowy. Babcia była obrazem moich najgorszych koszmarów i tylko największa mobilizacja i świadomość że jak ją pobiję to wyproszą mnie ze szpitala, sprawiała, że powstrzymałam się od rękoczynów.
- Babcia czytała superekspres. I coś co kiedyś było mózgiem miała idealnie przemielone przez tą gazetę. Największą sensację wzbudzał w niej fakt że ktoś tam kupił sobie buty za 2000. Kiedy dowiedziała się że moja rodzina to lekarze zaniemówiła i prychnęła „ a to wy pewnie bogate...”
- Babcia się nie była. Wcale. Nie przebierała się na noc. W pokoju było ciepło. Dalsze konsekwencje tego możecie sobie wyobrazić.
- Babcia była gadatliwa. Gadała cały czas i głośno.
- Do Natalisa chciała mówić wnusiu do mnie córciu. Szybko poprosiłam ją w słowach stanowczych aby tego poniechała.
- Mlaskała i chrapała.
- Babcia zasypała dziecko podrzucając je i hałasując.
- Babcia była socjalistką. Uważała, że jest płaca godziwa ( koło 3000 netto) i wszystko poniżej to się jest okradanym. A powyżej to się samemu okrada.
- Babcia pytała czy mam dobrą pracę. Ja jej na to że mam a na to ona w zadumie” Aaaa w sklepie, pewno”. Tak jakby dla kobiety istniały proste zawody – sprzątaczka – i kariera – praca w sklepie.
- Babcia raczyła mnie złotymi myślami o mężczyznach „ Ja, kochana to się już brzydzę mężczyzn ( z wzajemnością zapewne!), bo to wszystko świnie są, tylko piją i córki gwałcą”
- A teraz najlepsze. Wnuczek jest owocem niepokalanego poczęcia. Jak już nie wytrzymałam to się złośliwe zapytałam „ A ojciec dziecka gdzie?” Na co babka z miną srogą i poważną odpowiada ( a raczej wypluwa słowa) „ Ojciec dziecka nie istnieje. Tu nigdy nie było ojca”.
Babci pozbyłam się podstępem. Wmówiłam jej że lekarze dostają kasę od pacjenta w szpitalu i dobrowolnie jej nie wypiszą. Musi się iść o to wykłócić. Ha. Po dwóch dniach maiłam ją z głowy.
Babcia budziła we mnie czyste uczucie wstrętu. I jeżeli jeszcze raz dotknęła by Natalisa mogłabym ją pobić.
To i jeszcze jedno wydarzenie na poczcie doprowadza mnie do wniosku, że nie lubię osób starszych. Tak jak niektórzy nie lubią dzieci. Owszem są poszczególne jednostki starsze i bardzo fajne i godne szacunku, ale przeciętny staruszek/staruszka rozumie już mniej, a sądzi że wie wszystko i należy jej się szacunek nie ze względu na to kim jest, a tylko dlatego że jest stara. Plus nie wiem dlaczego ale kiedy mija wiek potencjalnej atrakcyjności dla płci przeciwnej przestają stosować środki higieny osobistej.
Zaraz to pewnie wkleję i wracam do szpitala. Dom jest tam gdzie są ci których kocham.
A w przerwie...podlewam kwiatki.
Słucham: Dvorak, Taniec słowiański
Czytam: Pożeracz Myśli Stevena Halla, i Ostanie Westchnienie Maura Rushdiego.
PS Dalej piszcie smski to pomaga (-; I Aniołakowie dziękuję za wizytę. A Natti za fafle i Tomka.
Mam mnóstwo notatek. Chaotycznych szkiców szpitalnych pisanych w zeszycie, na odwrocie kolorowane, opakowaniach po lekach. Wszystko w sumie zmieniało się tak często, że nie część z tych rzeczy jest teraz po prostu niekatulana i nie wiem na ile jest sens je wklejać.
Zacznę od aktualności. Stan Natalisa:
Tak jak pisałam 6% Oparzenia 2 b . Nóżka i udo. Opatrunki 3 lub 2 razy na dobę.
Ropieje, ale się oczyszcza. Głębsze miejsca w których dalej nie jest jeszcze żywe i pewnie będą blizny są dwa. Reszta już krwawi czyli się zabliźnia. Dwa powikłania czyli zapalenie płuc ( od leżenia) i niewydolność nerek na razie od pukać się oddalają. Nie gorączkuje już. Ale nie chce prostować nogi. Lekarze boją się przykurczu mięśni. Fizycznie wszystko w stawach jest ok., ale ona panicznie boi się bólu więc nie prostuje i oświadczyła że chodzić nie będzie. Męczymy, rehabilitującemu rozciągamy.
W szpitalu zostały nam jakieś 2-3 tygodnie myślę. Natalis znosi to dobrze. Cierpi, ale już tylko cicho pojękuje czasem. Dzieci znoszą ból jak zwierzęta – dużo dzielniej niż dorośli.
Stan mój: Huśtawka nastrojów. Ja wiem, że mam na imię „Dam rade” a na nazwisko „Jakoś”, ale czasem ledwo daję. Przem pomaga. Przem jest nieoceniony.
Ale teraz może troszkę tych notek pisanych z latarką na karimacie właśnie z myślą o tym blogu. Z myślą o ludziach, którzy gdzieś tam są, czytają i myślą wspierają. Zanim wszystkie powywalam do kosza.
Będzie chaotycznie.
Największa ulga: Myśleć, że to nie twarz, nie głowa, nie powieki.
Największa tortura; Patrzeć jak ją boli. Leżeć przez pierwsze doby z głową wtulona w jej poduszkę i czuć ten zapach. Spalonego ciała, surowicy, czegoś innego spod bandaży. Taki żółto mdły zapach bólu, który będzie się pamiętać do końca życia. I jeszcze pamięć tych trzech godzin kiedy ją tu wiozłam. Minuty od oparzenia – telefonu do nas – czas kiedy nie wiedziałam rany i myślałam, że to nic nie jest- czas dojazdu do Chorzowa. 3 godziny Natalisa na pół zemdlonego z bólu. Tkwi to we mnie jak kolec.
Szpital ma czas mierzony morfiną. Dawkowanie 4 razy na dobę. Działa 4 godziny. Doba składa się z 4 godzin wytchnienia i 2 godzin bólu.
Własny organizm coś co ma wytrzymać. Na początku była bezsenność ( patrz rozdział koszmarna babcia), antybiotyk, red bull, twixy. Teraz pilnuje jedzenia i spania. Mam się nie sypać.
Z jednorazowych rękawiczek powstają świetne baloniki. (-;
Rodzina znowu nawaliła. Nie było jeszcze trudnej sytuacji zwłaszcza związanej jakoś z Natalsiem, w której rodzina nie stanowiła dodatkowego balastu. Tym razem orzeczono (pośrednio), że wszystko moja wina.
Moja rodzina: Bo zostawiałam u teściowej, szwagierka: bo zwalam dziecko zmęczonej starszej osobie zamiast sama je chować. Ogólnie poczucie bycia na bezludnej wyspie. Jest Kocur na którego liczyć można zawsze. I jest Natalia. A poza tym morze rekinów i wyspy przyjaciół migające z daleka przyjaznymi światełkami. Sama nie wiem czy Kocur jest doskonalszy przez to że nigdy nie nawala kiedy jest potrzebny, czy że zawsze potrafi mnie rozbawić. To ktoś przy kim zawsze chce mi się cieszyć życiem. Postanowiliśmy nie rozmawiać o Świętach. Jeżeli nie będziemy zauważać problemu, to może zniknie?
Dodatkowa notka o tym czemu mówię nie dla rodziny tradycyjnej, nie dla układów patriarchalnych i dlaczego jestem ogólnie znowu Zua potem. To jest zupełnie inny temat. Teraz powiem tylko tyle, że jestem tym skopana. Strawiłam do kogoś zaufanie, poczułam, się oszukana. I tule. Nie chcę wchodzić w szczegóły.
Może tylko jedno: Znowu, tak jak w sytuacji tej jesieni, okazuje się, że motorem który całkiem skutecznie mnie napędza to złość. Złość na ludzi, układy rodzinne, patriarchat, takie jeden wielki okrzyk we mnie „ pocałujcie mnie wszyscy gdzieś, jestem coś warta i potrafię to udowodnić”. Kocur by pewnie powiedział, że przypominam wróbla otrzepującego się z błota. Tak czy inaczej jeżeli największy, choć nigdy nie powiedzmy wprost, zarzut wobec mnie brzmi „ Że robię co chcę”. To chcę zrobić oświadczenie: „ Tak robię co chcę i na co mam ochotę. Zawsze w życiu robiłam co chcę i nie widzę powodu, żeby to zmienić. Przem też robi to co chce i na co ma ochotę. Bo jesteśmy dwojgiem dorosłych ludzi. I tylko jako taka relacja, dwojga ludzi, którzy robią co chcą, i chcą być do siebie nawzajem ciepli, uczciwi i kochający ma sens. A całe reszta niech mnie pocałuje gdzieś”
Pod niektórymi względami szpital przypomina dworzec kolejowy. Czeka się. Na zabieg, na wizytę, na wypis. Zbiorowisko przypadkowych osób w jednym miejscu na małej przestrzeni. W dużej mierze czuje się jeszcze bardziej wyobcowana niż zazwyczaj. O ile normalnie w życiu czuje, że jestem trochę inna, to czuje że jestem bardzo inna. Co nie zmienia faktu, że stojąc obok mam lepszy zmysł obserwacyjny.
Szkic pierwszy. Facet zza szyby.
To jest odział pediatryczny, więc dorośli przebywają tu zasadniczo „ do opieki”. Za szyba poparzona 1,5 roczna dziewczynka. Mama przychodzi do niej czasami, przez większość czasu przebywa z facetem którego nazywa Adam. Niższy ode mnie, młody, czapeczka dresa, okulary, ślaski akcent. Ogólnie wygląd kibica. Dawno nie widziałam, żeby ktoś się z taką troską zajmował dzieckiem. Siedzi z nią nocami, przykrywa, zmienia pieluszki, nosi. Trochę nam się zebrało na rozmowy i co się okazało. Adam był kiedyś „chłopakiem” matki dziewczynki. Potem poszedł siedzieć. Za rozbój i pobicie. Podobno laska go trochę wrobiła. Kiedy siedział niewiasta owa wyszła za mąż za jego brata i ma z nim córeczkę. Adam wyszedł ze szczerym postanowieniem zabicia brata, co dalej planuje uczynić. Tyle że tym razem brat siedzi. Ogólnie cały czas mijają się w odsiadkach. I teraz on zajmuje się dzieckiem kobiety którą kiedyś kochał, z nią już się zadawać nie będzie bo suka i kurwa jest. A czemu dziecko winne.
Przegadaliśmy wieczór o kobietach dzieciach odsiadkach i ruchu Chorzów. Tak, mam mieszane uczucia. Po pierwsze ogromne zdziwienie i szacun. Szczególnie w kontekście fajnych na poziome facetów których znam, dużych chłopców którzy boją sobie ubrudzić palców pieluszką i zniszczyć doskonale wypielęgnowanego życia. W tym sensie mam do tego człowieka ogromny szacunek. Za to człowieczeństwo, do którego nie trzeba mieć stosu przeczytanych książek i ukończonych uniwersytetów. Za którego brak straciłam szacunek kiedyś.
Szkic drugi. Upiorna babcia.
Upiorna babcia mieszkała z nami w pokoju przez dwa dni. Jej wnuczek się poparzył a córka pracuje w Holandii na produkcji i nie zawraca sobie dzieckiem głowy. Babcia była obrazem moich najgorszych koszmarów i tylko największa mobilizacja i świadomość że jak ją pobiję to wyproszą mnie ze szpitala, sprawiała, że powstrzymałam się od rękoczynów.
- Babcia czytała superekspres. I coś co kiedyś było mózgiem miała idealnie przemielone przez tą gazetę. Największą sensację wzbudzał w niej fakt że ktoś tam kupił sobie buty za 2000. Kiedy dowiedziała się że moja rodzina to lekarze zaniemówiła i prychnęła „ a to wy pewnie bogate...”
- Babcia się nie była. Wcale. Nie przebierała się na noc. W pokoju było ciepło. Dalsze konsekwencje tego możecie sobie wyobrazić.
- Babcia była gadatliwa. Gadała cały czas i głośno.
- Do Natalisa chciała mówić wnusiu do mnie córciu. Szybko poprosiłam ją w słowach stanowczych aby tego poniechała.
- Mlaskała i chrapała.
- Babcia zasypała dziecko podrzucając je i hałasując.
- Babcia była socjalistką. Uważała, że jest płaca godziwa ( koło 3000 netto) i wszystko poniżej to się jest okradanym. A powyżej to się samemu okrada.
- Babcia pytała czy mam dobrą pracę. Ja jej na to że mam a na to ona w zadumie” Aaaa w sklepie, pewno”. Tak jakby dla kobiety istniały proste zawody – sprzątaczka – i kariera – praca w sklepie.
- Babcia raczyła mnie złotymi myślami o mężczyznach „ Ja, kochana to się już brzydzę mężczyzn ( z wzajemnością zapewne!), bo to wszystko świnie są, tylko piją i córki gwałcą”
- A teraz najlepsze. Wnuczek jest owocem niepokalanego poczęcia. Jak już nie wytrzymałam to się złośliwe zapytałam „ A ojciec dziecka gdzie?” Na co babka z miną srogą i poważną odpowiada ( a raczej wypluwa słowa) „ Ojciec dziecka nie istnieje. Tu nigdy nie było ojca”.
Babci pozbyłam się podstępem. Wmówiłam jej że lekarze dostają kasę od pacjenta w szpitalu i dobrowolnie jej nie wypiszą. Musi się iść o to wykłócić. Ha. Po dwóch dniach maiłam ją z głowy.
Babcia budziła we mnie czyste uczucie wstrętu. I jeżeli jeszcze raz dotknęła by Natalisa mogłabym ją pobić.
To i jeszcze jedno wydarzenie na poczcie doprowadza mnie do wniosku, że nie lubię osób starszych. Tak jak niektórzy nie lubią dzieci. Owszem są poszczególne jednostki starsze i bardzo fajne i godne szacunku, ale przeciętny staruszek/staruszka rozumie już mniej, a sądzi że wie wszystko i należy jej się szacunek nie ze względu na to kim jest, a tylko dlatego że jest stara. Plus nie wiem dlaczego ale kiedy mija wiek potencjalnej atrakcyjności dla płci przeciwnej przestają stosować środki higieny osobistej.
Zaraz to pewnie wkleję i wracam do szpitala. Dom jest tam gdzie są ci których kocham.
A w przerwie...podlewam kwiatki.
Słucham: Dvorak, Taniec słowiański
Czytam: Pożeracz Myśli Stevena Halla, i Ostanie Westchnienie Maura Rushdiego.
PS Dalej piszcie smski to pomaga (-; I Aniołakowie dziękuję za wizytę. A Natti za fafle i Tomka.
sobota, 28 lutego 2009
Szpital
Piszę na szybki bo w domu jestem tylko na chwilkę. Dłuższa notka potem.
W środę Natalis się poparzył. U babci wylała na siebie gar wrzątku z kuchenki. Nóżka, 6% powierzchni ciała, oparzenia typu 2 b ( raczej nie 3). Na 98% nie będzie przeszczepu skóry. Siedzę z nią cały czas w szpitalu. Jak będzie ok., to w ciągu 2 lub 3 tygodni nas puszczą.
Jest lepiej choć morfina idzie co 4 razy na dobę.
Nie będę pisać, że jest dobrze bo nie jest. Dziś mam kilka godzin poza bo na twixach, Red Bulach i antybiotykach tych 3 tygodni nie wytrzymam.
Dziś pierwsza noc w miarę spokojnie przespana przez Natalisa. Czyli idzie ku dobremu. A ja odżywam bo mi z Sali Babcię – Terrorystkę zabrali. Opowiem potem. Lecę, Dobre myśli i zaklęcia mile widziane. Telefony nie, jak już to smsmy.
Wracamy na wiosnę. Obie.
W środę Natalis się poparzył. U babci wylała na siebie gar wrzątku z kuchenki. Nóżka, 6% powierzchni ciała, oparzenia typu 2 b ( raczej nie 3). Na 98% nie będzie przeszczepu skóry. Siedzę z nią cały czas w szpitalu. Jak będzie ok., to w ciągu 2 lub 3 tygodni nas puszczą.
Jest lepiej choć morfina idzie co 4 razy na dobę.
Nie będę pisać, że jest dobrze bo nie jest. Dziś mam kilka godzin poza bo na twixach, Red Bulach i antybiotykach tych 3 tygodni nie wytrzymam.
Dziś pierwsza noc w miarę spokojnie przespana przez Natalisa. Czyli idzie ku dobremu. A ja odżywam bo mi z Sali Babcię – Terrorystkę zabrali. Opowiem potem. Lecę, Dobre myśli i zaklęcia mile widziane. Telefony nie, jak już to smsmy.
Wracamy na wiosnę. Obie.
wtorek, 18 listopada 2008
Jak sie wali to wszystko - notka z bebechów
Jak sobie czytałam te moje wpisy, to coś za dobrze było. Za ciepło, za milusio, bez bebechów na wierzchu. No i się posypało. Ale po kolei:
W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.
Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.
Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.
I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.
Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.
Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.
Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”
Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”
Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.
I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.
Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.
Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?
A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.
Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )
A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.
W piątek wieczorem Natalis spadł z krzesła, ot nic takiego. Bum. Tyle że mu trochę puchło i płakał. To no wzięliśmy go na dyżur, do znanego nam już wcześniej szpitala o którym można przeczytać tu.
Czekaliśmy jedynie trzy godziny. Skończyło się diagnozą: stłuczenie. Dano gips na tydzień. Notabene gips ściągnął dziś nasz znajomy lekarz w domu. Na pohybel państwowej służbie zdrowia.
Ale tak czy inaczej impreza była brzemienna w konsekwencje.
Raz to pokłóciłam się z matką. Nerwy siadły mi ze zmęczenia i z czekania. Jej chyba też, a może zawsze jest taka. Tak czy inaczej skoczyłyśmy sobie do gardeł, niemal dosłownie. Zasugerowano, że jestem złą matką. Więc zasugerowałam, że gorszą matką od niej nie jestem, bo się nie da i że jest mi przykro że ktoś taki jak ona mnie urodziła. Ogólnie z dwóch stron było ostro.
Dnia następnego przyszedł do nas ojciec, zdołowany że się „ z mamą kłócę, on nie wie o co” ( ha ha ha, bo 26 latach awantur by załapał o co). Na takie zaprzeczanie problemowi znowu mnie poniosło i mu powiedziałam, że nie chcę z matką mieć nic wspólnego, bo nigdy się nie dogadywałyśmy i jesteśmy kompletnie różne. I nie specjalnie czuje do niej jakieś pozytywne uczucia. Okazało się że sprawa z konsekwencjami ta rozmowa.
I nastała noc. W niedziele mieliśmy jechać do Wrocławia na koncert. O 1 w nocy Natalis rzyga ja kot. Potem jeszcze raz i jeszcze. Wodą, wszystkim. W sumie ze 20 razy. O 5 rano jest pogotowie i chcą nas pakować do tegoż szpitala. Zaoponowałam.
Rano przyjechał ojciec i wywieźli nas do szpitala w Bytomiu. Kroplówki, zastrzyki, ogólnie, kolejna noc na nogach, bez jedzenia i spania. ( Koncert już nawet zniknął ze sfery myśli ale nieważne).
Ale najlepsze się zaczęło dopiero. Okazało się, że matka zniknęła. Podobno ojciec powtórzył jej kubek w kubek całą naszą rozmowę („ bo się pytała, a jak pytają to ja odpowiadam” – skądś to znam cholera – po kim mam te geny, nie?). No i mata się załamała i poszła gdzieś. „Żeby mnie Ania nie musiała więcej oglądać”. Dodam tylko, że nie było jej nigdzie. Ponad dobę. Jeżeli dodać że jest na lekach antydepresyjnych i przez pół dzieciństwa słyszałam tekst „ ja się kiedyś zabiję, zobaczysz, i ty zobaczysz wtedy jak to beze mnie jest”. To miałam zgryz. Zmęczona, głodna zaczęłam się zastanawiać czy jestem już sierotą i czy niezależnie od naszych układów dam sobie radę z karteczką na plecach „ktoś przez kogo zabiła się własna matka”. I jak twarda będę musiała być, żeby stwierdzić po raz olejny „ pieprzę to”.
Tu dziękuję dwóm osobom za rozmowy telefoniczne. Nie wiem ja bym bez was przetrwała. Jednaj za ciepło i wsparcie, a drugiej za zrozumienie.
Rano matka przylazła. I uśmiechem od ucha do ucha, daje mi całusa i jest w skowronkach. Jak się pytam gdzie była to mówi, że „musiała sobie pewne rzeczy przemyśleć”
Ja wiem, że to teraz wygląda zabawnie. Ale nie jest. Po pierwsze wtedy wcale nie było oczywiste że się znajdzie. A po drugie miałam po raz kolejny wrażenie, że to już poszło za daleko, że choćbyśmy chciały się pogodzić to już nie możemy, coś za dużo się podziało. Tu nie chodzi, wbrew pozorom, o to czy ona mnie oddała na wychowanie dzieciństwie czy nie. Łajno mnie to wtedy obchodziło, bo nigdy nie tęskniłam. Chodzi o to, że ona mnie nigdy nie rozumiała, że nigdy nic nas nie łączyło. Że całe życie wyrosłam na wartościach „ chcę być inna niż ona”, że wkurza mnie ta podwójna komunikacja, to zaprzeczanie problemom, manipulacja, szantaż emocjonalnym. Za to, że jedyne co wspólne pamiętam to awantury. Za to myślenie „ nigdy nie mów ludziom co myślisz”. Za to że nigdy o siebie nie dbała i ja gdzieś za mną łazi to mam ochotę się pod ziemię zapaść. Ja już naprawdę jestem za stara żeby to odkręcać. Teraz tylko zawieszenie broni. Po ostatniej awanturze nie wiem na ile możliwe. Bo znowu jest cacy i super, a wszystko upchnięto pod dywan na zasadzie „ myśmy się kłóciły córeczko?”
Ha, to nie znaczy, że z ojcem miałam zawsze super kontakty. Ale z ojcem było na huśtawce pól na pół. Raz był najlepszym ojcem świata, takim który słuchał i rozumiał, z którym jeździłam Bieszczady Tatry, kupowałam sunie ślubną, który czytał mi Lema jak miałam doły sercowe w ósmej klasie. A potem czasem był ostatnim sukinkotem który latał po domu i ostrym narzędziem i wywalał telewizor przez okno. Albo miał miesięczne stany depresyjne. Ale dla tych chwil co były dobre to się nie liczy.
I czuje ze to jest bez wyjścia. Bo ona KAŻDĄ rozmowę kończy na zasadzie „ ty mnie nienawidzisz, ale ja cię i tak kocham i ci wybaczam, choć się przytul”. I nic nie zostaje przegadane, naprawione, zrozumiane. I ja jej mam ochotę ta dokopać emocjonalnie ( fizycznie też) żeby nie mogła już mi wybaczać i musiała się zatrzymać, wysłuchać, zrozumieć.
Ale czuję, że to jest błędne koło, bo to jest niemożliwe.
Gdybym była psychoanalitycznie nastawiona może stwierdziłabym, że dlatego szukam w relacjach z kobietami Lusterka. Tej absolutnej bliskości – identyczności- rozumienia. Z facetami tego nie potrzebuję. Mężczyznę muszę tylko czcić ja Młodego Boga, Chodzący Ideał i Geniusza (-; Ale to chyba nie tak dużo?
A co dalej: Po powrocie ze szpitala na l4 na dziecko rozchorowałam się ja. Nudności, wszystko boli, gorączka 39. Już siedzę i piszę znaczy żyje. Wirus, to szybko przechodzi.
Ale że wirus polskiej służby zdrowia to twardy i teraz pan kocur legł. Mam nadzieje ze nie będzie jak ostatnio Natalia – ja – Przem – Gawron - Ania. (-; W końcu czemu chorować przez czyjegoś bachora ( można przez własnego czego Garonom życzę (-; )
A wczoraj jeszcze jedna rzecz. Miła i niemiła. Pewne rzeczy się zrównoważyły. Dwa kontakty z osobami które znałam i bardzo lubiłam dano temu. Między które a mnie wgryzł się czas i kilometry. Jeden chłodny list, bardzo mnie zmechacił. A potem dużo dużo ciepła od kogoś innego przez kominek ( czyli gg). Jak to dużo znaczy, że to co było mimo czasu zostawiło taki ciepły ślad. I że osobie która kiedyś znała mnie tak dobrze chce się też wpadać na bloga. Dziękuję Masiu. Reanimowałaś mnie wczoraj.
czwartek, 19 kwietnia 2007
Notka spóźniona. Dlaczego, wyjaśnię dalej. Opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. Prawdziwy horror o polskich szpitalach i małym Natlisie.
Zaczęło się w niedzielę. Zbieraliśmy się do Natalii na grilla, aż tu mała Nat zaczęła obficie zwracać zupkę na dywan. Myślę, nic. Odpocznie pojedziemy. A ona nawet herbatkę zwraca. O 18 była już tak odwodniona i ledwie zipiała, że wymyśliłam, że jedziemy do lekarza. Na pogotowiu kazali jechać do szpitala. To pojechałam.
W rejestracji pierwsza bariera. „Czy państwo byli z tym najpierw w przychodni?” „ Nie, proszę pani. Dziecko jest odwodnione i pada, na pogotowi kazali do szpitala jechać to jestem. Czy mała ma się zwymiotować na kartę rejestracji, żeby udowodnić swój stan?” Babka pokwękała, ale zawołała lekarza. Istotnie stan Nat był niewesoły i nas przyjeli do szpitala.
Placówka jest oficjalnie przyjazna dziecku. Mama może być ze szkrabem całą dobę. Super. Jak weszłam do Sali to myślałam, że pomyliłam budynki ( obok znajduje się areszt i prokuratura) Ciasna sala z małymi, zakratowanymi oknami, podzielona na trzy ciasne boksy obite blachą, w każdym boksie dwa łóżeczka metalowe i taboret. Więzienie. Pierwszego dnia byłam tak zajęta stanem Natalia ze machnęłam na to ręką. Podłączono jej dwie kroplowy, a ja noc przekimałam na taborecie i w maleńkim łóżeczku Nat. ( dobrze jest mieć 160 cm)
Rano wstałam ledwie żywa. Przyszedł lekarz i stwierdził, że zasadniczo nie wiadomo co małej jest, chyba to jakiś wirus i że nie prędko wyjdzie. Kazano pobrać mocz – niestety dano woreczek dla chłopców – do którego NIE DA się porać dziewczynkom. Jak popołudniu wyskoczyłam do apteki i sama taki kupiłam to się okazało, że laboratorium nieczynne. Pobrano dnia następnego, ale kogo to obchodzi.
Natalia wyglądała kapkę lepiej, ale dalej nie jadła. I nie było w tym nic dziwnego, bo jedzenie było wstrętne. Dostała też biegunki i jako żywo nie wiem czy od wirusa czy od brudu, który tam był okrutny. Salowa sprzątała całą salę za jednym zamoczeniem mopa. Jak butelka ze zmoczkiem spadała na podłogę to ją podnosiły pielęgniarki i dawały dzieciom. Nie dało się zrobić swojej herbaty, a ta którą dawali była wstrętna i pływały w niej podejrzane fafrochy. Nie da się wypłukać butelki wrzątkiem. W nocy panowała nieludzka duchota ( 8 dzieci + 6 mam) a okna nie otworzysz bo zimno a uchylić się nie da. W ubikacji śmierdzi tak, że na żadnym dworcu tak nie cuchnęło jak pamiętam. Wykąpać dziecka nie można – a biegunka Drugiego dnia czułyśmy się z Natlisem gorzej. Syf, kiła i mogiła.
Większość mam w pokorze to znosiła. Właściwie buntowałam się ja i druga mama cyganka. Notabene umarł mit obdartych cyganów – dawno nie widziałam, żeby ktoś tak dbał o dziecko. Chodziła w spódnicy, szpilkach i warkoczu, a dziecko wypieszczone, szczęśliwe i zadbane. A że ja lubię wszelakie mniejszości etniczne to się szybko skumplowałyśmy.
Inną rzeczą były tematy rozmów na Sali. Był tylko jeden problem „ Kiedy do domu puszczą”. Czułam się jak w więzieniu, w którym siedzi się bez wyroku i zwolnić może za dobre sprawowanie tylko wyrok wszechmocnego ordynatora. Drugiego dnia powiedziano mi że posiedzimy tu tydzień co najmniej i się wkurzyłam.
Drugiej nocy dalej dosypiałam w łóżeczku z Nat ( robiłam tak tylko ja i mama cyganka – reszta pokornie na podłodze) i nad ranem przyłazi oddziałowa i drze mordę tak, że mi dziecko budzi.
- Ty, mama, a to łóżko to nie dla dorosłych.
Ja wkurzona. – Wiem. A powinno tu być jakieś dla rodziców, ale jak pani zauważyła nie ma. A szkoda.
Oddziałowa fuka. – Jak się zepsuje to będzie pani odkupywać!
- Nie, bo takiego szmelcu już nigdzie nie kupię.
( na Sali cisza i przerażenia)
Oddziałowa już zła. Ja takoż, Natalia płacze.
- Proszę zejść z tego łóżka.
- Proszę mnie pocałować w dupę.
Na Sali cisza i tylko cygana pokazała z łóżeczka swojej małej wyciągnięty na wprost środkowy palec. Oddziałowa wyszła trzaskając drzwiami.
Tego już mi było za wiele. Po tej awanturze mała nie umiała już spać i na dodatek kroplówka przestała lecieć bo zepsuł się wenflon. Na szczęcie już od pierwszej nocy nie wymiotowała i zaczęła pić. Rano przyszła lekarka i bada i nic nie mówi.
- Co jest mojemu dziecku?
- A zapalenie.
Ja wkurzona.
- A czego? Palca, wyrostka czy głowy?
Lekarz prychnął ale nie umiał mi nic powiedzieć. W dodatku coś mówił, że jak ma biegunkę i nie je to prędko nie wypiszą. Nie znał też aktualnych badań. Tego było dla aniska za dużo.
Wyszłam z Sali i poprosiłam o wypis na własne żądanie. Wyszłam w asyście obrażonych spojrzeń personelu i przerażonych rodziców ( to tak można, odejść na własne żądanie?). Wyszłam z dzieckiem zmęczonym przerażonym i wglądającym gorzej jak na początku.
A w domu biegunka przeszła jak ręką odjął. Wyspała się, najadła i biega radosna. Jeszcze jest zmęczona, ale widać, że już zdrowa. Gorzej ja. Okazało się że przez cztery dni zupełnie nic nie jadłam i spałam kilka godzin i się stresowałam. Dodatkowo przebywałam wśród brudu i wirusów. Efekt? Skrajne wyczerpanie, wymioty, bóle mięśni i głowy, na żołądku wrzody głodowe i odwodnienie. Dziś trzeci dzień i mogę już sierdzić w pionie i pisać do was. Ale dalej nie jest dobrze. Dalej nie umiem jeść i jak wstaje to wiedzę mroczki przed oczami. Ale widzę też, że moja córeczka jest zdrowsza. I to dodaje mi sił.
Pozdrawiam. Na pohybel służbie zdrowia!
PS. A to klinika Akademii Medycznej była. Ha.
Zaczęło się w niedzielę. Zbieraliśmy się do Natalii na grilla, aż tu mała Nat zaczęła obficie zwracać zupkę na dywan. Myślę, nic. Odpocznie pojedziemy. A ona nawet herbatkę zwraca. O 18 była już tak odwodniona i ledwie zipiała, że wymyśliłam, że jedziemy do lekarza. Na pogotowiu kazali jechać do szpitala. To pojechałam.
W rejestracji pierwsza bariera. „Czy państwo byli z tym najpierw w przychodni?” „ Nie, proszę pani. Dziecko jest odwodnione i pada, na pogotowi kazali do szpitala jechać to jestem. Czy mała ma się zwymiotować na kartę rejestracji, żeby udowodnić swój stan?” Babka pokwękała, ale zawołała lekarza. Istotnie stan Nat był niewesoły i nas przyjeli do szpitala.
Placówka jest oficjalnie przyjazna dziecku. Mama może być ze szkrabem całą dobę. Super. Jak weszłam do Sali to myślałam, że pomyliłam budynki ( obok znajduje się areszt i prokuratura) Ciasna sala z małymi, zakratowanymi oknami, podzielona na trzy ciasne boksy obite blachą, w każdym boksie dwa łóżeczka metalowe i taboret. Więzienie. Pierwszego dnia byłam tak zajęta stanem Natalia ze machnęłam na to ręką. Podłączono jej dwie kroplowy, a ja noc przekimałam na taborecie i w maleńkim łóżeczku Nat. ( dobrze jest mieć 160 cm)
Rano wstałam ledwie żywa. Przyszedł lekarz i stwierdził, że zasadniczo nie wiadomo co małej jest, chyba to jakiś wirus i że nie prędko wyjdzie. Kazano pobrać mocz – niestety dano woreczek dla chłopców – do którego NIE DA się porać dziewczynkom. Jak popołudniu wyskoczyłam do apteki i sama taki kupiłam to się okazało, że laboratorium nieczynne. Pobrano dnia następnego, ale kogo to obchodzi.
Natalia wyglądała kapkę lepiej, ale dalej nie jadła. I nie było w tym nic dziwnego, bo jedzenie było wstrętne. Dostała też biegunki i jako żywo nie wiem czy od wirusa czy od brudu, który tam był okrutny. Salowa sprzątała całą salę za jednym zamoczeniem mopa. Jak butelka ze zmoczkiem spadała na podłogę to ją podnosiły pielęgniarki i dawały dzieciom. Nie dało się zrobić swojej herbaty, a ta którą dawali była wstrętna i pływały w niej podejrzane fafrochy. Nie da się wypłukać butelki wrzątkiem. W nocy panowała nieludzka duchota ( 8 dzieci + 6 mam) a okna nie otworzysz bo zimno a uchylić się nie da. W ubikacji śmierdzi tak, że na żadnym dworcu tak nie cuchnęło jak pamiętam. Wykąpać dziecka nie można – a biegunka Drugiego dnia czułyśmy się z Natlisem gorzej. Syf, kiła i mogiła.
Większość mam w pokorze to znosiła. Właściwie buntowałam się ja i druga mama cyganka. Notabene umarł mit obdartych cyganów – dawno nie widziałam, żeby ktoś tak dbał o dziecko. Chodziła w spódnicy, szpilkach i warkoczu, a dziecko wypieszczone, szczęśliwe i zadbane. A że ja lubię wszelakie mniejszości etniczne to się szybko skumplowałyśmy.
Inną rzeczą były tematy rozmów na Sali. Był tylko jeden problem „ Kiedy do domu puszczą”. Czułam się jak w więzieniu, w którym siedzi się bez wyroku i zwolnić może za dobre sprawowanie tylko wyrok wszechmocnego ordynatora. Drugiego dnia powiedziano mi że posiedzimy tu tydzień co najmniej i się wkurzyłam.
Drugiej nocy dalej dosypiałam w łóżeczku z Nat ( robiłam tak tylko ja i mama cyganka – reszta pokornie na podłodze) i nad ranem przyłazi oddziałowa i drze mordę tak, że mi dziecko budzi.
- Ty, mama, a to łóżko to nie dla dorosłych.
Ja wkurzona. – Wiem. A powinno tu być jakieś dla rodziców, ale jak pani zauważyła nie ma. A szkoda.
Oddziałowa fuka. – Jak się zepsuje to będzie pani odkupywać!
- Nie, bo takiego szmelcu już nigdzie nie kupię.
( na Sali cisza i przerażenia)
Oddziałowa już zła. Ja takoż, Natalia płacze.
- Proszę zejść z tego łóżka.
- Proszę mnie pocałować w dupę.
Na Sali cisza i tylko cygana pokazała z łóżeczka swojej małej wyciągnięty na wprost środkowy palec. Oddziałowa wyszła trzaskając drzwiami.
Tego już mi było za wiele. Po tej awanturze mała nie umiała już spać i na dodatek kroplówka przestała lecieć bo zepsuł się wenflon. Na szczęcie już od pierwszej nocy nie wymiotowała i zaczęła pić. Rano przyszła lekarka i bada i nic nie mówi.
- Co jest mojemu dziecku?
- A zapalenie.
Ja wkurzona.
- A czego? Palca, wyrostka czy głowy?
Lekarz prychnął ale nie umiał mi nic powiedzieć. W dodatku coś mówił, że jak ma biegunkę i nie je to prędko nie wypiszą. Nie znał też aktualnych badań. Tego było dla aniska za dużo.
Wyszłam z Sali i poprosiłam o wypis na własne żądanie. Wyszłam w asyście obrażonych spojrzeń personelu i przerażonych rodziców ( to tak można, odejść na własne żądanie?). Wyszłam z dzieckiem zmęczonym przerażonym i wglądającym gorzej jak na początku.
A w domu biegunka przeszła jak ręką odjął. Wyspała się, najadła i biega radosna. Jeszcze jest zmęczona, ale widać, że już zdrowa. Gorzej ja. Okazało się że przez cztery dni zupełnie nic nie jadłam i spałam kilka godzin i się stresowałam. Dodatkowo przebywałam wśród brudu i wirusów. Efekt? Skrajne wyczerpanie, wymioty, bóle mięśni i głowy, na żołądku wrzody głodowe i odwodnienie. Dziś trzeci dzień i mogę już sierdzić w pionie i pisać do was. Ale dalej nie jest dobrze. Dalej nie umiem jeść i jak wstaje to wiedzę mroczki przed oczami. Ale widzę też, że moja córeczka jest zdrowsza. I to dodaje mi sił.
Pozdrawiam. Na pohybel służbie zdrowia!
PS. A to klinika Akademii Medycznej była. Ha.