Zbliża się ta część wakacji na którą się najbardziej cieszę i której się najbardziej boję. Jak sobie dam radę bez Natslisa? Jak ona da radę? Wiem, że Demetre która nie potrafi sie rozstać może zadusić. Ale już czekam na ten czas kiedy będę mogą wziąć Nat w takie miejsca. W te święte miejsca, najukochańszej w które mnie tak ciągnie. Tak jakby jakiś zwierz we mnie się budził i wył. Do buczynowych lasów, do dolin, do strumieni.
Myśleliśmy z kocurem o różnych wyjazdach, ale ja nie mogę inaczej. Ciągnie mnie w las, na połoniny, na łemkowszczyznę. Do Nieznajowej, Łopenki, Rabe, Łupkowa, Ropianki.. Aż szkoda, ze ten czas jest tak krótki. To jest jak fizyczna tęsknota. Dodatkowo wreszcie chce sie wybrać na mikołajki folkowe do Lublina. Chodzi za mną Noc Sobótkowa Orkiestry Św. Mikołaja. Nocel mała, kopiel moja...
Zresztą to nie jest tylko tęsknota do Bieszczad. To jest w jakiś sposób tęsknota do duchowości. Moja Persefona ( której na pierwszy rzut oka nie widać) wyje w środku. Chcę do drzew, butami po kamieniach, do ciszy, do wiatru, bo w kościołach ostatnio nic nie znajduje. Boli mnie to, bo jakby nie patrzeć czuję się częścią Kościoła i wierze w Pana. Ale kiedy w niedzielę usiłuję się tam znaleźć to znajduję tylko kiepski śpiew, i jakiś bełkot bez Ducha. Ostatnio dałam sobie spokój – ale w jakiś sposób czuję się rozdarta. Szukam więc w sobie. I chcę do lasów. To mój rodzaj corocznej pielgrzymki.
0 komentarze:
Prześlij komentarz