poniedziałek, 30 listopada 2009

Niedzwiedziowo książkowo

W czasie porządkowania półki się otwarło. Z wyboru opowiadań Namiot M. Atwood.
Się otwarło to się podzielę z wami.
A czym jest dla mnie Niedźwiedź to już inna sprawa.

To niedźwiedź zaczął. Stwierdził:
przestaję się przejmować. Ja to nie
Niedźwiedź, l’Ours, Ursus, Bar
Ani żadna inna sylaba,
Przypięta mi przez was.
Zapomnijcie o zamkowych arrasach,
a na nich o mnie z wyszywanym łańcuchem,
i o szkarałatnej chwale polowań,
które chwalebne były tylko dla was,
z waszymi maczugami i pałkami.

Zapomnijcie o baśniach w których byłem
Dla was kudłatą kukłą,
księciem we Włosienicy, substytutem
waszych ludzkich demonów.
Nie jestem waszym płaszczem, dywanikiem,
trofeum o szklanych oczach,
pluszakiem na dobranoc i to nie ja
w kosmosie z gwieździstym młodym u boku.
Nie jestem waszym totemem; odmawiam
tańców w cyrkach; nie wolno wam rzeźbić
mojej duszy w kamieniu.

Odrzucam metaforę;
nie kradnę dzieci, nie zmieniam kształtów,
nie jem starych śmieci, a porównaniem
też możecie się wypchać:
nieodarty z wszystkiego
nie jestem jak człowiek.
Odbieram, co skradliście
i w waszych językach
obwieszczam bezimienność.
Moim prawdziwym mianem jest ryk.
(Gdy zastanowić się głębiej, nie jestem
brytyjską czapą gwardzisty:
nie symbolizuję męstwa.
Chcę znowu pożerać łososie
Bez całej tej wojskowej odpowiedzialności).
Ja się też przyłączam – rzekł lew,
schodząc z herbowych tarcz
i logo firmowych, zaś orzeł
rzekł: zdejmijcie mnie z tej flagi.






Lemurka poruszyła jakiś temu ciekawy temat. Pisała o 5 książkach które wpłynęły na jej życie. Od tego czasu myślałam o tym i nie umiem takich książek wymienić. Jak już to 7 autorów, którzy nie tyle na mnie wpłynęli, ale byli dla mnie ważni, towarzyszyli mi w różnych etapach ( czemu akurat 7?) Nie wiem ale z tej listy już nikogo nie wykreślę) I nie wymienię jednej książki, w każda z tych które czytałam była mi w jakiś sposób bliska.
Margaret Atwood
Angela Carter
Olga Tokarczuk
Salman Rushdie
Wiktor Hugo
Michał Bułhakow
Sigrid Undset – tu za 1 książkę, ale kto wie czy Krystyna nie jest akurat dla mnie tą Najważniejszą.

niedziela, 29 listopada 2009

Żywiołaczo

Żywiołak był... dowodem, że w dobrym towarzystwie wszystko może być fajne. Ogólnie ja lubię takie neo - folk- eksperymetalny i teksty Leśmiana są cudowne. Ale jakoś po występie na żywo dochodzę do wniosku że to nie to. Raz, że brakowało mi muzycznej staranności, czegoś co ma Orkiestra Mikołaja i Dikanda. Super że mają lirę korbową, skrzypce i dwa bardzo dobre wokale. Teraz można to wykorzystać i nie zagłuszać. A dwa to potworne nagłośnienie. Po co w ogóle na tak małej sali mikrofony? Jak już są to niech nie przeszkadzają. Tydzień wcześniej myślałam, że nie ma gorszego nagłośnienia niż Teatr Nowy w Zabrzu. Jest. Wiem, rozbestwiłam się przez ten ostatni rok muzycznie.

Tylko teraz coś mnie w szyi rwie. Pewne przewianie i Bolące nerwy, albo naderwane mięśnie. Co zrobić jak nie działa Ketonal? Wsiąść drugi. Tylko z tańca we wtorek nici.

I kolejne ogłoszenie: Kto chętny ma Mikołajki Folkowe do Lublina?

Kota ma dom. Jedziemy w czwartek na wizytę i zdjęcie szwów, ale dom wygląda na bardzo fajny. Jest tam jedynym zwierzakiem i jej nowa właścicielka wygląda na osobę bardzo sensowną i zwierzolubną. Ja wiem, że wszystkim zwierzom się nie pomorze, ale lepiej jednemu niż żadnemu. Z perspektywy tego kota przynajmniej zrobiliśmy dużo. I po tym tygodniu trudno się było z nią rozstać. I apropos kotów ( tym razem naszych) to koty odchudzamy. Hella już się ledwo rusza i czas już najwyższy.

W dzień oddania koty przeciwdepresyjne obejrzeliśmy sobie Purpurowe Skrzypce. Jak to możliwe, że tego nie widziałam jeszcze? Zmysłowe, niepokojące, wspaniałe muzycznie. Polecam zwłaszcza żeńskiej widowni bo Jason Flemyng bez ubrania ale za to ze skrzypcami wygląda Mru.

Poza tym jutro będzie u mnie kurier. Przyniesie mi TO. Tokarczuk jest Wielka. A jutro zobaczę co zmajstrowała z Blakea. Potem zrobię sobie tykwę z mate i tyle będzie z dnia jutrzejszego. I tylko jeżeli będzie słonecznie to pójdziemy z Natalsem na późnojesienny spacer.

A i bonus Natalisowy.

wtorek, 24 listopada 2009

Ogłoszenia duszpoterskie

Żywiołak 28 11 w Bielsku- jedziemy My, Gawrony, Misiek Z Szanowną Małżonką i koleżanką Tejże. Kto jeszcze chętny proszę dawać znać.




W przyszłym tygodniu chcę iść na Białą Wstążką. Będzie depresyjnie i mocno jak się domyślam. I już się cieszę.

A kota po sterylizacji. Bardzo słaba leży na kanapie i dochodzi do siebie pod kocykiem. Ogromnie ją polubiliśmy. ( My, nasze koty mniej. )Prawdopodobnie od piątku będzie miała dom - dzięki pomocy Demonka. Mogła olać - znowu łosie mają kota to niech się męczą - ale popytał i znalazł. Dom wygląda na dobry, ale w piątek zrobimy inspekcję w trakcie przekazania.Co mi przypomina że mam dla D. zaległy tekst.





/>


No prawda że cudna?

środa, 18 listopada 2009

Ogromna prośba kocia!

Kota jest u nas i sterylizację będzie miała w poniedziałek. Od przyszłej środy – czwartku będzie do wzięcia. Jest oswojona, kuwetkowa i przytulasta. Zdrowa. Niestety nie tolerują się z jednym z moich kotów zupełnie przeto mieszka u nas w łazience i ten stan nie może długo trwać. Oferujemy dowóz jej w zakresie południowej polski pod warunkiem podpisania umowy adopcyjnej.

Mam do w s z y s t k i c h czytelników bloga prośbę. Liczę na was. Kota na was też liczy. Jeżeli sami nie możecie jej przygarnąć dajcie znać wszystkim których znacie, ludziom z pracy uczelni, czatu, rodzicom, ciotkom, ogólnie osobom sensownym i odpowiedzialnym. Chcemy jej znaleźć dobry dom, żeby całej zabawy za pół roku nie powtarzać. Dajcie info na sowich blogach, gg, i wszędzie indziej.

Zdjęcie koty tu

wtorek, 17 listopada 2009

Kilka spraw

Kilka spraw. Niepowiązanych.

Dostojewski to raz. Zabił mnie. Wstrząsnął, zmechacił, s p o n i e w i e r a ł. Od lat żaden tekst nie zrobił na mnie takiego wrażenia – acz nie była to rozkosz. Opowiadanie „Potulna” ( inne tłumaczenie „Łagodna”) sprawiło, że czuję się źle, jakby ktoś wyciągnął ze mnie kawałek i wytarł nim w piekle za wanną. Tak, lubię takie teksty, bo są mocne. Ale potem siedzę potrzaskana. Powiem tyle: archetyp Hades/Persefona raz jeszcze tyle że przy tym Heathcliffe i Catty to milusie bajeczki. Kiedyś myślałam że Upiora zamiast Leroux powinien napisać Hugo. Teraz uważam, że powinien zrobić to Dostojewski. Na gorzko i bez znieczulenia. A wiecie co? Aniołak znał ten tekst od lat. Też ją tak ruszyło, a nie dała mi go bo go wyrzuciła z pamięci. Jako odruch obronny.

Kot to dwa. Mamy chwilowo trzeciego kota. Bezdomny z Ani podwórka, czeka na sterylizacje. Teoretycznie potem miał wrócić w naturalne środowisko, ale to jest kot oswojony. Jakiś skurywsyn ( wybaczcie ten eufemizm, myśli moje znacznie gorzej tego człowieka nazywają) ją wywalił za drzwi. Dlatego pilnie szukamy jej nowego domu. Sterylizację będzie miała w poniedziałek. Do tego czasu plus kilak dni na pewno u nas, ale proszę szukajcie, pytajcie za d o b r y m domem. Zdjęcia wkrótce. Młoda jest prześliczna ma koło roku i szuka stałego domu. A na razie mamy z nią kino.


Trzy to bajki. Jak wiecie siedzę w nich teraz po uszy przez Natalisa. I po pierwsze to mam mordercze instynkty wobec pewnej korporacji. Disney – powinni tego zabronić. Widzieliście co zrobili z małą syrenkę? Nie? To nie oglądajcie. Po pierwsze sama konstrukcja bajki. Całą magia i delikatność w diabły poszła. Każda scena to musi być rewaia, albo James Bond. Walki, akcja, ludzie się przewracają, wbijają w siebie widelce, wyskoki i upadki. Jakby normalne akcje były za nudne. Czy te bajki mają ADHD? A dwa to treść. Mimo poziomu napięcia jak z Jamesa Bonda wszystko jest milusie. Nie ma bólu i śmierci. Syrenka po stracie nóg nie cierpi chodząc, beztrosko sobie jeździ konno. Na końcu nie jest tak że książę jej nie pokochał, tylko go zaczarowali. A potem dzięki brawurowej akcji rybki i ptaszka wszystko kończy się happy Endem i ślubem. OHYDA! Ja to oglądałam i rwałam włosy z głowy. Disney jest gorszy od Philipsa Morrisa, ten drugi zabija tylko ciała i to w sposób z początku przyjemny, podczas gdy Disney morduje archetypy i elementarne odczycie estetyki u dzieci.

No i udało mi się dorwać p r a w d z i w e baśnie braci Grimm. Ja je uwielbiałam. I Nat też się chyba spodobają. I tu jedna refleksja nad baśnią którą wszyscy chyba znają a która została doszczętnie zmieniona, co mi zawsze nie grało. I bardzo tej bajki przez to nie lubiłam – w wersji oryginalnej jest mi dużo bliższa. Pamiętacie kto pomaga Kopciuszkowi? Pytanie za sto punktów. Wróżka? Matka chrzestna? Pudło. Duch matki. Ona sadzi na jej grobie gałązkę leszczyny z której wyrasta drzewo na którym mieszka ptak. I ten ptaszek jej przynosi różne rzeczy potrzebne na bal. Zabawne bo w Birmańskiej wersji tej bajki też jest duch matki (matka topi się i zamienia się w żółwia – a po śmierci żółwia z jego kości wyrasta drzewo na którym mieszka ptak który pomaga sierotce w zdobyciu księcia). Ja już pisałam że Baśnie Birmańskie kochałam najbardziej i czytałam po sto razy. I niesamowicie mi się podobało coś czego mi tak rozpaczliwie brakowało i brakuje – ten duch matki który czasem mamy w sobie i możemy przywołać na pomoc. I na cholerę ta Miła Pani Wróżka? Ja chcę matki. Potrzebna by mi była.


Cztery, jak już o bajkach mowa, to teatr. Po sukcesach wizyt w teatrze Ateneum z Natalsem zabraliśmy ją do Teatru Nowego w Zabrzu na Amelę Bobra i Króla na Dachu. Wstyd! Nagłośnienie fatalne, kostiumy – szmaty z lupeksu, gra aktorska mizerna w dodatku połowa aktorów borykała się ze słabą dykcją, co jest już sporą przesadą. Kontaktu z publicznością brak. Spektakl tematycznie miał poruszyć małą i dużą widownię. Małą znudził, straszą wprowadził w konsternację. Eee, że co? Aaa śmieszne miało być. Cóż, znaczy się nei snobuję. Oni naprawdę są koszmarni.

Pięć to faceci. Uwaga włączam feminizm. Z poletka zawodowego, więc nie mogę i nie chcę wchodzić w szczegóły, kontakt z dzieckiem chowanym w brodzinie zastępczej przez babcię. Mamę taty. Ona się nim zajmuje od 9 lat bo matka jest niewydolna wychowawczo i się nie zajmuje. A ojciec? Faceci nie są nawet brani do moralnej odpowiedzialności, to oczywiście że oni nie muszą robić nic. U nas ja się zazwyczaj zajmuję domem i Nat. Kocur pracuje, bo ma ciekawą pracę którą lubi. Bo tak nam psuje. Ale nie ma problemu kiedy chcę iść sama koleżankami na piwo, albo do kina. I w i e m, że jeżeli bym nagle zniknęła, przestała istnieć, porwałyby mnie ufoki, to Natalis miałby wszystko jak trzeba. I nie tylko w płaszczyźnie finansowej ale i emocjonalnie. A to podejście przypomina mi podejście tej babci ze szpitala „ Tu nigdy ojca nie było!”. To jest jakiś dziwaczny patriarchat, gdzie facet jest panem i królem, którego trzeba obsługiwać, za którego trzeba myśleć i brać odpowiedzialność. Ale ten król jest totalną wykastrowaną ciamajdą. Jak go nie ma to wszystko się jakoś, jak nie ma matki to nikt nawet nei oczekuje, że taki coś zrobi. Ręce opadają – faceci bez charakteru, kręgosłupa i innych części. A kto ich takim robi? Kobiety. Powiem tyle; chce mieć syna. I chcę go tak wychować żeby nikt o nim nie mógł powiedzieć, że jest dupkiem.


Sześć to nangłidż. Inglisz langłiż. Wróciłam do nauki na kursie bardzo indywidualnym z Anią. Uczymy się na podstawie kawałków literatury. Ostatnio była Angela Carter i wiem, że teraz już wszystko będzie prostsze. Ale mamy zabawę.

A siedem ( szczęśliwa liczba!) to Mikołajki folkowe. My jedziemy od piątku do niedzieli. O miejscach w samochodzie wspominała Kamila i Aga. Czyli raczej poza dachem i bagażnikiem już zajęte miejsca. Ale do Lublina chodzą też pociągi więc kto chce, to zapraszamy. W ekipie raźniej.

środa, 11 listopada 2009

Środowo - filmowo

Byliśmy w kinie. W kinie, nie na filmie bo raczej mieliśmy potrzebę wyjścia gdzieś razem w ten pochmurny dzień. No i skusiło 8,4 na IMDB. District 9 jest niezły, ale nie powalił mnie aż tak. Kolejny film o alienach, które wyglądają dość groteskowo – jak skrzyżowanie predatora, wielkiej krewetki i I. T. Warstwa fabularna jest tak durna, że po prostu nie przyjmuje się jej do wiadomości. I zostaje nam umiejscowiony w RPA (!) otoczony drutem kolczastym obóz dla ufoków. Cóż, może wszyscy obcy zza druta kolczastego, z odległej galaktyki, Żydzi i czarni tak w opinii tłumu z zewnątrz wyglądają.
Pierwszy film który porusza problem globalnego południa i naszych. „cywilizowanych” sposobów rozwiązania tego problemu. W pewnym momencie miałam wrażenie, że chodzi o wysiedlenie nie kosmitów, ale łódzkiego getta. Bo w końcu czy jakoś dużo się od tamtego czasu zmieniło w ludziach? Swoją drogą jak to filmy o kosmitach ładnie oddają lęki i bolączki ludzkości w danym momencie, od inwazji Marsjan w czasach zimnej wojny, przez lęk przed chorobami i mutacjami, aż do dzisiejszych strachów. Pokaż mi twojego kosmitę, powiem ci czego się boisz? Ważny i mocny problem, poruszany w miłych i bezpiecznych ramach. Bo to tylko takie sf, prawda?
Podobała mi się przemiana głównego bohatera z kretyna do …nie będę spolerować. Trochę przypomniała mi przemianę Williama Blaka w Truposzu Jarmusha. On powoli przechodził na drugą stronę życia i zdrowego rozsądku.
Tylko, że….
…raz, że nie do końca odpowiada mi ta estetyka. Ufoki, karabiny, super mutacje. Nie te dekoracje. A dwa ( i tu poważniejszy zarzut) to że film niczym nie zaskoczył. Jak na początku zobaczyłam o czym jest potem nie wnosił niczego nowego. Tak jakby twórcy zatrzymali się w pół kroku. W obawie, żeby film nie był aż tak niepoprawny politycznie.

A na niedzielę mamy trzy bilety na to dla Natalia. Damy szanse teatrowi z Zabrza. (-;

I bonus dla czytających.





poniedziałek, 9 listopada 2009

Książkowo listopadowo.

W sobotę byliśmy na Turandot. Rozbebeszyć nie będę tym razem, bo nie mam czego. Całość perfekcyjna muzycznie i inscenizacyjnie. Tak, klasycznie, ale przy tym bardzo świeżo i dynamicznie. Słuchałam i patrzyłam jak zaczarowana. Oczywiście klasyczna interpretacja, dokończona po śmierci Pucciniego, wygląda troszkę jak z Disneya, ale i tak bardziej przekonywająco niż zamurowywanie się w grobowcu u Verdiego. Zachwycające – tyle co można powiedzieć.

Za to następnego dnia byłam na Targach Książki. Z budżetem specjalnie na ten cel przeznaczonym. I z dużymi oczekiwaniami. Budżet został nienaruszony, a mnie oczekiwania zmieniły się w rozczarowania. Za dużo ludzi. Fatalna organizacja stoisk. Strasznie dużo wydawnictw ezoteryczko -naukowo- religijnych, a te które mnie rzeczywiście interesowały miały to co w empiku. I bywa że w podobnych cenach lub drożej. W sumie całość była nastawiona na nowości wydawnicze autorów polskich. Z tym że nie było nowości na którą czekam najbardziej bo ona premierę ma w grudniu. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – premiera około 30 12 2009 – klops.

Co do książek dwie refleksje.

Ja zasadniczo jakoś polskich autorów specjalnie nie uwielbiałam. Pomiędzy kiczem „Domu nad Rozlewiskiem”, a ambitnymi bluzgami Masłowskiej pewnie coś jest, a ja do tego nie dotarłam.
Z jednym wyjątkiem.
Autorki, którą za wszystkie książki wielbię. Z Tokarczuk zetknęłam się po sztuce Towarzystwa Wierszalin „Prawiek i Inne Czasy”. Książkę czytałam chyba z naście razy. A potem połykałam wszystkie kolejne, łącznie z AnnąIn która zeszła do podziemi. Wtedy zaniemówiłam z wrażenia, że można pisać tak perfekcyjnie. Że ktoś tak napisał AnnęIn, InAnnnę. Jakbym sobie to zamówiła. W zeszłym roku kupiłam sobie Biegunów i przyznam że na początku się odbiłam. Coś mi nie leżało. Ale miałam jakieś dziwne wrażenie, że to nie z książką jest coś nie tak, ale nie nadszedł jeszcze dobry monet. Nie jest to jeszcze pora spotkania z tekstem. Jakiś czas temu ot tak zdjęłam ją z półki i wpadłam. Podróżuję z nią, bo jest to książką podróż. Pocięta na kawałki, a jednocześnie spójna. Przypominająca trochę widoki z pociągu, poczekalni na lotnisku, książka przedziwna i zaczarowana. I dlatego tak czekam na grudzień i „Poprowadź swój pług przez kości umarłych’. Tytuł z Williama Blaka u Tokarczuk to jest powód dla którego można obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na premierę.

I jeszcze coś o Książkach. Myślałam, że niezależnie od tego czy coś kupię czy nie, na targach książki poczuję się jak w raju. A było mi jakoś tak nijako. Za dużo ofert, promocji. Wolę antykwariaty. Perły poupychane na półkach między makulaturą. Książki przeczytane, rozczytane i zapominane. Stare wydania, przedarte, pożółkłe i zakurzone. Półki pełne niespodzianek. Melville, Hugo i obok serii Harlequin. Pamiętam londyńskie antykwariaty z regałami aż po sufit, i ten na dworcu w Krakowie, który wart był niejednego spóźnienia na pociąg. Takie ze starymi pocztówkami i plakatami zwiniętymi w rulon. To przyśpieszone bicie serca kiedy widzę To Coś czego szukam - ostanie wydanie rok 1953 wydawnictwo Książka i Wiedza. Archeologia półkowa. I nawet bezosobowe allegro, na którym udało mi się Cuda Na Kiju, dla siebie lub kogoś znaleźć. Te wszystkie Cmentarzyska, Schroniska i domy samotnej książki kocham najbardziej. I dlatego jakoś w niedzielę znaleźć się nie mogłam.

Na razie mam listę książek na które czekam, takie które się ukarzą i takie które zamierzam upolować. Na pierwszy gryz idzie w tygodniu „Opowieści fantastyczne” Dostojewskiego. W taki mglisty listopad to tylko Ruski Mrok i czarna herbata.


oraz...

Czytam: Tokarczuk Bieguni ( kończę) A. Carter Mądre Dzieci ( zaczynam)
Słucham: Turandot i Żywiołak. ( Nie w tej samej chwili)

....a do tego na przegryzkę....

W końcu nauczyłam się piec szarlotkę. Nazywa się to cudo Tarta Migdałowo - Jabłkowa i pochodzi z książki kucharskiej Neli Rubinstein. Pyszne przepisy polsko francuskiej kuchni i dużo anegdot. A ciasto robi się tak. Polecam spróbowanie. Na wieczorze po Turandotowym smakowało. Ważne: Nie dodawać cynamonu.

Spód: Kruche ciasto.
Zagniatamy w misce.
- 115 g masła o temperaturze pokojowej
- 3 łyżki stołowe cukru
- 2 żółtka ( białka do osobnego kubeczka odlać przydaczą się potem na
coś innego)
- 140 g mąki zwykłej ( na oko 1 szklanka i 3 łyżki)
- 1/2 malej łyżeczki soli

Jabłka:
Ze 2 duże lub 3 małe, najlepiej renety albo jakieś kwaśne, pokroić na
kawałki dość cieńcie

Warstwa Migdałowa co idzie na jabłka - zagniatamy palcami w misce
- 7 łyżek stołowych masła ( takich troszkę więcej niż płaskich ale
nie z czubkiem, bliżej płaskiej dużej łyżki)
- 3/4 szklanki cukru ( 150g)
- 100 g drobno zmielonych migdałów ( UWAGA: jeżeli nie ma migdałów bo
ja takich nie mogę kupić to należy kupić 100 g zwykłych w całości,
oparzyć, zdjąć skórkę i zgnieść w wyciskarce do czosnku - zajmuje z 15
minut po dwa migdałki ale daje bardzo dobry efekt - można robić z kimś
w kuchni rozmawiając wtedy mniej szlag trafia nad monotonną pracą)

Naczynie żaroodporne smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą żeby się owo ciasta nie przykleiło. Na dół dajemy surowe kruche ciasto. Palcami je rozprowadzamy na całej powierzchni.Ewentualnie możemy ciasto delikatnie posmarować tym białkiem oczywiście nie całym) wtedy podobno mniej jabłka wsiąkają w szarlotkę.Można czynić to palcami można pędzlem. Można wcale jak się ma inne plany do białek. Na ciasto kładziemy jabłka ( obrane i pokrojone nie potarte bo za dużo soku wyjdzie. Na jabłka dajemy masę migdałową, Wygląda troszkę jak kruszonka tylko pachnie migdałami i jest tłusta. Nie przejmować się tym. Na samą gorę sypiemy 75 g ( paczkę) siekanych migdałów ( takie można kupić i nie trzeba się męczyć siekaniem) Pieczemy około 30-40 minut w piekarniku 180 stopni. Podajemy jak się schłodzi.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Mówca Umarłych o Bardzo Przechodzonej Grypie

Strasznie chaotyczna notka.

W książce Orsona Scotta Carda po śmierci Mówca Umarłych opowiada o życiu tych co odeszli. Przez to, w jakiś sposób stają się może bliżsi, niż wtedy kiedy żyli. To jakaś forma pożegnania.
Dzisiaj przeżyłam coś podobnego. Byłam na grobie Bożeny i próbowałam się pożegnać. Rozmawiałam z jej kuzynem. Pamiętam, że z Bożeną rozmawiałyśmy tak naprawdę może trzy razy. A jednak tych rozmów się nie zapomina. Dlatego tak bardzo nie potrafię sobie wybaczyć: że tej bliskości było tak mało, że zawsze było coś niby ważniejszego. I najbardziej tego, że ona umarła ze świadomością, że nie była dla nikogo ważna. A ja nawet nie zdążyłam powiedzieć jej: Byłaś Ważna. I dlatego przyszłam z białymi różami nie z chryzantemami. Nie jak do martwej, ja tego nie umiem przyjąć. Jak do ładnej żywej dziewczyny, której nie zdążyłam tych kwiatów dać.

Kiedy myślę o Bożenie to zdaję sobie sprawę, że jestem drapieżnikiem. Cholerą, która dostaje od życia to co chce. Bo tak. A jak nie dostaje, to sama bierze. To aż nie do pojęcia jak byłyśmy z Bożeną od siebie różne – i jak bardzo mimo to się rozumiałyśmy. Albo może jak bardzo ja czułam się rozumiana. Bo są osoby z którymi, mogę widzieć się codziennie, a i tak będę daleko jak na innych planetach. A są takie, z którymi przy pierwszej kawie czuję się jakbym się znała latami.

Była Persefoną – Hestią – stworzeniem kruchym, delikatnym i po prostu dobrym. Takim co myśli o innych częściej niż o sobie i takim co wierzy w innych bardziej niż w siebie. Lotna, inteligentna, bystra, a jednak nigdy nie wykorzystująca tych atutów żeby kogoś zranić. Przypadkiem znalazłam na sieci notkę jednej z jej uczennic. I życzę każdemu nauczycielowi żeby tak o nim pisano.

Dziś się dowiedziałam, że mogłaby dziś żyć. Że pomimo cierpienia, przez długi czas się nie leczyła. Bo tak, bo moje nieważne, bo lepiej nie wiedzieć co mi jest. Bo to tylko taka Przechodzona Grypa. I kiedy w końcu dostała wymarzoną pracę, o którą się starała i pracowała na nią latami wolontariatu, dokładnie wtedy, lekarz medycyny pracy skierował ją do szpitala. Przechodzona Grypa okazała się mieć przerzuty.

Czytam sobie jej teksty i to są naprawdę bardzo dobre teksty. Teksty kogoś komu brakowało tylko wiary, swojej lub czyjejś, żeby zabłysnąć.

Ja dalej piszę Lustra, nawet nabrało to pisanie tempa po roku. Nie jest to tekst wybitny. Jest niezły. Wiem, że go skończę i to będzie moje pożegnanie i dotrzymana obietnica. Bo wiem, że Bożena szczerze lubiła je czytać.

Wracam dziś z cmentarza potrzaskana, ale nie smutna. Zresztą ja nie umiem w życiu być smutna. Ja się tylko złoszczę. Tak jestem teraz dość zła na siebie. Ale wracam tez z ogromnym głodem życia. Z żywą namacalną świadomością jak bardzo wszystko jest kruche. Jak bardzo chcę i muszę kochać, być, myśleć, smakować, słuchać i „wypijać życia kwintesencję, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem naprawdę”. I robić to już dziś, teraz. Nie za godzinę. Już. Jestem jak wampir, wręcz fizycznie czuję głód wszystkiego – bliskości, słuchania innych, czytania, dotyku, pocałunków, ciasta z jabłkami, liści szurających pod nogami, zasypiania wtulonym. Po to, żeby nie przeoczyć niczego, bo nie wiem ile mam jeszcze czasu. Po to, żeby nic co Ważne nie odeszło bez świadomości tego, jak Ważne było.

Nie będę pisać już nic więcej dzisiaj. Myślę, że L.C. zrobi to za mnie dużo lepiej.