wtorek, 31 sierpnia 2010

Haszysz, syfilis, poeci i trup


Książkę miałam w reku ze trzy razy. Najpierw w księgarni, a potem znajomy dostał ją na prezent a ja oglądałam i kręciłam nosem. I nie, bo pewnie jakaś sieczka, kryminał z Mickiewiczem w tle. I jakoś w końcu kupiłam. Zaczęłam czytać. I doszłam do siebie po 3 dniach i prawie 400 stronach.

Jul Pawła Goźlińskiego to kryminał, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, z pełnokrwistymi postaciami, świetnymi dialogami, napisany rewelacyjnym stylem. Troszkę przypomina przygody Kapitana Alatriste, tylko ze względu na bliższość kulturową jeszcze przemawia. Po przeczytaniu miałam wrażenie że właśnie wróciłam z tego cholernego XIX Paryża. Że jeszcze mnie boli głowa z nadmiaru wina i haszyszu, że znam na wskroś te wszystkie mordy; bohaterów, wieszczy, syfilityków i zdrajców. Autor bawi się konwencją kryminału, romantycznej powieści grozy a jednocześnie wykracza poza te gatunki. I przy okazji zdejmuje z piedestału narodowego Wielką Emigrację, Powstańców i Narodowych Wieszczów. I bardzo dobrze, tak są o wiele bliżsi, a na piedestale to tylko gołębie na nich srały.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Feminizm ciężarny

Według słów jednej z czołowych polskich feministek to do tegoż nurtu ze względu na pewne poglądy przynależeć nie mogę, ale niech tam. Dla mnie feminizm to prawo do samodzielnego myślenia, więc nie bacząc na jej słowa sama się przypisuję. I mam ją w nosie. I jej koleżanki też.

A powyższe refleksja i wysyp emocji emancypacyjnych po odwiedzinach jednego z polskich portali. Żeby zobaczyć jak duży jest już M odnalazłam portal „dla mam”. I oczy zrobiły mi się wielkie jak cycki ze zdziwienia. Brzuszkocentryzm. Mylne założenie, że wraz z rozwojem mózgu dziecka zanika mózg matki. I nie interesuje jej już nic. Teraz wykluwa. Egzaltacja tym co jeść i robić można żeby maluszek był szczęśliwy. Kolorowe suwaczki ciążowe. I ogólnie jakieś ogłupienie. Otóż: jestem entuzjastką ciąży i rodzenia, ale mój mózg ma się dobrze. A moje dziecko będzie się miało dobrze, kiedy ja mam się dobrze. A ja w głowie mam rejs, wrześniowy koncert Dikandy, Don Giovanni w Berlinie, sezon na dynie i jeszcze sto innych rzeczy. M też. Dlatego bardzo się cieszę, że ma już około 4 mm i żre kwas foliowy. Ale dalej to jestem Ja. Wombat. Choć czasem w bardzo chwiejnych nastrojach i piersiach w boskim rozmiarze DD. To. Ciągle. Ja.

Ostatecznie informacje znalazłam na angielskiej Wikipedii. A jutro jadę do lekarza i to potwierdzę.


A znalazłam na forum flambergowym nasze zdjęcia z gry z Nat. Fajne było. Chyba od 2005 mój najlepszy Flamberg.




Poza tym czytam: Paweł Goźliński – Jul.
Z pewną taką nieśmiałością i sceptycyzmem podeszłam do tej książki ( aha, kolejny kryminał z kimś sławnym w tle) ale czytam i czytam i jestem zachwycona. Cholernie dobry język i kawał pełnokrwistego czytadła. Zrecenzuję jak skończę.

Słucham, a właściwie się wybieram:
Kto chętny na Koncerty folkowe w Sosnowcu. Ja jadę na 90% ale Dikandę uwielbiam i zrobię wszystko żeby jechać. Poza tym dawno nie byłam na takim dużym koncercie stadionowym.

A przed rejsem jedziemy jeszcze na Rabkon. Wylot z Krakowa sobota 5 rano. Piątek wieczór impreza w Rabce. Ale będą urodziny i nie przyjechać choć na chwilkę się nie godzi. Poza tym chcę się przywitać z jesienią w Gorcach. Co roku ją tam pierwszy raz witam.

I staję przed wyborem egzystencjalnym: buty ładne czy wygodne. Na szczęście rozważania przerwał mój mąż – A weź obie pary.
A że męża trzeba słuchać....W każdym razie te z obłędnie wysokim obcasem są Mru, ale na razie potrafię w nich dojść do samochodu i do mieszkania.


...a remont wciąż trwa, ale rok jeszcze młody to się wyrobimy....


Mru!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Paski dwa (-;

Flamberg był absolutnie zajebisty. I tyle konstruktywnego komentarza. Po pierwsze spotkania z fajnymi ludźmi, a po drugie dawno mi się tak rewelacyjnie nie grało w LARPa. Natalis się wkręcił i właściwie nie wychodził z klimatu, spasowała mi moja rola a i akcja ze zdobyciem elfich uszu była fajna. (-;


A w ogóle to kończą się wakacje, wiec, tradycyjnie już, moje życie robi wariackie rzeczy. Ogłaszam już publicznie. Są dwa paski. A obywatel M. zapowiedział się wstępnie na początek maja. Obcięło mi to imprezy od połowy Flambergu, ale się cieszę jak dzika. Jestem przerażona bo Natalis był...tak dawno temu, no i człowiek był młody, głupi to się niczym nie przejmował. Ale co tam, jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. A na łódkach będę mogła wszystkie objawy zwalić na chorobę morską, o.

piątek, 13 sierpnia 2010

Szylim, szylim i uszylim


Jedziemy w niedzielę na Flamberg. I na tę okazję uszylim z Anią Natalisowi strój. A wygląda on tak:

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Dwa magiczne tygodnie


Jawornik. Jak w zeszłym roku i w jeszcze poprzednich. Ale ciągle inaczej. Miałam to samo uczucie jak kiedy gościłam w Gdyni. Ktoś dzieli ze mną swój dom, stół, czas a przy tym kawałek siebie. To uczucie bliskości, gościnności, bieganie boso po trawie w deszczy i wieczornego siedzenia na schodkach, gadania i patrzenia na rozgwieżdżone niebo. I śpiewanie
Święty, święty, święty - blask kłujący oczy
Święta, święta, święta - ziemia, co nas nosi


Dziękuję. Za wszystko. Za Dom.

No a przed następnym wyjazdem w Łańcucie kupiłam Storczyka. I musiałam go zabrać w dalszą drogę do Jawornika potem do Rzeszowa, do Gorlic, do Wołowca i do domu. PKSem. 5 godzin. Jestem szurnięta, a storczyk piękny. I żyje. Jakoś. A poza tym doszłyśmy z Natti do wniosku, że LND jest bardzo dobrym musicalem, cholernie gorzkim w głębszej warstwie. I niestety prawdopodobnym.

A potem pojechałyśmy z Natalisem do Wołowca. Wieś owa ma domów cztery, zasięgu nie ma, za to dziką zwierzynę za oknem. I orliki krzykliwe na które przez tygodniu patrzyłam jak na gołębie w Krakowie. Nie wiem jak to wytłumaczyć komuś kto tam nie był. Część mnie tam mieszka. Między Gorlicami, Jasłem a Duklą, w Krainie Duchów, wymarłych Łemkowskich wsi, zarośniętych sadów i cmentarzy. To nic że padało prawie cały czas i N. chodziła w mojej kurtce przeciwdesczowej i sandałach a ja mokłam, że mogłyśmy chodzić na trasy do 9 kilometrów bo więcej dzieck nie dawał radę w błocie i chaszczach po szyję. Ale za to leżałyśmy na trawie na starym cmentarzu przy cerkwi trzymając się za ręce i szepcząc zmarłym pozdrowienia. Przywiozłyśmy dużo siniaków i zadrapań, jeden zielnik na różowym papierze ale za to z porostem i świadomość, że pies którego znalazłyśmy w lesie ma nowy dom. I imię.

A teraz wracam do siebie i robię wiśnie a’la Lady Mackbet. Dryluje ich małe serduszka do miski, a ręce i dekolt mam zachlapane ich kwaśną krwią. Zbrodnię zatuszujemy cukrem w garnku.





więcej zdjęć tu http://s90.photobucket.com/albums/k261/labruja_i_natalis/