
Książkę miałam w reku ze trzy razy. Najpierw w księgarni, a potem znajomy dostał ją na prezent a ja oglądałam i kręciłam nosem. I nie, bo pewnie jakaś sieczka, kryminał z Mickiewiczem w tle. I jakoś w końcu kupiłam. Zaczęłam czytać. I doszłam do siebie po 3 dniach i prawie 400 stronach.
Jul Pawła Goźlińskiego to kryminał, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, z pełnokrwistymi postaciami, świetnymi dialogami, napisany rewelacyjnym stylem. Troszkę przypomina przygody Kapitana Alatriste, tylko ze względu na bliższość kulturową jeszcze przemawia. Po przeczytaniu miałam wrażenie że właśnie wróciłam z tego cholernego XIX Paryża. Że jeszcze mnie boli głowa z nadmiaru wina i haszyszu, że znam na wskroś te wszystkie mordy; bohaterów, wieszczy, syfilityków i zdrajców. Autor bawi się konwencją kryminału, romantycznej powieści grozy a jednocześnie wykracza poza te gatunki. I przy okazji zdejmuje z piedestału narodowego Wielką Emigrację, Powstańców i Narodowych Wieszczów. I bardzo dobrze, tak są o wiele bliżsi, a na piedestale to tylko gołębie na nich srały.
0 komentarze:
Prześlij komentarz