Chwila autorefleksji. Bo jesiennie. Bo zapach zeschłych liści. Liści mokrych, ziemi i dymu. I przez to troszkę zastanawiania się nas sobą.
Mam dużo wad. Bardzo dużo. Trudny charakter, niską asertywność połączoną z tendencją do przejeżdżania po ludziach jak mały czołg kiedy mam dość. Jestem paskudnie introwertyczna i do większości ludzi zamknięta na ostryga. Do 99% świata mam mur. I koniec. Jak sama chce wychodzę – ale nie wpuszczam, bo nie. Szczerze mówiąc nie mam zamiaru nic z tym robić bo lubię swój charakter. Dobrze się czuję w swoim ciele i w swojej duszy.
Jedno co mi czasem przeszkadza, to że za bardzo potrzebuje być przez otoczenie rozumiana na płaszczyźnie emocjonalnej i intelektualnej. Nie będę się bawić w psychologa, może i wyniosłam to z domu, w którym najbardziej brakowało mi z matką jakiegokolwiek kontaktu i porozumienia i teraz za ten kontakt jestem gotowa w ogień skoczyć. Za empatię. Za moją dusze lustrzaną. Za siostrę Persefonę.
Z trudem buduję z ludźmi relacje na bazie tolerancji, lojalności, szacunku i czasu. Bez Tego Szczególnego Rozumienia. Ale się staram. Czasem wychodzi lepiej, czasem gorzej. Ale powiem, że chyba przynajmniej kropla tego rozumienia co jest we mnie jest niezbędna. Bo bez niej można całkiem łatwo przejechać po szacunku do mnie. I wtedy ręce opadają, bo ma się ochotę głowę obciąć, a jeszcze wiadomo że ktoś nie c h c i a ł obrazić – tylko tak powiedział bo mnie nie zna.
Na ten przykład, żeby było konkretnie, nazwanie mnie matką polką odbieram osobiście za bardzo osobistą obrazę, chamstwo i w ogóle coś przy czym nawet odpowiadać mi się nie chce, bo nie ma już o czym mówić. Matka polka ( a taki epitet o sobie usłyszałam jakiś czas temu) kojarzy mi się z kimś durnym, ograniczonym, włożonym po zęby w rolę społeczną i zasadniczo bezmyślnym. Nie wiem czy słowa wynikały z nieznajomości mnie, czy tego jak rozumiem Matkę Polkę i role społeczne. Ale szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi.
Zatem wyjaśniam, żeby nie było, że ktoś czegoś nie rozumie. Otóż role społeczne mam głęboko gdzieś. Pozycje społeczną jeszcze głębiej. Jakiś czas temu wymyśliłam, że będę w życiu szczęśliwa. Bycie mamą – kontakt emocjonalny z dzieckiem, wspólne czytanie, dzielenie się światem, to szczęście mi daje.
To jest u mnie powiązane z kobiecością w bardzo starym, niemal neolitycznym rozumieniu tego słowa. To coś co mam w bagażu pokoleń od tysięcy lat. I guzik mnie obchodzi przy tym, czy będzie dobra zupka dla dzidziusia i czy będzie wypucowane w domu. Oprócz dzieci mam kilka planów na życie. Nie wiem czy wszystkie uda się zrealizować – może część ale będę do tego dążyć. Mam swoje światy książkowo muzyczne. Bliskich mi ludzi. I mimo to że macierzyństwo jest częścią mnie to jestem istotą niezależnie od niego. I zawartej w definicji matki polki poświęcenia nie ma we mnie wcale. Ja się zasadniczo nie poświęcam. Robię to co chcę i lubię. A że lubię mieć dzieci to taki mój wybór i radość, a nie katorga.
W chwili obecnej nie pracuje bo nie ma pracy która by mnie interesowała – której oddałabym się w całości – którą uznałabym za twórczą i pożyteczną. Zwłaszcza że jestem w trakcje realizacji dwóch marzeń i się nie nudzę. Być może kiedyś do pracy wrócę. Może jestem po poprzedniej wypalona. Może chwilami mnie bawiła i jakoś się przystosowałam, ale z dystansu twierdzę, że załatwianie czegoś dla firmy tylko po to żeby zarobić mnie nudzi. Do rywalizacji się nie nadaje. Robiłam to, chyba, w miarę dobrze z szacunku do osób z którymi pracowałam. I może jak coś wyszło to było nawet zabawne. Ale sensu z perspektywy czasu nie widzę. Rozumiem, że nie muszę się tłumaczyć z tego czy pracuję czy nie, ale widać czasem jest to konieczne, bo mogę być wzięta za matkę polkę.
A daję słowo, jeszcze raz usłyszę to pod swoim adresem, szlag mnie tragi.
EDIT:
Okazało się że jednak wszystko zależy nie tylko od doboru słów, ale i od ich intencji. Okazało się, że MP zostałam kiedyś przedtem nazwana i jakoś mnie to nie uraziło. Czyli wychodzi na to że jednak da się wyczuć intencje – i fakt że ktoś patrzy na nieco inny styl życia czy wartości z pogardą. I tym bardziej mi się to nie podoba.
A na zakończenie z zupełnie innej beczki. Muzycznie. Aniu, pomału mnie przekonujesz.
Chociaż wolę tłumaczenie
A Margot urocza
tancerka śmierci
ma chryzantemy w warkoczach
1 komentarze:
Się wyżyłam na moim LJu.
Prześlij komentarz