sobota, 4 września 2010

W deszczu, w Sosnowcu. A i tak genialnie!

Po wspaniałym koncercie Dikandy. Osobiście zamierzam wygrać fortunę i zostać ich grouppies. O ile muzyka z płyt mi się podobała to na żywo są po prostu rewelacyjni. Wymiatają. To było jedno z tych przeżyć, które się długo pamięta. Chociaż w deszczu. Może właśnie dlatego.

Tylko mnie złości. O koncercie dowiedziałam się bo sama co jakiś czas zaglądam na stronę Dikandy. W empikach, na plakatach, bilbordach nie było żadnego ogłoszenia. NIC. I może dlatego na koncercie rewelacyjnych i znanych zespołów które zapełniają sale koncertowe w Europie – u nas było od kilkunastu (!) do kilkudziesięciu osób. Na dużym stadionie. Gdzie oprócz Dikandy przyjechały bardzo ciekawe zespoły z Francji, Rumuni i Rosji.

I wkurzają mnie gadki organizatorów że pogoda nawaliła. Folk i muzyka pogranicza gatunków to nie jest piknik rodzinny, gdzie przychodzą sosnowieckie rodzinki, emeryci i znudzone lachony bo jest fajna pogoda. Mikołajki folkowe w bardziej wszawą pogodę przyciągają ludzi z całej Polski. Można? Ale w końcu to tylko Sosnowiec. Tylko szkoda tych zespołów z końca które przyjechały setki kilometrów żeby dla kilkunastu osób zagrać.

Ps. Kocham zestawienie akordeon i skrzypce. Absolutnie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz