Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczady. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lipca 2008

Wróconam z 8 dni w Bieszczadach. Zupełnie dziwny wyjazd. Szliśmy od Cisnej przez Wolę Michową ( troszkę kolejką bieszczadzką) do Łupkowa, potem 3 dno w Łupkowie, na Jaworzec, do bacówki w zapominanych wsiach w dolinie Sanu i do Wetliny. Trochę stopem (Łaz to jednak niezawodna maszyna), potkaliśmy tropy niedźwiedzia, szliśmy w burzy i gradzie.

I zawsze wracam z tym samym. Ze świadomością, że cały czas żyję w jakimś depresyjnym śnie, w robieniu wszystkiego na pół gwizdka, że budzę się dopiero jak mam niebo gwiaździste nad sobą, ciszę, deszcz czysty, wiatr we włosach. Bieszczady to jest jakiś dziwny fenomen, kraj wyludniony, zamieszkałe przez zwierzęta cmentarzysko kultur i historii. Pełne dziwnych ludzi których nie wiadomo czemu tu przygnał los. Przy okazji kupiłam świetną książkę o tychże Zakapiorach Bieszczadzkich, którzy przez ostanie 30 lat tworzą historię tego miejsca.

I przez cały czas na szlaku przewijały mi się w głowie jak na filmie wiersze Leśmiana i Harasymowicza.

Poistniały czerwienie na niebiosów uboczu -
Poistniały dla nikogo, samym sobie raczej - wbrew...
I nie umiem powiedzieć, skąd uległość mych oczu
Tym zarysom drzew na chmurze... Trzebaż oczom takich drzew?...

Wiem, że muszę wypatrzeć w nicość śniącą się drogę.
Odchodzimy gdzieś co chwila i co chwila brak nam lic...
I nie mogę cię pieścić i nie pieścić nie mogę -
Tylko patrzę w zmierzch za tobą i nie pragnę widzieć nic.


I jeszcze to:

Tańczył
Tańczył stary buk
Jednooki
Z siedmioma rękami
Wzniesionymi w górę
Tańczył i runął

Uniosłem ręce
Tańczę
Tańczę
Pęka serce
Sypią się wiersze

I marzenie
Upaść jak tamten
W tańcu
Razem z górami
Na oczy położą się
Czerwone listki
Krajobrazów
Ciało poniosą chmury
Pochowa mnie
Góra

I wszystkie modlitwy
Szepty liści wygasłych

I cała muzyka
Późny
Jesienny grom
Nad Rawką

Pochowa mnie góra
Zarośnie las


I to…

Oto cmentarz
zielem zarosły
Oto poręba
po krzyżach zwalonych
wiatrołom
świętego drzewa
Oto cmentarze Łemków
w Złockiem
w Szczawniku
w Leluchowie
Oto śpią na podłodze
dawno już spróchniałej
bez krzyża nad głową
Fiłypy
Nykyfory
Harasymy
jesień im tylko
ostu zapala
świecę
liści szumi
wieniec
czort niepotrzebny
wilkiem w zarośla
czmycha








wtorek, 27 maja 2008

Osz.

Zasadniczo nie jest najlepiej. Dostaje w mieście świra. Tęsknię do przestrzeni. Ogromnej otwartej przestrzeni, do lasów, do ciszy. Do powietrza. Do czas i miejsc magicznych. Do miejsc bez ludzi. W pomieszczeniach, w mieście czuję się jak słoń w pudełku zapałek.

Istnieje pewne ryzyko, że jeżeli niedługo w przedmiot mojej tęsknoty się nie zmaterializuje to szlag mnie trafi. I moje otoczenie przy okazji.

Szanownych czytelników uprasza się o nie znajdowanie rozwiązań zastępczych w postaci dwu dniowej wycieczki na zatłoczoną Baranią Górę bo nie odpowiadam za siebie. Raczej cichuteńko trzymajcie kciuki za kocura że mnie w tej sytuacji musi znosić ( co wychodzi mu nadzwyczaj dobrze i heroicznie).

Posypało się.

niedziela, 9 września 2007

Jestem. Nawet już jako tako wyschłam. I jestem absolutnie zachwycona wyjazdem. A i zdjęcia juz wiszą!

Po pierwsze to notka powinna być zatytułowana „ za co kocham Beskid Niski” ( i Bieszczady). Ale ze względu na olbrzymią ilość salamander tytuł został wybrany inny. Nie będę pisać jak wytrzymałam bez Nat – nie było to miłe. Chce ją zabierać i już. To było tak jakbym pod cały czas w gardle nosiła jakąś ołowianą kulę – ciężko jakoś.

Było mokro, deszczowo, magicznie, mgliście i zupełnie pusto. Przez niemal tydzień na szlakach nie spotkaliśmy nikogo. Lasy buczynowe, olbrzymie powyginane drzewa wychylały sie z mgły, siąpił deszcz i co rusz natrafialiśmy na przydrożne krzyże łemkowskie z XIX wielu, opuszczone cmentarze i wymarłe wioski ( a właściwie to co po nich zostało czyli drzewa). Było magicznie. I nad tym wszystkim kołowały całkiem sporych rozmiarów drapieżne ptaki.

Nie lubię Tart. Nie lubię dużej części Beskidów – gdzie człowiek musi sie drapać pod górkę i widzi choinki, tłumy turystów i budkę z frytkami. A TE Góry kocham za doliny we mgle, stare buki, jabłoniowe sady po środku, lasu, krzyże, cmentarze, puste i magię. Swoją drogą znaleźliśmy „Dolinę Śmierci” na mapie i jak się okazało to nazwa pochodzi z II wojny Światowej kiedy to Niemcy stracili tam całkiem sporo czołgów. Ale tam co druga dolina to dolna Śmierci. Historie i Metafizykę czuć tu na każdym kroku. Zastanawiam się na ile to może być Ta dolina śmierci.

Kiedy przybyłem do tej doliny,
Dzień miał się już ku zachodowi.
Słońce na mojej stało wysokości
Na widnokręgu tam po drugiej stronie
I można było jego blask łagodny
Nareszcie znosić bez mrużenia powiek.
Dolina zaś leżała w długich cieniach
Między górami sinoniebieskimi;
Cicho i spokojnie -
Tu było dawno po wojnie.
Tak czy inaczej znalazłam tam wszystko czego szukałam. I całej wyciecze mimo potwornego deszczu i tego że po godzinie trasy mieliśmy już wszystko mokre, przyświecał optymizm, radość i szczęście. Najpierw złapaliśmy pociąg spóźniony o 40 minut. Potem Chatowi przyjechali na chatkę w Zawadce Rymanowaskiej na jedną noc – choć chatka była w zasadzie nieczynna. Potem podobnym trafem złapaliśmy chatkę w Ropiance. (Notabene świetne miejsce – przed wojną 900 osób – po akcji Wisła 3 – a czas jakby stałą w miejscu). Potem trafiliśmy do Ostoi Niedzwiedzia – w której niedziwowania nie spotkaliśmy nad czym specjalnie nie płakaliśmy. Niestety chatka w Nieznajowej była nieczynna )-; Co gorsze odwiedziliśmy się o tym pod chatkę cali przemoczeni i zmęczeni. A jeżeli ktoś wie gdzie Nieznajowa jest to może sobie wyobrazić też tamtejsze wezbrane trumnie bez motków. Ale jakoś po godzinie się nocleg znalazło.

Poza tym byliśmy zajęci dziwieniem ludzi. Ilekroć ktoś z miejscowych albo chatkowych nas spotkał to przecierał oczy ze zdumienia. Na nocleg przyodzieliśmy z deszczowego i ciemnego lasu, a ludzie patrzyli na nas jak na widma – zabawne to było.

Są rzeczy których się kochać nie przestaje. Przychodzą nowe, ale tamte siedzą głęboko w duszy. Chce juz Natalsia zabierać na chatki, chcę jej pokazać te wszystkie miejsca magiczne. I może jeszcze na konieczny, ( chociaż nie umiem zaśpiewać). Chodziło za mną w tym roku na przemian z Nocel Mała Kopiel Moja. Jak będę miała syna i tak go nazwę Mikołaj!A co!


W rozstrzelanej chacie rozpaliłem ogień,
Z rozwalonych pieców pieśni wyniosłem węgle.
Naciągnąłem na drzazgi gontów błękitną płachtę nieba.
Będę malować od nowa wioskę w dolinie.

Święty Mikołaju - opowiedz jak to było
Jakie pieśni śpiewano? Gdzie się pasły konie?

A on nie chce gadać ze mną po polsku,
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną.
Hej ślepcze! Nauczę swoje dziecko po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.

czwartek, 23 sierpnia 2007

Zbliża się ta część wakacji na którą się najbardziej cieszę i której się najbardziej boję. Jak sobie dam radę bez Natslisa? Jak ona da radę? Wiem, że Demetre która nie potrafi sie rozstać może zadusić. Ale już czekam na ten czas kiedy będę mogą wziąć Nat w takie miejsca. W te święte miejsca, najukochańszej w które mnie tak ciągnie. Tak jakby jakiś zwierz we mnie się budził i wył. Do buczynowych lasów, do dolin, do strumieni.

Myśleliśmy z kocurem o różnych wyjazdach, ale ja nie mogę inaczej. Ciągnie mnie w las, na połoniny, na łemkowszczyznę. Do Nieznajowej, Łopenki, Rabe, Łupkowa, Ropianki.. Aż szkoda, ze ten czas jest tak krótki. To jest jak fizyczna tęsknota. Dodatkowo wreszcie chce sie wybrać na mikołajki folkowe do Lublina. Chodzi za mną Noc Sobótkowa Orkiestry Św. Mikołaja. Nocel mała, kopiel moja...

Zresztą to nie jest tylko tęsknota do Bieszczad. To jest w jakiś sposób tęsknota do duchowości. Moja Persefona ( której na pierwszy rzut oka nie widać) wyje w środku. Chcę do drzew, butami po kamieniach, do ciszy, do wiatru, bo w kościołach ostatnio nic nie znajduje. Boli mnie to, bo jakby nie patrzeć czuję się częścią Kościoła i wierze w Pana. Ale kiedy w niedzielę usiłuję się tam znaleźć to znajduję tylko kiepski śpiew, i jakiś bełkot bez Ducha. Ostatnio dałam sobie spokój – ale w jakiś sposób czuję się rozdarta. Szukam więc w sobie. I chcę do lasów. To mój rodzaj corocznej pielgrzymki.

sobota, 23 czerwca 2007

Nie wiem jeszcze jaką decyzję podejmę co do pracy – wczoraj się odezwali z Horyzontu i nie wykluczam że ratowanie świata sobie daruję i do nich wrócę. Jutro kończę ten nieszczęsny staż w Katowicach, jutro mam rozmowę w Horyzoncie. W środę mam rozmowę w domu samotnej matki w Zabrzu. Potem dwa miesiące na decyzję. Ale jakoś dziwnie mnie to nie stresuje.

Wakacje. To dobrze. Chcę już do wyjazdów. Do słońca.

I tylko mi żal że w tym roku chyba nie będzie Bieszczad i łemkowszyzny. To dziwne – jak jakaś kraina potrafi zapaść w serce tak że się za nią tak mocno tęskni. Za miejscami magicznymi. Za Lackową, Banicą, Komańczą, Wołosatem. I niech mi nikt nie mówi że to tylko góry. Że są tak podobne do Beskidu Żywieckiego czy inszych wzniesień. Nie wierzę po prostu. W takich sytuacjach pozostaje mi tylko wierzyć w ten mit „ magicznej aury” jaki znam z książek. Chodzi za mną od kilu dni Bukowina
„W Bukowinie zarośnięte echem lasy
W Bukowinie liść zieleni się i złoci
Śpiewa czasem banior ciemnym basem
I nie mogę znaleźć Bukowiny
I nie mogę znaleźć
Choć już szukam godzin krocie i dni krocie”

I drugiej rzeczy jakiej żałuję to że nie będzie żadnego festiwalu folkowego pod gołym niebem. Z kocurem i butelką piwa.

A poza tym zapowiada się dobrze. (-; Będzie i Jawornik z Nataliami dwiema i Wdzydze z Kocurem i Nat i zjazd Upiorowi i wyjazd w góry tylko z Kocurem.

Poza tym znowu się zanosi na pisanie. Raczej bajki, baśnie. Historie bulgoczą w mojej głowie jak różnokolorowe mikstury w kociołku.
Strzeż się Juano. Znowu mnie pojedynkiem kusisz…


CZYTAM: Krystyna Córka Lavransa - Undset
SŁUCHAM: Rokia Traore
JEST: Dobrze