Obiecałam wytłumaczenie i cisza. Najpierw wylądowałam na długi weekend w Londynie ( upiór, ostrygi, szampan i książki) a potem sytuacja zdążyła się kilkakrotnie zmienić.
Podsumowując:
Nie pracuje już w Horyzoncie.
Robię dla nich Belgię na Innych Zasadach. Jak długo to czort wie. Pewnie jak długo będzie mi się chciało.
Zupełnie nie wiem co będzie za najbliższy miesiąc, pół roku, rok, dwa lata.
I to podoba mi się najbardziej.
Czuję się jakbym w stała w słońcu o świcie na rozdrożu. Z pełną świadomością, że nie mam pojęcia w którą drogę skręcę i co mnie tam czeka, ale zawsze będzie to coś dobrego i ciekawego. Dawno nie czułam się tak przepełniona energią i radością. To jest jak otwieranie od życia prezentu niespodzianki. Ogólnie opcje są cztery – i pewne kombinacje ich – i najfajniejsze jest to że każda z nich będzie mile widziana i zmieni w moim życiu coś dobrego. I nie chodzi tu że ja sama nie podejmuję wyboru. Może ja znam się za mało żeby go dobrze podjąć, więc zamiast szarpać się z życiem biorę to dobrego co przyjdzie.
Na dzień dzisiejszy wolałabym tu nie nazywać tych czterech dróg – ewentualności które gdzieś się mi otwierają. Nie mówię że pracy szukać nie będę. Tak, choć pewnie ostrożniej, bez panicznego przeglądania wyborczej z dziesiątkami dołujących ogłoszeń na przedstawicieli handlowych.
W Horyzoncie pracowało mi się dość dobrze. Przynajmniej do końca czerwca tego roku. A potem, nie wiem czy przez atmosferę przed - zwolnieniową czy to że firma się zaczęła zmieniać w kierunku który nie był mi szczególnie bliski było coraz gorzej. Zaliczyłam depresję – do której nawet nie byłam się w stanie przed sobą przyznać ( „ Jak to! Ja depresja? Mi jest zawsze dobrze i zawsze spadam na cztery łapy”). Po Beskidzie niosłam się w milczeniu jak duch z przerażeniem myśląc o powrocie. Alicja słusznie zwróciła uwagę że mój nastój na Flambergu był cokolwiek smętniejszy od Rabkonu. Właściwie to to co trzymało mnie w Horyzoncie najmocniej to ludzie. Nie wszyscy - ale duża część - i poczucie wspólnoty, stada, tego że robimy coś razem. Wprowadzenie najpierw coraz większej ilości kontroli i formalizacji a potem zwolnienia sprawiły że tam i tak już nie ma dla mnie miejsca. Zostało kilka osób ale ten zespół dla którego chciało mi się starać i robić coś Razem poszedł w diabły. Przyznam że trochę żałuję, ale trzeba iść dalej.
Kiedyś ktoś mnie zapytał czy będąc w domu z Natasiem nie czułam się w nudnym kieracie i zamknięciu. Szczerze mówiąc było dokładnie na odwrót. Miałam czas spotykać ludzi którzy są mi bliscy, miałam czas czytać, czytać, czytać, gdzieś w tle były dźwięki, zapachy. Ostatnio byłam w kieracie. Bez kontaktu z ludźmi – bo na tych najbardziej bliskich nie starczało czasu, zmęczona, odstawiona od słów. Może śmierć Bożeny uświadomiła mi że tak dłużej być nie może. Że ja też mogę dostać w każdej chwili czegoś co sprawi że zostaną mi dwa miesiące lub dni. I świadomość tego sprawia ze wiem jak cenne jest to co mam. Jak kruche i unikatowe.
Od poniedziałku zaległości w czytaniu
A. Carter Marianna i Barbarzyńcy
R. Holdstock Las ożywionego Mitu i Lavondyss
V. Nabokov Ada albo Zar
M. Sztejner Wyspa Klucz
A. Rice Godzina czarownic
B. Ulsamer Systemowa terapia Hellingera – Bez korzeni nie ma skrzydeł
K. Dickens Magazyn Osobliwości ( dokończyć)
A. Kańtoch Miasto w zieleni i błękicie ( Ani gratulujemy Zajdla)
H. Thoreau Walden
O. Wilde Portret Doriana Graya ( a potem obejrzeć ten nowy film z bardzo apetyczną obsadą...)
A. Zusak Posłaniec
Poza tym
Kilak wyjazdów operowych do Kina Kijów w Krakowie
Bukiet żółtych chryzantem na grób Bożeny
Spacer z Natalisem w celu zbierania pierwszych opadłych liści
Urządzić z Natalsiem mini przedstawienie teatralno kukiełkowe Calineczka. Widzowie koty. Obiecałam jej to od miesiąca.
Wysłuchać w całości Dziadka do Orzechów.
Wygłaskać koty tak żeby im uszami wyszło.
Pojechać na Alchemikom.
Przejść się na targ warzywny.
Skończyć kilka starych tekstów.
Wrócić do nauki języka angielskiego. Na lekcjach razem z Aniołakiem.
I dużo więcej….
Wiem, kilka znajomych osób które straciły pracę reagowało inaczej. Widocznie jestem inna.
I jak ktoś mi powie, ze to nieważne, nieodpowiedzialnie, że nie myślę ani o karierze, ani o tym podobnych. Ze powinnam teraz szukać pracy, mieć doła, czuć się niedowartościowana. Jeżeli robienie niskopłatnych ( bo pensja w Horyzoncie porażająca nie była…) pierdół, ciągłe słuchanie czyś poleceń było lepsze niż to co mam w planach – to ja mu odpowiem tak samo jak mawia jedna z koleżanek z Horyzontu ( obecnie na macierzyńskim); TURLAJ DROPSA (-;
PS. A kocur mówi że wreszcie od dłuższego czasu da się ze mną dogadać.
A na dzisiaj wieczorem przytargałam film. Stary i już strasznie dawno chciałam go zobaczyć. Fabularnie stanowi wariację na temat motywów Old Boya: długa izolacja, zemsta po latach i muzyka klasyczna w tle. Zresztą posłuchajcie sami:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praca. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 września 2009
wtorek, 25 sierpnia 2009
Się porobiło
Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz mu o swoich planach. ( A miałam pewne na ten okres...)
Tradycyjnie już, jak każdej jesieni, mój świat przewrócił się na głowie o 180 stopni.
Zupełnie niespodziewanie i nie w tym keirunku w jakim chciałam.
Powinno mi być smutno, ale kiedy los zamyka jakieś drzwi otwiera następne. I ważne jest żeby nei stać na progu tylko iść dalej.
Szczegóły potem. Na razie tylko powiem: Mieliśmy w pracy redukcję etatów. I czuję się zaszczycona gronem ludzi wśród których mogłam wylecieć (-;
Tradycyjnie już, jak każdej jesieni, mój świat przewrócił się na głowie o 180 stopni.
Zupełnie niespodziewanie i nie w tym keirunku w jakim chciałam.
Powinno mi być smutno, ale kiedy los zamyka jakieś drzwi otwiera następne. I ważne jest żeby nei stać na progu tylko iść dalej.
Szczegóły potem. Na razie tylko powiem: Mieliśmy w pracy redukcję etatów. I czuję się zaszczycona gronem ludzi wśród których mogłam wylecieć (-;
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
piątek, 29 maja 2009
Kot i Koooołooowroootekkkk
Kolejny tydzień jak w kołowrotku, znowu notka w telegraficznym skrócie. Co u kotów.
Pierwsza ważna spawa to Koty. Ania znalazła i interwencję zrobiła bo inaczej koci katar na maluchu zrobiłby swoje. Teraz mały jest w domu zastępczym na leczeniu. Jedziemy go zobaczyć w niedziele. Niestety dom zastępczy jest na max dwa tygodnie. I pilnie potrzeba domu na stałe. Jak będzie koci katar zaleczony to mile widziany dom z drugim kotem. Sama mam dwa i wiem jak fajnie patrzeć na interakcję. Sprawa jest ważna i niełatwa. Dlatego proszę wszystkich czytelników bloga, kociarzy i nie tylko – uruchomiajcie swoje kontakty. Jesteśmy gotowi zaoferować podwóz i wyprawkę.
A maluch wygląda tak:

Ze spraw poważnych, to pamiętacie jak miałam się wybebeszać na blogu? I ciągle tego nie robię ze względu baraku czasu ( i chowania głowy w piasek). Chyba uporządkowanie pewnych spraw jest pilniejsze niż myślę. Po rozmowach z Kimś Ważnym z Krakowa normuję stosunki z matką tak, że niemal ze sobą rozmawiamy. Ok. Tylko że to co jest dalej we mnie siedzi. Trzy dni przed dniem matki miałam serię snów, co noc, niemal to samo. Nie pamiętam już co na nich było dokładnie, ale schemat był zawsze ten sam: awantura, wzajemna agresja, świadomość, że jeszcze chwila i rzucimy się sobie do gardeł i …świadomość, że nigdy nie będzie. I duży żal z tego powodu. To jest jak stłuczone szkło. Było, zbiło się. Zostało powiedziane za dużo, zniszczone, ani ja jej nie kocham, ani ona mnie. I duży żal, że mogło być inaczej. W tych snach byłyśmy w stanie się obie zabić, wypuścić z siebie tą całą złość, żeby przerwać ten stan, zrobić cokolwiek. Czuję się wyrwana z korzeniami. Albo nie inaczej: czuję, że moje korzenie są zgniłe martwe, i że cały czas muszę je sobie odcinać wyrąbywać bo mnie niszczą. Niestety cały czas bolą. Cholera, dobrze, że kocur już wrócił.
A w pracy: Zrobiłam II część szkolenia. Jestem zadowolona głownie, bo poradziłam sobie z bezsensownym stresem. Jak wyszło, nie mnie oceniać, ale myślę, że nie źle. Jestem wkręcona w pracę bardzo. I zalatana jak fretka. A że ostatnio siedziałam z kolegą M w pracy do po 18 i w ramach luzowania korzystaliśmy z uroków youtuba. Fajne to (-;
Kochany Księgowy, Logistyku, Kierowniku produkcji….
…czy wiesz czego słucha twój specjalista ds. rekrutacji analizując twoje CV? Nie wiesz? To posłuchaj (-;
A ja bym dodała od siebie jeszcze
http://www.youtube.com/watch?v=QEY6_jcrzI8
oraz klasycznie
http://www.youtube.com/watch?v=jOkoDWs-wR4&feature=channel_page
Jak wam się podoba składanka? Pomyślcie o niej kiedy następnym razem wyślecie CV (-; My też jesteśmy nienormalni (-;
Pierwsza ważna spawa to Koty. Ania znalazła i interwencję zrobiła bo inaczej koci katar na maluchu zrobiłby swoje. Teraz mały jest w domu zastępczym na leczeniu. Jedziemy go zobaczyć w niedziele. Niestety dom zastępczy jest na max dwa tygodnie. I pilnie potrzeba domu na stałe. Jak będzie koci katar zaleczony to mile widziany dom z drugim kotem. Sama mam dwa i wiem jak fajnie patrzeć na interakcję. Sprawa jest ważna i niełatwa. Dlatego proszę wszystkich czytelników bloga, kociarzy i nie tylko – uruchomiajcie swoje kontakty. Jesteśmy gotowi zaoferować podwóz i wyprawkę.
A maluch wygląda tak:
Ze spraw poważnych, to pamiętacie jak miałam się wybebeszać na blogu? I ciągle tego nie robię ze względu baraku czasu ( i chowania głowy w piasek). Chyba uporządkowanie pewnych spraw jest pilniejsze niż myślę. Po rozmowach z Kimś Ważnym z Krakowa normuję stosunki z matką tak, że niemal ze sobą rozmawiamy. Ok. Tylko że to co jest dalej we mnie siedzi. Trzy dni przed dniem matki miałam serię snów, co noc, niemal to samo. Nie pamiętam już co na nich było dokładnie, ale schemat był zawsze ten sam: awantura, wzajemna agresja, świadomość, że jeszcze chwila i rzucimy się sobie do gardeł i …świadomość, że nigdy nie będzie. I duży żal z tego powodu. To jest jak stłuczone szkło. Było, zbiło się. Zostało powiedziane za dużo, zniszczone, ani ja jej nie kocham, ani ona mnie. I duży żal, że mogło być inaczej. W tych snach byłyśmy w stanie się obie zabić, wypuścić z siebie tą całą złość, żeby przerwać ten stan, zrobić cokolwiek. Czuję się wyrwana z korzeniami. Albo nie inaczej: czuję, że moje korzenie są zgniłe martwe, i że cały czas muszę je sobie odcinać wyrąbywać bo mnie niszczą. Niestety cały czas bolą. Cholera, dobrze, że kocur już wrócił.
A w pracy: Zrobiłam II część szkolenia. Jestem zadowolona głownie, bo poradziłam sobie z bezsensownym stresem. Jak wyszło, nie mnie oceniać, ale myślę, że nie źle. Jestem wkręcona w pracę bardzo. I zalatana jak fretka. A że ostatnio siedziałam z kolegą M w pracy do po 18 i w ramach luzowania korzystaliśmy z uroków youtuba. Fajne to (-;
Kochany Księgowy, Logistyku, Kierowniku produkcji….
…czy wiesz czego słucha twój specjalista ds. rekrutacji analizując twoje CV? Nie wiesz? To posłuchaj (-;
A ja bym dodała od siebie jeszcze
http://www.youtube.com/watch?v=QEY6_jcrzI8
oraz klasycznie
http://www.youtube.com/watch?v=jOkoDWs-wR4&feature=channel_page
Jak wam się podoba składanka? Pomyślcie o niej kiedy następnym razem wyślecie CV (-; My też jesteśmy nienormalni (-;
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Kot,
Praca
wtorek, 19 maja 2009
Brudne Hr-owe chwyty.
Mam wesołą pracę. Czasem zdarza mi się coś takiego. Dzwonie sobie do kandydata na specjalistyczne stanowisko w jednym z dużych zakładów motoryzacyjnych. Wymagany język angielki. Dzwonię na spokojnie, bo już kogoś mam, ale CV wygląda bardzo dobrze, wiec może porównamy. Dochodzimy do sprawdzenia języka.
- Na ile ocenia się pan w skali od 1-6?
- Hmmm. Na 5 myśle.
- O. Bardzo dobrze. W takim razie chwileczkę porozmawiamy po angielsku, dobrze?
- Ale jak? Tak przez telefon?
( jedno z głównych zadań pana to kontakty telefoniczne z UK)
- Tak. Kilka prostych pytań.
- Hmmm. Pewnie mnie pani zapyta o pogodę i zainteresowania, co?
( Istotnie od powiedzenia czegoś o hobby zaczynamy)
- Nooo. Zwykle zaczynamy od prostych pytań….
- A ja bym wolał od razu coś o pracy.
( Zatkało mnie. Ale kandydat nasz pan. Zadaje pytanie o prace, pan odpowiada na słabe 3). Po krótkiej chwili przechodzi z powrotem na polski.)
- Jeżeli pani nie rozumie to ja po polsku wytłumaczę.
- Chyba wolałabym jednak po angielsku… W końcu język teraz sprawdzamy….
- Tak, tak, ja już takie rozmowy miałem. Ja znam te wszystkie wasze HR owe sztuczki i chwyty. Ja to dobrze znam.
- Nie sądzę, ze stosuje jakieś sztuczki. Ja po prostu muszę ocenić poziom pana języka…
- Tak, tak. Wyrywa mnie pani w środku dnia, przypiera do muru i tak po prostu mam rozmawiać po anielsku? To są HR owe chwyty.
Starając się nie śmiać grzecznie dziękuję kandydatowi informuje że oceniłam jezyk na 3 i zadecydujemy czy zaprosić go na spotkanie.
Wniosek 1 nie wiedziałam że znam jakieś HR owe chwyty i sztuczki. Ale nabywa się doświadczenia w branży.
Wniosek 2: Może powinnam w nocy dzwonić, jak w dzień jest znienacka…
Wniosek 3: Dalej nie mam kandydata
Wniosek 4: Buchchchaaaaaaa
- Na ile ocenia się pan w skali od 1-6?
- Hmmm. Na 5 myśle.
- O. Bardzo dobrze. W takim razie chwileczkę porozmawiamy po angielsku, dobrze?
- Ale jak? Tak przez telefon?
( jedno z głównych zadań pana to kontakty telefoniczne z UK)
- Tak. Kilka prostych pytań.
- Hmmm. Pewnie mnie pani zapyta o pogodę i zainteresowania, co?
( Istotnie od powiedzenia czegoś o hobby zaczynamy)
- Nooo. Zwykle zaczynamy od prostych pytań….
- A ja bym wolał od razu coś o pracy.
( Zatkało mnie. Ale kandydat nasz pan. Zadaje pytanie o prace, pan odpowiada na słabe 3). Po krótkiej chwili przechodzi z powrotem na polski.)
- Jeżeli pani nie rozumie to ja po polsku wytłumaczę.
- Chyba wolałabym jednak po angielsku… W końcu język teraz sprawdzamy….
- Tak, tak, ja już takie rozmowy miałem. Ja znam te wszystkie wasze HR owe sztuczki i chwyty. Ja to dobrze znam.
- Nie sądzę, ze stosuje jakieś sztuczki. Ja po prostu muszę ocenić poziom pana języka…
- Tak, tak. Wyrywa mnie pani w środku dnia, przypiera do muru i tak po prostu mam rozmawiać po anielsku? To są HR owe chwyty.
Starając się nie śmiać grzecznie dziękuję kandydatowi informuje że oceniłam jezyk na 3 i zadecydujemy czy zaprosić go na spotkanie.
Wniosek 1 nie wiedziałam że znam jakieś HR owe chwyty i sztuczki. Ale nabywa się doświadczenia w branży.
Wniosek 2: Może powinnam w nocy dzwonić, jak w dzień jest znienacka…
Wniosek 3: Dalej nie mam kandydata
Wniosek 4: Buchchchaaaaaaa
sobota, 7 lutego 2009
Depesze ze świata anisków
Znowu mnie wieki nie było, spieszę więc z postem typu Depesze ze Świata Anisków.
Miałam nie pisać o pracy. Nie wiadomo kto to przeczyta i albo się okaże że jestem niezadowolonym leniwym pracownikiem, który do wszystkich ma pretensje a nic nie mówi. Albo że mam maniakalnym entuzjastą. Nie wiadomo co gorsze.
Tyle, że praca pochłania mi całkiem dużo czasu i trudno mi pisać o tym co kot robi z wyłączeniem pracy. Trudno, najwyżej ktoś się kiedyś poczuje urażony/sfrustrowany aniskiem. Przeżyję.
Rozmawiałam już o przejściu na cały etat. I tak zawsze coś w domu muszę dodłubać. Zasadniczo ciągle jestem na etapie, że wszystko mnie cieszy. Lubię mieć coś do zrobienia na już, lubię tych ludzi wyszukiwać. Nie nudzi mi się, bo każda rozmowa jest inna. Wspólnie robimy szkolenie komunikacji. Na początku byłam przerażona, a teraz im więcej czytam tym bardziej mi się to podoba. Ale w sumie nie tyle rodzaj pracy jest ważny co atmosfera. Pamiętam, że kiedy po 4 dniach uciekłam z pracy urzędzie to nie sam rozdaj pracy mnie przeraził a towarzystwo. A tu są ludzie czasem o zupełnie różnych niż ja charakterach, ale co ważne niegłupi. A nic tak mnie nie męczy jak przebywanie w towarzystwie kretynów. Jak sobie te laski z urzędu przypomnę, to dalej mam traumę. Poza tym, może jestem naiwna, ale w jakiś sposób wierze w to co robimy. W sensie że nie jestem tylko pracownikiem, któremu się płaci, ale ze z grupą ludzi robię coś i ma to jakiś pozytywny wpływ na świat. Poczucie celowości i wspólnego działania jest cholernie ważne.
I na tym optymistycznym akcencie poprzestanę. Bez komentarza że mam ochotę ubić klienta X i jego projekty przyprawią mnie o jasną cholerę. Co jakiś czas z tym projektem tak mam: trzeba sobie pomarudzić wypiąć melisę…i dalej to robić. W sumie nasz klient X uczy mnie jednej cholernie ważnej rzeczy. Rób co możesz najlepiej jak możesz. Jak wyjdzie to się ciesz. A jak nie to sobie odpuść i nie myśl o tym ani chwilę dłużej. Po prostu dalej rób co możesz jak najlepiej.
A poza pracą to
- Ciągle chce mi się spać. Ale jak to trafnie ujął mój pan Kocur, są takie dni kiedy:
Ciśnienie
niskie
jest
Cząsteczka tlenu
spada
i siostry swej nie spotyka
- Natalis rośnie. Gada. Ścięłam jej włosy na krótko co jeszcze bardziej pokazało podobieństwo do kocura. Dyskutujemy sobie. Między innymi o tym czy siatka z walizki Przema nada się na durszlak na jagódki. Taki duży durszlak dla brontozaura. No bo przecież, jak brontozaur znajdzie w lesie jagódki, które najpierw obsika tyranozaur ( tyranozaury są złe! Obsikują jagódki!) to będzie je musiał je jakoś umyć. I wtedy siatka jak znalazł. Durszlak na jagódki przyprawił kocura o atak śmiechu.
Ogólnie bunt 3-latka przeszedł bezboleśnie. Rośnie mi dziecko pewne siebie, asertywne, potrafiące powiedzieć co i jak, opowiedzieć, że się złości. Ale jednocześnie pogodne i takie z którym da się wszystko spokojnie uzgodnić.
- Kocur w Portugali. Naukowo. Dom bardzo pusty. Z tej okazji założyłam sobie skypa: ania.glomb - zapraszam (-; Skype był na użytek rozmów z kocurem ale może się ogolnie tez przydać.
Natalis tez tęskni. Patrzy w okno i mówi że czeka na tatę. Ech.
Właśnie dostałam od Przema smsa, że mają tam bibliotekę z ŻYWYMI nietoperzami. Zjadają robaki więc są na posadzie bibliotekarzy niejako. Świat jest jednak fajny – chciałabym kiedyś zobaczyć nietoperze w bibliotece.
Przez tydzień bez Przema jeździłam do pracy z matką. Udało mi się nie pożreć. Ale negatywna energia utkwiła mi chyba w gardle bo teraz mam paskudną ropną anginę. Migdały jak kokosy. Błe. Chyba zdejmę z półki Księżniczkę Anginę. Podobne lecz podobnym. (-; Albo może fajnie sobie wyobrazić anginę, która nie jest anginą.
No bo co w końcu ( jak mawia mikołajek ) muszę być zdrowa. Fajności mnie czekają. W lutym Don Giovanni Kraków. Potem w marcu Carmen i Latający Holender. Sesja Ars Magica w Krakowie i wieczór tylko dla nas ( cudny sushi bar znalazłam w Bytomiu). I obecany Upiorowy tekst aniołaka na zamówienie.
A poza tym wiosna idzie. Czuć to było w powietrzu dziś. Na pohybel kalendarzom, które mówią ze luty. Na pohybel anginie!
Miałam nie pisać o pracy. Nie wiadomo kto to przeczyta i albo się okaże że jestem niezadowolonym leniwym pracownikiem, który do wszystkich ma pretensje a nic nie mówi. Albo że mam maniakalnym entuzjastą. Nie wiadomo co gorsze.
Tyle, że praca pochłania mi całkiem dużo czasu i trudno mi pisać o tym co kot robi z wyłączeniem pracy. Trudno, najwyżej ktoś się kiedyś poczuje urażony/sfrustrowany aniskiem. Przeżyję.
Rozmawiałam już o przejściu na cały etat. I tak zawsze coś w domu muszę dodłubać. Zasadniczo ciągle jestem na etapie, że wszystko mnie cieszy. Lubię mieć coś do zrobienia na już, lubię tych ludzi wyszukiwać. Nie nudzi mi się, bo każda rozmowa jest inna. Wspólnie robimy szkolenie komunikacji. Na początku byłam przerażona, a teraz im więcej czytam tym bardziej mi się to podoba. Ale w sumie nie tyle rodzaj pracy jest ważny co atmosfera. Pamiętam, że kiedy po 4 dniach uciekłam z pracy urzędzie to nie sam rozdaj pracy mnie przeraził a towarzystwo. A tu są ludzie czasem o zupełnie różnych niż ja charakterach, ale co ważne niegłupi. A nic tak mnie nie męczy jak przebywanie w towarzystwie kretynów. Jak sobie te laski z urzędu przypomnę, to dalej mam traumę. Poza tym, może jestem naiwna, ale w jakiś sposób wierze w to co robimy. W sensie że nie jestem tylko pracownikiem, któremu się płaci, ale ze z grupą ludzi robię coś i ma to jakiś pozytywny wpływ na świat. Poczucie celowości i wspólnego działania jest cholernie ważne.
I na tym optymistycznym akcencie poprzestanę. Bez komentarza że mam ochotę ubić klienta X i jego projekty przyprawią mnie o jasną cholerę. Co jakiś czas z tym projektem tak mam: trzeba sobie pomarudzić wypiąć melisę…i dalej to robić. W sumie nasz klient X uczy mnie jednej cholernie ważnej rzeczy. Rób co możesz najlepiej jak możesz. Jak wyjdzie to się ciesz. A jak nie to sobie odpuść i nie myśl o tym ani chwilę dłużej. Po prostu dalej rób co możesz jak najlepiej.
A poza pracą to
- Ciągle chce mi się spać. Ale jak to trafnie ujął mój pan Kocur, są takie dni kiedy:
Ciśnienie
niskie
jest
Cząsteczka tlenu
spada
i siostry swej nie spotyka
- Natalis rośnie. Gada. Ścięłam jej włosy na krótko co jeszcze bardziej pokazało podobieństwo do kocura. Dyskutujemy sobie. Między innymi o tym czy siatka z walizki Przema nada się na durszlak na jagódki. Taki duży durszlak dla brontozaura. No bo przecież, jak brontozaur znajdzie w lesie jagódki, które najpierw obsika tyranozaur ( tyranozaury są złe! Obsikują jagódki!) to będzie je musiał je jakoś umyć. I wtedy siatka jak znalazł. Durszlak na jagódki przyprawił kocura o atak śmiechu.
Ogólnie bunt 3-latka przeszedł bezboleśnie. Rośnie mi dziecko pewne siebie, asertywne, potrafiące powiedzieć co i jak, opowiedzieć, że się złości. Ale jednocześnie pogodne i takie z którym da się wszystko spokojnie uzgodnić.
- Kocur w Portugali. Naukowo. Dom bardzo pusty. Z tej okazji założyłam sobie skypa: ania.glomb - zapraszam (-; Skype był na użytek rozmów z kocurem ale może się ogolnie tez przydać.
Natalis tez tęskni. Patrzy w okno i mówi że czeka na tatę. Ech.
Właśnie dostałam od Przema smsa, że mają tam bibliotekę z ŻYWYMI nietoperzami. Zjadają robaki więc są na posadzie bibliotekarzy niejako. Świat jest jednak fajny – chciałabym kiedyś zobaczyć nietoperze w bibliotece.
Przez tydzień bez Przema jeździłam do pracy z matką. Udało mi się nie pożreć. Ale negatywna energia utkwiła mi chyba w gardle bo teraz mam paskudną ropną anginę. Migdały jak kokosy. Błe. Chyba zdejmę z półki Księżniczkę Anginę. Podobne lecz podobnym. (-; Albo może fajnie sobie wyobrazić anginę, która nie jest anginą.
No bo co w końcu ( jak mawia mikołajek ) muszę być zdrowa. Fajności mnie czekają. W lutym Don Giovanni Kraków. Potem w marcu Carmen i Latający Holender. Sesja Ars Magica w Krakowie i wieczór tylko dla nas ( cudny sushi bar znalazłam w Bytomiu). I obecany Upiorowy tekst aniołaka na zamówienie.
A poza tym wiosna idzie. Czuć to było w powietrzu dziś. Na pohybel kalendarzom, które mówią ze luty. Na pohybel anginie!
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Natalis,
Praca
sobota, 8 listopada 2008
A jednak się kręci
A jednak się kręci…i to szybko.
Nie tak zupełnie miało być. Miałam być sfrustrowana, przemęczona i zła. A tymczasem powrót do pracy dobrze mi robi. Sama praca sprawia mu strasznie dużo frajdy, nawet jakoś mi samodzielny projekt, nie jestem już tak zmęczona, raczej mam więcej energii. (-; Atmosfera dalej bardzo dobra. W środę zabieram na biurko roślinkę z parapetu i pewien upiorowi kubek w ramach „oswajania przestrzeni biura”.
Natalis się rozwija w przedszkolu. Zaczyna nawet ujawniać moje geny. Jest uparty. W piątek zrobił jeża z zapałek i ziemniaka, i jeż miał wylądować na przedszkolnej gablotce – wystawie. A Natalis zażądał zwrotu jeża do domu. „ Bo ja zrobiłam”. Panie, tłumaczą, proszą, że pani dyrektor i inne panie nie zobaczą jej prac. Natalis wysłuchał ich cierpliwie po czym skwitował. „ Trudno”. Moja krew, hough!
Poza tym zrobił ( pod moim kierownictwem technicznym ale sam) pierwsze ciasteczka. Wyszły dość smaczne, acz najczęstsza instrukcja brzmiała „ NIEEEE, tego nie dodawaj” „ NIEEE tego nie rozmazuj” „ Nieeee”
Zdjęcia tu:

A poza tym w telegraficznym skrócie depesze ze świata anisków:
- Świat kręci się tak szybko – praca a w weekendy wyjazdy, że aż się za głowę łapię.
- Jeno z najbardziej nastrojowych Świąt Zmarłych jakie pamiętam. Byliśmy na grobie babcie w czwórkę: Ja, Kocur, Natalis i Lampart-balonik. Żeby go pokazać prababci. Było ciepło. A potem Nat zaczęła śpiewać kołysankę którą tylko ta babcia mi śpiewała ( i którą teraz ja jej śpiewam czasem) a ja mało się nie poryczałam.
- Wygrałam dwa bilety w Rmf Classic – na Cygańską Orkiestrę Symfoniczną do Wrocławia – jedziemy w najbliższą niedzielę. Koncert zapowiada się fajne, a poza tym lubię wygrywać. Wolałabym lotto, ale też może być. Na razie. Szczęście trzeba trenować.
- Byliśmy na nowym Bondzie. Jest super. A za Toskę dałam mu 2 oczka więcej na imdb (-;
- Zabieram się do pisania dwóch ważnych listów. Oba może poprawią coś co zrobiłam nie tak. Jeden pojedzie nad morze ( po notce na zaprzyjaźnionym blogu było mi łyso), drugi aż za morze.
- Piszę jak fretka. Wróciłam do tego i rosną mi skrzydła od tego. Na następnym ŚKFie na 100% będę.
- Szlag mnie trafia, że mi jeszcze że jeszcze mi fryzjera nie otworzyli. Dorosłam do decyzji bardzo krótkich włosów. I nie lubię czekać.
- Nie mam już aparatu na zębach.
- Remont dalej trwa – koło 80 % ścian już jest super. A potem wielkie malowanie. Będzie relacja fotograficzna. A koty będą miały lawendowe ogony.
A Jam-part tu:
Nie tak zupełnie miało być. Miałam być sfrustrowana, przemęczona i zła. A tymczasem powrót do pracy dobrze mi robi. Sama praca sprawia mu strasznie dużo frajdy, nawet jakoś mi samodzielny projekt, nie jestem już tak zmęczona, raczej mam więcej energii. (-; Atmosfera dalej bardzo dobra. W środę zabieram na biurko roślinkę z parapetu i pewien upiorowi kubek w ramach „oswajania przestrzeni biura”.
Natalis się rozwija w przedszkolu. Zaczyna nawet ujawniać moje geny. Jest uparty. W piątek zrobił jeża z zapałek i ziemniaka, i jeż miał wylądować na przedszkolnej gablotce – wystawie. A Natalis zażądał zwrotu jeża do domu. „ Bo ja zrobiłam”. Panie, tłumaczą, proszą, że pani dyrektor i inne panie nie zobaczą jej prac. Natalis wysłuchał ich cierpliwie po czym skwitował. „ Trudno”. Moja krew, hough!
Poza tym zrobił ( pod moim kierownictwem technicznym ale sam) pierwsze ciasteczka. Wyszły dość smaczne, acz najczęstsza instrukcja brzmiała „ NIEEEE, tego nie dodawaj” „ NIEEE tego nie rozmazuj” „ Nieeee”
Zdjęcia tu:

A poza tym w telegraficznym skrócie depesze ze świata anisków:
- Świat kręci się tak szybko – praca a w weekendy wyjazdy, że aż się za głowę łapię.
- Jeno z najbardziej nastrojowych Świąt Zmarłych jakie pamiętam. Byliśmy na grobie babcie w czwórkę: Ja, Kocur, Natalis i Lampart-balonik. Żeby go pokazać prababci. Było ciepło. A potem Nat zaczęła śpiewać kołysankę którą tylko ta babcia mi śpiewała ( i którą teraz ja jej śpiewam czasem) a ja mało się nie poryczałam.
- Wygrałam dwa bilety w Rmf Classic – na Cygańską Orkiestrę Symfoniczną do Wrocławia – jedziemy w najbliższą niedzielę. Koncert zapowiada się fajne, a poza tym lubię wygrywać. Wolałabym lotto, ale też może być. Na razie. Szczęście trzeba trenować.
- Byliśmy na nowym Bondzie. Jest super. A za Toskę dałam mu 2 oczka więcej na imdb (-;
- Zabieram się do pisania dwóch ważnych listów. Oba może poprawią coś co zrobiłam nie tak. Jeden pojedzie nad morze ( po notce na zaprzyjaźnionym blogu było mi łyso), drugi aż za morze.
- Piszę jak fretka. Wróciłam do tego i rosną mi skrzydła od tego. Na następnym ŚKFie na 100% będę.
- Szlag mnie trafia, że mi jeszcze że jeszcze mi fryzjera nie otworzyli. Dorosłam do decyzji bardzo krótkich włosów. I nie lubię czekać.
- Nie mam już aparatu na zębach.
- Remont dalej trwa – koło 80 % ścian już jest super. A potem wielkie malowanie. Będzie relacja fotograficzna. A koty będą miały lawendowe ogony.
A Jam-part tu:
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
piątek, 24 października 2008
Młynek. Ja sama nie wiem jak życie może toczyć się tak szybko. Ale, że toczy się w dobrym kierunku to nie marudzę. W pracy o dziwo mi się podoba i to bardzo. Atmosfera fajna. Dostałam pierwsze samodzielne zlecenie i aż mnie palce świerzbią, żeby się do niego zabrać. Zwłaszcza, że nie wygląda nie niewykonalne. Trudne, ale myślę, że wykonalne.
Kandydaci potrafią zaskoczyć. Jest i pan który uparł się, żeby jechać do pracy do Belgii z …teściową. Jest i pani która chce jechać na pakowaczkę warzyw z fakultetem z prawa i ekonomii. A specyfikacje firm nie mniej zabawne. Dziś doczytałam, że kandydat ma obowiązek „ eskalować problemy i konflikty z kontrahentami”. Ómarłam. Jak rozumiem pani z działu personalnego zna się na swojej pracy, ale na trudnych wyrazach już mniej. Robiłam pierwszy od kilku lat DS. czyli wyciąganie kandydatów bezpośrednio z firm. Taki miły dreszczyk adrenalinki żeby przekonać panią w sekretariacie ze ma cię połączyć z inżynierem spawalnikiem. To jest jak jazda na rowerze – nie zapomina się. A że uczyłam się tego sama chałupniczo prawie, to pamiętam.
Natalis cudny. Już chyba się przyzwyczaił od sytuacji, pomaga drzeć mi tapety w pokoju i zagaduje. Potrafi rozbawiać nawet kiedy wracam zmęczona jak pies ( suka? hihi) albo wzruszyć że robię się miękka jak kaczuszka. Mam jej ciągle mało i teraz doceniam każdą godzinkę razem.
Do rzeczy które mnie tak bolały zdążyłam przywyknąć. Im dłużej na to patrzę, to myślę, że prędzej czy później tak się musiało stać. Pewnych rzeczy, różnic w patrzeniu na świat nie da się przeskoczyć. I obecny stan ma też dobre strony. Kiedy wali się świat, nie trzeba marudzić, bo on po prostu układa się w nowy wzór. Wszystko się cięgle zmienia i jeżeli się chciało zatrzymać świat w takim stanie jak jest, trzeba liczyć potem na większą rewolucję. Tylko włosów jeszcze nie ścięłam jak obiecałam. Czekam aż mi otworzą fryzjera na dole. Czyli jeszcze jakieś trzy tygodnie.
Jutro bladym świtem jadę. I cholernie się na ten weekend cieszę. Kocur zresztą też. Co prawda mój organizm mówi, że on woli zostać w łóżku i pospać, ale jak zwykle się nim nie przejmuję. Dostanie apfelsztrudla i kawał dobrej sztuki.Z okazji wyjazdu ( i premii) kupiłam sobie to: ( i bardzo mi się podobają)

Opowiem jak wrócę, choć myślę, ze bez recenzji.
Kandydaci potrafią zaskoczyć. Jest i pan który uparł się, żeby jechać do pracy do Belgii z …teściową. Jest i pani która chce jechać na pakowaczkę warzyw z fakultetem z prawa i ekonomii. A specyfikacje firm nie mniej zabawne. Dziś doczytałam, że kandydat ma obowiązek „ eskalować problemy i konflikty z kontrahentami”. Ómarłam. Jak rozumiem pani z działu personalnego zna się na swojej pracy, ale na trudnych wyrazach już mniej. Robiłam pierwszy od kilku lat DS. czyli wyciąganie kandydatów bezpośrednio z firm. Taki miły dreszczyk adrenalinki żeby przekonać panią w sekretariacie ze ma cię połączyć z inżynierem spawalnikiem. To jest jak jazda na rowerze – nie zapomina się. A że uczyłam się tego sama chałupniczo prawie, to pamiętam.
Natalis cudny. Już chyba się przyzwyczaił od sytuacji, pomaga drzeć mi tapety w pokoju i zagaduje. Potrafi rozbawiać nawet kiedy wracam zmęczona jak pies ( suka? hihi) albo wzruszyć że robię się miękka jak kaczuszka. Mam jej ciągle mało i teraz doceniam każdą godzinkę razem.
Do rzeczy które mnie tak bolały zdążyłam przywyknąć. Im dłużej na to patrzę, to myślę, że prędzej czy później tak się musiało stać. Pewnych rzeczy, różnic w patrzeniu na świat nie da się przeskoczyć. I obecny stan ma też dobre strony. Kiedy wali się świat, nie trzeba marudzić, bo on po prostu układa się w nowy wzór. Wszystko się cięgle zmienia i jeżeli się chciało zatrzymać świat w takim stanie jak jest, trzeba liczyć potem na większą rewolucję. Tylko włosów jeszcze nie ścięłam jak obiecałam. Czekam aż mi otworzą fryzjera na dole. Czyli jeszcze jakieś trzy tygodnie.
Jutro bladym świtem jadę. I cholernie się na ten weekend cieszę. Kocur zresztą też. Co prawda mój organizm mówi, że on woli zostać w łóżku i pospać, ale jak zwykle się nim nie przejmuję. Dostanie apfelsztrudla i kawał dobrej sztuki.Z okazji wyjazdu ( i premii) kupiłam sobie to: ( i bardzo mi się podobają)

Opowiem jak wrócę, choć myślę, ze bez recenzji.
sobota, 11 października 2008
Depesze ze świata anisków
Miała być ponura jesienna depresja. Ogromny stres „ zeżrą mnie w pracy”, kac emocjonalny po Wiadomo Czym i w ogóle Rwanie Włosów z Głowy. A tymczasem…
Jest dobrze. Nadspodziewanie dobrze.
1) Co do pracy. ( Może jednak a) nikt z pracy tego nie wyszpera b) jak wyszpera to mnie nie wywali). Jestem przemęczona. Nie jestem jeszcze na pełen etat, choć czuję, że jeżeli mam robić to co chcę, wyrabiać się z projektami to jest to nieuniknione. Jestem zmęczona w poniedziałki i środy do granic możliwości, a jednak…
….zaczyna mi się to podobać. Bolesne jest to, że strasznie mało jeszcze umiem i jestem tego świadoma. Fajne natomiast jest to, że jest naprawdę dobra atmosfera, takie poczucie, że się robi coś razem i ma to jakiś sens. Że ma się możliwość uczenia cały czas nowych rzeczy. Dostałam pracowy angielski ( o 8 rano ale zawsze) i szkolenie do pracy w DS. ( Direct Serch czyli kradziejstwie pracowników bezpośrednim). Nudzić się nie nudzę. Dla gryfona i ślizgona ta praca jest jak znalazł. Cholera, chcę się tego nauczyć. I lubię coś robić. Jest stres, że mi nie wyjdzie – ale jak to mawiają, jest ryzyko – jest zabawa.
2) Jak się po takiej pracy do domu wraca to się docenia to co się ma. Jestem na nowo rozkochana w kocurze i Nat. Fakt młoda fika i sprawia problemy, ale potrafi też zapodać tekstem po którym od razu robi mi się miło. Jak choćby wczorajszy „ zakończyłam proces skakania” czy Sarenki o których już niektórym pisałam.
3) Robimy WRESZCIE remont pokoju Natalia. Na raty – drapiemy dwa, trzy paski tapet, sprzątamy i wszystko wraca do normy. Darcie tapet mnie odpręża. Perspektywa malowania kolorami i tego, że będzie to wyglądało naprawdę fajnie też jest bardzo miła. Aniołaku, niedługo pędzle w dłoń i kffiatki maluj.
4) Kot niestety u nas już nie mieszka. Niestety nie jest u Kamili, tylko u dawnych właścicieli. Formalnie nie mieliśmy im niczego do zarzucenia, choć tradycyjne śląskie rodziny nie budzą naszej sympatii. Dostali młodego tylko dlatego, że robili o niego duże halo. Cóż, życzymy im dobrze o tyle, o ile to ma wpłynąć na pozytywny los kota. I lepiej żebyśmy się nie dowiedzieli że był inny!
5) Jesień jest złota i słoneczna. Za tydzień w piątek Kraków i rpg. Potem imprezy tak jak pisałam. Prawie wszystkie. Jest już termin mikołajek fokowych i może wigilia z trójkę w Łupkowie. I pewnie Carmen w marcu z Aniołakiem. Kusi termin urodzinowy (-;
Poza tym czytam Roberta Blya’a Żelaznego Jana i się zachwycam. Wiem, psychoanaliza ale mądra i zabawna. I o tym aspekcie męskiej duszy, który jest mi jakoś szczególnie bliski. O tym Dionizyjsko – Posejdońskim dzikim czymś. Kiedyś dawno temu to czytałam, ale mnie wzięło na odkurzenie. Następny w kolejce będzie Zen i sztuka oporządzania motocykla. Poza tym piszę. I tysiąc fajnych ciepłych szczegółów. Kolczyki upatrzone z trendymanii. Muzyka Toma Waitsa i Cohena . I Ajde jano. Tak to najbardziej za mną chodzi. Cały czas.
Jest dobrze. Nadspodziewanie dobrze.
1) Co do pracy. ( Może jednak a) nikt z pracy tego nie wyszpera b) jak wyszpera to mnie nie wywali). Jestem przemęczona. Nie jestem jeszcze na pełen etat, choć czuję, że jeżeli mam robić to co chcę, wyrabiać się z projektami to jest to nieuniknione. Jestem zmęczona w poniedziałki i środy do granic możliwości, a jednak…
….zaczyna mi się to podobać. Bolesne jest to, że strasznie mało jeszcze umiem i jestem tego świadoma. Fajne natomiast jest to, że jest naprawdę dobra atmosfera, takie poczucie, że się robi coś razem i ma to jakiś sens. Że ma się możliwość uczenia cały czas nowych rzeczy. Dostałam pracowy angielski ( o 8 rano ale zawsze) i szkolenie do pracy w DS. ( Direct Serch czyli kradziejstwie pracowników bezpośrednim). Nudzić się nie nudzę. Dla gryfona i ślizgona ta praca jest jak znalazł. Cholera, chcę się tego nauczyć. I lubię coś robić. Jest stres, że mi nie wyjdzie – ale jak to mawiają, jest ryzyko – jest zabawa.
2) Jak się po takiej pracy do domu wraca to się docenia to co się ma. Jestem na nowo rozkochana w kocurze i Nat. Fakt młoda fika i sprawia problemy, ale potrafi też zapodać tekstem po którym od razu robi mi się miło. Jak choćby wczorajszy „ zakończyłam proces skakania” czy Sarenki o których już niektórym pisałam.
3) Robimy WRESZCIE remont pokoju Natalia. Na raty – drapiemy dwa, trzy paski tapet, sprzątamy i wszystko wraca do normy. Darcie tapet mnie odpręża. Perspektywa malowania kolorami i tego, że będzie to wyglądało naprawdę fajnie też jest bardzo miła. Aniołaku, niedługo pędzle w dłoń i kffiatki maluj.
4) Kot niestety u nas już nie mieszka. Niestety nie jest u Kamili, tylko u dawnych właścicieli. Formalnie nie mieliśmy im niczego do zarzucenia, choć tradycyjne śląskie rodziny nie budzą naszej sympatii. Dostali młodego tylko dlatego, że robili o niego duże halo. Cóż, życzymy im dobrze o tyle, o ile to ma wpłynąć na pozytywny los kota. I lepiej żebyśmy się nie dowiedzieli że był inny!
5) Jesień jest złota i słoneczna. Za tydzień w piątek Kraków i rpg. Potem imprezy tak jak pisałam. Prawie wszystkie. Jest już termin mikołajek fokowych i może wigilia z trójkę w Łupkowie. I pewnie Carmen w marcu z Aniołakiem. Kusi termin urodzinowy (-;
Poza tym czytam Roberta Blya’a Żelaznego Jana i się zachwycam. Wiem, psychoanaliza ale mądra i zabawna. I o tym aspekcie męskiej duszy, który jest mi jakoś szczególnie bliski. O tym Dionizyjsko – Posejdońskim dzikim czymś. Kiedyś dawno temu to czytałam, ale mnie wzięło na odkurzenie. Następny w kolejce będzie Zen i sztuka oporządzania motocykla. Poza tym piszę. I tysiąc fajnych ciepłych szczegółów. Kolczyki upatrzone z trendymanii. Muzyka Toma Waitsa i Cohena . I Ajde jano. Tak to najbardziej za mną chodzi. Cały czas.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
sobota, 4 października 2008
Pracywa się. Bez komentarza.
Tematu pracy nie porusza się specjalnie i świadomie. I nie będzie się. Chyba że odkryję, jak można zahasłować dla znajomych blogspota. Nie chcę jakby co wylecieć z dużym hukiem ( z małym tez nie). Tak cm razy inaczej pozostaje mi podsumować, że radę. No bo w końcu co, ja mam nie dać?
sobota, 26 stycznia 2008
Uj jak dawno mnie nie było! Nie miałam ochoty pisać, bo świąt nie lubię. A brak światła i krótki dzień działały demotywująco. A tak jest lepiej. Byle do marca.
A dzieje się dużo.
Pa pierwsze to jestem absolutnie i zupełnie uzależniona od JERBA MATE. Pijam do 6 tykw dziennie. Corso wie jak to działa (-;
Troszkę ze świata Kultury. Byliśmy wczoraj z kocurem na Persepolis.
CUDOWNE! Jeden z najlepszych filmów jakie ostatnio widziałam. Przejmująca opowieść z poczuciem humoru, o dojrzewaniu, alienacji i tęsknotach dziewczyńskich. Z wojną w tle. Bardzo dobrze pokazany Teheran i groza wojny – ale bez patosu i tak że film może odnosić się do każdej innej dziewczynki tego pokolenia. Może tak mi się podobał bo niesamowicie utożsamiałam się z bohaterką. Dziecinką buntowniczą, chowaną wśród dorosłych, zafascynowanej ojcem ( nie nie komunizmem, ale czymś wręcz przeciwnym – uczono mnie w przedszkolu wierszyka „ i na drzewach zamiast liści nich zawisną komuniści”). I potem dojrzewanie które było jednym wielkim buntem i „ nie pasuję do świata”. Jakby na ironię mój pierwszy wybranek też okazał się gejem. Bywa. Na szczęśćcie potem trafiłam lepiej.
I innych zabawa na pograniczu kultury ( i psychologii). Kupiliśmy sobie ostatnio z Kocurem dwie książki Bogowie/Boginie w każdym/każdej z nas pani Bolen, ( Pisałam o niej kilka notek niżej). Książka cudowna i w sumie jedna z lepszych książek o psychologii jakie czytałam. Zrobiliśmy sobie z Panem Kocurem zabawę – każde z nas przeczytało obie książki – a potem przygotowało archetyp „ postaci idealnej, siebie, oraz partnera”. Oj fajne rzeczy powychodziły. Choćby taka że moja samoocena była dość podobna to ideału Kocura. Nie będę więcej pisać, bo to są w sumie prywatne sprawy, ale tylko wspomnę że mnie kocur doceniła jako:
Afrodyta 45% Detemetr 28% Persefona 25% Artemida 7%
Jakby nie było się zgadza. Pan mąż zna mnie lepiej niż ja siebie. Cóż.
Poza tym piszę. Skończyłam z Fidelio cudowny marysuistyczny projekt „Perski Królik” – i choć artyzmu w tym nie ma za grosz, to bawiłam się cudownie i mózg mi odpoczął. Pozbyłam się presji pisania i odświeżyłam sobie wena. Dziękuję Fidelio. Jakkolwiek durna by była nasza zabawa – grafomańsko-erotyczne-rpg – to czuję się jak po długich sudownych wakacjach.
Poza tym to pracuję. I o tym słów kilka. Dalej pracuję za marne grosze, ale za to w domu z nienormowanym czasem. Tak czy inaczej błagam nie wierzcie w budy o „ strasznym potworze od rekrutacji”. Kiedy szukacie pracy tej pani naprzeciwko was też zależy żebyście wypadli super! Jesteście dobrzy – ona ma premię i zadanie wykonane. Jesteście do niczego – ma awanturę szefa i dalej musi szukać. To raz.
Dwa rekrutacja jest przede wszystkim oparta o system ZBIERACKO ŁOWIECKI. Kandydata trzeba znaleźć, wypatrzyć, złapać i nie puścić.
Jeżeli chodzi o mnie i kandydat sam dzwoni, nawet mając już umowę i mówi, że : „rozmawiał z żoną, ma małe dziecko, nie chce ich zostawiać”. – to ja mu mówię szczerze że ma słuszne kryterium wartości. I szkoda mi ale uważam, że tak jest lepiej. Nawet za cenę premii.
Ale jak widzę chłopaka lat 24, kawalera, na bezrobociu, dla którego mam umowę za 13 euro za godzinę w dzień ( a 15 w nocy) – i on się nie odzywa a potem pisze smsa „ rezygnuje, bo ta umowa tylko na miesiąc i nie chce ryzykować” – to mnie wtedy szlag trafia i myślę że jest kiep, łoś i dupek. A ja narobiłam się na darmo. Bu. A takich sytuacji ostatnio troszkę miałam.
A dzieje się dużo.
Pa pierwsze to jestem absolutnie i zupełnie uzależniona od JERBA MATE. Pijam do 6 tykw dziennie. Corso wie jak to działa (-;
Troszkę ze świata Kultury. Byliśmy wczoraj z kocurem na Persepolis.
CUDOWNE! Jeden z najlepszych filmów jakie ostatnio widziałam. Przejmująca opowieść z poczuciem humoru, o dojrzewaniu, alienacji i tęsknotach dziewczyńskich. Z wojną w tle. Bardzo dobrze pokazany Teheran i groza wojny – ale bez patosu i tak że film może odnosić się do każdej innej dziewczynki tego pokolenia. Może tak mi się podobał bo niesamowicie utożsamiałam się z bohaterką. Dziecinką buntowniczą, chowaną wśród dorosłych, zafascynowanej ojcem ( nie nie komunizmem, ale czymś wręcz przeciwnym – uczono mnie w przedszkolu wierszyka „ i na drzewach zamiast liści nich zawisną komuniści”). I potem dojrzewanie które było jednym wielkim buntem i „ nie pasuję do świata”. Jakby na ironię mój pierwszy wybranek też okazał się gejem. Bywa. Na szczęśćcie potem trafiłam lepiej.
I innych zabawa na pograniczu kultury ( i psychologii). Kupiliśmy sobie ostatnio z Kocurem dwie książki Bogowie/Boginie w każdym/każdej z nas pani Bolen, ( Pisałam o niej kilka notek niżej). Książka cudowna i w sumie jedna z lepszych książek o psychologii jakie czytałam. Zrobiliśmy sobie z Panem Kocurem zabawę – każde z nas przeczytało obie książki – a potem przygotowało archetyp „ postaci idealnej, siebie, oraz partnera”. Oj fajne rzeczy powychodziły. Choćby taka że moja samoocena była dość podobna to ideału Kocura. Nie będę więcej pisać, bo to są w sumie prywatne sprawy, ale tylko wspomnę że mnie kocur doceniła jako:
Afrodyta 45% Detemetr 28% Persefona 25% Artemida 7%
Jakby nie było się zgadza. Pan mąż zna mnie lepiej niż ja siebie. Cóż.
Poza tym piszę. Skończyłam z Fidelio cudowny marysuistyczny projekt „Perski Królik” – i choć artyzmu w tym nie ma za grosz, to bawiłam się cudownie i mózg mi odpoczął. Pozbyłam się presji pisania i odświeżyłam sobie wena. Dziękuję Fidelio. Jakkolwiek durna by była nasza zabawa – grafomańsko-erotyczne-rpg – to czuję się jak po długich sudownych wakacjach.
Poza tym to pracuję. I o tym słów kilka. Dalej pracuję za marne grosze, ale za to w domu z nienormowanym czasem. Tak czy inaczej błagam nie wierzcie w budy o „ strasznym potworze od rekrutacji”. Kiedy szukacie pracy tej pani naprzeciwko was też zależy żebyście wypadli super! Jesteście dobrzy – ona ma premię i zadanie wykonane. Jesteście do niczego – ma awanturę szefa i dalej musi szukać. To raz.
Dwa rekrutacja jest przede wszystkim oparta o system ZBIERACKO ŁOWIECKI. Kandydata trzeba znaleźć, wypatrzyć, złapać i nie puścić.
Jeżeli chodzi o mnie i kandydat sam dzwoni, nawet mając już umowę i mówi, że : „rozmawiał z żoną, ma małe dziecko, nie chce ich zostawiać”. – to ja mu mówię szczerze że ma słuszne kryterium wartości. I szkoda mi ale uważam, że tak jest lepiej. Nawet za cenę premii.
Ale jak widzę chłopaka lat 24, kawalera, na bezrobociu, dla którego mam umowę za 13 euro za godzinę w dzień ( a 15 w nocy) – i on się nie odzywa a potem pisze smsa „ rezygnuje, bo ta umowa tylko na miesiąc i nie chce ryzykować” – to mnie wtedy szlag trafia i myślę że jest kiep, łoś i dupek. A ja narobiłam się na darmo. Bu. A takich sytuacji ostatnio troszkę miałam.
środa, 24 października 2007
Kandydat mnie zabił podczas wywiadu ( hobby kulturystyka)
- Dlaczego chce pan jechać do Belgi?
- No, bo ja sie kulturą interesuje, tych ....eee.... wikingów.
ómarłam
Poza tym jestem chora. Zdechnięta. Nie ma mnie.
- Dlaczego chce pan jechać do Belgi?
- No, bo ja sie kulturą interesuje, tych ....eee.... wikingów.
ómarłam
Poza tym jestem chora. Zdechnięta. Nie ma mnie.
środa, 29 sierpnia 2007
Mały apel do czytelników którzy kiedykolwiek będą sie starli się o pracę:
Aplikujcie kiedy wasze kwalifikacje są o stopień dwa niższe niż wymagane. Nie oczekuje sie kandydatów idealnych. Ale niech wasze doświadczenie będzie choć traszkę spójne z tym czego sie oczekuje! Jeżeli piszą „ komunikatywny angielski” a wasz jedyny język to „ słaby rosyjski” oraz jeżeli wymagają „doświadczenia w produkcji spożywczej” A wy macie „ doświadczenia jako ochroniarz na dyskotece, pracownik fabryki czołgów, albo grabarz” To na merlina nie aplikujcie!
Kot przeczytał właśnie 98 CV. I nic nie ma.
Aplikujcie kiedy wasze kwalifikacje są o stopień dwa niższe niż wymagane. Nie oczekuje sie kandydatów idealnych. Ale niech wasze doświadczenie będzie choć traszkę spójne z tym czego sie oczekuje! Jeżeli piszą „ komunikatywny angielski” a wasz jedyny język to „ słaby rosyjski” oraz jeżeli wymagają „doświadczenia w produkcji spożywczej” A wy macie „ doświadczenia jako ochroniarz na dyskotece, pracownik fabryki czołgów, albo grabarz” To na merlina nie aplikujcie!
Kot przeczytał właśnie 98 CV. I nic nie ma.
sobota, 25 sierpnia 2007
Wczoraj przeszłam Doła. dzięki fachowej interwencji Bliskich nawet sie, z niego wygrzebałam, ale ciągle mi jakoś Tak. Dół wynikał z uświadomienia sobie faktu, ze jestem leń, obibok i nierób.
Przez całe LO i studia przeszłam fuksem. A właściwie fuksem, tupetem i inteligencją. Nie robiłam nic, czego dziś trochę żałuję, bo mogłam wiedzieć więcej, a zmarnowałam dużo czasu. Kot szedł po najmniejszej linii oporu po tytułem jakoś to będzie. I było. Jakoś.
Niestety okazało się, że do pracy mam stosunek podobny. Nie mogę narzekać na pracodawcę – akurat Horyzont daje mi pracę lekka i przyjemną i jest naprawdę przyjazny. Nie wiem czy problem tkwi we mnie, czy w tym, że jestem w domu z Nat, ale nie umiem się zorganizować. Aby zrobić pracę 10 minutową = przez 10 minut pracuję, 10 użeram się z Nat, a 40 sprzątam to co ona potem narozrabiała. I robie się nerwowa. Dodatkowo mam nie najlepsze efekty: na 6 osób wysłanych 4 rezygnowały, jednej oni nie chcieli, a ostania podpisał umowę, ukradł 200 euro i znikła. Załamać się można. Mam jakoś od kilku dni bloka na robienie czegokolwiek. I nie wiem naprawdę czy to chwilowy kryzys czy ja sie do żadnej roboty nie nadaję.
Bo oprócz pracy to mi w życiu rzeczy wychodzą. Nie wiem też czy moja to zasługa czy fuks. Do ludzi mam szczęcie. I do przyjaciół i do kocura. I do córki – bo mamowanie to coś w czym nigdy nie miałam znużenia, ani wątpliwości. Może dlatego że Kot ( czyli ja) jest za głupi żeby się bać? Wcale się nie boi bo jakoś to będzie.
Oj. Jakoś tak przeżyłam 27 lat to i teraz dam rade. Najwyżej mnie wyrzucą. Bywa. Mam kryzys, ale łatwo sie nie poddam, może od poniedziałku może kogoś znajdę – a jak nie, albo nie będę miała czasu to dziury niebie nie będzie. Patrzy człowiek ( kot) na rządzących co majątek za nic nie robienie i niekompetencje biorą to sie przestaje przyjmować. Mam to gdzieś jak to wyjdzie. Nie zmusi mnie to do stresu, ani do oddzielania sie od tego co kocham. Grunt to do przodu. I dbać o to co Dobre w około.
Btw. z innej beczki. Jest coś co zgubiłam w życiu a co ostatnio znalazłam ( dostałam). Pocałunki i ich magię. Kiedy są pocałunki jest Lepiej. Dziękuję kocurze i nawet nie wiesz jakie One są ważne.
Przez całe LO i studia przeszłam fuksem. A właściwie fuksem, tupetem i inteligencją. Nie robiłam nic, czego dziś trochę żałuję, bo mogłam wiedzieć więcej, a zmarnowałam dużo czasu. Kot szedł po najmniejszej linii oporu po tytułem jakoś to będzie. I było. Jakoś.
Niestety okazało się, że do pracy mam stosunek podobny. Nie mogę narzekać na pracodawcę – akurat Horyzont daje mi pracę lekka i przyjemną i jest naprawdę przyjazny. Nie wiem czy problem tkwi we mnie, czy w tym, że jestem w domu z Nat, ale nie umiem się zorganizować. Aby zrobić pracę 10 minutową = przez 10 minut pracuję, 10 użeram się z Nat, a 40 sprzątam to co ona potem narozrabiała. I robie się nerwowa. Dodatkowo mam nie najlepsze efekty: na 6 osób wysłanych 4 rezygnowały, jednej oni nie chcieli, a ostania podpisał umowę, ukradł 200 euro i znikła. Załamać się można. Mam jakoś od kilku dni bloka na robienie czegokolwiek. I nie wiem naprawdę czy to chwilowy kryzys czy ja sie do żadnej roboty nie nadaję.
Bo oprócz pracy to mi w życiu rzeczy wychodzą. Nie wiem też czy moja to zasługa czy fuks. Do ludzi mam szczęcie. I do przyjaciół i do kocura. I do córki – bo mamowanie to coś w czym nigdy nie miałam znużenia, ani wątpliwości. Może dlatego że Kot ( czyli ja) jest za głupi żeby się bać? Wcale się nie boi bo jakoś to będzie.
Oj. Jakoś tak przeżyłam 27 lat to i teraz dam rade. Najwyżej mnie wyrzucą. Bywa. Mam kryzys, ale łatwo sie nie poddam, może od poniedziałku może kogoś znajdę – a jak nie, albo nie będę miała czasu to dziury niebie nie będzie. Patrzy człowiek ( kot) na rządzących co majątek za nic nie robienie i niekompetencje biorą to sie przestaje przyjmować. Mam to gdzieś jak to wyjdzie. Nie zmusi mnie to do stresu, ani do oddzielania sie od tego co kocham. Grunt to do przodu. I dbać o to co Dobre w około.
Btw. z innej beczki. Jest coś co zgubiłam w życiu a co ostatnio znalazłam ( dostałam). Pocałunki i ich magię. Kiedy są pocałunki jest Lepiej. Dziękuję kocurze i nawet nie wiesz jakie One są ważne.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Jest źle,
Praca
piątek, 20 lipca 2007
Ojojojj jak mnie dawno nie było. Więc może zacznę depeszą ze świata anisków. Jest nieźle zasadniczo. Nie jest zupełnie dobrze, ale bardzo nieźle. Jakkolwiek to brzmi.
Dzisiejsze depesze sponsoruje P. P jak Puszka Puszka pomidorów.
No wiec P.
P jak PRACA. Odechciało mi się psychologii. Zupełnie. I akurat dostałam propozycję powrotu do Horyzontu pracując z domu. Mam rekrutować pracowników produkcyjnych do Belgii. Praca nawet fajna i ja taka lubię, ale za cholerę nie umiem się zorganizować z Natalią. Jak siedzę i nic nie robię to się bawi jak aniołek, a jak chce dzwonić to płacze, marudzi, coś wylewa, przewraca. Na razie mam zastraszająco małą efektywność, ale sie staram. Na tyle na ile mi się chce starać, bo pracoholikiem nie jestem. Zaczyna do mnie dochodzić bolesna prawda że ja się do pracy jako takiej nie nadaję wcale. Bogowie ześlijcie mi nieograniczone zasoby pieniędzy i mogę hodować całe stada małych Natalsiów jak Krystyna synów Mikołaja! I chcę czytać, i podróżować i robić inne nieproduktywne rzeczy!
P Jak PISANIE POJEDYNKU. Są pomysły, jest niepokój twórczy. Nie mam chwilki żeby sie skupić. Nad pisaniem nie da się siadać i tworzyć to jakby się skrobało ścianę. Trzeba wejść w ten świat dusza i myślami. Nie umiem się skupić. Może dlatego że myślę albo o nat albo o tym, że mam zaległą parce co leży i kwiczy? Tyle że termin goni. I coś we mnie bez słów usycha. Muszę to zrobić i się wreszcie zmotywować do tej historii. Zwłaszcza ze jutro wraca moje beta z orkonu.
P Jak PODRÓŻE. Był Jawornik i było bardzie ciepło i fajnie. Pomijając moje osobiste animozje i trudności charakteru to strasznie mi było tam dobrze na duszy. Jakoś tak wypoczęłam. Potem były dwa dni Orkonu. Z małą Nat pod namiotem. Gdybym wiedziała jak dobrze to zneisie to bym na dłużej jechała. Może przez ostanie lata wyluzowałam, ale chyba nie przeszkadza mi na takich wyjazdach to co mi kiedyś wadziło. Bardziej pewnie się czuję. Szkoda że tak krótko.
P jak PSYCHOLOGIA. Normalnie nie lubię psychotestów. Są durne. Ale ostatnio na zaprzyjaźnionym forum niejaka Fidelio zaproponowała ciekawy podział osobowości w zależności od archetypów w mitologi greckiej. W skrócie żeńskie Archetypy wyglądają tak:
Archetypy kobiece. Generacja matek, typy kobiet dojrzałych:
1. Demeter – Matka Ziemia, definiuje się poprzez macierzyństwo. Uwielbia wszystkie dzieci i ma do nich nieskończoną cierpliwość. Synów rozpieszcza, ale z córkami ma często trudne relacje. Bywa zaborcza, potrafi „udusić z miłości”. Żyje wyłącznie dla swojej rodziny, kontakty ze światem zewnętrznym jej nie interesują.
2. Hera – dumna, władcza, królewska. Często bardzo efektowna. Ma obsesję prawa, norm społecznych, statusu. Bywa zazdrosna, autorytarna, zimna, wyrachowana.
3. Hestia – porządkowaczka świata. Ma głęboki szacunek dla tradycji, prawa, zwyczajów. Często daje się zdominować, wycofuje się, nigdy nie walczy. Samotniczka, stojąc z boku uważnie obserwuje innych. Mądra, ale nie narzuca się. Rzadko wchodzi w relacje miłosne, przyjaźni się niemal wyłącznie z kobietami.
Generacja córek, typy kobiet młodych:
4. Atena – tatusiowa córeczka, w dzieciństwie chciała być chłopcem. Silna, nieco męska, szefująca, skrajnie opanowana. Często feministka. Dobra przyjaciółka, ale z trudnością się zakochuje. Wojownicza, może być bezwzględna. Bardzo inteligentna, logiczna, racjonalna. Niezbyt opiekuńcza.
5. Artemida – silna i samowystarczalna, ale impulsywna. Doskonała przyjaciółka, lojalna na śmierć i życie. Najbardziej ceni wolność, nie zakochuje się z zasady. Zwykle trudne relacje z ojcem, któremu desperacko chciała zaimponować. Skończona racjonalistka. Idealna siostra, potrafi być opiekuńcza. Lubi być podziwiana.
6. Afrodyta – wykorzystuje swoją kobiecość jako niezawodną broń. Fascynująca, bardzo silna, bardzo seksualna. Bardzo inteligentna, o dużej intuicji. Dumna, władcza, przekonana o swojej wyższości. Bywa manipulatorska, niestała, szybko się nudzi. Nie lubi towarzystwa kobiet.
7. Persefona – bardzo mądra, bardzo słaba, bardzo wrażliwa. Całkowity odludek, ale jeśli się oswoi to potrafi być niezwykle lojalna. Zakochuje się rzadko, ale w stopniu ekstremalnym, dla ratowania ukochanego stawi czoła samemu piekłu. Trudne relacje z matką, idei siostrzeństwa nie rozumie. Bardzo twórcza, ale nie pokazuje nikomu swojej twórczości.
Na początku nie umiałam się znaleźć. Wszędzie mi coś nie pasowało. Na Demeter za mało lubię tradycje i rodzinę, a na Persefonę za mało jestem wylękniona. W końcu coś mnie trafiło i sobie to poukładałam: 33.3% Persefona ( moja niemiłosierna skłonność do mrocznych Hadesów i relacje z matką) 33.3% Demeter ( moje zakochanie w macierzyństwie i pierwotna radość z rodzenia i dawania) 33.3% Afrodyta ( zmienność, skłonność do flirtu i nowości). Jasne i wtedy się wszystko dospawało! Bogini o trzech twarzach – Persefona i Demeter w Jednym czyli Hekate. Megalityczna Hekate z Afrodytą jako ta trzecią. Poczułam się absolutnie usatysfakcjonowana trafnością porównania. Jestem wiedźmą, Heakate. Chędożonym megalitycznym kotem który nie wiadomo co robi w naszych czasach.
P jak PIEPRZONY REMONT. Już jakiś czas temu robiłam mega remont. I nie spodziewałam sie ze będzie aż tyle pracy. Ogromny pokój i kilka warstw farby klejowej pod tapetą. Do dziś mam ślady po odciskach. Wszystko robiliśmy sami z Kocurem i Aniołakiem. I byłam tak spracowana ze nie maiłam siły o tym na blogi pisać. Ściany są; ciemno czerwona, pomarańczowa, jasno zielona a sufit żółty. ( To wszystko w jednym pokoju) I chwała Indygo która jako pierwsza nie powiedziała „ Oooo, interesujące....” Tylko „ O, fajne”. Mówimy nie nudnym wnętrzom, mówimy nie nudnym książkom, mówimy nie nudnym facetom. (-;
A teraz P jak PÓŹNIEJ. Później popracuję. Później się będą martwić. Teraz idę na spacer z Nat. I będę myśleć o Kapitanie okrętu z Czerwonymi Żaglami. Ot co!
Dzisiejsze depesze sponsoruje P. P jak Puszka Puszka pomidorów.
No wiec P.
P jak PRACA. Odechciało mi się psychologii. Zupełnie. I akurat dostałam propozycję powrotu do Horyzontu pracując z domu. Mam rekrutować pracowników produkcyjnych do Belgii. Praca nawet fajna i ja taka lubię, ale za cholerę nie umiem się zorganizować z Natalią. Jak siedzę i nic nie robię to się bawi jak aniołek, a jak chce dzwonić to płacze, marudzi, coś wylewa, przewraca. Na razie mam zastraszająco małą efektywność, ale sie staram. Na tyle na ile mi się chce starać, bo pracoholikiem nie jestem. Zaczyna do mnie dochodzić bolesna prawda że ja się do pracy jako takiej nie nadaję wcale. Bogowie ześlijcie mi nieograniczone zasoby pieniędzy i mogę hodować całe stada małych Natalsiów jak Krystyna synów Mikołaja! I chcę czytać, i podróżować i robić inne nieproduktywne rzeczy!
P Jak PISANIE POJEDYNKU. Są pomysły, jest niepokój twórczy. Nie mam chwilki żeby sie skupić. Nad pisaniem nie da się siadać i tworzyć to jakby się skrobało ścianę. Trzeba wejść w ten świat dusza i myślami. Nie umiem się skupić. Może dlatego że myślę albo o nat albo o tym, że mam zaległą parce co leży i kwiczy? Tyle że termin goni. I coś we mnie bez słów usycha. Muszę to zrobić i się wreszcie zmotywować do tej historii. Zwłaszcza ze jutro wraca moje beta z orkonu.
P Jak PODRÓŻE. Był Jawornik i było bardzie ciepło i fajnie. Pomijając moje osobiste animozje i trudności charakteru to strasznie mi było tam dobrze na duszy. Jakoś tak wypoczęłam. Potem były dwa dni Orkonu. Z małą Nat pod namiotem. Gdybym wiedziała jak dobrze to zneisie to bym na dłużej jechała. Może przez ostanie lata wyluzowałam, ale chyba nie przeszkadza mi na takich wyjazdach to co mi kiedyś wadziło. Bardziej pewnie się czuję. Szkoda że tak krótko.
P jak PSYCHOLOGIA. Normalnie nie lubię psychotestów. Są durne. Ale ostatnio na zaprzyjaźnionym forum niejaka Fidelio zaproponowała ciekawy podział osobowości w zależności od archetypów w mitologi greckiej. W skrócie żeńskie Archetypy wyglądają tak:
Archetypy kobiece. Generacja matek, typy kobiet dojrzałych:
1. Demeter – Matka Ziemia, definiuje się poprzez macierzyństwo. Uwielbia wszystkie dzieci i ma do nich nieskończoną cierpliwość. Synów rozpieszcza, ale z córkami ma często trudne relacje. Bywa zaborcza, potrafi „udusić z miłości”. Żyje wyłącznie dla swojej rodziny, kontakty ze światem zewnętrznym jej nie interesują.
2. Hera – dumna, władcza, królewska. Często bardzo efektowna. Ma obsesję prawa, norm społecznych, statusu. Bywa zazdrosna, autorytarna, zimna, wyrachowana.
3. Hestia – porządkowaczka świata. Ma głęboki szacunek dla tradycji, prawa, zwyczajów. Często daje się zdominować, wycofuje się, nigdy nie walczy. Samotniczka, stojąc z boku uważnie obserwuje innych. Mądra, ale nie narzuca się. Rzadko wchodzi w relacje miłosne, przyjaźni się niemal wyłącznie z kobietami.
Generacja córek, typy kobiet młodych:
4. Atena – tatusiowa córeczka, w dzieciństwie chciała być chłopcem. Silna, nieco męska, szefująca, skrajnie opanowana. Często feministka. Dobra przyjaciółka, ale z trudnością się zakochuje. Wojownicza, może być bezwzględna. Bardzo inteligentna, logiczna, racjonalna. Niezbyt opiekuńcza.
5. Artemida – silna i samowystarczalna, ale impulsywna. Doskonała przyjaciółka, lojalna na śmierć i życie. Najbardziej ceni wolność, nie zakochuje się z zasady. Zwykle trudne relacje z ojcem, któremu desperacko chciała zaimponować. Skończona racjonalistka. Idealna siostra, potrafi być opiekuńcza. Lubi być podziwiana.
6. Afrodyta – wykorzystuje swoją kobiecość jako niezawodną broń. Fascynująca, bardzo silna, bardzo seksualna. Bardzo inteligentna, o dużej intuicji. Dumna, władcza, przekonana o swojej wyższości. Bywa manipulatorska, niestała, szybko się nudzi. Nie lubi towarzystwa kobiet.
7. Persefona – bardzo mądra, bardzo słaba, bardzo wrażliwa. Całkowity odludek, ale jeśli się oswoi to potrafi być niezwykle lojalna. Zakochuje się rzadko, ale w stopniu ekstremalnym, dla ratowania ukochanego stawi czoła samemu piekłu. Trudne relacje z matką, idei siostrzeństwa nie rozumie. Bardzo twórcza, ale nie pokazuje nikomu swojej twórczości.
Na początku nie umiałam się znaleźć. Wszędzie mi coś nie pasowało. Na Demeter za mało lubię tradycje i rodzinę, a na Persefonę za mało jestem wylękniona. W końcu coś mnie trafiło i sobie to poukładałam: 33.3% Persefona ( moja niemiłosierna skłonność do mrocznych Hadesów i relacje z matką) 33.3% Demeter ( moje zakochanie w macierzyństwie i pierwotna radość z rodzenia i dawania) 33.3% Afrodyta ( zmienność, skłonność do flirtu i nowości). Jasne i wtedy się wszystko dospawało! Bogini o trzech twarzach – Persefona i Demeter w Jednym czyli Hekate. Megalityczna Hekate z Afrodytą jako ta trzecią. Poczułam się absolutnie usatysfakcjonowana trafnością porównania. Jestem wiedźmą, Heakate. Chędożonym megalitycznym kotem który nie wiadomo co robi w naszych czasach.
P jak PIEPRZONY REMONT. Już jakiś czas temu robiłam mega remont. I nie spodziewałam sie ze będzie aż tyle pracy. Ogromny pokój i kilka warstw farby klejowej pod tapetą. Do dziś mam ślady po odciskach. Wszystko robiliśmy sami z Kocurem i Aniołakiem. I byłam tak spracowana ze nie maiłam siły o tym na blogi pisać. Ściany są; ciemno czerwona, pomarańczowa, jasno zielona a sufit żółty. ( To wszystko w jednym pokoju) I chwała Indygo która jako pierwsza nie powiedziała „ Oooo, interesujące....” Tylko „ O, fajne”. Mówimy nie nudnym wnętrzom, mówimy nie nudnym książkom, mówimy nie nudnym facetom. (-;
A teraz P jak PÓŹNIEJ. Później popracuję. Później się będą martwić. Teraz idę na spacer z Nat. I będę myśleć o Kapitanie okrętu z Czerwonymi Żaglami. Ot co!
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Mity,
Osobowość wombacia,
Praca
wtorek, 12 czerwca 2007
Zgubiłam się. Musze znowu kilak rzeczy przemyśleć, a może z kimś przegadać.
Chodzi o sprawy pracowe.
Chodzę ta ten wolontariat do Katowic – bo kazano tam robić straż. Byłam już w podobnym ośrodku półtorej roku, ale ok. I powiem że tak źle prowadzonego miejsca jak Gniazdo nie widziałam. Dzieciaki wszystko mogą, nic sobie nie robią z wychowawców, klną, nie mją żadnych norm. Jak dla mnie to nie jest socjoterapia tylko melina. Wychowawcy mają dość – nic nie mogą dzieciom powiedzieć i one dobrze o tym wiedzą. A jak się odwiedziłam zarobki za etat są około 600 zł.
Nie podoba mi się to miejsce. Nie wiem czy wytrzymam do końca czerwca tam. W Zabrzu ośrodek był prowadzony zupełnie inaczej – czyli można. I mam ochotę pozabijać dzieciaki choć wiem że to nie ich wina tylko durnego kierownictwa.
Dodatkowo szkoda mi czasu bez Natalii. Bo prawda jest taka ze kiedy z nią siedziałam miałam taki spokój w sobie i jakieś jasne uczucie ze robię to co robić powinnam. A teraz tego nie mam.
Tylko mam lat 27 i na coś by się trzeba zdecydować. Kiedy Nat skończy trzy latka chcę wrócić do pracy. I mam dwie opcje. Albo rzeczywiście zrezygnować z psychologii i wrócić do Horyzontu, bo to nie było złe miejsce. I mój wewnętrzny Slizgon lubił tą pracę. Nie była nudna. Rekrutacja wymagała kombinowania. I na dodatek zespół nie był głupi a zarobki tak upokarzająco niskie.
Albo się pchać w psychologię. Bo są dziadziny które mnie interesują. Muszę się jeszcze wiele nauczyć ale wiem że dam radę. Inna rzecz to czy wytrzymam tak durnie zarządzany ośrodek.
Mam ochotę odnowić kontakt z szefową ośrodku w Zabrzu – może ona mi coś poradzi o sytuacji na rynku pracy psychologów. I chciałabym żeby był już lipiec. Żeby wyjechać na tydzień z obiema Nataliami i kilka rzeczy sobie przemyśleć.
Głupio mi o tym mówić bo mam lat dużo a zawodowo w nic na prawdę nie wsiąknęłam. Cholera nawet studia wybrałam przypadkowo. Interesowało mnie kulturoznawstwo i antropologia kultury, ale to jakieś niekonkretne było więc krakowskim targiem ( bo humanistyczne proste i z perspektywami – buchchcaaa) wybrałam psychologię.
Chyba powinnam sobie odpuścić i jeszcze zostać z Nat.
Chyba powinnam wiedzieć kiedy w życiu zawrócić, nawet jeżeli jest to śmiesznie na początku drogi.
Chyba powinnam posłuchać kilku rad.
I bardzo dokładnie to sobie przemyśleć.
Chodzi o sprawy pracowe.
Chodzę ta ten wolontariat do Katowic – bo kazano tam robić straż. Byłam już w podobnym ośrodku półtorej roku, ale ok. I powiem że tak źle prowadzonego miejsca jak Gniazdo nie widziałam. Dzieciaki wszystko mogą, nic sobie nie robią z wychowawców, klną, nie mją żadnych norm. Jak dla mnie to nie jest socjoterapia tylko melina. Wychowawcy mają dość – nic nie mogą dzieciom powiedzieć i one dobrze o tym wiedzą. A jak się odwiedziłam zarobki za etat są około 600 zł.
Nie podoba mi się to miejsce. Nie wiem czy wytrzymam do końca czerwca tam. W Zabrzu ośrodek był prowadzony zupełnie inaczej – czyli można. I mam ochotę pozabijać dzieciaki choć wiem że to nie ich wina tylko durnego kierownictwa.
Dodatkowo szkoda mi czasu bez Natalii. Bo prawda jest taka ze kiedy z nią siedziałam miałam taki spokój w sobie i jakieś jasne uczucie ze robię to co robić powinnam. A teraz tego nie mam.
Tylko mam lat 27 i na coś by się trzeba zdecydować. Kiedy Nat skończy trzy latka chcę wrócić do pracy. I mam dwie opcje. Albo rzeczywiście zrezygnować z psychologii i wrócić do Horyzontu, bo to nie było złe miejsce. I mój wewnętrzny Slizgon lubił tą pracę. Nie była nudna. Rekrutacja wymagała kombinowania. I na dodatek zespół nie był głupi a zarobki tak upokarzająco niskie.
Albo się pchać w psychologię. Bo są dziadziny które mnie interesują. Muszę się jeszcze wiele nauczyć ale wiem że dam radę. Inna rzecz to czy wytrzymam tak durnie zarządzany ośrodek.
Mam ochotę odnowić kontakt z szefową ośrodku w Zabrzu – może ona mi coś poradzi o sytuacji na rynku pracy psychologów. I chciałabym żeby był już lipiec. Żeby wyjechać na tydzień z obiema Nataliami i kilka rzeczy sobie przemyśleć.
Głupio mi o tym mówić bo mam lat dużo a zawodowo w nic na prawdę nie wsiąknęłam. Cholera nawet studia wybrałam przypadkowo. Interesowało mnie kulturoznawstwo i antropologia kultury, ale to jakieś niekonkretne było więc krakowskim targiem ( bo humanistyczne proste i z perspektywami – buchchcaaa) wybrałam psychologię.
Chyba powinnam sobie odpuścić i jeszcze zostać z Nat.
Chyba powinnam wiedzieć kiedy w życiu zawrócić, nawet jeżeli jest to śmiesznie na początku drogi.
Chyba powinnam posłuchać kilku rad.
I bardzo dokładnie to sobie przemyśleć.
środa, 23 maja 2007
Uffff. Nie tylko przez upały Ufff.
Zaczęłam ów wolontariat. W ośrodku w Zabrzu jest super i chociaż ciężko to mama nadzieję, że sobie dam radę i sie tam zadomowię. Niestety kazali mi zrobić staż w Katowickim ośrodku Gniazdo. Bardzo mi to nie pasuje, bo dojazdy koszmarne i godziny też niemiłe, ale ok. Byłam dziś na rozmowie. Dowiedziałam się co następuje: że nie jestem im potrzebna, bo wolontariusz to w zasadzie nic nie robi, a ono mają takich pod dostatkiem. Nic się nie nauczę, bo bym musiała przez dwa lata chodzić i codziennie. Ale jak chcę sobie pooglądać i tym w Zabrzu zależy to mogę sobie chodzić. Cudownie. Wspaniałe podejście. Najgorsze, że nie mam się z tego jak wykręcić, bo by było, że się nie chcę szkolić. Więc co najmniej przez miesiąc muszę tam pochodzić. Nie zapowiada się dobrze. Anisk czuje się potraktowany z buta.
Poza tym stwierdziłam że pani dyrektor jest osobą straszną. Od pierwszej chwili jakoś czułam, że się nie dogadamy, ale kiedy się odwiedziłam, że; ona ma jak ja mała córeczkę, i to że musiała z nią rok siedzieć w domu i było „ marnowaniem czasu i okresem wyjętym z życiorysu” to mnie zatkało.
Nie każdy musi lubić dzieci, ok. Ale dla psychologa dziecięcego takie doświadczenie to chyba najcenniejsza rzec jaka się może zdarzyć! Nie wiem dlaczego, ale bycie ze swoim młodym otwiera coś w Środku, uczy słuchania rozumienia, kochania. Daje bliskość. Daje pewność siebie i nieskończoną radość. Nie zamieniłabym jednego dnia z Nat na najwspanialsza posadę. Bo to wspólne bycie jest najlepszym co mi się w życiu przydarzyła. To jedna z tych pierwotnych umiejętności jaskiniowych, których nie trzeba się uczyć, a na które wystarczy się otworzyć. Tak jak kochania się, modlitwy. To jest i od tysięcy lat było w głowach mojego gatunku, a potem nagle się uruchamia i jest tylko szczęście.
A dziś się odwiedziłam że to zmarnowany czas. To co nie jest marnowaniem czasu? Hm
Zaczęłam ów wolontariat. W ośrodku w Zabrzu jest super i chociaż ciężko to mama nadzieję, że sobie dam radę i sie tam zadomowię. Niestety kazali mi zrobić staż w Katowickim ośrodku Gniazdo. Bardzo mi to nie pasuje, bo dojazdy koszmarne i godziny też niemiłe, ale ok. Byłam dziś na rozmowie. Dowiedziałam się co następuje: że nie jestem im potrzebna, bo wolontariusz to w zasadzie nic nie robi, a ono mają takich pod dostatkiem. Nic się nie nauczę, bo bym musiała przez dwa lata chodzić i codziennie. Ale jak chcę sobie pooglądać i tym w Zabrzu zależy to mogę sobie chodzić. Cudownie. Wspaniałe podejście. Najgorsze, że nie mam się z tego jak wykręcić, bo by było, że się nie chcę szkolić. Więc co najmniej przez miesiąc muszę tam pochodzić. Nie zapowiada się dobrze. Anisk czuje się potraktowany z buta.
Poza tym stwierdziłam że pani dyrektor jest osobą straszną. Od pierwszej chwili jakoś czułam, że się nie dogadamy, ale kiedy się odwiedziłam, że; ona ma jak ja mała córeczkę, i to że musiała z nią rok siedzieć w domu i było „ marnowaniem czasu i okresem wyjętym z życiorysu” to mnie zatkało.
Nie każdy musi lubić dzieci, ok. Ale dla psychologa dziecięcego takie doświadczenie to chyba najcenniejsza rzec jaka się może zdarzyć! Nie wiem dlaczego, ale bycie ze swoim młodym otwiera coś w Środku, uczy słuchania rozumienia, kochania. Daje bliskość. Daje pewność siebie i nieskończoną radość. Nie zamieniłabym jednego dnia z Nat na najwspanialsza posadę. Bo to wspólne bycie jest najlepszym co mi się w życiu przydarzyła. To jedna z tych pierwotnych umiejętności jaskiniowych, których nie trzeba się uczyć, a na które wystarczy się otworzyć. Tak jak kochania się, modlitwy. To jest i od tysięcy lat było w głowach mojego gatunku, a potem nagle się uruchamia i jest tylko szczęście.
A dziś się odwiedziłam że to zmarnowany czas. To co nie jest marnowaniem czasu? Hm
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca
czwartek, 10 maja 2007
Poglądy bez czynów są martwe.
Sprzeciw bez działania jest hipokryzją.
Więc…
Zaczynam od czwartku wolontariat popołudniami w Domu Samotnej Matki w schronisku im. Brata Alberta. I szkolenie w Katowickim Gnieździe.
Boję się jak cholera.
- jak zniosę rozstania z Natalsiem
- jak dam radę czasowo
- jak rodzice i Przem dadzą radę z Nat
- jak dam radę emocjonalnie, czy się nie wygłupię
Ale kto nie ryzykuje ten w kozie nie siedzi. Zatem w czwartek zaczynamy. Hough.
Sprzeciw bez działania jest hipokryzją.
Więc…
Zaczynam od czwartku wolontariat popołudniami w Domu Samotnej Matki w schronisku im. Brata Alberta. I szkolenie w Katowickim Gnieździe.
Boję się jak cholera.
- jak zniosę rozstania z Natalsiem
- jak dam radę czasowo
- jak rodzice i Przem dadzą radę z Nat
- jak dam radę emocjonalnie, czy się nie wygłupię
Ale kto nie ryzykuje ten w kozie nie siedzi. Zatem w czwartek zaczynamy. Hough.
Etykiety:
Codzienności wombacie,
Praca